• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine

[03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
18.11.2024, 22:31  ✶  
- No zobaczymy jaka będzie ta twoja jodełka, Panienko Yaxley, zobaczymy - stwierdził równie prowokacyjnie, odpowiadając zdecydowanym spojrzeniem na jej wściekły wzrok i unosząc przy tym brew.
Miała niebieskie oczy. Cholernie niebieskie, rzucające gromy oczy. Rumieńce na twarzy i dekolcie, kilka wilgotnych od potu skupienia włosków kręcących się tuż przy twarzy. Była rozjuszona, zła jak osa. Absurdalnie pociągająca, szczególnie teraz, zwłaszcza po tylu dniach, gdy zachowywali się zupełnie jak nie oni. Ostrożnie do przesady.
Mogłaby mu wreszcie zabandażować tę przeklętą rękę. Mógłby ją zacząć całować.
Zamiast tego siedzieli obok siebie na dywanie, oboje wbijając wzrok w bandaż, który nijak nie chciał się układać. Ambroise z minuty na minutę robił się coraz bardziej rozdrażniony. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Spodziewał się, że do wieczora zdążą skończyć znaczną część tematów a resztę przełożą na jutro. Tymczasem słońce właśnie zaczęło zachodzić.
- Wszystko, co ma ci zapewnić elementarnie więcej szans na przetrwanie ma sens - stwierdził twardo, wpatrując się w ludowy wzór na jego nadgarstku, który właśnie zataczał kolejny wieśniacki okrąg coraz wyżej wokół przedramienia. - Cieszę się, że ty się cieszysz, że ja już nie umieram - całkiem celowo sformułował to zdanie w ten sposób, jednocześnie posyłając jej krzywe spojrzenie mówiące ni mniej, ni więcej jak to, co zaraz padło z jego ust.
- Mam ci tu zasymulować rychły zgon? - Może to nie było takie głupie, bo być może wtedy lepiej wiązałaby ten bandaż.
Ten obecny miał się zsunąć. Oczywiście, że spadł przy pierwszym ruchu. Roise nawet nie musiał się specjalnie wysilać. Jedynie lekko machnął ręką.
- Jest na to nawet medyczne określenie. A brzmi ono...hm?... Tak? - Urwał znacząco, oczekiwał odpowiedzi, bo skoro była taka do przodu to na pewno miała mu ją dać. - Poza tym myślałem, że wszystkie macie superwzrok do kolorów - stwierdził wyłącznie po to, żeby ją jeszcze trochę podkurwić tym porównywaniem jej do jakichś wszystkich.
Była wyjątkowa - tak. Wyjątkowo wkurwiona - tak. Wyjątkowo skuteczna, gdy ją rozdrażniał i przestawała myśleć a zaczynała robić.
- Ja pierdolę to moja uniwersalna odpowiedź - nie każ mi jej nadużywać zawisło w powietrzu wraz z ciszą przerywaną szukaniem materiału po skórze.
Przynajmniej do momentu tych głupich słów.
- Nie - nawet nie zamierzał ukrywać jak bardzo go to nie bawi. - Nawet nie próbuj robić takich głupstw. To nie jest zabawne - podkreślił rzuciwszy chmurne spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, kręcąc głową z narastającym poirytowaniem malującym się na twarzy naznaczonej tęczowymi sińcami.
Musiała wiedzieć, że w takich przypadkach nie bawią go podobne żarty. Szczególnie teraz, gdy był zmęczony, dochodził do siebie po wydarzeniach sprzed kilku dni i ogólnie nie był w najlepszym nastroju na takie sugestie. Nie po to siedzieli tu któraś godzinę z rzędu, żeby wyniosła z tego wyłącznie informację, że jacyś debile używali Episkey niemalże do wszystkiego.
Nie po to uczył ją (albo przynajmniej próbował) rzeczywiście przydatnych, działających technik. Raz po raz, raz za razem, góra, dół, góra, dół. Jodełka będąca sekwojką, ale o dziwo wreszcie wyglądająca na tyle przyzwoicie, że pozwolił sobie na wyraz aprobaty.
Tak właściwie to znacznie większy niż planował, bo nagła poprawa humoru Geraldine zadziałała również na niego. Uśmiechnął się szerzej, unosząc obandażowaną dłoń, by mogła mu przybić piątkę. Byle ostrożną.
- Całkiem możliwe. Zobaczymy na zaliczeniu - odpowiedział uśmiechając się przy tym tak czarująco jak tylko był w stanie, wewnątrz nadal trochę dysząc z poirytowania, które wcale mu nie przeszło pod wpływem tego małego sukcesu.
Na koniec wieczoru musiał i tak ponownie skłonić ją do powtórzenia tego wyczynu. Najlepiej kilkukrotnie, aby upewnić się, że to nie był wyłącznie szczęśliwy traf. Bandaż się trzymał, sekwojka była całkiem skuteczna, ale nie postanowił jej rozwiązać. Może tego nie mówił, jednak podświadomie sprawdzał ile czasu wytrzyma splot i jak wiele ruchów wykona zanim zsunie mu się z przedramienia i nadgarstka.
- Jakże bym śmiał. Przecież nie jesteśmy tutaj po to, żeby cię czegoś uczyć. Zwłaszcza nie czegoś przydatnego - skwitował tym razem pobłażliwie, machając ręką w powietrzu.
Oczywiście, że zamierzał zrobić jej dzisiaj wykład. Tak właściwie pierwszy długi. Część teoretyczną, nie praktykę, od której najprawdopodobniej powinni chwilę odpocząć, zarządzając sobie pożądaną przerwę.
Mieli jeszcze całkiem sporo do opracowania i przećwiczenia, szczególnie że Ambroise uparł się, że przekaże swojej dziewczynie jak najwięcej tego, co mogło jej się przydać w praktyce. Nie zamierzał jej odpuścić. Nie tym razem, ale przecież sama wyraziła taką chęć i sama zgodziła się na przyjętą przez nich formę.
Taką, którą Greengrass i tak naginał wprowadzając element alkoholu, bo bez niego najprawdopodobniej zamęczyliby się na śmierć. A na to nie było eliksirów.
- Szesnaście - odpowiedział bez zawahania z pokerową twarzą, nie pozwalał sobie na drgnięcie żadnego mięśnia, nie poruszyła mu się powieka, w jego własnych oczach miał nieprzeniknioną minę.
Tym szczególnie, że tych punktów nie było szesnaście. Tylko cztery. Co prawda całkiem rozwinięte, ale na pewno nie miały im zająć aż tak długo jak w obliczu ilości, o której powiedział Geraldine. Zwyczajnie chciał ją wkręcić, po czym wywołać w niej ulgę i dalszą chęć współpracy, gdy powie jej, że idzie im tak świetnie, że zamkną się w mniejszej ilości tematów.
Lubił tę strategię. Działała przy większości przypadków. Nawet tych skrajnie podchwytliwych jak ten, któremu właśnie podał butelkę wiśniówki, obdarzając ją rozbawionym spojrzeniem.
- A, że tak? To chyba był standard w Hogsie. Co rusz ktoś z rykiem wybiegał na korytarz albo zamykał się w kiblu - skomentował, jednocześnie płynnym ruchem odkorkowując zębami drugą sztukę alkoholu, unosząc butelkę do ust i wzruszając ramionami. - Nie byłaś pierwsza ani ostatnia. Zajęcia praktyczne bombowo weryfikowały talenty ludzi. Potem chodzili wkurwieni przez pół dnia albo cały następny semestr zamiast po prostu pójść do kogoś, kto się na tym znał i umiał trochę pomóc - zdecydowanie nie musiał pokazywać na siebie palcem, choć to zrobił, jednoznacznie marszcząc przy tym wargi.
To on, on był tą osobą, do której można było iść, ale jakoś wszyscy odrucho wybierali trudniejszą drogę. Dopiero na sam koniec, praktycznie tuż przed zaliczeniami i egzaminami robiąc kolejki błagalne i usiłując zapełnić mu grafik korków, które czasami dawał. A czasami nie. Zależało jak leżało.
- Nie zliczę ile razy zamiast Ambroise, pomóż proszę dostałem przypadkową zjebę... ...albo prawie dostałem, bo przecież to, że ktoś próbował mnie zjebać nie oznacza, że mu się udało - stwierdził gładko, unosząc brew na widok papierosa wsadzanego w usta przez Geraldine. - Albo zamiast Roise, daj mi swoje palili jakieś śmierdzące mugolskie gówno. Nie jesteśmy już w szkole, żeby palić w stylu Cormaca McGregora, wiesz? - Stwierdził, instynktownie przywołując kolegę z dormitorium, który handlował chyba niemalże dokładnie tym samym szajsem w ramach zakładów i gier towarzyskich. - Gdybyśmy byli w szkole to co innego, ale teraz dostęp jest szerszy. Wystarczy spytać - tak, to było tak proste, ale przecież o tym wiedziała.
Po prostu z jakiegoś nieznanego mu powodu nie do pomyślenia wybierała ten sam szajs. Raz za razem, raz po razie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
18.11.2024, 23:27  ✶  

- Najlepsza, nie ma innej opcji, już teraz nie. - Tak, zamierzała zrobić wszystko, żeby faktycznie dotrzymać słowa, szczególnie, że dosyć mocno ją prowokował i sugerował, że nie uda jej się tego zrobić. Właściwie to wcale nie tak trudno było ją zmotywować, metoda może nie była najprzyjemniejsza, ale zaczęła działać. O to chyba im chodziło. Grunt, że przynosiła skutki, te pozytywne.

- Tak, jasne, nie będę się kłócić z panem profesorem, bo nie wypada. - Mogłaby rozpocząć dyskusję na ten temat, ale teraz zafiskowała się na punkcie tego, żeby faktycznie odjebać mu taką jodełkę, jakiej jeszcze nigdy nie widział w swoim życiu, doskonałą, najlepszą, najwspanialszą. Tak, zmierzała ku temu, chociaż efektów jej starań jeszcze nie było widać. Grunt, że faktycznie swoimi oczami widziała już cel, który może wcale jeszcze nie znajdował się na wyciągnięcie ręki, ale wierzyła, że go dosięgnie, jeszcze dzisiaj.

Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. - Nie cieszyłabym się z tego na twoim miejscu, bo mam ochotę cię zabić, więc bardzo szybko możesz zacząć znowu umierać. - Czego to jodełka nie robiła z ludźmi, zmieniała ich w prawdziwe, bezwzględne potwory. - Nie jestem pewna, czy byłbyś w stanie odtworzyć to, co mam przed swoimi oczami, możesz spróbować, ale wiesz, już mam pewne doświadczenie. - Na pewno szybko nie zapomni jego widoku w tej nieszczęsnej łazience, kiedy znalazła go tam całego poobijanego, jedną nogą za Zasłoną, nie musiał jej wcale tego przypominać, bo to było dosyć świeże, zresztą, nawet jeśli nie byłoby świeże to i tak na pewno pamiętałaby tę sytuację, spodziewała się, że często będzie gościć w jej koszmarach.

- Padaka? - Była pewna, że nie o to określenie mu chodzi, bo wspominał o jakimś medycznym, ale samo nasunęło jej się to na język. Miała zamiar skompromitować się przed nim w całej okazałości, zresztą chyba bardziej się już nie dało, niech więc przedstawienie trwa. Wcale nie chodziło o to, że nie traktowała tego, co tutaj robili poważnie, tylko udało już się jej tak zezłościć, że potrzebowała dorzucić do tego nieco swoich wyszukanych żartów, bo naprawdę była bardzo bliska tego, żeby po prostu wstać i stąd wyjść. Teraz robiło jej się jakoś trochę lżej na sercu.

- Wszystkie, jakie kurwa wszystkie? - Na moment oderwała swoją rękę od tej jego i przestała zawijać na niej bandaż, kolejny piorun poleciał właśnie w jego stronę. Wiedział, jak ją rozzłościć, bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, gdzie uderzyć, aby faktycznie ją to ruszyło. Sfochała sie, na jej twarzy pojawił się grymas, bardzo szybko zresztą odwróciła wzrok i wróciła do wcześniejszej czynności. Prychnęła tylko jeszcze krótko. - Wszystkie... - Nie mogła jeszcze mruknąć pod nosem tego słowa, które tak ją wkurwiło.

- Bardzo elokwentna Mój Drogi, wydawało mi się, że można się po tobie spodziewać czegoś więcej. - Rzuciła bardzo poważnym tonem i znowu, nawet na chwilę nie podniosła wzroku, w końcu była zajęta doskonaleniem swojego jodełkowego oplatania.

- Kto wie, co może mi się przytrafić, do czego będę zmuszona, nie mogę obiecać ci, że tego nie zrobię, sam wiesz, jak jest. Czasem trzeba podejmować szybkie decyzje. - Tak, nie zamierzała przestać, bo widziała, że się irytował, gdy o tym wspominała, a cóż, skoro on się z nią drażnił, to ona mogła mu się odwdzięczyć tym samym. Sam tego chciał. Powinien się spodziewać, że nie będzie bierna, nigdy nie była.

- Wydaje mi się, że zaliczenie będzie tylko formalnością. - Uniosła w końcu wzrok, mógł zobaczyć w jej oczach błysk, tym razem jednak nie jeden z tych przypominających pioruny, zdecydowanie bardziej przyjemny. Wyciągnęła lewą dłoń, żeby przybić mu tę piątkę, chyba udało jej się jakoś ogarnąć to zadanie, które okazało się wcale nie być takim prostym. Jeden problem z głowy, ciekawe, co będzie dalej.

- Wystarczy tej teorii, ona zabija wszystko, niszczy resztki chęci, żeby się uczyć czegokolwiek. - Ton jej głosu świadczył o tym, że była naprawdę zdesperowana i chyba nie mogłaby znieść już więcej żadnej teorii tego dnia. Nie sądziła jednak, że się nad nią zlituje.

- ILE? - Mrugnęła dosyć pospiesznie, kilka razy, jakby nie docierało do niej to co właśnie powiedział. Szesnaście? Chyba całkiem go pogrzało, szczególnie, że widział, jak sobie radziła z przyswajaniem wiedzy, nie było szans, żeby ogarnęła tyle podpunktów jednego dnia. Powinien zweryfikować tę listę i przekształcić ją tak, żeby faktycznie była w stanie spełnić te jego wymagania. Trafił jej się cholernie wymagający nauczyciel.

- Kurde, skąd wiedziałeś, że też zniknęłam wtedy w kiblu? - Najwyraźniej był to jakiś stały scenariusz, który rozgrywał się w Hogwarcie, cóż, powinna się spodziewać, że to nie było wyjątkowe doświadczenie, w końcu była jak wszystkie.

- Bez sensu było marnować czas na naukę tych głupot, szczególnie, kiedy trwał sezon quidditcha, serio wolałbyś uczyć się jakiegoś gówna, które ci nie wychodziło, niżeli latać w tym czasie na miotle? - Ona miała bardzo jasno określone swoje priorytety podczas nauki w szkole. Jednym z najważniejszych była oczywiście gra w qudditcha, w którą mocno się angażowała, a nie jakieś ćwiczenie eliksirów po godzinach, kto by się tym w ogóle przejmował.

Nie specjalnie przejmowała się zaliczeniami, zresztą wiedziała, że jakoś uda jej się je przeżyć, nauczyciele raczej woleli się jej pozbyć ze swoich zajęć, niż próbować ją uwalić i męczyć się z nią dłużej. Yaxleyówna potrafiła być bardzo upierdliwym uczniem.

- Czy ty masz znowu problem z moimi fajkami? - Przymknęła na moment oczy, kiedy leżała na tym dywanie, nie mógł jej tego dzisiaj odpuścić, naprawdę? - Roooooise, dlaczego jesteś takim wrzodem na dupie, cooo? - Zapytała jeszcze całkiem przyjemnym, melodyjnym tonem, zupełnie nie podobnym do tego zwyczajnego.

- Rooooise, jesteś taki cudowny, weź się zlituj i kopsnij swojego wspaniałego fajka, Rooooise, jesteś taki niezastąpiony, Roooise, co byśmy bez ciebie zrobili, Roooooise. - Tak, trochę go przedrzeźniała znowu, ale teraz nieco łagodniej, bo sam zaczął znowu ten sam temat, który poruszał niemalże za każdym razem, kiedy sięgała po swoje ulubione fajki, jakby przez tyle lat nie był w stanie zaakceptować tego, że po prostu je lubiła. To nie było wcale takie trudne.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
19.11.2024, 02:13  ✶  
- Mm-ech - unosząc dłoń w górę zakołysał nią to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciał zważyć jej słowa; no nie, niespecjalnie w to wierzył, przynajmniej tak zasugerowało jego spojrzenie.
W istocie wcale tak nie było. Może czuł przemożną narastającą irytację, lecz głównie na siebie i na okoliczność tego, że zabierali się do niezbędnego tematu tak późno. Spędzili razem już tyle lat, że Ambroise mógł zdecydowanie wcześniej dojść do tego, żeby poruszyć z nią temat, co tak właściwie wiedziała o medycynie. Szczególnie tej wstępnej, laickiej, wynikającej z konieczności udzielenia pierwszej pomocy sobie albo komuś innemu.
Potrzebowali bardzo mocnego impulsu. Niemalże tragedii do tego, aby siedzieć na dywanie i weryfikować wszystkie informacje, które sądził, że gdzieś tam miała (może niespecjalnie rozwinięte, ale) a których w rzeczywistości nie było. Jakimś cudem nie potrzebowała wiedzieć tego wszystkiego przez wiele lat obchodząc się bez tej praktyki czy nawet bez teorii.
Tymczasem to on. Jego cholerne poślizgnięcie się na nieoficjalnej ścieżce zawodowej. Pochopność, porywczość i wkurwienie Greengrassa sprawiło, że byli zmuszeni zweryfikować każdą jedną małą rzecz po kolei. Począwszy od tej jodełki, która zaczynała mu spędzać sen z powiek.
- Ta, jasne. Już to widzę - odburknął na tą naprawdę czczą i całkowicie niespełnialną deklarację.
Ani przez sekundę nie wierzył, że uda jej się (choćby przez tę sekundę) mu nie pyskować, trzymać język za zębami, nie komentować jego słów i zachowań. Tylko łypać na niego wściekle i z frustracją, bo tego nie wykluczyła w swoich słowach.
Nie dowierzał w to, że uda im się kontynuować proces nauczania bez narastającej irytacji po obu stronach. To było wręcz niemożliwe. Atmosfera zaczynała być ponura, pełna rozgoryczenia i uszczypliwości, które tylko czekały schowane na peryferiach umysłu, aby wydostać się po czubku języka na zewnątrz i wybrzmieć w ponurej ciszy.
- Za co tym razem? - Spytał mrugając kilkukrotnie, przy czym zmarszczył czoło i zaraz zmrużył oczy, posyłając Rinie nieprzekonane spojrzenie. - Czyżby to ta jodełka wyzwalała w tobie podobne - zaczął niemal od razu, praktycznie wchodząc jej w słowo przy drugiej części wypowiedzi, bo nie spodziewał się, że jakaś tam będzie. - Och - w pierwszej reakcji dał się zbić z tropu, ciężko wypuścił powietrze z płuc, próbując odzyskać rezon. - Długo jeszcze będziesz mi to wytykać?
Nie chciał zabrzmieć na aż tak sfrustrowanego, ale ten komentarz naprawdę nie był konieczny. Od paru dni, praktycznie odkąd odzyskał świadomość starał się wymazać to wrażenie. Usiłował nie być tak paskudny w rozmowach, gdy męczył się w łóżku, choć zazwyczaj nie miarkował się podczas choroby, narzekając i mamrocząc ile wlezie. Tym razem próbował współpracować.
Wczoraj po południu wygramolił się z pościeli, by nie tkwić tam zbyt długo jak jakaś nieruchawa niedorajda i niemota. Mimo że pewnie powinien tam zostać dłużej, chorując na tę swoją smoczą ospę, ale po prostu musiał coś robić. Padło na naukę, wkładał w to naprawdę dużo cierpliwości. Co z tego, że nie miał jej zbyt wiele?
Jeszcze nie warczał i nie syczał. Miarkował się. Przynajmniej jeszcze teraz. Nie ręczył za siebie później przy miliard pierwszej jodełce będącej wzorem wiejskim.
- Adrenalina. Ewentualnie wyrzut kortyzolu. Od biedy działanie reakcji uciekaj lub walcz, ale to powiedzą ci od Lecznicy Dusz, nie my w Mungu - machnął ręką, ostentacyjnie ignorując głupie pytanie i dając na nie nie tak głupią odpowiedź.
Upływające lata wspólnego doświadczenia miały pewne plusy. Wiedział mniej więcej, kiedy i na ile może sobie pozwolić. Przez resztę czasu improwizował.
- Zgadza się. Wszystkie - przytaknął biorąc na siebie ten gromny ciężar spojrzenia, bo to, co robił przynosiło skutek.
Cel uświęcał środki, czyż nie? W tym wypadku może na chwilę przystopował postęp ich prac nad tą zajebiście idealną jodełką, ale gdy jego dziewczyna ponownie zacięcie ruszyła do pracy, jej ruchy niemalże paliły jego skórę. Była zła, ale była też skuteczna.
Co prawda nie chwalił dnia przed zachodem słońca, bo ten jeszcze trwał. Słońce w dalszym ciągu było nisko na nieboskłonie, jeszcze nie schowało się za horyzontem. Mieli jeszcze szansę skończyć chociaż ten jeden nieszczęsny punkt z listy, jakim było bandażowanie, zanim naturalne światło dzienne całkowicie zgaśnie.
- Jestem lekarzem. Dostosowuję swój poziom do pacjenta. Czy tam ucznia. Uczennicy - odgryzł się bez cienia wyrzutów sumienia, szczególnie że w jego głosie nie było uszczypliwości, jedynie chęć utarcia Geraldine nosa za te wszystkie małe podszczypywania, jakie próbowała na nim stosować.
Byli siebie warci, nie? Ze wszech miar. W każdym stopniu. Nawet w takich rozmowach, w tych chwilach, w których żarli się bez faktycznego żarcia. Choć niewątpliwie mógłby ją ugryźć, ale w ten przyjemny, kręcący sposób. Nie ten, który sprawiał, że wywracał oczami. Nawet nie komentując dalej tych górskich trolli.
Zamiast tego z aprobatą przyjrzał się splotowi ich wspólnie wymęczonej sekwojki, na chwilę łapiąc dłoń dziewczyny, gdy przybiła mu piątkę i po prostu przytrzymując ją uniesioną w powietrzu. Bez powodu. Bez przyczyny. Splatając ich palce, uśmiechając się i do niej mrugając.
- Wobec tego zaliczenie będzie bardzo praktyczne. Zgodnie z pani życzeniem - w końcu nie mógł pozwolić na to, żeby straciła chęci na wszystko, co było związane z ich trwającym wieczorem, który był jeszcze młody.
Idealny na to, by wypełnić go szesnastoma kolejnymi punktami, co powtórzył bezgłośnie, poruszając tylko wargami i posyłając jej poważne spojrzenie. Niezbyt długo je utrzymał. Zbyt mocno rozbawiły go jej nagłe reakcje tak bardzo kontrastujące z tymi przez ostatnie godziny.
- Daj spokój, nie bądź mon flocon de neige, kible były stałą miejscówką dla wszystkich pokrzywdzonych przez los i przez eliksiry - machnął ręką, bo to była przecież oczywista oczywistość. - Wszystkie poza tym damskim na drugim piętrze. Ten był dla odważnych - stwierdził bez namysłu, bo choć minęło stosunkowo dużo lat odkąd w ogóle był w jakiejkolwiek swojej miejscówce w Hogwarcie to doskonale je wszystkie pamiętał.
To były... ...względnie dobre czasy. Z pewnością by do nich nie wrócił. A już szczególnie nie jako nauczyciel eliksirów czy zielarstwa. Ten dzień doskonale uświadamiał mu, dlaczego wolał pracować z ludźmi, którzy choć trochę znają się na medycynie. Z całym szacunkiem, jaki miał do swojej rozjuszonej piękności.
- Po pierwsze nie musisz posiłkować się przypuszczeniami. Przypominam ci, że byłem w szkolnej drużynie Quidditcha zanim - no cóż, to nie był jego ulubiony temat, szczególnie teraz, gdy ból w ciele trochę przypominał mu o tamtym okresie, sprawiając, że Ambroise urwał, wzruszając ramionami. - Po drugie tym gównem była u mnie opieka nad magicznymi stworzeniami i możesz się domyślić, jak to wtedy wyglądało - nieznacznie uniósł kąciki ust.
Które drgnęły mocniej na ten kolejny wyrzut.
- Tak mam - przyznał otwarcie, bez większego zastanowienia.
Nie miał pojęcia, czemu wybrała sobie aż tak obrzydliwe papierosy. Szczególnie, gdy rynek nie był już aż tak ubogi. A w domu naprawdę miała dużo więcej możliwości. Tyle tylko, że wolała w dalszym ciągu kopcić te swoje mugolskie śmieci. Nie tylko nie doceniając prawdziwej zielarskiej sztuki, lecz wręcz sobie z niej teraz drwiąc.
Cholernica.
- Riiiiinaa, ktoś mi się od tygodnia nie wyyyy - ten sam ton głosu, ten sam przesadny zaśpiew pełen politowania, bardzo znaczące urwanie w połowie słowa i spojrzenie, które padło w kierunku jego dziewczyny; no, nie musiał kończyć swojej odpowiedzi, tak było nawet bardziej zabawnie, bez utraty pola dla wymownego - mh-hm, dlateeeego - kląsnął językiem o podniebienie.
Dziwiła mu się? Nie powinna. Dostawał pierdolca w czterech ścianach mieszkania. Nie mógł wyjść do pracy, bo przecież miał smoczą ospę. Nie mógł zbyt efektywnie się ruszać, miał co najwyżej połowę dawnej fizycznej wydajności. I nawet jeśli starał się to jak najszybciej nadgonić to proces jego rekonwalescencji nie wyglądał zbyt dobrze.
W dodatku pozostawała jeszcze ta jedna drobna sprawa, która bardzo go wybijała z rytmu.
No, ta druga. Poza tą, do której pił kolejny raz z rzędu. Zarówno metaforycznie, jak i wiśniówkę wprost z butelki. Parsknął słysząc dalszą część tego melodyjnie niemelodyjnego zaśpiewu, ostentacyjnie unosząc wzrok na sufit.
- Wiesz, co? Kocham cię, ale cholernie się cieszę, że nie chodziliśmy razem do szkoły. Nie wysępiłabyś tym ode mnie żadnej fajki - ponownie prychnął, kręcąc głową.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
19.11.2024, 13:48  ✶  

To, że w nią nie wierzył tylko jeszcze bardziej ją motywowało. Lubiła działać na odwrót co do oczekiwań, założeń innych - powinien sobie zdawać z tego sprawę i może nawet podpuszczał ją celowo, nie zdziwiłoby ją to, chociaż teraz nie myślała o tym. Później okaże się, kto był sprytniejszy i pewnie wyjdzie, że nie ona.

- To potrzebny jest jakiś powód? Za całokształt? - Tak było prościej niż szukać jakiejś specjalnej podstawy. Musiała po prostu podzielić się swoją irytacją, i tym, że nie była zadowolona z tego, jaka była beznadziejna, a że wyżywała się i na sobie i na nim, cóż - trudno. Jakoś sobie z tym poradzą. W tej chwili o tym nie myślała, chciała po prostu zakończyć tę farsę, która wydawała się jej zupełnie niepotrzebna.

- Do usranej śmierci ci będę to wytykać, przygotuj się. - Oczywiście, że nie zamierzała tego robić, ale sprawa była dosyć świeża, a okazja przypomnienia mu o tym jakoś sama się nadarzyła. Nie mogła ugryźć się w język, szczególnie, że chciał jej tutaj symulować trupa, a ona parę dni temu widziała chodzącego trupa.

Nie spodziewała się, że te popołudnie potoczy się, aż tak źle, że będą wkurwieni tym całym nauczaniem. Najwyraźniej jednak, kiedy coś nie szło po jej myśli, to cały świat musiał o tym wiedzieć, zamierzała też popsuć humor Ambroisowi, chociaż próbował jej tutaj czegokolwiek nauczyć. Zero wdzięczności. Lepiej było warczeć, tak, bardzo rozsądne podejście, dojrzałe - nie ma co.

- Oczywiście, bo najlepiej zwalić wszystko na nieporadną uczennicę. - Fuknęła jeszcze cicho. Nie musiał jej wcale przypominać, że nie była szczególnie lotna, zdecydowanie zdawała sobie z tego sprawę, wszystkie jej dzisiejsze dokonania o tym świadczyły - niestety, miała w sobie trochę autorefleksji i naprawdę to dostrzegała. Naprawdę starała się, żeby jakoś to wszystko ogarnąć, no ale była betonem, może nie było innej opcji jak po prostu się z tym pogodzić. Nie poddawała się jednak, dalej tutaj zgrabnie jodełkowała, dalej zirytowana, bo rozmowa którą przy tym prowadzili tylko powodowała u niej większą irytację.

- Nie spodziewałam się, że profesor będzie taki łaskawy. - Tak, trochę zeszli z tonu, splecione ręce, chociaż na chwilę przypomniały jej o tym, że nie jest jej wrogiem, że robią to po to, aby żyło im się lepiej, musieli działać, żeby mieć pewność, że będą sobie w stanie poradzić - razem, przeciwko całemu światu. Tak, to na tej myśli powinna się skupić, a nie na tym, że nic jej dzisiaj nie wychodziło.

- Skąd wiesz, co działo się w damskim kiblu na drugim piętrze, skoro to był damski kibel? - Spoglądała na niego z nieco przymrużonymi oczami. - Wcale nie był dla odważnych, kibel, jak kibel, po prostu mieszkała w nim wariatka, w sumie może to i dobrze, bo dzięki temu nie wszyscy tam przychodzili. - Tak, Marta była całkiem niezłym psem strużującym, który spełniał swoje obowiązki. Niewiele osób miało cierpliwość, by wytrzymać z nią dłużej niż pięć minut. Dzięki czemu akurat ta łazienka była bezpieczną przystanią w Hogwarcie, gdzie można się było chociaż na chwilę ukryć, gdy przychodziła potrzeba spędzenia chwili w samotności, no, zawsze był tam duch, ale przynajmniej nie było tych krzyczących dzieciaków.

- Ach, prawda, byłeś gwiazdą, jak mogłabym zapomnieć. - Nie poznała tamtego Ambroisa, nie wyobrażała sobie, co musiał przeżyć, kiedy stracił wszystko, co wydawało mu się być jego przyszłością. To na pewno musiało zaboleć, miał jednak sporo szczęścia, że znalazł dla siebie nową drogę, która właściwie wydawała się mu sprawiać przyjemność, nie wydawało jej się, że każdy inny potrafiłby znaleźć sobie nowe zajęcie, i odnaleźć się w nim tak perfekcyjnie.

- Zwierzątka w Hogwarcie były słodkie i urocze.- Tak samo jak profesor od opieki nad magicznymi stworzeniami, jednak o tym wolała nie wspominać.

- Lepiej, żebyś przestał mieć, bo to się nie zmieni, wiesz o tym? - Tak, nie zamierzała zmieniać swoich nawyków, bo jemu to nie odpowiadało. Praktycznie od zawsze paliła te same szlugi, lubiła je, no nie miała zamiaru z nich rezygnować. Powinien do tego przywyknąć.

Zaciągała się dymem, kiedy całkiem melodyjnie jej zawtórował i zakrztusiła się nim, gdy dotarło do niej co właśnie powiedział. Zaczęła się śmiać i krztusić na zmianę, trwało to dłuższą chwilę, nim się się ogarnęła, zresztą nadal próbowała uspokoić oddech, ale szło jej to strasznie opornie. Zrobiła się czerwona na twarzy, a na jej policzkach mógł dostrzec łzy - tak popłakała się ze śmiechu.

- Chyba rzeczywiście muszę się dzisiaj tobą zająć, bo zaczyna ci powoli odpierdalać. - Stwierdziła niezaprzeczalny fakt. No nie dziwiła mu się ani trochę, miał przesrane, musiał siedzieć w domu, bo powiedziała, że może zarażać, więc trochę go tym udupiła, do tego nie był w najlepszej formie fizycznie.

- Jak to nie, musieliśmy chodzić razem do szkoły, przecież nie jesteś taki stary... - Nie było innej opcji, musieli gdzieś się minąć w tej nieszczęsnej szkole, nie miała pojęcia, jak właściwie było to możliwe, tym bardziej, że przecież grał w cholernego quidditcha - powinna go kojarzyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
19.11.2024, 15:43  ✶  
Za całokształt. Ta, jasne. Za całokształt. Po co się ograniczać.
- Wspaniale. Nie mogę się doczekać kolejnych dekad twojego ględzenia o tym, co zrobiłem za młodu - skwitował uszczypliwie, nawet nie próbował ukrywać tego, jaki to miało dla niego wydźwięk.
Tak. Dla wielu osób mogłoby być to urocze. Raz po raz deklarowali sobie coś nie używając do tego dosłownych deklaracji. Ta usrana śmierć zaczęła robić się częścią ich personalnego słownika pojęć. Natomiast czy tego chciał to było już inną kwestią i w tym wypadku odpowiedź zdecydowanie brzmiała nie.
Ambroise nie uważał, żeby zasłużył sobie na coś takiego, nawet jeśli tym samym któryś raz z rzędu słyszał, że najwidoczniej oboje mają wobec siebie te same konkretne plany. Mimo tego fatalnego, tragicznego tygodnia, który za sobą mieli i pomimo wszystkich rzeczy, które na nowo sobie uświadomili.
To znaczy - tak. Spierdolił. Spektakularnie spierdolił, zafundował ukochanej fatalne dni. Nie tylko tamte pięć (pięć! nadal trudno mu było uwierzyć), ale później jeszcze kolejne czterdzieści osiem godzin, gdy wciąż pozostawał czubkiem stopy za Zasłoną. Te obecne dni też nie były najlepsze. Mieli stracić sabat, nie zdążył jej nic kupić na nadchodzące urodziny. Czuł się z tym faktem fatalnie, nie musiała mu przypominać.
Starał się jej to wynagrodzić. Siedział z nią na dywanie. Usiłował być dla niej jak najlepszym nauczycielem (to, że szło mu raczej opornie to inna sprawa) tymczasem odnosił wrażenie, że cokolwiek nie zrobi i nie powie, komentarze w przyszłości będą dokładnie takie same. Co gorsza, jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie dość, że miała do tego prawo to on sam pewnie byłby równie uszczypliwy, gdyby sytuacja się odwróciła.
Dlatego nie mogła się obrócić. Stąd tu razem siedzieli, furczeli na siebie, ale próbowali kontynuować naukę. Przynajmniej tym mógł spróbować wynagrodzić Rinie te dni. Może tego nie doceniała, może na niego kurwiła. Ponownie - miała prawo, nawet jeśli nie pozostawał jej dłużny.
Starał się. Przynajmniej się starał. Ignorował co najmniej połowę komentarzy, na które miał ochotę odpowiedzieć. Przynajmniej co trzeci syk i co czwartą kurwę jej mać (on całkiem lubił starą wiedźmę). Zaczęło im wreszcie wychodzić. Tylko to jej profesorowanie.
- W żadnym razie. Nie myśl, że miękne, bo zrobiłaś jedną sekwojkę - odpowiedział starając się wrócić do wcześniejszego zdecydowanego tonu głosu, nawet jeśli jego palce wciąż przeplatały się z jej, czule je gładząc.
Lubił ten dotyk. Ciepło skóry. Wrażenie przy tych małych, niby nic nie znaczących gestach, które w rzeczywistości naprawdę wiele dawały. Nie zawsze musieli do siebie lgnąć, nie za każdym razem musieli robić coś wielkiego. Czasami to wystarczało, choć w żadnym wypadku nie miała od niego tego usłyszeć. Nie był sentymentalny, w żadnym wypadku nie ckliwy, do romantyka też mu było w cholerę daleko.
Ale przecież widziały gały co brały, nie?
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? - Spytał prowokacyjnie, trochę na pokaz, trochę po to, by zasugerować znacznie więcej niż faktycznie miało miejsce.
Sama go do tego prowokowała. Nie mogła powiedzieć, że nie. Szczególnie, że łazienka Jęczącej Marty rządziła się własnymi prawami. To nie był po prostu damski kibel. Właściwie trudno byłoby go nazwać czyimkolwiek kiblem, jeśli nie Warrenówny i okazjonalnych śmiałków.
Odpowiedź mogła zabrzmieć jasno. Prawie jej ją dał: jarałem szlugi i warzyłem eliksiry, ale zamiast tego uśmiechnął się wymownie. Mogła sobie pomyśleć, co chciała. To była jego odpowiedź na tę gwiazdę. Jego drobna uszczypliwość.
- Byłem jebanym najlepszym obrońcą w ostatnich kilku dekadach, panno niedoinformowana acz dziamdziająca, gwiazda to mało powiedziane - machnął ręką, bo nieważne ile by się produkował, nigdy nie zrozumiałaby legendy, jaką mógł zostać.
Poza tym to był cholernie drażliwy temat. W dalszym ciągu. Mimo upływu lat. To, że ich szkolne ścieżki się ze sobą nie przecięły, więc nie mogła widzieć go w pełni chwały dawało jej trochę taryfy ulgowej. Szczególnie, jeśli w swoich szkolnych czasach wolała oglądać te urocze zwierzątka, na które prychnął. Tak samo jak na te jej fajki.
Nie rozumiał żadnego z tych wyborów. Ale przecież wcale nie musiał.
Musiał jedynie odgryźć jej się za ten śpiewny pocisk, robiąc to najwyraźniej w taki sposób, że prawie ją tym udusił. Zawisł nad nią na dywanie, pobłażliwie przypatrując jej się, gdy próbowała złapać oddech.
- Mam cię resuscytować? - Spytał głośniej niż to potrzebne, chcąc przebić się w nieustępującą falę rechotu, która wypełniła pokój.
Miał... ...dobry humor. Coraz lepszy. Szczególnie wtedy, kiedy usłyszał te jedne słowa. Kluczowe.
- To wiążąca deklaracja, teraz się nie wywiniesz - ani przez chwilę nie pytał czy wiedziała, co mu mówi, a wręcz stwierdzał fakt w pełni zadowolony z tego, co to oznaczało.
Jeśli był między nimi jakiś dziwny nieoficjalny topór wojenny. A chyba był, bo czym innym byłby ten dłużący się tydzień zbywania każdej próby kontaktu? To w tej chwili mieli idealną możliwość, żeby go zakopać. Nie zamierzał tego odrzucać.
Wręcz przeciwnie. Najchętniej od razu przeszedłby do spełniania obietnic, gotów nawet zignorować ten fragment o tym, że mu odpierdala. Tak samo jak ten cały śmiech, tarzanie się po podłodze, duszenie się swoimi łzami rozbawienia. Wszystko, co świadczyło o nagłej wesołości jego dziewczyny, gdy on męczył się kolejny dzień, powoli chyba osiągając poziom, którego nigdy wcześniej nie osiągnął.
Jeszcze chwilę i prawdopodobnie mógłby zacząć łypać na nią z narastającą frustracją, bo zaczynała urażać jego ego tymi swoimi unikami, jakby faktycznie miał smoczą ospę albo co najmniej był naprawdę oślizgłym typem. Szczególnie, że coraz bardziej bezpośrednie wyciąganie łap po swoje jak do tej pory przynosiło odwrotne skutki do założeń.
To, że jeszcze w tej chwili podchodził do tego całkiem luźno nie świadczyło o tym, że nie czuł się coraz bardziej jak frajer. Zamknięty w czterech ścianach. Znudzony, coraz bardziej sfrustrowany, notorycznie traktowany, przynajmniej w swoich oczach, jakby miał nie podołać czemukolwiek, co nie jest snuciem się po domu albo umysłowymi rozrywkami. Po prostu maskował to wesołością, lekkością, ale cholera to był ostateczny akt sugestii i cieszył się, że chyba zadziałał.
Wieczór momentalnie zrobił się lepszy. Tyle tylko, że wszelkie przesłanki ku temu, aby zdołali wrócić do tej części, kiedy uczą się czegoś przydatnego zaczęły rozmywać się pod wpływem spojrzenia, jakim obdarzył swoją dziewczynę.
A zaraz potem zamrugał.
- Nie? - Odpowiedział jej odruchowo, ale bez przekonania, marszcząc czoło, gdy powoli zaczął do niego dochodzić bezsens kalkulacji, wedle której założył, że zupełnie rozwinęli się w szkolnych latach.
Tak naprawdę instynktownie przyjął, że nie było szans, żeby ich pobyty w Hogwarcie chociaż trochę się ze sobą zazębiały. Wolał twierdzić, że wtedy zdecydowanie musiałby ją stamtąd kojarzyć. A tak nie było. Myśląc o swoich szkolnych czasach, nie był w stanie sięgnąć pamięcią do jakiegokolwiek momentu, w którym mogliby mieć ze sobą styczność.
Było to o tyle interesujące, że na pewnym etapie raczej kojarzył każdego. No, chyba że chodziło o kogoś znacznie młodszego i z innego domu, bo wtedy raczej nie miał nawet najmniejszych podstaw, by nawiązywać kontakt z taką osobą.
Z własnego domu znał wszystkich, przynajmniej z widzenia, bo zdecydowanie lubił twierdzić, że grzeszył popularnością. Jeśli nie w związku z grą w Quidditcha to z uwagi na korki z eliksirów albo odpały z kolegami, liczne szlabany, dzikie akcje.
Pamiętał, że oboje byli wychowankami domu Godryka Gryffindora. To zapisało mu się w pamięci. A więc naturalnie założył, że nie chodzili do szkoły w tym samym momencie, bo wtedy musieliby mieć jakąkolwiek styczność. A nie mieli.
Tyle tylko, że prosta matematyka udowadniała coś zupełnie innego. Jeszcze bardziej zmarszczył brwi, w zastanowieniu drapiąc się po brodzie - teraz dłuższej, gęstszej, bo skoro siedział i miał siedzieć w domu to mógł mieć z tego przynajmniej tyle benefitów, by spróbować czegoś nowego. Szyku à la jeden z tych skandynawskich czarodziejów. Całkiem zabawnej odmiany od starannego przystrzyżenia. No, ale.
- Musieliśmy się rozminąć. Nie ma szans, żeby było inaczej - podkreślił stanowczo, zamierzał iść w zaparte.
Jakim innym cudem by jej nie kojarzył?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
19.11.2024, 23:06  ✶  

- Za młodu? Przecież ja cię nie znałam za młodu, Roise. - Od tego warto było zacząć. Tak, po raz kolejny chciała mu nieco dopiec, przypominając tym razem o tym, że wcale nie był taki młody, jak mu się wydawało, chociaż właściwie na tle tej całej przyszłości, którą mieli przed sobą może to był moment, w którym jeszcze byli młodzi.

Skoro mieli trwać przy sobie do usranej śmierci, to na pewno mieli przed sobą jeszcze wiele lat. Nie planowali przecież zbyt szybko odchodzić z tego świata. Raczej wydawało jej się, że będą mieli długie, wspólne, kolorowe życie. Tak, ta wersja jej się podobała i zamierzała zrobić wszystko, aby faktycznie te założenia się spełniły. Nie wydawało jej się, żeby mogło być inaczej. Jasne, ich życia nie należały do najbezpieczniejszych, ale przecież potrafili o siebie zadbać, co ostatnio dosyć brutalnie się potwierdziło. Musieli skupić się na tym, aby potrafili reagować w różnych sytuacjach, w szczególności ona. Bardzo zależało jej na tym, żeby mieć pewność iż będzie w stanie zawsze mu pomóc, mimo swojej nie do końca szerokiej wiedzy w zakresie medycyny.

Mogła kontynuować swój wywód, przypominając mu między innymi o tym, że miał spore szczęście, że faktycznie dostał szansę na słuchanie tego jej pierdolenia, bo jeszcze te kilka dni temu wcale nie była taka pewna, że to będzie możliwe. Właściwie mogła rzucić momentą, aby dostać odpowiedź, bo wydawało jej się, że szanse na to, co się z nim stanie były całkiem wyrównane, był między życiem, a śmiercią.

To nie tak, że nie doceniała tych prób, które podejmował, po prostu była wkurwiona na siebie i na otoczenie, że nic nie szło po jej myśli, że miotała się w tym wszystkim. Zdecydowanie wolałaby, aby jej to przychodziło nieco łatwiej - cóż, niestety jak widać to wcale nie było takie proste.

- To nie miała być jodełka? - Coś jej nie pasowało w tej sekwojce, o której wspomniał, chyba coś przegapiła, a może znowu namieszała? Yaxleyówna zdecydowanie czuła, że zaczyna wariować od tego wszystkiego. Nie ogarniała powoli rzeczywistości. Faktycznie krótka przerwa od tego, czym się zajmowali mogła jej dobrze zrobić. Może jej umysł nieco się rozjaśni (nie do końca w to wierzyła, ale warto było podjąć tę próbę, bo gorzej już chyba być nie mogło).

Dotyk przynosił ukojenie, dawał ujście tym wszystkim negatywnym emocjom, które dosyć mocno na nią oddziaływały. Przypominał, o tym, co było najważniejsze, pomagał. Skupiła się więc na cieple jakie ze sobą niosły te splecione dłonie.

- Ależ oczywiście, że chcę wiedzieć, nigdy właściwie nie dyskutowaliśmy o poczynaniach mojego Gwiazdora w czasie nauki w Hogzie. - Chyba trochę jej się spodobało to określenie, bo nie zamierzała szybko z niego rezygnować.

Dostrzegła jednak jedynie ten jednoznaczny uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, cóż, dokładnie tego powinna się po nim spodziewać. Tak, po co właściwie o to pytała? Nie miała pojęcia. To nie tak, że nie zdawała sobie sprawy o dosyć burzliwym życiu Ambroisa, które prowadził przed tym, nim zaczęli ze sobą być, jednak chyba wolała nie grzebać, aż tak głęboko.

- Muszę znaleźć coś, co błyszczy bardziej od gwiazdy, diament? Chociaż może brylant? - Zaczęła się głośno zastanawiać nad możliwościami, jakie miała. - Uwielbiam tę twoją skromność. - Cóż, jebany, najlepszy, obrońca brzmiało całkiem dumnie. To nie tak, że z niego drwiła, miała świadomość, że w przeszłości miał nieco inne plany, co do tego, co chciał robić po szkole i życie dosyć szybko go zweryfikowało, cóż niestety los czasem nie do końca chciał pomóc realizować plany i marzenia. - Szkoda, że nie graliśmy razem, ciekawe, jak ten zajebisty obrońca by sobie poradził z taką ścigającą jak ja. - Wspólna interakcja na boisku mogłaby być na pewno bardzo ciekawym doświadczeniem. Cóż, minęli się jednak w tej drużynie, może to i lepiej.

- Czy powinieneś się mnie o to w ogóle pytać? To nie tak, że po prostu to robisz, w sensie resuscytujesz? - Warto wyjaśnić tę kwestię, szczególnie, że udzielał jej tutaj lekcji pierwszej pomocy, to było chyba dość istotne. Wpatrywała się w jego oczy, dłuższą chwilę, kiedy tak na nią zawisł. Cóż, nadal nie mogła się nadziwić, jak bardzo zielone były, to był chyba jej ulubiony odcień tego koloru, a warto wspomnieć o tym, że w ogóle zielony był jej zdaniem wyjątkowy i miał specjalnie miejsce w palecie kolorów, które wybierała.

- Nie mam za bardzo nawet gdzie uciekać, więc muszę się z tym pogodzić. - Cóż, skoro wziął to za pewnik, to kimże była, aby mu to odbierać. Nie rzucała słów na wiatr, czy coś. Zresztą stęskniła się za nim, za jego bliskością, skoro poradził sobie z wstaniem z łóżka, to nie było z nim już chyba, aż tak źle. Wcześniej bała się do niego nawet przytulać, bo nie chciała zrobić mu większej krzywdy, sama nie do końca wiedziała, na ile właściwie może sobie pozwolić.

To nie tak, że mściła się na nim w ten sposób, po prostu miała pewne obawy związane z jego stanem zdrowia, aczkolwiek dzisiaj tyle razy dawał jej znać o tym, czego mu brakuje, że może faktycznie był to odpowiedni moment na to, żeby się tym zainteresować.

- No nie, aż tak nie. To nie jest jakaś wyższa matma Roise, jesteś ode mnie cztery lata starszy, nie ma szans, że się minęliśmy, chyba, że byłeś wybitny i przeskoczyłeś kilka klas. Oczywiście nie wątpię w to, że mogłoby się tak stać, no ale... - Ale nie spotkała się z nikim, kto faktycznie by to zrobił. Musieli mijać się na szkolnych korytarzach. Zresztą nie dziwiło wcale, że jej nie pamiętał, był starszy, na pewno nie zwracał uwagi na gówniary, które uczyły się kilka lat niżej.

- Mieszkaliśmy w jednym dromitorium, przez dwa? trzy? w sumie chyba nawet cztery lata. - Próbowała to przekalkulować, tak, to musiały być cztery lata, bo Roise urodził się w październiku, jak Erik, który był rok od niej starszy, a i tak byli w jednej klasie.

Całkiem zabawne było to, że jedli przez tyle czasu posiłki przy jednym stole, uczyli się w tym samym pomieszczeniu, mijali pewnie niemalże codziennie, a nie wiedzieli o swoim istnieniu.

- Nie dziwię się, że mnie nie pamiętasz, mam nadzieję, że zapamiętali mnie chociaż Ślizgoni, którzy mieli szansę zapoznać się nieco bliżej z moją pięścią. - Oj tak, Hogwart kojarzył jej się głównie z bójkami, w które się pakowała, treningami quidditcha i wycieczkami do Zakazanego Lasu. Ogólnie, był to całkiem zabawny czas.

- Byłam chyba najwyższą dziewczyną w Gryffindorze, to jedyne, co mnie wyróżniało, a no i wtedy też nie potrafiłam zamknąć gęby, kiedy było trzeba, w sumie jedno i drugie mi zostało. - Sięgnęła ponownie po nalewkę, bo coś czuła, że dobrze byłoby nieco uzupełnić płyny, nawodnienie było bardzo ważne, prawda?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
20.11.2024, 04:15  ✶  
- Pomyliły ci się przyczyny stania jedną nogą w grobie? - Spytał ironicznie, całkowicie bez ceregieli i bez poczucia, że znowu przypominał im obojgu o wydarzeniach sprzed kilku dni. - Mam dwadzieścia dziewięć lat. Nie sto dwadzieścia dziewięć.
I zdecydowanie zamierzał dobić przynajmniej tę różnicę, żeby tylko udowodnić jej, że na stare lata będzie z rozrzewnieniem wspominać jego ugodowy charakter i przyjacielskie usposobienie. Szczególnie, kiedy już przyjdzie mu faktycznie na nowo spotkać się z Zasłoną, zostać dębem czy po prostu wykorkować bez pośmiertnego życia.
No, bo skoro już sama powtarzała mu to raz za razem to on mógł to jednokrotnie zrobić. Mógł jej przypomnieć, że tak - prawie umarł, ale nie z powodu sędziwego wieku.
Tylko własnej pochopności, cudzych akcji i tego, że nie przećwiczyli wcześniej żadnych elementów pierwszej pomocy. Zwłaszcza po to, żeby jeszcze bardziej ją rozjuszyć. Jodełka sama się nie układała. Pod jej rękami też niezbyt, ale zmierzali do tego, prawda?
Powstała.
Nie jodełka, ale sekwojka.
- To miała być jodełka - przytaknął bez próby udawania, że nie miało być inaczej. - Ale jak zwykle robisz wszystko po swojemu. Sekwojka jest dostateczna. Sequoiadendron giganteum. Może być kanadyjska - stwierdził całkiem ugodowo jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej niemalże pienił się na samą myśl o miliardzie nieudanych jodełek.
Teraz mu przeszło. Tym bardziej, że alkohol zaczął powoli działać, rozluźniając ciało, język i (miał nadzieję) umysł.
Co prawda kusiło go, żeby nie uściślać swojej wypowiedzi i nie wyprowadzać Geraldine z błędu, w który całkiem celowo ją wprowadził, ale nie był aż takim palantem. Przynajmniej już nie. No, może tylko trochę. Nieznacznie.
Ten obecny palant nie chciał, żeby miała o nim aż tak fałszywe mniemanie. To nie tak, że czegokolwiek się wstydził. Nie czuł nawet cienia żenady na myśl o swoich szkolnych podbojach. Te wszystkie historie były częścią jego życia. Tego, kim był kiedyś. Nie teraz. Ukształtowały go. Może trochę pokracznie, ale w dalszym ciągu wyszedł na ludzi, prawda?
Jedynie nie czuł potrzeby zbyt długo wciskać Rinie czegoś, co wcale nie brzmiało tak atrakcyjnie. Właściwie to było całkiem godne politowania. Niby nie mógł powiedzieć, że był całkowicie niewinny i nigdy czegoś takiego nie zrobił, ale skończyło się na jednym razie. To mu w zupełności wystarczyło, żeby nie sięgnął po powtórkę w żadnym kiblu.
- Kopciłem papierosy, jarałem zioło i warzyłem eliksiry - odpowiedział gładko mając już gotową odpowiedź, tym bardziej, że spodziewał się po niej takiej a nie innej reakcji.
Z powodzeniem mogła to dostrzec w jego rozbawionych oczach i w sposobie, w który Ambroise znacząco uniósł brwi, błyskając górnym rzędem zębów w uśmiechu. Bardzo nieznacznie pokręcił głową, rzucając Yaxleyównie pobłażliwe spojrzenie. Naprawdę miała go za aż taki element?
- Kible, toalety, miejsca sanitarne i tak dalej, przynajmniej te publiczne, bo naszą łazienkę... ...łazienki bez wątpienia lubię - raczył zaznaczyć powolnym, leniwym tonem głosu, uśmiechając się jeszcze bardziej znacząco - są pełne bakterii. Wykorzystywanie ich w celach, o których myślisz jest cholernie niehigieniczne. Nie to, żeby sam seks był higieniczny - przekrzywił głowę ze wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na tę drobną dygresję, skoro mieli się uczyć - natomiast nawet jako niewyżyty nastolatek miałem swoje standardy.
Być może nie były wybitnie wysokie, ale też nie żałośnie niskie. Lubił sięgać pod szaty dziewcząt, dostawać od nich wiele bardzo bliskiej uwagi, dogłębnie studiować z nimi zielarstwo, dawać im korki z eliksirów, pokazywać im swoją miotłę. Natomiast nigdy nie zniżał się do czegoś, co byłoby choć trochę niesmaczne.
Co prawda w przypadku legend o damskich toaletach musiał sam się o tym przekonać, żeby stwierdzić, że to było pozbawione jakiejkolwiek rozrywki i tak właściwie całkiem niewygodne a do tego obrzydliwe. Natomiast później odkrył łazienkę prefektów i mięsiste uda jednej z miłościwie im panujących koleżanek z Hufflepuffu. Tam. Tam to był standard.
Natomiast postanowił zostawić to dla siebie. To, że nie mieli wobec siebie tajemnic i nieświadomie doskonale upewnili się, że wiedziały gały co brały nie oznaczało, że musiał zaznajamiać ją z każdą swoją przelotną przygodą.
Szczególnie, że żadna nie była nią. Żadna nie zagościła w jego życiu ani w sercu, nie zagrzała w nim miejsca. Prawdę mówiąc prawie każda ledwo była w stanie ogrzać mu pościel, bo zazwyczaj potrafił zasugerować stosunkowo szybkie rozstanie po miłym wieczorze. Miał w tym szerokie doświadczenie.
Którego nie planował nigdy więcej wykorzystywać. Mieli siebie, byli ze sobą na stałe i na wyłączność. Nigdy nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Upływ czasu wyłącznie go w tym utwierdzał. Był zdecydowany, zakochany, poniekąd w dalszym ciągu trochę rozgoryczony daniem mu kosza, gdy spytał ją o możliwości.
Zresztą teraz również niepokojąco zmrużył oczy słysząc to słowo, które mimowolnie odświeżyło mu pamięć o tamtej chwili. Mimowolnie sięgnął do niej wspomnieniem, praktycznie od razu podsuwając odpowiedź.
- Uwarowit - stwierdził bez zawahania. - Nie musi błyszczeć. Musi być wyjątkowy i rzadki. Uwarowit - kląsnął językiem o podniebienie, nie zamierzając dyskutować o tym, skąd wzięło się akurat to przekonanie.
Nie to o byciu gwiazdą, rzecz jasna. O tym doskonale wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak zajebiście dobry był w Quidditchu. Przez kilka lat mydlił sobie oczy gigantyczną karierą. Inni zresztą wcale mu w tym nie przeszkadzali, swoim entuzjazmem nakręcając tę spiralę, dopóki nie wystrzeliła i wszystkie plany nie poszły w łeb.
Czy żałował? Oczywiście. Ta myśl w dalszym ciągu nie była dla niego czymś przyjemnym. Natomiast przeżył już swoje, znalazł inną ścieżkę kariery i trzymał się jej jak do tej pory bardzo zdecydowanie, skutecznie, uparcie idąc po swoje.
Co zaś tyczyło się komentarza z ust jego najdroższej, Roise jedynie uśmiechnął się w charakterystyczny sposób, unosząc przy tym prawą brew. Miał to sobie odnotować. Jej całe uwielbienie dla tej jego niezmąconej pewności siebie. Skoro już to powiedziała.
- Bezbłędnie. Poradziłby sobie bezbłędnie. A gdyby tylko była trochę starsza - oboje wiedzieli, jakby to wtedy wyglądało, prawda?
Nie wątpił, że prędzej czy później skończyliby razem w jakimś ustronnym miejscu jak to zwykli robić nawet jako dorośli, poważni czarodzieje. Nie wątpił, że to, że spotkali się dopiero wiele lat później miało swoją przyczynę i znaczenie.
Natomiast wraz z upływem czasu nie sądził, aby mogli mieć kiedykolwiek swój zły czas, złe miejsce. Byli sobie pisani. Wkurwiała go tym czasem niemożliwie, nawet tego wieczoru, ale nie wyobrażał sobie siebie u boku kogokolwiek innego.
To, że znacznie szybciej znaleźliby się bliżej (bardzo, bardzo blisko) nie mogłoby im wyjść na złe. Może mieliby więcej specyficznych problemów, których uniknęli świadomie wiążąc się dopiero u wrót jego starokawalerstwa, co było całkiem śmiesznym pojęciem, ale na pewno jakoś daliby radę.
Była jego. Zawsze miała być jego.
- Mógłbym cię po prostu resuscytować, ale od cholernie dawna dajesz mi do zrozumienia, że wtedy po prostu mnie zabijesz - odparł wprost, rozkładając ręce. - Jeśli miałbym zginąć to w przyjemniejszy sposób.
Miał ich co najmniej kilka, każdy znacznie lepszy od wcześniejszego i wszystkie kręciły się wokół jednej problematyki. Tego, że od tygodnia zgrabnie odrzucała jego wszystkie umizgi, zaloty, zaproszenia, jawne gesty. Każdy jeden znak, że naprawdę nie musi go karać ani traktować jak nieporadnego.
Z tym jednym z pewnością miał sobie poradzić. A potem z drugim, z trzecim.
- Każesz mi się gonić? Kuszące - odpowiedział ze zmrużeniem powiek, bo mógłby się nad tym tak właściwie zastanowić.
Gdyby nie to, że w tym stanie niespecjalnie czuł się do tego na siłach. Może mieli duże mieszkanie. Wiele możliwości. Być może to nie byłby pierwszy raz, gdy urozmaicali sobie doznania. Tak właściwie nawet żaden przesadny eksces. Mieli na koncie zdecydowanie lepsze i bardziej godne uwagi (a także rychłego powtórzenia).
Aczkolwiek to nie było coś na teraz. Nie zamierzał o tym mówić. Utrzymał twarz, zadowolony uśmiech, prowokacyjnie zmrużone oczy, ale wolałby uniknąć gonitwy po pokojach. Przynajmniej jeszcze przez chwilę, bo teraz czuł się jak obolały starzec. Pan profesor, nie najjaśniejsza gwiazda drużyny Quidditcha. Ten tutaj obrońca wolał nie gonić swojej ścigającej. Jeszcze przez kilka dni.
I wcale nie chodziło mu o to, że jest młodsza.
Choć nie na tyle, by jego matematyka faktycznie mogła tu funkcjonować?
- Cholera. Coś w tym jest - musiał jej to przyznać, nawet jeśli niechętnie, zaraz zresztą broniąc swojej racji w inny sposób. - Byłem wybitny. Rzecz jasna. Natomiast tak jak już wspomnieliśmy: w Quidditchu. Reszta niespecjalnie mnie interesowała. Poza moimi niszami, wiadomo, ale cóż. W tę resztę najwidoczniej wliczają się też takie elementy jak młodziutkie Yaxleyówny - zawyrokował, bo bezsprzecznie i niepodważalnie nadal sądził, że po prostu nie miał okazji jej poznać.
Jak? Nie wnikał. To byłoby zbyt problematyczne, szczególnie że nadal wybierał upieranie się, że znał dosłownie każdego.
- Może gdybyśmy w tym dormitorium dzielili jedno łóżko - tak, to było aż nadto przesadne i właściwie pozbawione skrępowania z jego strony; po prostu znów rozłożył ręce.
Co poradzić. Lgnął do tej swojej pyskaczki, postrachu Ślizgonów, wielkiej miłości. Wysokiej - znaczy się. Ale nie najwyższej.
- Nie, nie byłaś - nie musiał zastanawiać się wiele - wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wiem to z autopsji. Jedna taka sztuka mnie kiedyś prawie zadźgała paluchem. Była wyższa. Na pewno - nie wyrokował, stwierdzał fakt.
Tamto dziewczę było potworem. Zmorą tego konkretnego dnia i kilku kolejnych również. Potem jeszcze co najmniej kilkunastu innych okoliczności.
Zawtórował Geraldine uniesieniem własnej butelki i upiciem solidnego łyka. Tak za dawne czasy.
- Wracamy do pracy? - Spytał, przy okazji odstawiając butelkę i sięgając palcami do zapiętych guzików lekkiej domowej lnianej koszuli z barwionego materiału.
Powinni, zdecydowanie powinni.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
20.11.2024, 13:08  ✶  

- Jak widzisz jest tu całkiem spory wachlarz możliwości. - Nie mogła się zamknąć, no bo po co, nie widziała takiej potrzeby. Mogli sobie dalej rozmawiać o możliwości jego ewentualnej śmierci, przecież to nic takiego. Tak naprawdę to zakładała, że przeżyją razem jeszcze wiele lat, pełnych przygód, ale raczej nie dadzą się szybko wykurzyć z tego świata. Będą się ze sobą jeszcze męczyć bardzo długo.

- To już prawie trzy-dzie-ści, to chyba jakaś granica, kiedy ludzie faktycznie stają się starzy. - Może tylko odrobinę chciała go zirytować samą świadomością, że już niedługo przekroczy tę magiczną liczbę.

- Że niby ja, zawsze robię wszystko po swojemu? - Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, no odezwał się ten, który bardzo chętnie przyjmował sugestie innych, tak, rzeczywiście. - Podążam za instrukcjami, właściwie co to za różnica, jakie drzewo? To i to iglaste. Gorzej jakbyś zasugerował, że przypomina to dąb, czy inną brzozę. - Tak, znała nawet kilka gatunków drzew, tak naprawdę to potrafiła rozróżnić ich sporo, no te podstawowe, na pewno liściaste, z igłami szło jej zdecydowanie gorzej, ale nikt przecież nie był idealny, prawda? Na pewno nie ona.

Młodość rządziła się swoimi prawami, nikt wtedy nie był szczególnie święty, raczej uczyli się po prostu życia, podejmowali spontaniczne decyzje, nie wydawało się, że był sens żałować czegokolwiek, co się kiedyś zrobiło. Dzięki temu w sumie aktualnie ich życie wyglądało tak, a nie inaczej. Każda podjęta kiedyś decyzja miała wpływ na to kim byli teraz.

- W kiblu warzyłeś eliksiry? Po co. - Tak, trochę zdziwiła ją jego wypowiedź, w sumie większość mikstur strasznie śmierdziała, więc może to był jakiś powód. - Pierwszego szluga w Hogwarcie zapaliłam w tej łazience, u Marty... To nie było zbyt przyjemne doświadczenie, wolałam Zakazany Las, tam jest zdecydowanie przyjemniej, no i nikt ci nie zawracał dupy. - Niestety pamiętała ten dzień, kiedy pojawiła się tam nieco zirytowana. Nigdy wcześniej nie sięgała po fajki w szkole, zazwyczaj robiła to na wakacjach, kiedy ojciec zabierał ją na polowania.

- Trochę mnie rozczarowałeś, ale tylko trochę. - Cóż, liczyła na to, że faktycznie chodziło o coś więcej niż palenie szlugów, trawy, czy nielegalne warzenie eliksirów.

- Zapamiętam to sobie, przede wszystkim to, że seks jest niehigieniczny, to bardzo dobry argument, żeby go unikać. - Wyciągnęła z jego komentarza oczywiście to, co wydawało jej się być najbardziej interesującym. Nie, żeby nie tarzała się podczas swoich leśnych wypadów w różnych innych niehigienicznych wydzielinach, które pozostawiały po sobie zabite bestie.

- No tak, Gwiazdor musiał mieć swoje standardy, to jasne. - Jasne niczym ta gwiazda do której go porównywała.

Jej życie erotyczne w czasach szkolnych praktycznie nie istniało, skutecznie odpychała od siebie większość typów, bo nie uważała, żeby jakikolwiek był w stanie sobie z nią poradzić, szczególnie po tym, kiedy podczas wakacji poznawała zdecydowanie starszych mężczyzn, z którymi lubiła spędzać czas w różny sposób. Raczej bawiło ją to, że jej równieśniczki biegały za jej kumplami, uważała to za bardzo zabawne, bo nie reprezentowali sobą praktycznie niczego. Była dosyć mocno krytyczna na tamtym etapie życia. Była w stanie powstrzymywać te wszystkie, buzujące hormony, aby na wakacjach pozwolić sobie na ich ujście. To było całkiem dobre rozwiązanie, szczególnie, że raczej nigdy miała wiecej nie spotkać ludzi z którymi polowała. Zdecydowanie wolała taka opcję niż to, że w szkole ktoś miałby plotkować na temat tego, jak się prowadza i tak wzbudzała wiele kontrowersji.

- Kurde, chciałam jednak postawić na ten błysk, ale może masz rację, że w tym przypadku liczy się wyjątkowość. - Zaakceptowała ten uwarowit, niech już mu będzie, chociaż nie do końca był to jej pomysł.

- Czy ja wiem, nie wydaje mi się, że w tym przypadku powinieneś mieć taką pewność, też byłam dobra, bardzo dobra, wiesz, mało kto mógł mi dorównać jeśli chodzi o sprawność fizyczną, miałam sporą przewagę, dalej mam. - Zdawała sobie sprawę, że lata treningów najróżniejszych dziedzin zrobiły z niej osobę, której mało kto mógł dorównać, zresztą ona radziła sobie nawet z mężczyznami, to nie było problematyczne. - A gdyby była trochę starsza, to na pewno dałaby ci kosza. - Dodała z uśmiechem na twarzy, bo to też było niezaprzeczalne. Była mocno zafiksowana na tym punkcie, kiedy chodziła do szkoły, broniła się rękoma i nogami przed tymi wszystkimi dziwnymi, relacjami, czy chwilowymi uniesieniami.

- Cieszę się, że traktujesz moje groźby poważnie. - Tak, gdyby się do niej zbliżył to najpewniej wyjęłaby jeden ze swoich noży i wbiła mu w serce zwinnym ruchem. Wszystko przez to, że jej dotknął, na pewno zdecydowałaby się na taki czyn. Po niej przecież można się było wszystkiego spodziewać, taka była groźna, szczególnie dla Roisa.

- W jaki sposób? Może jestem w stanie zapewnić ci taką śmierć, jakiej pragniesz. - Skoro już miała spełnić swoją groźbę, to mogłaby to zrobić tak, aby i on miał z tego nieco satysfakcji, nie zamierzała się przeż nad nim za bardzo znęcać.

- Nie sądzę, że w tej chwili miałbyś ze mną jakiekolwiek szanse, nie chcę się nad tobą znęcać. - Och tak, nie zamierzała wcale ukrywać tego, że widziała, że nadal nie był w najlepszej formie, ale to mogłaby być całkiem niezła zabawa, tyle, że na inny moment, kiedy w końcu wrócą do normalności. Teraz nadal trochę tkwili w zawieszeniu przez to, co się wydarzyło. Mimo wszystko powoli zaczynała odpuszczać, już tak bardzo nie demonstrowała swojego niezadowolenia, wręcz przeciwnie, miała całkiem niezły humor, nie spodziewała się, że ten wieczór miał szanse zostać uratowanym, jak widać nie ma sensu spisywać niczego na straty, bo zawsze można się pomylić.

- Miałeś szczęście, że nie nadziałeś się na mnie w szkole, chociaż na pewno byś mnie wtedy nie zapomniał, nie ma szans. - Ta interakcja byłaby niewątpliwą przyjemnością, na pewno. Pamiętała siebie ze szkolnych lat, była zdecydowanie dużo gorszą wersją siebie niż ta obecna. Wsadzała nos w nieswoje sprawy, prowokowała jeszcze bardziej niż teraz, byleby znaleźć sobie jakąś rozrywkę. Szkoła przecież była strasznie nudna i trzeba było sobie jakoś organizować wolny czas.

- Niestety już nigdy się o tym nie przekonamy, muszę jakoś żyć z myślą, że byłam na tyle nieciekawa, że nigdy nie zwróciłeś na mnie uwagi. Gwiazdor mną wzgardził. - Jak właściwie sobie z tym poradzi? Tak naprawdę nie robiło to na niej żadnego wrażenia, odezwała się zresztą bardzo teatralnie, więc mógł wyczuć, że trochę ją to bawiło.

- Byłam Roise, nie było wtedy w szkole żadnej mojej kuzynki, która tak bardzo wdała się w Yaxleyów, a wszyscy wiedzą, że to my jesteśmy najwyższymi czarodziejami, JA BYŁAM NAJWYŻSZA. - Tego jej nie odbierze, może nie była szczególnie ciekawa, nie wzbudzała zainteresowania, ale na pewno była najwyższą ucznnicą na swoim roku.

- Autopsja nie ma racji bytu. - Tak, niezaprzeczalnie tym razem się mylił.

- Dlaczego ktoś chciał cię zadźgać paluchem? - Tak, była ciekawa dlaczego jakaś laska miała chęć go zadźgać, może nie spodobały się jej jego zaloty, chociaż nie sądziła, żeby Ambroise musiał się do kogoś przymilać, zdecydowanie był jednym z tych typów, za którymi to typiary latały z wywalonym jęzorem.

- Jeśli musimy... - Odparła nieco rozczarowana, bo w sumie całkiem przyjemnie jej się dyskutowało o zamierzchłych czasach, szkoda, że musieli wrócić do tej mniej przyjemnej rzeczywistości.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
20.11.2024, 16:13  ✶  
- Tak, niezliczone możliwości - skwitował krótko.
Rozmawianie o własnych sposobach na śmierć nie było czymś, czego oczekiwałby po tym wieczorze. Nieważne czy mówili o tej rychłej, czy może bardziej odległej i ze starości.
- Grabisz sobie, Smarkulo. Uważaj, bo sobie nagrabisz i wywiozę cię na taczce - uprzedził ją, bo co jak co, ale doskonale wiedziała, że prace ogrodnicze miał opanowane.
Mieli wszystkie odpowiednie akcesoria ogrodnicze, w tym również taczki, w Piaskownicy. Pod ręką, żeby mógł spełnić swoje groźby. Może nie od razu, ale na pewno.
- Nie, że niby ja - parsknął kręcąc głową, bo nawet jeśli poniekąd to rzeczywiście tyczyło się ich obojga to w tej chwili ani myślał tak to ująć. - Splot w dąb jeszcze przed tobą - postarał się, by te słowa zabrzmiały jak rzeczywista groźba.
Tym bardziej, że to było przecież ich naczelne drzewo. Rodowy symbol. Fragment wierzeń, których nie traktowali jako legendę tylko fakt. Nie mogła się z nim wiązać bez zostania z tym powiązaną. Po prostu. Prawdopodobnie powinien ją nawet kiedyś zabrać do Kniei na dłuższy spacer opisując wszystko to, o czym sam słuchał od dziecka, ale mieli na to jeszcze sporo czasu.
Szczególnie po tym nieszczęsnym napomnieniu sprzed tygodnia, według którego należało, by Ambroise założył, że ich oczekiwania pozostały niezmienne. Prawdopodobnie nie miał szybko ponownie podjąć się poruszenia tematu. Przynajmniej nie sam z siebie.
Właściwie to na ten moment nie zakładał, kiedy i czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek to zrobi. Może za pięć lat, może za dziesięć. Żyło im się świetnie tak jak to obecnie było. Chyba rzeczywiście go wtedy przesadnie zamroczyło, próbował jej coś udowodnić, może rzeczywiście zarzucić. Najważniejsze, że byli na tej samej stronie.
Poza tym wbrew temu, co mu insynuowała, byli jeszcze całkiem młodzi. Na szczęście czarodzieje żyli dłużej od zwykłych mugoli. Mieli przed sobą dekady, dziesiątki lat. Nie musieli się z czymkolwiek spieszyć, za to jak najbardziej mogli poddawać się swojemu szaleństwu, niekonwencjonalności, dzikości bez zobowiązań innych niż te deklarowane sobie nawzajem.
Później mieć setki historii, wspomnień z teraźniejszych czasów. Coś do wspominania, gdy faktycznie będą starzy a nie prawie trzydzieści lat starzy. Tak jak ten Hogwart, na którego temat mimowolnie przepłynęli.
- Bo nikt mi nie dawał robić wszystkiego w oficjalnych salach lekcyjnych? - Spytał takim tonem, jakby naprawdę nie dowierzał, że musi ją uświadamiać o tej oczywistości, nawet drgnęła mu przy tym brew. - Kibel Marty się do tego nadawał, bo poza niedobitkami nikt tej dupy nie zawracał - uściślił, bo jego doświadczenia ewidentnie były zgoła inne. - Ale tak, palenie szlugów w Zakazanym było lepszą opcją. Tam nikt rzeczywiście nie wbijał tuż obok ciebie i nie atakował cię dziamdzianiem ani nie wyłudzał fajek - stwierdził zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Gdy tylko miał taką możliwość zdecydowanie wybierał linię lasu. Swoje bardzo dogodne miejsce będące jednocześnie punktem obserwacyjnym, żeby w razie czego odpowiednio szybko schować się przed niepożądanymi oczami.
W łazience na drugim piętrze niespecjalnie była taka możliwość, szczególnie że Marta nie świeciła dyskrecją ani wyrozumiałością. Szczególnie jak raz po raz odrzucało się jej widmowe zaloty. Wtedy stawała się ostentacyjnie upierdliwa.
- Brakiem horyzontalnego tanga na szkolnym parapecie w nawiedzanym kiblu? Naprawdę? - Z niedowierzaniem pokręcił głową, unosząc kąciki ust. - Łazienka prefektów była do tego lepsza. Tak samo jak wiele innych miejscówek. Wiesz, że Hogz obfitował w możliwości - wzruszył ramionami, rozkładając ręce.
To był duży zamek. Miał wiele swoich tajemnic. Wiele z pewnością zostało przez Greengrassa odkryte, jeszcze więcej pozostało tajemnicą. Choć szlajał się tam całkiem solidnie. Nie był z gatunku osób potrafiących usiąść w miejscu dłużej niż jedną godzinę lekcyjną. Szczególnie, gdy przedmiot go nie interesował.
Całe szczęście przez większość czasu miał swoje treningi. Dzięki nim udawało mu się omijać część męki. Szczególnie, że McGonagall była fanatyczką Quidditcha. Dawała im fory a oni chętnie z nich korzystali.
- Nie byle jakie standardy. Chuja w gnojówce nie znalazłem - podkreślił znacząco, choć raczej powinni mieć tu dawno ustaloną oczywistość.
Nie był desperatem. Nawet teraz, gdy zmęczony westchnął głośno wyrażając politowanie dla tego, co przed chwilą padło z ust Geraldine. Sądził, że może uda mu się tego nie skomentować, ale potrzeba była zbyt silna a on nie zwykł powstrzymywać się przed wygłaszaniem opinii. Lub tak jak w tym wypadku - gróźb.
- Wiesz, że to obusieczny miecz i ja też mogę nie dać ci polatać na mojej miotle, Szukajko? - Spytał nie oczekując żadnej sensownej odpowiedzi, bo wiedział, że oboje mogli się przerzucać podobnymi pogróżkami.
A później w dalszym ciągu nie być w stanie trzymać dłużej rąk przy sobie, sięgając po nieuniknione. Szczególnie po tak długim okresie praktycznie bez fizycznego kontaktu. Bez tego, w czym raczej nigdy się nie miarkowali. Cielesność była u nich cholernie istotna, nawet jeśli nie najważniejsza.
- Nie wszystko złoto, co się błyszczy - kolejny raz uniósł i opuścił ramiona. - Wyjątkowość ma znacznie większe znaczenie, nie? - Rzucił z lekkim uśmiechem, unosząc butelkę do ust.
Nie spodziewał się, że ten wieczór może się zrobić całkowicie przyjemny. Tymczasem było coraz lepiej. Weselej. Co prawda nie wrócili do części szkoleniowej, więc możliwe, że jeszcze znowu pogrążą się w nerwowej atmosferze, ale chyba w to wątpił.
- Oboje wiemy, że możesz tak mówić, bo po pierwsze, rozmawiamy o czymś, czego już nie możemy sprawdzić a po drugie jestem teraz w gorszej kondycji niż zazwyczaj, więc nie możemy tego sprawdzić w praktyce - odbił bez chwili zawahania, w tej chwili bez problemu podważając tę pewność siebie, która mimo wszystko wywoływała nieznaczny uśmiech na jego twarzy.
Podobała mu się. Zarówno Geraldine, to było oczywiste, jak i ta bezczelna, trochę niereformowalna świadomość własnej wartości. Od lat starał się ją w niej rozbudzać i podkręcać. Miło było widzieć, że to działa. Nawet jeśli próbowała mu to odbić rykoszetem.
- Nie dałaby - machnął ręką z niezmąconą pewnością siebie, patrząc jej prosto w tę niebieskie oczy. - Może trochę by mi tym groziła, ale szybko byśmy to sobie zrewanżowali - znacząco otaksował ją wzrokiem, zatrzymując go na chwilę na jej dekolcie i kląskając językiem.
To były całkiem przyjemne przypuszczenia, choć tak naprawdę wcale ich nie potrzebowali do szczęścia. Przeszłość była przeszłością. To teraźniejszość miała znaczenie wraz z przyszłością, która jawiła się w naprawdę dobrych barwach. Zwłaszcza po tym niedawnym kryzysie.
- W twoich ramionach, ma chaude chasseresse, dokładniej między udami - odparł gładko bez cienia zażenowania, szczególnie po tych późniejszych słowach.
Uniósł brew, ale tylko machnął ręką, postanawiając pozostać w klimacie kompletnego braku oporów przed bezpośrednimi odzywkami aniżeli próbować kłócić się, że jest silniejszy i już wrócił do pełni sprawności.
- Za to ty masz pecha. Gdybyś się na mnie nadziała z pewnością byśmy o sobie nie zapomnieli - odparł bezbłędnie, ponownie - bez żadnych ciar żenady. - Jak już mówiłem: gdybyś tylko była trochę starsza... ...gówniary nie były w moim typie. Oczywiście, że bym tobą wzgardził - nie dodał przy tym żadnego wybacz.
Nie zamierzał zapewniać Riny, że dla niej posunąłby się do złamania swojego kodeksu i jeszcze co najmniej kilku oficjalnych praw. Nie zrobiłby tego. Nie był idiotą. Desperatem też nie. No i przede wszystkim nie miał dziurawej pamięci, jak mu to usiłowała wmawiać. Westchnął ciężko z politowaniem.
- Zapewniam cię, że był ktoś taki. Jeśli nie twoja kuzynka to nie wiem. Skalny troll pod przykrywką. Smarkata jędza, enfant terrible mojego domu, no, po prostu. Po prostu chciała mnie zadźgać paluchem za samą obecność. Z racji bytu. Tego, że napatoczyła się na mnie i miała zły dzień. Kociołek jej pierdolnął czy coś w ten deseń, już nie pamiętam - machnął ręką, no bo kto by pamiętał po tylu latach. - Chciała mnie zadźgać, posłać na dywanik, utopić w umywalce, wypchnąć przez okno, wzywać McGonagall, nie wzywać McGonagall, bo wzywać Martę, nie wzywać Marty, ale trochę za późno się o tym orientując. Była wysoka i pierdolnięta. To akurat pamiętam - przelotnie rozłożył ręce, kręcąc głową, po czym wreszcie zniżył spojrzenie, żeby zacząć rozpinać guziki, bo trochę to mu miało zająć.
W żadnym wypadku nie zamierzał prosić o pomoc w tym zakresie. Sam zamierzał to z siebie zdjąć.
- Zero sekwojki przez następne dwie godziny. Słowo - zapewnił jednocześnie, uśmiechając się pod nosem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
20.11.2024, 20:33  ✶  

Śmierć była tematem, jak każdy inny. Nie widziała nic złego w tym, żeby o nim rozmawiać. Sama kilka lat temu miała taką wizję, że odejdzie najprawdopodobniej pożarta przez jakąś bestię, będą opowiadać o jej odwadze, czy coś i nikt jej nie zapomni ze względu na to, jak się poświęciła, co byłoby kłamstwem, bo pewnie umarłaby tylko i wyłącznie przez swój narwany charakter, zresztą raz prawie do tego doszło. Z czasem jej się to zmieniło i raczej wyobrażała już sobie, że dożyje starości, chciałaby to zrobić, szczególnie, że miała dla kogo i z kim żyć, to spowodowało, że trochę inaczej patrzyła na takie sprawy. Zresztą nie można jej odmówić, że zaczęła się zachowywać naprawdę przyzwoicie, potrafiła zastanowić się nawet nim podjęła jakieś decyzje. To było coś nowego.

- Dokąd mnie wywieziesz? Może warto dalej cię drażnić. - Wszystko zależało od tego, jaki punkt docelowy by wybrał. Jasne, wcale nie był taki stary, zresztą była od niego młodsza ledwie o cztery lata, czyli prawie tyle, co nic. Lubiła go jednak podpuszczać, takie uszczypliwości często im towarzyszyły. Zresztą miała wrażenie, że to one dzisiaj złagodziły nieco napiętą atmosferę, którą spowodowała wspólna nauka.

- Już nie mogę się go doczekać. - Na pewno to będzie wspaniałe doświadczenie, chociaż wydawało jej się, że taki splot nie istniał i właśnie próbował wzbudzić w niej lęk przed kolejną nauką bandażowania. Tak, na pewno o to mu chodziło. Zdecydowanie jodełka, sekwojka, czy inny iglak jej wystarczy - nie potrzebowała żadnych innych, kolejnych umiejętności związanych z opatrywaniem ran.

- Zdarzało mi się zakradać do sali od transmutacji i udzielać tam korków tym, którzy nie radzili sobie z tą dziedziną, chociaż z kociołkiem to chyba trochę bardziej skomplikowane. - Cóż, eliksiry miały to do siebie, że aby je uwarzyć potrzebna była spora ilość materiałów. Na szczęście te jej ulubione dziedziny magii wymagały tylko i wyłącznie różdżki, zdecydowanie prościej było praktykować taką wiedzę.

- Czy ja wiem, tam często się kręciły jakieś dzieciaki. - Nie do końca zgadzała się z nim, że łazienka Marty była takim wspaniałym miejscem, chociaż można było je sobie wywalczyć, tak sama do tego doszła. Wystarczyło, że wchodziła do środka, a młodsze dzieciaki zwiewały stamtąd w podskokach.

- Tak, tam było fajnie, szczególnie wieczorami, zimowymi, chociaż wtedy wszyscy wiedzieli, kto gdzieś łaził. - Pamiętała, że wiele razy musiała się tłumaczyć McGonagall z mokrych od śniegu włosów, czy rajstop i zaśnieżonych butów. Palacze nie mieli lekko w sezonie zimowym, wtedy właśnie warto było wpadać na włości Jęczącej Marty.

- Trochę? Miałeś taką minę, jakbyś zaliczył tam co najmniej połowę swojego rocznika. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo najwyraźniej wyraz jego twarzy wystarczył, aby ułożyła sobie pod to historię, najwyraźniej mylną, ale już wszystko wiedziała. Bardzo dokładnie zweryfikował te informacje. - Tak, był pełen możliwości, jednak szukałam tam chyba zupełnie innych doznań od ciebie. - Nie zamierzała ukrywać, że było inaczej. Miała swoje zasady, których się trzymała. Mury szkolne nie były miejscem, w którym pozwalała sobie na takie szaleństwa. Nie uważała, że coś przez to straciła.

- Dobrze, to wiedzieć. - Dodała z uśmiechem, pokazała przy tym niemalże wszystkie swoje zęby. Cóż, nie raz rozmawiali na temat swojej przeszłości, przyjmowali to, że istniała, może jakoś mocno się w to nie zagłębiali, bo to zupełnie nie miało sensu. Grunt, że w końcu każde z nich trafiło na kogoś z kim byli szczęśliwi, czyż nie? To, co było wcześniej nie miało znaczenia, szczególnie, że ich doświadczenia były bardzo podobne. Z nikim wcześniej nie udało im się nawiązać trwałej relacji, nie szukali tego, właściwie to przeznaczenie samo ich znalazło i musieli się z tym pogodzić. Trafił swój na swego, czy coś.

- Wiem, jestem ciekawa, kto pęknie pierwszy Roise. - Była gotowa to sprawdzić, tak, nie miała z tym najmniejszego problemu, bo lubiła wyzwania, bardzo, a przede wszystkim uwielbiała je wygrywać. Mogli więc sprawdzić, jak się sprawy mają i które z nich pierwsze zacznie się łasić. W sumie to napięcie między nimi było wyczuwalne, rzadko kiedy zdarzało im się trzymać ręce przy sobie przez taki czas, cóż, okoliczności tego wymagały, chyba? Może już nie.

- Tak, masz rację, nie mogę się z tym nie zgodzić. - Ona również sięgnęła po swoją butelkę, miała wrażenie, że robi jej się coraz cieplej, właściwie przy każdym, kolejnym wypitym łyku. Policzki zrobiły jej się już rumiane, nie szumiało jej jakoś specjalnie w głowie, ale widać było, że coś tam dziabnęła.

Wyjątkowość była zdecydowanie większą wartością od błyszczenia. Błyszcześć potafili również ci, którzy nie mieli noc do zaoferowania, głośno krzyczeli i próbowali wzbudzić podziw, ale to nie było istotne, znaczenie miało coś więcej.

- Zatem sprawdzimy to, jak staniesz na nogi, tak w pełni, jesteśmy dogadani. - Nie lubiła, kiedy jej zdanie było podważane, szczególnie, kiedy była niemalże pewna tego, jak potoczyłaby się sprawa. Oczywiście, że zamierzała to sprawdzić, bo nie rzucała słów na wiatr, miała zamiar mu udowodnić, że miała rację. Nie wiedzieć czemu naprawdę lubiłą to robić.

Poczuła jego palące spojrzenie na swoim dekolecie, uśmiechnęła się do siebie, kiedy to zauważyła. Chyba powoli zaczynała znajdować odpowiedź na pytanie, które z nich pęknie pierwsze, nie, żeby w ogóle zakładała, że mogłoby być inaczej. - Zdziwiłbyś się, w Hogzie miałam swoje zasady. - Och tak, była pewna, że by się ich trzymała, nie miało dla niej znaczenia to, kto próbował do niej podbijać, każdego potrafiła spławić.

- To w moich udach, czy ramionach? Weź się zdecyduj. - Było to przecież sprzeczne, musiała się upewnić, że doskonale wie, w jaki sposób mogłaby mu ulżyć, kiedy już miał się wybierać na drugą stronę.

- Możesz mieć rację, takich rzeczy się nie zapomina. - Na szczęście opętał ją dopiero po tym, jak zakończyła swoją edukację, pewnie wiele było dziewcząt, którym złamał serce. Tak, była tego pewna. Za Roisem musiały się ich uganiać tabuny.

Nie oczekiwała od niego wcale żadnych zapewnień, że gdyby stanęła na jego drodze wcześniej to nagiąłby swoje standardy. W szkole dzieliło ich kilka roczników, tak naprawdę to przecież była dzieciakiem, kiedy on kończył edukację, później ta różnica się zacierała i praktycznie w ogóle nie była odczuwalna, ale wtedy, wtedy to faktycznie mógłby być problem.

Kiedy zaczął opowiadać więcej o dziewczynie, tej niby wyższej od niej przyglądała mu się uważnie, bardzo uważnie, jakby w jej głowie coś zaczęło świtać. Sytuacja, którą opisywał coś jej przypominała, jasne - wielu osobom wybuchały kociołki podczas zajęć z eliksirów, ale to nie mógł być przypadek, że tak dokładnie to wszystko opisywał.

- Czy ta pierdolnięta dziewczyna rzuciła w ciebie śniegiem? - Zadała z pozoru całkiem niewinne pytanie, ale miała wrażenie, że wiedziała o kim mówi. - i czy nie poczęstowałeś jej takim obrzydliwym szlugiem, jak teraz palę? - To też było dość istotne. Jej pierwsza fajka wypalona w szkolnych murach, po tym momencie przestała mieć opory przed tym, aby sięgać po szlugi w szkole, wcześniej się trochę cykała.

- Chyba znam tę dziewczynę, wiesz? - Bawiło ją strasznie to, że nigdy do nich nie dotarło, że wpadli na siebie już w szkolnym kiblu. Pamiętała, jak ją wtedy wkurwił, jak się panoszył, jak chciał pokazać, gdzie jest jej miejsce. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że kiedyś trafi na niego znowu, ba zdecydowanie wolałaby go unikać, przynajmniej jako nastoletnia ona, bo był bucem i gburem.

Przysunęła się do niego bliżej, bo zauważyła, że zaczął rozpinać sobie guziki koszuli, nie musiał prosić jej o pomoc, sama chciała to zrobić. Zaczeła to robić jednak od jej dołu, żeby spotkali się gdzieś w połowie.

- To co tym razem? - Najwyraźniej dalsza nauka miała jej dzisiaj nie ominąć, szkoda, myślała, że jakoś jej się uda to odsunąć na kolejny dzień.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (15255), Geraldine Greengrass-Yaxley (12894)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa