• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine

[01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
05.12.2024, 22:51  ✶  
Światło słoneczne łagodnie prześlizgiwało się przez zasłony sypialni, której ściany wypełniały echa wspomnień. Oni też chyba nimi teraz byli a przynajmniej właśnie tak Ambroise się obecnie czuł. Jak widmo przeszłości nawiedzające dawno stracone miejsce pachnące kurzem i niemal całkowicie rozwianymi woniami tego, co kiedyś było życiem. Pomarańczowym środkiem do podłóg, perfumami, eliksirami i roślinami jak to zasuszone geranium na oknie. Zapach unoszący się w powietrzu był mieszanką przeszłości i teraźniejszości, bo gdzieś tam wokół nich roztaczała się również ta mniej przyjemna nuta. Nie do końca zażegnali poprzedni wieczór. Niedostatecznie go z siebie zmyli, ale to nie było obecnie ważne. Liczyli się wyłącznie oni.
Spędzili tu niezliczone noce, otuleni ciepłem, które tylko oni potrafili sobie dać. Teraz, po tak długim czasie rozłąki, znów leżeli razem. Na ułamek sekundy zamknął oczy, starając się zatrzymać ten moment na zawsze. Mimo że ich drogi rozeszły się w trudnych okolicznościach, on sam je rozdzielił, gdy zdecydował się odejść, by dać jej szansę na lepsze życie (jak dobre rzeczywiście było?) to teraz, w tej chwili, nic innego się nie liczyło. Wspomnienia płynące z czystej melancholii, które go nawiedzały były zbyt intensywne, by mógł je zignorować.
Każdy dotyk i pocałunek były jak leczniczy balsam na rany, które zadały im tamte godziny spędzone pod ziemią. Może również na te, które zadali sobie nawzajem? Czy miał prawo tak myśleć? W tej chwili tego nie kwestionował, po prostu je sobie przyznawał. Teraz, gdy leczyli przeszłość we wspólnym łóżku tuż obok siebie, liżąc swoje rany tak jak to zwykli robić.
Czule dotknął ramienia Geraldine, gdy miał wrażenie, że uciekła mu gdzieś myślami. O czym rozmyślała? Co rozważała? Czy żałowała tego teraz? Czy później miała tego żałować? To, że on miał było cholernie pewne, ale równie nieistotne. Mimo to poszukał spojrzeniem oczu Riny, starając się coś z nich wyczytać. Całkiem słusznie. Wystarczyło bowiem, że ich spojrzenia się spotkały, by w tym jednym momencie zniknęły wszystkie wątpliwości i lęki.
Byli tylko oni. Dwoje ludzi, których los połączył na nowo w tym samym miejscu, w którym kiedyś budowali swoje szczęście, gdzie roztaczali przed sobą wizję przyszłości, nawet jeśli ta nie nadeszła. Przyciągała go do siebie jak magnes, więc po prostu bez słowa zbliżył się do niej jeszcze bardziej, jakby bał się, że jeśli nie zrobi tego teraz, to znów ją straci.
Nie mówił o tym, nie zamierzał. Ani teraz, ani nigdy. To nie było miejsce na wielkie deklaracje czy jakiekolwiek słowa. Szczególnie, że byłyby puste, bo wbrew temu, co mówiła, Greengrass nie uważał, aby wszystkie rzeczy dało się zmienić. Pewne decyzje były niepodważalnie nieodwracalne.
Mimo to przytulił dziewczynę do siebie. Ciasno oplótł ją ramionami, oddychając chrapliwie, gdy odpowiedziała na to przylegając do niego a ich ciała idealnie się dopasowały. Tak jak zawsze. Jakby w dalszym ciągu idealnie ze sobą grały. W tym momencie nie istniało nic ważniejszego od tego, co działo się między nimi. Zatracali się w sobie, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć.
Przesuwał dłonią po jej plecach. Z początku tylko ją po nich gładząc, nic więcej. Ta chwila była ich lekarstwem na rany. Również te, które zadali sobie na przestrzeni ostatnich tygodni. Nie musieli mówić, by zrozumieć, że to, co połączyło ich w tej chwili było silniejsze niż jakiekolwiek słowa. Wspólne milczenie stało się ich językiem już wiele lat wcześniej. To także nie uległo zmianie.
Nie zastanawiał się, co miało przynieść jutro. Nie myślał o tym, co wydarzyło się w przeszłości. Teraz, w tej sypialni byli tylko oni. Dwoje ludzi, którzy odnaleźli się po burzy. Leżeli w swoich ramionach. W miejscu, które kiedyś było ich schronieniem. Wspomnienia przeszłości były wciąż obecne, nie należało ich wypierać. Wtedy był szczęśliwy a ich miłość wydawała się być wieczna. Zawsze, na zawsze.
Szczególnie, że wcale nie chciał się katować. Nie teraz. Długo walczył z myślami, które torturowały go, gdy podejmował decyzję, by odejść, by nie sprawiać Geraldine bólu. Myślał, że będzie lepiej, że znajdzie szczęście bez niego. I tak zrobiła, prawda? Więc czemu była tu z nim a nie z tamtym człowiekiem? I dlaczego nawet nie próbował kwestionować właściwości tego postępowania? Nie pytał.
To, co wydawało się słuszne półtora roku temu, okazało się jednocześnie najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił. Wiedział, że ją krzywdzi, ale w swoim sercu wierzył, że to dla jej dobra. Tyle tylko, że jednocześnie plątał się w tym jak cholera. Teraz po tych strasznych wydarzeniach, kiedy los znowu ich złączył, na powrót nie umiał zrozumieć, dlaczego tak się stało.
Złapał ją za rękę, przyciągnął bliżej do siebie, ku sobie, czując ciepło jej ciała. Ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku, który wydawał się być odpowiedzią na wszystkie niewypowiedziane słowa i emocje. Szczególnie wtedy, gdy oderwali się od siebie na kilka sekund i ich spojrzenia spotkały się a on poczuł, jak jego serce przyspiesza. To była chwila, w której czas znowu się zatrzymał.
Byli tu i teraz. Tonął w objęciach, które wydawały mu się tak znajome a jednocześnie tak nowe. To było jak powrót do domu, gdzie wszystko wydawało się znane i fascynujące, bo inne niż kiedykolwiek, bardziej palące. Każdy ich ruch, każdy gest był intensywny, jakby starali się nadrobić wszystkie stracone chwile.
Kiedy ich usta znów się złączyły, Roise poczuł, że w tej chwili wszystko znalazło się na swoim miejscu. Każdy dotyk, każdy oddech były jak powrót do tego, co kiedyś było dla nich po prostu rzeczywistością. Nie musieli mówić o przeszłości, o decyzjach, które ich rozdzieliły. Odsuwał od siebie świadomość tego, że kiedyś najpewniej musieli to zrobić. To nie miało obecnie znaczenia.
Dotyk Geraldine był jak iskra, która rozniecała ogień w jego wnętrzu. Zanurzył się w jej cieple, zatonął w dotyku. Ich usta kolejny raz złączyły się w namiętnym pocałunku, który był jak zapomniane obietnice. To, co działo się między nimi, nie miało nic wspólnego z przeszłością ani z przyszłością. Nawet nie z teraźniejszością. To było jak czas poza czasem. W momencie, w którym ich wargi ponownie zaczęły na siebie napierać a dotyk stał się bardziej chaotyczny i intensywny, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie myślał o przyszłości, nie zastanawiał się nad tym, co przyniesie jutro.
Pocałunki stawały się coraz bardziej żarliwe a on z każdą chwilą pragnął jej coraz bardziej. Chciał być blisko, chciał poczuć, że są razem, nawet jeśli to było tylko złudzenie. Każde kolejne dotknięcie sprawiało, że przelatywała między nimi iskra wyzwalająca kaskadę pragnień, które przez długi czas jedynie czekały na moment, by wybuchnąć żywym ogniem.
Jego dłonie badały krągłości ciała, które znał i jednocześnie które było mu całkowicie nowe. Dotykał skóry Geraldine palcami z każdym ruchem odkrywając coś nowego. Pragnął jej całej, bez opamiętania, bez jakichkolwiek ograniczeń. Jego dłonie wędrowały po ciepłej skórze, pieściły  ramiona, brzuch, delikatnie acz stanowczo zmierzając ku jednemu.
Mieli siebie nawzajem. Nie potrzebowali słów, bo ich ciała mówiły same za siebie. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Tylko oni dwoje, ich ciała, ich pragnienia, które wreszcie mogły się ujawnić. Żar, który ich łączył, był nie do opisania.  Prawie namacalny. Każdy dotyk dziewczyny sprawiał, że jego oddech stawał się szybszy zaś serce biło mocniej.
Długie palce wplątały się w jego włosy, przyciągała go do siebie składając mu na ustach kolejne żarliwe pocałunki. W każdej sekundzie czuł, jak ich pożądanie narasta, jakby cały świat zewnętrzny zniknął. Każdy dotyk był jak obietnica. Każda chwila w pościeli przypominała tamte chwile, gdy byli tylko dla siebie. Odnajdywali je na nowo. Znowu się w niej zakochiwał, przynajmniej jeszcze na minutę.
Ich ciała do siebie pasowały. Nigdy nie przestały. Tak jak wtedy, kiedy mieli to wszystko niemalże codziennie dla siebie. W dalszym ciągu była doskonała i każda jej reakcja na jego dotyk potęgowała pragnienie, które narastało, choć nie powinno, bo już dawno nie miało umiaru.
Czuł smak jej warg, uzależniającą słodycz. Jej palce delikatnie zjeżdżały po jego ciele wywołując falę dreszczy. Każdy dotyk był jak iskra, która rozniecała ogień pragnienia we wnętrzu.
Odpowiadał tym samym. Każdy kolejny ruch był pełen żaru i tęsknoty, które kłębiły się w nim od dłuższego czasu.
Pociągnął ją ku sobie. A może to ona jeszcze bardziej się do niego zbliżyła? Każdy kilometr skóry pokrytej gęsią skórką był naznaczony pragnieniem i tęsknotą, które narastały od miesięcy. Pragnieniem, które w końcu znalazło swoje ujście.
To było tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Całe otoczenie zniknęło, pozostawiając ich w małym, prywatnym wszechświecie, w którym istnieli wyłącznie oni. Była jego, a on był jej. To uczucie było tak namacalne, że mógł je prawie dotknąć.
Zafascynowany jej reakcją, kontynuował swoje wędrówki. Jego palce zjeżdżały na jej brzuch a potem do piersi, gdzie zatrzymał się na chwilę, by podziwiać jak jej ciało reaguje na jego dotyk. Oddechy stawały się szybsze i coraz bardziej urywane. Każdy ruch był wyważony, dopasowany do wzajemnych potrzeb i pragnień.
Zanurzył się w jej oczach, zatracając się w ich głębi. Pragnął jej tak mocno, że każda myśl o oddaleniu się od niej była nie do zniesienia. Ich ciała reagowały na siebie w sposób, który sprawiał, że czas przestał mieć znaczenie. Jego dłonie bez ustanku wędrowały po jej ciele, odkrywając każdy centymetr, każdy skrawek, który pragnął poznać. Czuł jak drżenie kobiecego ciała pod jego dotykiem sprawia, że narasta w nim fala pragnienia.
Złapał ją za nadgarstki i delikatnie uniósł jej ręce nad głowę, bardzo powoli podpierając się nad Geraldine na łokciach i ponownie zamykając usta dziewczyny swoimi wargami. Naparł na nią, wciskając ją w miękki materac i czując jak ich ciała idealnie się dopełniają. W każdej chwili, w każdym dotyku, w każdym pocałunku dawał jej wszystko. Swoje serce, duszę, pragnienie. Nie było miejsca na wątpliwości, nie było strachu. Byli razem. Zawieszeni w tej jeszcze jednej intymnej chwili, w której czas stracił znaczenie.
Aż wreszcie po prostu dał się ponieść fali namiętności, czując, jak ich ciała stapiają się w jedno. Każdy ruch był jak eksplozja, już nie iskra a żywy ogień. Była jego, a on był jej. W tej chwili nie istniało nic poza nimi.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
06.12.2024, 00:08  ✶  

Nie dało się nie zauważyć, że to miejsce zaczynało się zamieniać w ruinę, tak samo, jak to co ich kiedyś łączyło. Dawno tutaj nikogo nie było, nie miał się nim kto opiekować, Geraldine nie chciała tu bywać, nie sama. Nie czuła się jak u siebie, bardziej jak intruz, dlatego po prostu unikała tych wizyt. Nie chciała popsuć tego, co udało im sie tutaj stworzyć, pozwoliła, aby wszystko zaczęło rozsypywać się samo, nic nie ucieknie przed upływem czasu. Na to nie mieli wpływu. Kurz który otulał meble to potwierdzał, przedmioty pozostawiane na szafkach wyglądały tak, jakby opuścili to miejsce zupełnie niedawno i mieli tutaj wrócić, tyle, że nigdy tego nie zrobili. To nie miało mieć miejsca. Wszystko i tak kiedyś pochłonie piach, albo ktoś inny spędzi tutaj równie dobry czas, jak oni. To było chyba lepszą opcją, może ktoś jeszcze będzie potrafił wydobyć z niego piękno, tak jak oni kiedyś zrobili. Stworzyć tutaj swój azyl, kiedyś zawsze to był jej pierwszy wybór, jeśli chodziło o lizanie ran, godzenie się z niepowodzeniami, ale nie tylko, uwielbiała się tutaj pojawiać także w tych lepszych momentach, odkąd jednak postanowił z niej zrezygnować kojarzyło jej się nieprzyjemnie, w końcu tutaj przeczytała tę krótką notatkę, która wcale nic jej nie wyjaśniła. Chcąc nie chcąc ich dom, który budowali przez lata zaczął jej przypominać ich koniec.

Teraz było jednak inaczej, wydawało jej się, jakby znalazła się w jakims innym wymiarze, zawieszonym między tym co mieli, a co mogli mieć, chociaż właściwie mieli, teraz, przez chwilę. To było dziwne, nie umiała tego nazwać, jednak to im się przytrafiło, bo przecież czuła ciepło jego ciała, to nie był sen, czy koszmar, tylko jawa. Byli tutaj razem, przeżywali to, tylko czym właściwie było to? Momentem słabości? Próbą uleczenia ran, pożegnaniem, nowym początekim? Tego nie umiała stwierdzić, zresztą nie chciała tego nazywać. To nie było ważne, liczyło się tylko to, że byli w tym razem, tak samo jak znajdowali się razem w jaskini, w której omali nie pozostali na wieczność. Wydarzenia jak to otwierały oczy, pokazywały, co jest ważne, skłaniały do rozmyśleń.

Pewnie przez to nie miała najmniejszych oporów, aby brnąć z nim w to wszystko. Chciała po prostu skorzystać z okazji, zatracić się, nie myśleć o niczym innym. Było to nieco egoistyczne, nie powinna sięgać po to, co nie należało do niej, ale jakoś szczególnie się tym nie przejmowała. Zwłaszcza, kiedy zbliżał swoje usta do jej, kiedy czuła ich smak, przypominała sobie wraz z nim to wszystko, co kiedyś ich łączyło. Nie, żeby kiedykolwiek zapomniała, ale teraz wydawało jej się być znowu bardzo blisko niej, jakby wcale nie minęło tyle czasu, jakby to działo się ledwie kilka dni temu. Nie sądziła, że uda im się długo udawać, że nic się nie wydarzyło, że się nie poróżnili. Był to zdecydowanie momeny słabości, po tym wszystkim, co im się przytrafiło, w czym byli razem. Musiał się w końcu wmieszać w sprawy, w których nie powinien brać udziału. Nie odpuszczał jak zawsze, poszedł za nią do jaskini, próbował ocalić ją przed śmiercią. Tylko z jakiego powodu? Czy wydawało mu się, że nadal jest to jego obowiązkiem, jeśli tak, to było bardzo mylne, już dawno przecież sama zajmowała się swoimi sprawami. Może nie radziła sobie najlepiej, ale próbowała, robiła co mogła.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały mógł wyczytać z jej wzroku nic więcej poza pewnością, że to co robią jest właściwe, może odpływała gdzieś przez chwilę, dawała się ponieść swoim myślą, ale wiedziała, że chce tego. Zamierzała się zatracić, w nim, w tym, co los im dał, chociaż przez tę krótką chwilą. Konsekwencje? Nie miały jej dotyczyć, nie dzisiaj, może kiedyś, jutro? Pojutrze? Kiedyś na pewno, nie wątpiła, że będzie inaczej, to na pewno będzie ją wiele kosztowało. Ponownie bowiem rozdrapywała rany, które najwyraźniej wcale nie zdążyły się zabliźnić. Mimo tego, że próbowała, mimo tego, że szukała kogos, kto byłby w stanie dać jej coś więcej, niestety nikogo takiego nie znalazła, wszystko, co przeżywała było chwilowe, nie miało najmniejszego sensu, wiedziała, że nikt nigdy nie będzie potrafić dać jej tego, co dostawała od Ambroisa, nikt nie był w stanie mu dorównać. To była smutna i bardzo bolesna prawda, zważając na to, że to on postanowił usunąć ją dosyć brutalnie ze swojego życia, tak właściwie to z ich wspólnego życia, bo przecież dawno temu przestali żyć tylko dla siebie, raczej tworzyli jednej, wspólny świat. Nie zawsze idealny, ale ich i to było najważniejsze. Radzili sobie z przeciwnościami losu, jakoś, bez względu na to, co się działo, aż zupełnie znienacka ich świat przestał istnieć. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek do tego dojdzie, nie zdawała sobie sprawy z tego, że Ambroise będzie w stanie podjąć taką decyzję, za nich.

Dostrzegła w jego spojrzeniu, że chce tego samego, że również ma zamiar dać się ponieść temu, co niezaprzeczalnie nadal między nimi istniało. Nie zdawała sobie sprawy o czym myśli, czy żałował chociaż przez chwilę tego, że postanowił odejść? Ona żałowała, żałowała, że nie było dane im razem iść przez świat. Z nim zawsze było jakoś tak łatwiej, pewniej. Nie błądziła, gdy znajdował się obok niej, miała jasno określone priorytety, później, później wszystko przestało mieć znaczenie. Egzystowała, tak i nic więcej. Spotkało ją wiele zła, gdy się oddalił, czy zdawał sobie z tego sprawę? Nie mogła mieć do niego pretensji o to, że nie było go obok, gdy jej życie wymykało jej się z rąk. To nie była jego wina, że sama nie do końca sobie radziła. Być może, zupełnie niepotrzebnie pozwoliła sobie mieć w nim oparcie w praktycznie wszystkich dziedzinach swoje życia, musiała nauczyć się ponownie radzić sobie sama. To wcale nie było takie proste.

Jego dotyk przynosił jej skrajne emocje, czuła spokój, ukojenie, ale też nie dało się nie zauważyć, że wywoływał w niej również pożądanie, palące, które musiało zostać zaspokojone. Czy to w ogóle było możliwe? Tak, z nim zawsze. Z nim mogła mieć to wszystko w jednej chwili. To było niesamowite, tak samo jak to, że nic się pod tym względem nie zmieniło, mimo upływu czasu. Może nadal należała do niego, może była na to skazana? Nigdy nie wątpiła, że ich więź była wyjątkowa, była czymś ponad. Nie spodziewała się jednak, że mimo tego, iż jej nie pielęgnowali to nadal będzie istnieć. Na zgliszczach nic nie powinno rosnąc, nie powinno żyć, a coś walczyło o przetrwanie, i to bardzo mocno. Nie pozwalało, aby wszystko co ich łączyło odeszło w zapomnienie. Może jeszcze była jakaś nadzieja?

Skupienie się na teraźniejszości było chyba najodpowiedniejszym pomysłem. Bez sensu było myśleć o tym, co przyniesie, albo nie przyniesie jutro. Mogli po prostu korzystać z tej chwili, którą dostali od lasu. Właściwie to robili to, od rana. Napawali się swoją obecnością. Dotykała go w sposób, który znała, tak, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Brakowało w niej już tego wahania, które pojawiło się na samym początku. Nie sądziła, że Ambroise postanowi nagle stąd odejść. Nie po tym, w jaki sposób ją dotykał, całował. To świadczyło o tym, że również zamierza zostać tu jeszcze chociaż chwilę, może do momentu w którym znowu zaspokoją swoje żądze, chociaż czy to było tylko zwierzęce pożądanie? Nie wydawało jej się, to zawsze było coś więcej, dużo więcej.

Nie była w stanie zliczyć tej ilości pocałunków, która ich złączyła. Nie potrafiła się powstrzymać przed tym, aby ich języki odnalazły wspólny rytm, tak samo jak ciała, to przychodziło im całkiem naturalnie. Nie zapominało się takich rzeczy. Jego dłonie, jej dłonie wędrujące po ciele Ambroisa, jakby chciały zapamiętać każdą, nawet najdrobniejszą zmianę, jaka pojawiła się na ich skórze, a może po prostu przypomnieć sobie to co kiedyś było znajome. Nie zamierzała się ograniczać, to nie miało najmniejszego sensu, nie w momencie w którym już dawno przekroczyli granicę. Czy tego żałowała? Wcale. To było tym, czego potrzebowała.

Słowa nie były potrzebne, nie kiedy gesty świadczyły o wszystkim, czego pragnęli. Zresztą słowa nigdy nie był ich mocną stroną, byli ludźmi czynów, to one zazwyczaj pokazywały to, co czuli. Tym razem trudno jej było określić to jednoznacznie, aczkolwiek nie dało się zaprzeczyć tego, że to coś nadal między nimi było, ich ciała nadal się do siebie przyciągały i nic nie mogli z tym zrobić, czy to był ostatni raz? Chciała wierzyć w to, że nie. Bardzo chętnie by to powtórzyła, bez względu na konsekwencje, złamane serce po raz kolejny, czy duszę rozpadającą się na milion kawałków.

Lgnęli do siebie, zatracali się w pocałunkach, dotyku, we wszystkim. Tylko to było istotne, znowu mogli poczuć się, jakby byli jednym. Zostali stworzeni po to, aby się odnaleźć, mógł mówić swoje, jednak nigdy więcej nie miała zamiaru w to wątpić. Nie po tym wszystkim, co się znowu między nimi działo. To przyciąganie nie było niczym zwyczajnym, to było coś ponad i Geraldine była tego świadoma.

Jej ciało drżało, kiedy przemierzał jego kolejne zakamarki. Palce pozostawiały podskórne ślady po swojej wędrówce. Nie sądziła, że szybko o tym zapomni, na pewno nie. Potrafił doprowadzić ją na skraj, zresztą w każdym przypadku wzbudzał u niej bardzo silne emocje, tutaj nic nie było nijakie.

Coraz bardziej zatracali się w tej chwili. Mimo tego, że ciągle go całowała, to jej usta mimowolnie unosiły się w uśmiechu, tak, podobało jej się to, co się między nimi działo. Na pewno szybko o tym nie zapomni. Jej oddech zaczął przyspieszać, tak samo jak bicie serca, miała wrażenie, że za chwilę wyskoczy jej z klatki piersiowej. Połączyli się ze sobą, tak jak robili to już wcześniej wiele razy, nie miała pojęcia dlaczego za każdym razem wydawało jej się, że jest to jeszcze silniejsze, od tego, co mieli wcześniej.

Pozwolili się ponieść, utonąć w tym wszystkim raz jeszcze, wszystko wokół zaczęło wirować, kiedy ich ciała stopiły się w namiętności. Zmierzali ku nieuniknionemu, Yaxleyówna zupełnie już nie panowała nad tym co robi, i zaczęła przygryzać dolną wargę Roisa, miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale nie mogła się powstrzymać, nie była w stanie z tym walczyć. Poczuła na języku metaliczny posmak, który mógł świadczyć o tym, że udało jej się ukąsać do na tyle mocno, że pojawiła się krew.

To była tylko i wyłącznie jego wina i tego, co z nią robił. Spalali się, ponownie, z dala od całego świata, właściwie to czas, jakby się zatrzymał i liczyli się tylko oni, którzy musieli zakończyć swoją wędrówkę ku potępieniu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
06.12.2024, 04:59  ✶  
To, co ich ogarnęło mogło być zupełnym szaleństwem. Opętaniem nie znającym umiaru. Upajaniem się sobą nawzajem, jakby cały świat zniknął i nie miał już powrócić a oni zostali tylko we dwoje, zamierzając pozostać tu w tej wieczności bez doznawania jakichkolwiek konsekwencji. Bez zadawania pytań, bez odpowiedzi na to wszystko, co nie musiało paść, więc bez wahania to od siebie odsuwali.
Potrzebowali wyłącznie jednego, więc to sobie dawali. Wpatrzony w błękitne oczy Geraldine, sięgał i dawał, brał i oddawał, przyjmował i oferował, bo tylko tyle mógł teraz zrobić. Nie dało się cofnąć przeszłości, nie mogli mieć wspólnej przyszłości a ta wlaściwa (bujda) racjonalna część teraźniejszości bolała. Nie była tym, czego pragnęli. Zarówno od świata, jak i wyraźnie od siebie nawzajem.
Ambroise wiedział, czego pragnął. To nigdy nie uległo zmianie. Nie mógł tego mieć, więc odpychał od siebie wszystkie myśli o tym, aby nie dać się wciągnąć samemu sobie w pułapkę, z której nie dane byłoby mu się wydostać. Jednakże to nie zmieniało faktu, że wiedział, czego pragnął. W rzeczywistości. W tej rzeczywistości, którą teraz wspólnie tworzyli, nie śniąc, tylko sycąc się sobą nawzajem na jawie.
Nawet jeśli to były wyłącznie złudzenia to był gotów wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie, gdy ponownie runą. Przynajmniej tak sobie powtarzał, kradnąc jej kolejne pocałunki i posuwając się coraz dalej w dążeniu do tego, aby dać jej to, czego potrzebowała. To, co widział w tych niebieskich oczach. To, na co tak żarliwie odpowiadał własnym spojrzeniem i całym sobą, ciałem spragnionym palącego dotyku.
Nie myliła się. Nie przyznałby jej tego nawet teraz, nawet gdyby wiedział, o czym myśli Geraldine. Starał się czytać z niej tak jak niegdyś, samemu również nieświadomie pozwalając, aby to ona z niego czytała. Jednak nie powiedziałby tego wprost. To zbyt wiele by go kosztowało. Musiałby przyznać, że zawalił, że zbudowane mury były zbyt pochopne, że może w istocie mieli wtedy więcej szans niż im dawał i wystarczyło wyłącznie po nie sięgnąć.
Tak jak po jej ciało. Jak po słodycz warg i ciepło ramion. Po złudzenie dawnej miłości, która w tej chwili sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie wygasła. Zawsze to mieli, czymkolwiek było. Teraz pojawiła się również ta ostrożna myśl, że prawdopodobnie to miało z nimi pozostać, skoro nie potrzebowali wiele, tak właściwie to nawet nie kilku słów, aby znów ku sobie sięgnąć i dać się ponieść temu magnetycznemu, iskrzącemu przyciąganiu.
Ironiczne, ale może to w tym tkwiła istota ich zawsze, na zawsze? Nie w tym, co tak pochopnie i naiwnie zakładali. Nie w byciu ze sobą, przy sobie a właśnie w tej chwili, w którą potrafili na nowo wzniecić w sobie pożar i ogień? To nie pokrzepiało, to było równie palące, ale jeśli tak miało wyglądać ich połączenie to w tym momencie był skłonny się temu poddać. Jeśli nie mógł mieć jej na stałe, mogli mieć siebie nawzajem przynajmniej w taki sposób.
Nie zastanawiał się jak żałosne by to było. Że już tak niegdyś wokół siebie krążyli i to nie było w stanie spełnić ich najgłębszych potrzeb, bo nie o fizyczność między nimi chodziło. Była istotna, ale nie najważniejsza. Potrzebował tego żaru i dotyku, nóg owiniętych wokół niego, dłoni przesuwających się po ciele, ust napierających na usta, ale to nie było wszystko. To nigdy nie było wszystko, w innym razie nie mieliby tego, co utracili. I tego, w czym się teraz zatracali, jakby nigdy nie zniknęło, tylko na moment przygasło.
Czerpał tyle, ile się dało, nawet z tej ulotnej chwili. Oboje czerpali, wymieniając niezliczone pocałunki i coraz bardziej się w sobie plącząc, zatapiając się w dotyku prowadzącym ich ku czemuś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, ale jednocześnie było najwłaściwszym splotem wydarzeń od miesięcy. Lat z dala od siebie, które ich ciała próbowały nadrobić w sekundy.
Każdy oddech, który brał był przepełniony jej zapachem, każda myśl krążyła wokół niej. Czuł tęsknotę za jej obecnością, za ciepłem emanującym od jej ciała, za spojrzeniem, które potrafiło rozgrzać go do czerwoności. Nie było chłodu i zimna, ciemności i zmierzchu. Tylko ogień i żar, ale też jasne światło dnia i spokój. Ulga, nie tylko dla ciała, choć i ono ku temu zmierzało. Ponownie mieli się sobą nasycić.
Kiedy ich spojrzenia się spotykały, w powietrzu zaiskrzyło. To była ta sama iskra, która kiedyś zapłonęła między nimi a teraz rozgorzała z nową siłą. Nie mieli wyjścia tylko jej ulec. Nie dało się tego zdusić, zresztą chyba żadne z nich tego nie pragnęło.
Ich dłonie wędrowały po spragnionych, nienasyconych ciałach, na nowo odkrywane, jakby każdy centymetr skóry był nieznanym terytorium, które pragnęli zbadać. Chciał poczuć każdy fragment jej ciała, wywołać drżenie i mruknięcie, niekontrolowane jęknięcie, które wydobywało się z jej ust, gdy ich ciała się łączyły. Był nią tak zafascynowany jak zawsze, jakby to był pierwszy raz, kiedy mieli się ku sobie ostatecznie zbliżyć, osiągając spełnienie.
Urywane oddechy stawały się coraz bardziej intensywne, serca łomotały w jednym rytmie, szum wypełniał uszy, pożądanie wirowało w głowie bardziej niż jakikolwiek alkohol, bardziej niż narkotyk. To, co ich kiedyś łączyło było jak niewidzialna nić, która wciąż trwała, splatali, mimo upływu czasu. Teraz, w tej chwili, czuł, że ta nić znowu ich zbliża, przyciąga do siebie. Ku sobie, choć trudno byłoby, by byli jeszcze bliżej.
Pragnął Geraldine tak samo jak ona jego. Pragnął tego, co mieli, nawet jeśli to miało być tylko na chwilę. Nie obchodził go świat na zewnątrz, nie interesowały go konsekwencje. Liczyła się tylko ona, ich ciała, które złączyły się w jedno, jakby nic innego się nie liczyło, i ta żarliwa, paląca energia, która ich przyciągała.
Czuł jak jego serce bije coraz szybciej jak pragnienie, które narastało nareszcie znajduje ujście. Ich oddechy stawały się coraz bardziej intensywne a ruchy coraz bardziej chaotyczne. Poczuł posmak krwi na języku, piekący ból wargi, ale wyłącznie się uśmiechnął, pogłębiając pocałunek. Jeszcze bardziej na nią napierając, mocniej poddając się miękkości skóry i owiniętym wokół niego nogom, które mimowolnie zdecydowanym przeniósł na swoje barki, odrywając się na moment od ust dziewczyny, aby móc na nią patrzeć. Nie odwracać wzroku, napawać się chwilą.
Czuł jak ich ciała stapiają się w jedno na samej granicy, ułamek sekundy, mgnienie oka nim czas całkowicie przestał mieć znaczenie. Byli tylko oni, ich namiętność, ich pragnienia, wspomnienie tego, tej chwili, gdy kolejny raz się spalili.
Opadając w pościel, łapiąc oddech w gorącu sprawiającym, że potrzebował kilkunastu sekund, aby uświadomić sobie, co tak właściwie znowu zrobili. Kolejny raz pod wpływem chwili, ale czy tylko chwili? Nie. Pod wpływem tego, co sprawiło, że nawet teraz znowu ją do siebie przyciągnął. Bez słowa przygarnął do siebie, przekręcając się tak, żeby pocałować ją przedtem w czoło, uśmiechając się mimochodem z zamkniętymi oczami, które przymknął, aby poddać się wrażeniu spokoju. Wyczerpaniu, zmęczeniu, ale ukojeniu, satysfakcji.
To była rudera. Ruina. Ten dom, który kiedyś tworzyli, ale teraz to na powrót było ich wspólne miejsce. Bezpieczna przystań, upragniona ostoja.
Usnął? Zawiesił się w czasie? Po prostu uległ wrażeniu nierealności? Wiedział tyle, że kiedy kolejny raz mrugnął, przenosząc wzrok na kobietę, za oknem zrobiło się znacznie ciemniej. Zaczął zapadać zmierzch.
Zmierzch... ...morderca chwili.
Na ułamek sekundy oderwał wzrok od jej oczu a jego spojrzenie zbłądziło w dół, zatrzymując się na ich splecionych dłoniach, które teraz wydawały mu się tak niewłaściwe właściwe. I zarazem właściwie niewłaściwe. Któreś z tego na pewno. Oba? Żadne?
- Mogę udawać, że wszystko jest w porządku, ale... ...znasz mnie... ...wiesz, że to nieprawda. Prawie wczoraj zginęliśmy. To miesza w głowie, ale nie jest wymówką - odezwał się ciężko, powoli i znacznie bardziej grobowo niż zamierzał.
W rzeczywistości wcale nie planował tego robić. Nie powinni byli zmieniać niektórych rzeczy, ale już to zrobili i cholera wcale tego nie żałował. To było w tym najbardziej gorzkie, że nawet w tej chwili mógłby z powodzeniem utonąć w ramionach Geraldine, raz po raz sięgając po to, co sobie dawali, bo to byłoby naprawdę proste rozwiązanie.
Tyle tylko, że nie mógł powiedzieć, że nikogo by nim nie krzywdzili. Wręcz przeciwnie. Jak na złość, krzywdziliby tym kogoś znacznie ważniejszego od kilku przypadkowych osób, bo siebie nawzajem. Ambroise był to w stanie przełknąć, przeżyć rozgoryczenie związane z tym, że już niedługo mieli osobno opuścić to miejsce. Przynajmniej tak sobie mówił, natomiast gdzieś tam pod skórą miał wrażenie, że to musiało się wydarzyć.
Nie tylko rozstanie, które było nieuchronne, lecz również rozmowa, by nie musieli tego przechodzić ponownie. Kiedykolwiek. Aby nie złamał się któregoś wieczoru, wracając we wspomnieniach do którejś z tych chwil i robiąc coś skrajnie głupiego. Zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszałby o nieuniknionym. O niej i jej narzeczonym, przyszłym mężu. Tym, że nie tylko mieli już datę (nie zamierzał pytać czy ją mają), ale ona właśnie nadeszła.
- Spróbuj mi nie przerywać - uprzedził, wypuszczając powietrze nosem i głęboko oddychając. Raz.
Mimo ścisku w gardle i tego jak bardzo miał ochotę zaciskać usta, ścierając o siebie zęby, byleby tylko zrezygnować z tego, co już zostało wypowiedziane. A jednak skoro to padło, powiedział a to również b było naturalną konsekwencją rzeczy.
- Wiem, że to nie ma żadnego znaczenia. Jest o dupę potłuc. Bezcelowe. Nie potrzebuję takich uwag, więc możesz je sobie darować - zabierał się do tego jak pies do jeża, mimowolnie się spinając i wbijając wzrok w komodę centralnie pod ścianą naprzeciwko łóżka.
Jak na ironię nadal mogli na siebie patrzeć, tyle tylko, że w odbiciu ciemnej tafli mugolskiego telewizora zostawionego tu przez poprzednich właścicieli, choć chyba niezbyt dobrze działającego (bo w życiu nie przyznałby, że go po prostu nie ogarniał, szczególnie że ten na dole był bardzo funkcjonalny zanim niemal nie wybuchł).
Złośliwość rzeczy martwych. Wcale nie chciał widzieć spojrzenia Geraldine, więc uniósł wzrok jeszcze wyżej. Na muchę na ścianie. Chyba nie żyła, ale jakimś cudem w dalszym ciągu nie spadła na ziemię. Zupełnie tak, jakby wszystko rzeczywiście zawiesiło się w czasie.
- To, co padło w Dolinie... ...nie chcę, żebyś myślała, że przestałem cię kochać, że cię wyrzuciłem. To bardziej skomplikowane - nieznacznie pokręcił głową.
W żadnym razie nie potrzebował, aby wytykała mu klasyczny przykład to nie ty, to ja, tyle tylko, że dawno za późno i zdecydowanie nie w sytuacji, w której to miałoby mieć jakieś znaczenie. To było raczej całkowicie jasne. Doskonale widoczne w całej jego postawie. W grobowym spojrzeniu i lekkim, bardzo nieznacznym uniesieniu kącików ust w cynicznym grymasie. Jasne, spodziewał się, że to nie pozostanie nieskomentowane. W końcu to była Geraldine a on cholernie ją tym kiedyś zranił, ale po prostu liczył na to, że zaczeka z uderzeniem. Nie przerwie mu, bo wtedy za cholerę by nie skończył.
- Myślałem, że czas wszystko załatwi, wytworzy odpowiedni dystans, ale im dłużej się staram, tym bardziej czuję, że to nie ma sensu - kontynuował powoli, jego gardło zdawało się być naprawdę okrutnie suche, jakby za każdym razem, gdy się wypowiadał przełykał przy tym trochę piachu.
Z trudem formułował słowa. Był na siebie o to zły - to jasne, natomiast nie chciał pozostawiać tego w ten sposób. To, że mówił pod wpływem chwili było prawdopodobnie najszczerszą rzeczą, na jaką pozwolił sobie od wielu miesięcy z kimkolwiek. Szczególnie z nią. Zawsze z nią. Za każdym razem w ten sam sposób, ale inaczej. Mówił, bo musiał mówić. Pod naporem kolejnych sekund, poddając się poczuciu, że to powinno paść. Prędzej niż później. Tu i teraz.
- Nie w tym wydaniu. Szczególnie nie, gdy to było kwestią czasu jak na siebie wpadniemy - mimowolnie przesunął dłonią po jej włosach rozrzuconych na poduszce, nie dostrzegając tego, że jego palce drżały, gdy dotykał ich miękkości ani tego, że w ogóle w dalszym ciągu oplatał ją ramionami. - Nie żałuję tego momentu. Wiesz, że nie. Ani poprzedniej nocy, ani dzisiejszego dnia - bo poszedłby za nią w ogień i nawet nie musiała o to prosić, prawda?
Nie żałował.
- To nie działa. To... ...nie wiem co, ale nie działa - zmrużył oczy a mięśnie jego twarzy napięły się, gdy starał się znaleźć odpowiednie słowa.
Nigdy nie był w nich dobry, ale teraz czuł, że przychodziły mu naprawdę cholernie ciężko. Z trudem opuszczały usta, ledwo przeciskały się przez zaciśnięte gardło, nawet nie usiłowały zlepiać się w jego głowie w jakkolwiek sensowne zdania, które mógłby przemyśleć zanim je powie. Więc po prostu mówił. Cicho, ale zdecydowanie.
- Cokolwiek się stanie, zawsze będziesz mieć moje serce, nawet jeśli nie jesteśmy razem. Powinnaś to wiedzieć - ale czy wiedziała?
Musiała. To była ta jedna rzecz, którą musiała. Jedna jedyna.
- Nawet jeśli podjąłem decyzje, które nas rozdzieliły i ich nie żałuję - urwał na kilka sekund, mobilizując się do tego, by wreszcie przenieść spojrzenie ku oczom Geraldine, zatracając się w ich kolorze pod wpływem chwili, w której wszystko znowu stało się takie...
...skomplikowane. Wręcz kurewsko poplątane. Chciał być z nią szczery, ale nie mógł. Usiłował dobierać słowa, być rozważny, bo ich ostatnie minuty zdecydowanie dawały do zrozumienia, że nie był i nie miał być racjonalny. Natomiast to było cholernie trudne.
Tak zagmatwane, że nie bez przyczyny tego wtedy nie zrobił. Teraz wracał ku temu myślami. Odszedł nie pod wpływem chwili, tylko namysłu. Nie żałował, bo nie widział innej opcji. Jedyny żal, jaki w sobie nosił to ten wobec wszystkich wcześniejszych zdarzeń, które doprowadziły go do podjęcia takiej decyzji. Tu nie umiał nie czuć goryczy i żalu.
- Nie chciałem, by tak się to skończyło - to nie były wyłącznie puste słowa, ale tak brzmiały w jego uszach.
Zwłaszcza teraz, gdy leżeli obok siebie a on w dalszym ciągu otulał ją ramionami, owijając sobie pukiel jasnych włosów dziewczyny wokół palca wskazującego i starając się po prostu mówić. Cicho, ale do celu. Krok po kroku.
- I nie mam wyrzutów sumienia za to teraz ani złudzeń. Nie będzie pózniej poza tym domem. Jeśli tego zechcesz, zjedzmy kolację, jedną, drugą. Zostańmy tu do niedzieli wieczorem, do poniedziałku rano. Bez poruszania tego tematu - albo mogli się rozejść, ostatecznie rozstać już w tej chwili, choć czy to byłoby dobre?
Nie byłoby. Nie dla niego. Nie po tym wszystkim. Nie, gdy raz po raz ulegali sobie zawieszeni w zamarłej chwili. Potrzebowali tego, pragnął w to wierzyć, potrzebowali móc to zakończyć właściwie. Dać sobie to, czego nigdy nie mieli.
- Zawsze chciałem się z tobą właściwie pożegnać - zawiesił wzrok na twarzy dziewczyny, oczekując tego, co miało nadejść.
Odtrącenia, bo jakże inaczej. Był tego pewien. Mimo to chyba pierwszy raz w życiu był tym, który wyciągnął rękę. Nawet jeśli na pożegnanie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
06.12.2024, 15:31  ✶  

Wieczór miał przynieść chłód, którego się nawet nie spodziewała. Nie zakładała, że zdarzy się to tak szybko. Póki jeszcze zapominali się w swoich objęciach, pocałunkach, dotyku wszystko wydawało się działać, jakoś, na chwilę, na moment. Tyle, że to nie mogło trwać wiecznie, prawda? Nie mogło.

Spodziewaj się niespodziewanego, czy coś, powinna być tego świadoma. Ledwie udało im się uspokoić oddech, odsunąć od siebie na chwilę nadeszło do niej zderzenie z rzeczywistością. Ciemną, mroczną, zimną.

Poczuła chłód, ponownie, chociaż jeszcze przed momentem jej ciało płonęło. Wydawało jej się, że jest w potrzasku, bo nie była w stanie uciec przed rozmową, która ich czekała. Zresztą już zaczął do niej mówić. Miała świadomość, że teraz, znowu wszystko się rozsypie. Dużo prościej było milczeć, przecież tak dobrze rozumieli się bez słów, czy naprawdę tego teraz potrzebowali? Wątpiła w to, nie chciała w ten dosyć gwałtowny sposób zostać sprowadzona na ziemię. Jeszcze nie w tej chwili, aktualnie całkiem dobrze czuła się zatracając we wspomnieniach, dlaczego nie mogli odsunąć tego w czasie? Czy to w niego godziło tak bardzo? Nie miała pojęcia. Nie wiedziała zresztą, co miał zamiar jej powiedzieć, ale spodziewała się, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Miała takie wrażenie, tyle, czy od samego początku nie zakładała, że właśnie tak będzie? Tak, była tego niemalże pewna, czy jemu nie było tutaj z nią dobrze, przez tę chwilę, czy naprawdę już chciał im to odebrać?

Udawać. Czy to co robili naprawdę było udawaniem? Czy on udawał? Czy w ogóle to, co się między nimi działo dałoby się udawać?  Tak, może jasno nie określili swoich zamiarów, nie do końca chyba przypadło jej do gustu słowo, którego użył. Starała się uspokoić oddech i nie denerwować, dać mu to, czego w tej chwili od niej potrzebował i była tym chyba cisza, miała się nie wtrącać. Próbowała więc to robić.

Tak, najwyraźniej coś mieszało im w głowie, już kiedyś zakładali coś podobnego, tyle, że nie miało to żadnego sensu, mogli się oszukiwać, udawać, że tak było, ale nie do końca wydawało jej się to prawdą. To nigdy nie było mieszanie w głowie, kiedyś już przecież to weryfikowali, nie pamiętał o tym? Nie chciał do tego wracać, wydawało mu się, że tym razem przed tym ucieknie? Cóż, nie, nie było od tego ucieczki, nie mieli na to najmniejszego wpływu, tak po prostu musiało być. Reagowali na siebie właśnie tak z jakiejś przyczyny, cóż wydawała się jej ona całkiem prosta. Jak widać ograniczenie kontaktu wcale nie spowodowało, że to zniknęło, wręcz przeciwnie, dzisiaj dostali potwierdzenie, że nadal coś między nimi było, a może to tylko ona czuła, że coś jest na rzeczy. Zaczynała się gubić, coraz bardziej, ale jasne, niech mówi, niech podzieli się z nią swoimi przemyśleniami.

Co niby nie miało żadnego znaczenia? To, co się między nimi wydarzyło teraz? Naprawdę tak myślał? Czy reagowałaby tak na jego obecność, gdyby to nie miało żadnego znaczenia? Co próbował jej wmówić, chyba, że o niego chodziło, że dla niego było to niczym, to zmieniało postać rzeczy. Skoro zaczął wylewać z siebie to wszystko, to może faktycznie powinna powiedzieć, co jej leżało na sercu. To nie powinno może mieć żadnego znaczenia, ale dla niej miało. To chyba było najbardziej bolesne.

Nie spoglądała na niego teraz, wbiła wzrok w to nieszczęsne okno, za którym powoli zaczynało zachodzić słońce. Czuła, że zaczyna się irytować, nie miała pojęcia ku czemu zmierza, nie wiedziała dlaczego postanowił wspominać o tym wszystkim teraz, przecież jeszcze przed chwilą było im tak dobrze. Najwyraźniej po raz kolejny mieli to wszystko zniszczyć, w sumie nic nie stworzyli, więc może nie było, czego niszczyć i tak wszystko wokół nich zamieniało się w zgliszcza.

Nie przemawiały do niej te słowa, niczego nie wyjaśniały, miała wrażenie, że się miota w tym, co mówi, bo skoro zawsze jego serce miało należeć do niej, to dlaczego postanowił ją zostawić, znowu. Dlaczego po raz kolejny ją odrzucał? Dlaczego mieli się żegnać? Wbrew pozorom jej się to wcale nie wydawało takie skomplikowane, nie rozumiała nic z tego, co się między nimi działo. Tak, ona nadal go kochała, on najwyraźniej też nie przestał czegoś do niej czuć, to w czym był problem, dlaczego mieli się znowu żegnać?

Zmrużyła oczy i próbowała sobie jakoś ułożyć to wszystko w głowie, wypadałoby, żeby coś mu odpowiedziała, tyle, że nie do końca wiedziała, co miała mówić. Wiele tego było, od czego powinna zacząć?

- Nie spodziewałam się cudów, w końcu to tylko chwila tak? - Chciała się upewnić, że dokładnie to miał na myśli, nie mogli doprowadzać do kolejnych niedopowiedzeń, bo one im nie służyły.

- Nie rozumiem dlaczego postanowiłeś to skreślić, skoro sugerujesz, że zawsze będę mieć twoje serce, o co ci właściwie chodzi? - Tak, jak dla niej to się wzajemnie gryzło. Nie miała zielonego pojęcia, ku czemu zmierzał. To miało być pożegnanie, tylko dlaczego, po co? Zasługiwali na nie wcześniej, ale czy w ogóle by do niego doszło, gdyby porozmawiali o tym wszystkim?

Nie miała pojęcia, czasu nie dało się cofnąć, mogli spróbować to wyjaśnić tu i teraz. Jedynie to im pozostawało. Nadal na niego nie patrzyła, bała się swojej reakcji.

- Nie żałujesz, że odszedłeś, a jednak nadal tu jesteś. To mylące, tak samo jak to, że dalej próbujesz mnie chronić, mogłeś umrzeć w tej jaskini, po co? - Skoro nie żałował tego, że ją opuścił to dlaczego ciągle uważał, że powinien uczestniczyć w jej życiu.

- Będziemy udawać, że nic się nie dzieje? Jak sobie to wyobrażasz, co będzie później, co stanie się, jak wrócimy tam? - Mieli o tym nie rozmawiać, udawać, że wszystko między nimi jest w porządku? Czy nie jest? Jak to miało wyglądać. Potrzebowali odpoczynku, to prawda, potrzebowali odetchnąć, ale co dalej? Mieli się oficjalnie pożegnać, podać sobie ręce i życzyć wszystkiego dobrego na nowej drodze życia? Jak miałaby się odnaleźć w tym wszystkim ze świadomością, że nadal coś do niej czuje, bo chyba czuł, skoro o tym wspominał. Zresztą ona też nigdy nie przestała go kochać, więc po co było to wszystko, czy nie mogli wrócić do tego, co kiedyś mieli, co im służyło?

- Ja nigdy nie chciałam się z tobą żegnać i może w tym jest problem. - Tak, zdecydowanie inaczej spoglądali na to wszystko. Ona nigdy nie chciała, aby to, co między nimi było przestało istnieć, nigdy nie podjęłaby takiej decyzji, nigdy by go nie zostawiła. Może tutaj był pies pogrzebany. Najwyraźniej zmieniły im się priorytety i każde z nich oczekiwało czegoś innego.

- Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, co jest w tym takiego skomplikowanego, może to otworzy mi oczy? - Tak, chciała zobaczyć pełny obraz, bo czegoś zdecydowanie nie rozumiała, jakby brakowało jej jakichś kluczowych informacji i nie mogła spojrzeć na problem w pełnej perspektywie. Może wtedy zrozumie, czym się kierował, co skłoniło go do takiego postępowania.

Nie do końca wiedziała co czuje, na pewno było to zmieszanie, nie spodziewała się bowiem, że dojdzie między nimi do takiej rozmowy. Rozumiała, że była im ona potrzebna, jednak wydawało jej się, że doszło do tego zbyt szybko. Wiedziała, że teraz już nie będzie odwrotu, za chwilę znowu wszystko zniknie, przepadnie, obudzą się i będą musieli odnaleźć się w rzeczywistości, właściwie to już to robili.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
06.12.2024, 17:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.12.2024, 18:09 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Gdzieś tam pod skórą zawsze obawiał się, że ją straci. Nie spodziewał się, w jaki sposób. Nie dopuszczał do siebie tych obaw, starał się je od siebie odsunąć, szczególnie po tamtych atakach. Nigdy, przenigdy nie zgadłby, w jaki sposób to ostatecznie się stanie.
Teraz już wiedział. To ostatecznie się stało. Sam wybrał rozwiązanie, święcie przekonany o tym, że było jedynym dopuszczalnym. Najlepszym z najgorszych. Jedynym właściwym, by nie cierpieć jeszcze bardziej. Tyle tylko, że to wcale nie sprawiało, że było łatwo.
W tym momencie już nie wiedział, co było gorsze - to, że ją stracił, czy to, że nigdy nie mógł jej tego wszystkiego powiedzieć. Całej prawdy, każdego słowa i myśli prowadzących ku rozstaniu. Czy to teraz, mimo że mówił. Czy wtedy, bo gdyby próbował to zrobić zamiast pisać jej tamten list, nie wiedział czy zdołałby rzeczywiście odejść.
Nie, nie zdołałby. Te ostatnie minuty i godziny przecież otwierały oczy. Miesiące, które nie zmieniły niczego w tym, że nadal ją kochał. Jak policzek było to, że najwyraźniej dla niej również nie był obojętny. Nawet jeśli wyłącznie na chwilę zapomnienia.
- Tak - to nie było łatwe, nie usiłował przy tym na nią patrzeć, choć chyba sama też odwróciła wzrok, natomiast tak, musieli mieć jasność. - Jedno nie wyklucza drugiego. Może kiedyś w końcu zrozumiesz, że nie chciałem cię zostawiać. Chciałem, żebyś była bezpieczna i szczęśliwa, nawet jeśli to oznaczało moją samotność - odburknął doskonale wiedząc, co usłyszy.
Że to była wyłącznie wymówka. Nic więcej. Nie próbowała go zrozumieć. Świadomie to wybierała. Po co w ogóle o tym dyskutowali? Raz za razem wytykała mu to, że z nią poszedł. Tak, zgadza się - mógł zginąć. Oboje mogli. Tyle tylko, że przy sobie miał na to jedno pytanie: i co z tego? Co w związku z tym, skoro poza tym, co się przed chwilą wydarzyło, starannie się pilnowali, by byli sobie obojętni.
- Gdzie tam? - Spytał cicho, musiał się upewnić, bo powinni być na tej samej stronie.
Co miała na myśli? Resztę weekendu, resztę ich domu czy przestrzeń na zewnątrz, gdy już się pożegnają? Wydawało mu się, że to wie. W końcu jasno sobie mówili, że poza tym miejscem i ostatnim wspólnym zadaniem nie miało być między nimi już niczego. Natomiast teraz się miotał, potrzebował, by mu to powiedziała.
- Nie będzie poźniej - przypomniał jej po kilku sekundach milczenia, grobowo, ale zdecydowanie. - Sama tego chciałaś. Wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. Nie będę się angażować w twoje życie. Nie będziesz musiała mnie znosić. Poza tym domem nie jestem już twoją sprawą, ty nie jesteś moją - przytaknął na to, co może nie padło na głos, lecz było jasne i odczuwalne.
To o to pytała. Zamierzał dotrzymać obietnicy. Danego słowa. 
- Powiedziałaś, że potrzebujesz przestrzeni. Nie jestem desperatem - przypomniał jej, a może jednak sobie? - Rozumiem, że to nie jest wykonalne - powoli skinął głową, przełykając gorycz i powoli się uśmiechając, choć czy wąska linia zaciśniętych, wygiętych ust była uśmiechem?
Kazała mu dać sobie przestrzeń, więc oto był w tej przestrzeni poza jej przestrzenią. W tej, której nigdy nie chciał, ale nie zamierzał tego naruszać. Nawet teraz, kiedy to wszystko się wydarzyło. Nadal czuł smak jej pocałunków i dotyk ciała. W dalszym ciągu jej nie puścił, pozwalając sobie na ostatni dotyk. Bezwiednie.
Nie łudził się. W momencie, w którym miał odejść, Rina wcale nie miała zauważyć jak bardzo nadal ją kochał. Nie chciała mieć go w zasięgu ręki. Zresztą tak jak jej mówił: nie był desperatem. To, że się do siebie zbliżyli, zatarli granice, kochali się ze sobą żarliwie nie raz i nie nieświadomie, pod wpływem siebie nawzajem a nie czegokolwiek innego, zapominając o wszystkim. To, że złamał dla niej swoje zasady, bo przyćmiły go uczucia. Nic nie zmieniało.
Nie zamierzał być tym drugim mężczyzną. Kręcić się wokół niej, być na zawołanie, ale nie przy niej tylko na chwilę. Nie potrafiłby żyć w ten sposób. Prędzej czy później doprowadziłoby to do czegoś naprawdę złego.
Abstrahując od tego, że przecież wcale się nie zmienił, nie naprawił żadnego z problemów, przez które musiał od niej odejść. Zaprzyjaźnił się z nimi. Zrobił sobie całkiem zgrabny kurwidołek. Chuj z tym, że nie był tam szczęśliwy. Nie usiłował zmienić swojej sytuacji.
- To skomplikowane - powtórzył jak mantrę, której wcale nie chciał wypowiadać, ale musiał. - Cóż, jeśli sądzisz, że po prostu przestanę cię kochać i obojętnie przejdę obok czegoś takiego to chyba nigdy mnie nie znałaś - tak, mimowolnie wyciągnął ten sam argument, którego użyli wtedy w Dolinie.
Nic nie warty, bo nieprawdziwy. Nie będący prawdą ani nawet kłamstwem, bo nie dało się w to uwierzyć. Nie, bo nikt inny tak bardzo go nie znał. Nawet jego własna rodzina i pomimo tego, ile czasu minęło odkąd rozmawiali po raz ostatni. W jego życiu wydarzyło się naprawdę dużo, ale wciąż go znała. Tyle tylko, że nie chciała go słuchać. Świadomie wybierała tego nie robić.
- Zawsze mówiłem, że będę przy tobie niezależnie od wszystkiego. Ale najwyraźniej to nie wystarczyło, żebyś do mnie przyszła, gdy wszystko zaczęło się jebać - to zabawne, jak łatwo można było zniknąć z czyjegoś życia, gdy nie było się wystarczająco ważnym, żeby zasłużyć sobie na bycie wsparciem na momencie najgorszego kryzysu. - Jeśli ty nie rozumiesz, czemu nadal mi w cholerę zależy to ja nie rozumiem tego - wytknął jej to, oczywiście, że nie zamierzał dłużej milczeć w tej kwestii.
Nie, skoro sama mu wyciągnęła pytanie, po cholerę to robił. Dosłownie chwilę po tym jak jej na to odpowiedział, przyznając się do palącej porażki w kwestii tego, że minęło tyle miesięcy a on nadal ją kochał. Tak samo jak wcześniej, nic się nie zmieniło.
A teraz pytała go, czemu to zrobił?
- Może nie byłoby ci łatwo, ale przynajmniej byś wiedziała, że jestem tutaj, cały czas tu byłem. Cały czas mogłaś do mnie z tym przyjść. Nie zlałbym cię w potrzebie, będąc przy tobie w tym gównie tak jak ci to obiecałem - odpowiedział, tym razem wbijając wzrok w jej obróconą twarz, nie patrzyła na niego, ale on patrzył na nią.
Gorycz rozlewała się na jego obliczu. Nie usiłował kryć tego, że to było dla niego dostatecznie wymowne. Tak, jasne, ostatecznie wciąż usrał się przy towarzyszeniu w tej akcji. Czy słusznie? Sam nie wiedział. Przeżyli, wyszli stamtąd, byli tutaj i przez chwilę było nawet dobrze. Tyle tylko, że rzeczywistość ich dopadła.
- Wiesz, Bruyère, czasami wolałbym, żebyś po prostu mnie nienawidziła. To byłoby łatwiejsze niż to, co czuję w tej chwili, bo nawet nie próbujesz mnie zrozumieć - stwierdził z goryczą. - Wiesz, że nie chciałem cię ranić? Jesteś w stanie to zaakceptować? Czy wygląda na to, że moje dobre intencje były bez znaczenia? - no cóż, niepotrzebnie pytał.
Oboje zdecydowanie już znali odpowiedź.
- Co jest w tym takiego skomplikowanego? - Powtórzył po niej, mimowolnie wypuszczając powietrze nosem, może nie parsknął, ale to było dostatecznie dostrzegalnymi wyrazem goryczy. - Nie musimy mocno się cofać. Na przykład to, że po pół roku znalazłaś sobie narzeczonego - cholera, wcale nie chciał jej tego wytknąć, wiedział, że nie tego dotyczy pytanie.
Nie mógł się powstrzymać. Nie potrafił przejść obok tego obojętnie w momencie, w którym miał wrażenie, że Geraldine wypacza sens jego słów tylko po to, żeby zamienić ich rozmowę w coś, czym to nigdy nie miało być. Jego dobre intencje znowu szły się jebać.
- Ciekawe, co by się stało, gdybym znów się pojawił. Czy byś mnie przyjęła, czy znów byś mnie odrzuciła? A nie, czekaj, gówno by było, bo już się zaręczyłaś. Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, co czuję? Czy to w ogóle miało dla ciebie znaczenie? Siedem lat poszło się jebać, nie minęło pół roku a ja słyszę o kwitnącym romansie z młodości - nawet nie próbował ukrywać, kurewsko go tym zraniła.
Jeśli mogła dokurwić mu za to, że ją zostawił, wybrała sobie na to zdecydowanie najlepszy możliwy sposób. Tyle tylko, że Ambroise nie był w stanie łudzić się, że w którymkolwiek momencie chodziło o niego. Nie chciała mu w żaden sposób dopiec, bo w momencie, w którym zrozumiała, że odszedł, po prostu postanowiła zająć się budowaniem swojego życia od nowa.
Zostawiając ją, wcale nie miał nadziei na to, że Geraldine znajdzie kogoś, kto mógłby dać jej to, czego potrzebowała. Nie był jebanym masochistą. Kochał ją, chciał jej szczęścia, ale takie życzenie byłoby zbyt absurdalne. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później powinien zaakceptować następstwa swoich działań a to zdecydowanie było jednym z nich. Tyle tylko, że nigdy nie pomyślałby, że to stanie się tak szybko. Niemalże w żadnym czasie.
Zostawił ją, byś mogła być szczęśliwa, ale świadomość, że nie myślała o nim w tym czasie, w którym on myślał o niej bolała. Kurewsko bolała. Szczególnie teraz, kiedy obracali kota do góry ogonem. Geraldine to robiła, wbijając mu w uszy teksty nie mające żadnego znaczenia.
Tak. To on ją porzucił i zranił. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Zrobił to, nie ukrywał tego, przyznawał się do swojej części winy, ale nie zamierzał słuchać jej pustych słów wycelowanych w niego wyłącznie po to, by mu dopierdalać.
Inaczej nie kazałaby swojemu Longbottomowi zostać w wiosce, gdy całe zagrożenie skupiało się wokół jaskini. Gdyby nie chodziło o to urocze uczucie zakochanych młodych, którym tak bardzo rzygał, nie podjęłaby kroków w celu odsunięcia narzeczonego z linii frontu.
Abstrahując od tego, że ten nie powinien się na to zgodzić, ale kto wie - może to również tak wybitnie mocno jej pasowało. Miała dosyć tego jak wyglądało ich życie, że się z nią nie zgadzał, że darli ze sobą koty, że dochodziło między nimi do spięć, bo żadne nie potrafiło odpuścić w niektórych sprawach.
Więc kiedy dojrzała (szybciutko, wprost błyskawicznie) do tego, żeby kogoś sobie znaleźć, wybrała zdecydowanie bardziej ugodowego człowieka. Prawdziwego Pana Perfekcyjnego. Człowieka z okładek. Ucieleśnienie wymarzonego kawalera każdej panny, jej matki i babki. Pierdoloną twarz Ministerstwa. Kogoś takiego. Jego kompletne przeciwieństwo. Jak miał się z tym czuć?
- I to nie z byle kim. Przynajmniej nie muszę się obawiać o twoje wysokie standardy. Poleciały naprawdę wysoko. Wzbiły się w przestworza - wyrwało mu się głośne parsknięcie, kontrastujące z tym, że wcześniej mówił całkiem spokojnie.
Cholernie wysokie standardy. Naprawdę.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
07.12.2024, 11:49  ✶  

Może dobrze się stało, że postanowili z siebie to wszystko wylać. Yaxleyówna od dawna na to czekała, a miała wrażenie, że w tym miejscu będą ze sobą bardziej szczerzy, bo przecież widywali się ostatnio kilka razy i żadne z nich nie postanowiło tego wyjaśnić. Spięła się nieco, kiedy zaczął mówić, tak, nie do końca tego się spodziewała, nie w tej chwili, ale w sumie czy mogła być lepsza okazja?

Nie podobało się jej to, jakim tonem do niej mówił, w jaki sposób ją traktował. Może kiedyś w końcu zrozumiesz??? Nie potrafiła czytać w myślach. Miała świadomość, że istniały osoby, które potrafiły to robić, ale ona nie. Może powinna zainteresować się tematem, może wtedy byłoby łatwiej. - Pierdolenie Roise, byłam bezpieczna i szczęśliwa. - Jak nigdy wcześniej i nigdy później. Nie podobało jej się to, że tego nie widział. Czy naprawdę był taki ślepy? Zresztą dlaczego sam o tym decydował, dlaczego nie dał jej wyboru? Czuła, że znowu zaczyna buzować w niej krew, musiała się uspokoić, żeby nie powiedzieć zbyt wiele, musiała być opanowana.

- No tam, nie tutaj, tam do tego wszystkiego, co zostawiliśmy. - Miała świadomość, że tutaj stworzyli sobie znowu jakiś dziwny świat, gdzie wszystko wyglądało inaczej, gdzie nie musieli się przejmować codziennością. To nie powinno mieć miejsca, bo przecież nie dało się tak odcinać od rzeczywistości.

- To ty tego chciałeś nie ja, nie wmawiaj mi, że to jest to, czego ja chciałam. - Odetchnęła głęboko. Jasne, mogła wylać na niego nieco swoich żali, ale to wszystko było powodowane jego wcześniejszym zachowaniem, próbowała jakoś się w tym odnaleźć, jakoś poradzić sobie z tym, że ją zostawił. Nie miała za bardzo innego wyjścia. Nie, żeby jej się to podobało, bo to nie była droga, którą sama by wybrała, została podstawiona pod ścianą i musiała coś zrobić. Musiała jakoś na niego reagować. Nawet jeśli jej się to do końca nie podobało.

- A co innego miałam powiedzieć? Miałam cię błagać o to, żebyś do mnie wrócił? Kto by wtedy wyszedł na desperata? - Zdecydowanie nie chciała doprowadzić do tego, żeby widział ją w ten sposób. Nie chciała prosić o to, żeby dał jej kolejną szansę, jasno przedstawił jej sprawę, nie chciał z nią dłużej być - to był jego wybór, dlaczego w ogóle rozmawiali teraz o powrocie. Coraz bardziej wydawało jej się, że Ambroise podjął irracjonalną decyzję, której teraz żałował. W sumie dobrze, że do tego doszli, może nieco zbyt późno, ale dobrze że w ogóle sobie to wyjaśnili.

Mogłaby go od siebie odepchnąć, bo to byłoby najprostszym rozwiązaniem, mimo wszystko nie zrobiła tego, dyskutowali zawzięcie, a on nadal trzymał ją w swoich objęciach. Ta cała sytuacja była dziwna, jednak nie zmieniało to faktu, że nadal chciała być przy nim. Szczególnie, gdy przypomniała sobie o tym, jak jej z nim było dobrze.

- Ja pierdole Roise, nie wiem, co ci odjebało, nie wiem dlaczego robisz z siebie męczennika, ale ja tu jestem, to chyba coś znaczy, jeśli ja kocham ciebie, ty kochasz mnie, to w czym jest problem. - Wydawało jej się to być całkiem proste, czyż nie? Po cholerę mieli się od siebie trzymać z daleka, skoro chcieli czegoś zupełnie innego? Po co było komplikować sytuację.

- Miałam do ciebie przyjść po tym, jak zostawiłeś mi ten zajebisty list? Nie potrafiłeś nawet spojrzeć mi w oczy i tego zakończyć, naprawdę uważasz, że powinnam była prosić cię o pomoc? - No nie, zdecydowanie nie czuła, że to było coś, co wypadało zrobić. Musiała radzić sobie sama, bo przecież z niej zrezygnował, nie chciał jej w swoim życiu, zresztą jakby to w ogóle wyglądało? Nie radzę sobie - musisz mi pomóc. No nie, zdecydowanie nie. Duma nie pozwalała jej na takie zachowanie.

- Skąd mogłam wiedzieć, co byś zrobił? Nie spodziewałam się nigdy, że będziesz w stanie skreślić to wszystko, a to zrobiłeś, naprawdę masz czelność mówić mi, że powinnam była przyjść do ciebie po pomoc, po tym wszystkim? - Irytowała się, mówiła coraz szybciej, coraz trudniej było ją zrozumieć. Na szczęście Roise miał w tym doświadczenie, to nie była ich pierwsza kłótnia, prawda?

- Ile razy mam ci powtarzać, że nigdy nie będę cię nienawidzić, co? Kiedy to do ciebie dotrze? - Jasne, to byłoby łatwiejsze, ale nie była w stanie wzbudzić w sobie takich uczuć w stosunku do niego. Nigdy. Nie umiała myśleć o nim negatywnie, a co dopiero go nienawidzić. Zbyt wiele pięknych chwil razem przeżyli, zresztą, nigdy nie przestała go kochać. Najwyraźniej on jej również. To było popierdolone, bo jej zdaniem zupełnie niepotrzebnie trzymali się od siebie z daleka, tak jej się wydawało po tej rozmowie. Cóż, dobrze, że wreszcie postanowili wymienić się swoimi przemyśleniami.

Zamarła, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Co proszę? Jakiego kurwa narzeczonego? Czy naprawdę sądził, że dałaby sobie włożyć pierścionek na palec komukolwiek? Chyba ochujał, albo ocipiał do reszty. Miała świadomość, że w towarzystwie się o niej plotkuje, od zawsze tak było. Pojawiała się na tych przyjęciach z róznymi osobami, to nie było nic nowego. Czy naprawdę myślał, że byłaby w stanie zrobić coś takiego? No nie. Zdecydowanie nie.

Nie mogła się powstrzymać i po prostu się roześmiała, głośno, bardzo głośno. - Pojebało cię do reszty, czy widziałeś jakikolwiek kamyk na moim palcu? - Nigdy nie przyjęła żadnego pierścionka, zresztą jedyną osobą z którą kiedykolwiek rozmawiała o zmianie swojego stanu cywilnego był Roise, tyle, że wydawało jej się, że było to zbyt szybko. Czy naprawdę sądził, że znalazłaby sobie kogoś za kogo byłaby gotowa wyjść w rok, półtora roku? No posrało go do reszty. Jasne, nie była już może najmłodsza, ale niczego to nie zmieniało.

- Czy ty jesteś o mnie zazdrosny? - Tak, musiała zadać to pytanie. W sumie teraz nieco jej się wszystko rozjaśniło, najwyraźniej Ambroise uwierzył w te plotki. Trochę jej się to nie podobało, bo przecież ją znał, powinien wiedzieć, że nigdy by na coś takiego nie pozwoliła.

- Nie zaręczyłam się z nikim, rozumiesz? Mam ci to jakoś jaśniej przedstawić? Nigdy nie dostałam żadnego pierścionka, od nikogo. Ja pierdole. - Tak, gotowało się w niej. Nie mogła uwierzyć w to, że naprawdę sądził, że poszła na coś takiego. Jasne, Erik był naprawdę wspaniałą partią, pojawiali się razem na przyjęciach, ale nigdy ich nie łączyło nic więcej od przyjaźni i nie miało łączyć.

Warknęła, cicho pod nosem, warknęła. Nie mogła zrozumieć jego sposobu myślenia. - Wiesz, że mogłeś się mnie o to zapytać wcześniej, prawda? Nie spodziewałam się w ogóle, że wierzysz w te plotki. - Nigdy nie zakładała, że będzie się przejmować tym, z kim się spotykała, zresztą nie ukrywała przed nim tego, że przyjaźni się z Erikiem, od lat, znali się bowiem jeszcze ze szkoły, więc niemal całe życie. Nie uderzył nią w nagle piorun i nie opamiętała się po takim czasie. Nigdy w życiu nie pomyślałaby o Longbottomie w ten sposób. Fujka.

- Zawsze miałam wysokie standardy, o tym też powinieneś pamiętać. - Może spotykała się przez ten rok czasu, półtora z różnymi typami, ale nigdy w życiu nie postanowiłaby wejść w coś stałego. Wiedziała, że żaden z nich nie będzie jej w stanie dać tego, czego potrzebowała, była tylko jedna osoba, z którą mogłaby to zrobić i leżała ona właśnie obok niej w tym łóżku.

- Byłeś jedynym o którym myślałam w ten sposób, wiesz, tylko z tobą mogłabym zrobić coś takiego. - Mieli być ze sobą szczerzy, prawda? To skoro już zaczęli sobie to wszystko wylewać, to nie miała zamiaru się ograniczać. Nie dzisiaj. Niech świat płonie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
07.12.2024, 14:22  ✶  
Nie trzeba było wiele, aby zniszczyć resztki idylli. Była wyłącznie złudzeniem, ułudą, niczym więcej. Wystarczyło zaledwie kilka słów, aby rozmyła się na wietrze. Ich zamek z piasku zaczął się rozsypywać.
- Jasne - nie chciał być aż tak jawnie sarkastyczny, ale mimowolnie sarknął, biorąc głęboki oddech i uśmiechając się z niedowierzaniem. - Nie, nie byłaś - nie mógł przyznać racji Geraldine, nie był w stanie tego zrobić.
To, co budowali sobie przez lata wcale nie było trwalsze od tego, co właśnie ponownie tracili. Byli naiwni wierząc w to, że było inaczej. To, że przez długi czas zamykali się w swojej bańce w tym domu nie znaczyło, że mogli mieć to wiecznie. Nie zawsze, nie na zawsze.
Kochała go? W dalszym ciągu go kochała? To było jak policzek, szczególnie że przecież jednocześnie układała sobie życie z kimś innym. Gdzie wobec tego tkwiła jakakolwiek prawda? Bo nie wierzył w to, aby dało się kochać dwie osoby na raz. Nie wierzył w to, aby to było tak łatwe, banalne, że po prostu pchnęło ją w ramiona swojej młodzieńczej miłości, jeśli go w dalszym ciągu kochała. Nie chciał, żeby go okłamywała. Nie potrzebował od niej litości.
Wyrzutów też nie.
- Wszystkiego chciałem. Moim pierdolonym życzeniem było wszystko rozpierdolić - jego uśmiech zamienił się w grymas, gdy usłyszał jej zarzut.
Niby go nie nienawidziła. Niby nigdy nie zamierzała, ale przez cały czas sprawiała, że czuł się jak czarny charakter. Nawet nie próbowała go zrozumieć.
- Otrzeźwiej, Rina. Sama kazałaś mi to załatwić, pozwoliłaś mi się w to wmieszać pod rygorem deklaracji spierdalania z twojego życia w pierwszej możliwej chwili - to zaczynało się robić naprawdę absurdalne, nawet jeśli jeszcze w tej chwili starał się odpowiadać spokojnie, usiłując zachować łagodniejszy ton głosu to z minuty na minutę coraz bardziej nie wiedział jak powinien reagować.
Ta rozmowa była głupim pomysłem. Pochopnym, bo wszystko doszczętnie niszczyła. Zamiast cokolwiek sobie rozjaśnić, aby móc to mieć za sobą, zostając tu jeszcze przez dzień czy dwa... ...no, właśnie. Chyba go popierdoliło, jeśli chociaż przez chwilę myślał, że tak to może wyglądać. Nie mieli tu zostać. Nie mieli niczego sobie wyjaśnić.
- To twoje życzenie, nie moje - jego klatka piersiowa uniosła się i opadła, gdy wziął głęboki oddech.
Ile razy jeszcze mieli przerabiać ten temat? To ona sobie tego życzyła. Co najmniej parokrotnie, odkąd pierwszy raz ze sobą rozmawiali. Od momentu, gdy wtedy w barze było między nimi jeszcze całkiem względnie, ale wtedy była pijana. Później ich relacja z powrotem wróciła na właściwe tory - była równią pochyłą w dół a Ambroise nie miał zamiaru brać całej odpowiedzialności za to jak wyglądała.
Ona też chujowo go traktowała. Nie była od niego znacznie lepsza, nawet jeśli usiłowała to z siebie zrzucić dokładnie w tym momencie, dając mu do zrozumienia, że spektakularnie zjebał sprawę, ale mimo wszystko w dalszym ciągu go chciała. Jeśli go chciała to czemu była zaręczona z kimś innym? Dlaczego mu to wciskała?
- Nawet nie próbuj - uciął ostrzej niż zamierzał, zaciskając szczękę. - Nie bądź irracjonalna - jego oczy błyszczały od złości a rysy twarzy były napięte.
Doskonale dostrzegał, że ona też starała się miarkować, dlatego sam w dalszym ciągu powstrzymywał się od bardziej poirytowanych reakcji. Naprawdę nie chciał psuć tego momentu, który mieli jeszcze przed kilkoma chwilami. Nie zrobił tego w złej wierze, nawet jeśli to właśnie starała się mu zarzucić. Jego wina, jego wina, jego cholerna, wieczna, gigantyczna wina.
- Czuję się, jakbyśmy krążyli w kółko. Nic nie rozumiesz - przejechał wolną dłonią po włosach, starając się opanować narastającą frustrację, ale cholera, nawet zamykając oczy na chwilę, po prostu nie był w stanie się nie gotować.
Nie miał zielonego pojęcia, czego od niego oczekiwała. Ulgi? Radości? Ukorzenia się przed nią, przyznania, że zawalił i że tego żałował? Proszenia o kolejną szansę? Po prostu sięgnięcia po to wszystko ponownie, nie prosząc, ale przyznając jej, że ma rację? Robiła mu kisiel z mózgu, szczególnie że przecież doskonale wiedział, że to nie było takie proste.
Zawahał się przed odpowiedzią, jego oczy zdradzały wewnętrzny konflikt. Chciał, naprawdę pragnął, żeby wszystko dało się załatwić tymi kilkoma słowami. Kocham cię, ty mnie kochasz, więc wszystko się ułoży, ile razy wcześniej był skłonny w to uwierzyć? Zbudowali sobie na tym życie, spędzili razem wiele lat
- Oczekujesz ode mnie jakiejś posranej filozoficznej odpowiedzi? Czy czego właściwie? Czasami miłość nie wystarcza, żeby wszystko naprawić, o to ci chodziło? Nie robię z siebie żadnego męczennika. Po prostu jestem kurwa racjonalny - na chwilę zamknął oczy, próbując zdusić emocje. - Nie, nie potrafiłem. W dalszym ciągu nie potrafię i nie chcę, bo wtedy nie będę w stanie postąpić słusznie. Ale tak, kurwa, powinnaś była do mnie przyjść. Tego chciałaś? - Nie chciał jej ranić ani prowokować, ale go mieszała.
Wierzyła mu, nie wierzyła. Oskarżała go, nie oskarżała. Chciała, nie chciała.
- Nie byłem w stanie skreślić tego wszystkiego. Ile razy mam ci to powtarzać? - Był coraz bardziej zły, zirytowany, na pograniczu wściekłości, usiłując z nią w dalszym ciągu rozmawiać, ale miał wrażenie, że zaczynają mówić w dwóch różnych językach.
Nie chodziło nawet o to, jak szybko się odzywała. Nie o jej akcent, nie o wplatanie słów, nic z tych rzeczy. To wszystko rozumiał. Nie potrafił za to pojąć intencji Geraldine, bo przekazywała mu cholernie dużo skrajnych rzeczy na raz. Odzywała się i nagle wszystko wykręcała.
Raz po raz.
- Słucham? - Zmrużył oczy, nie wierząc w to, co słyszy.
Przez bity rok wielokrotnie słyszał te same słowa. Z jednej, drugiej, trzeciej strony. Raz po raz, nawet jeśli nie chciał nic wiedzieć, docierało do niego coś, co sprawiało, że miał tego wszystkiego po dziurki w nosie. Ściskało go wewnątrz, paliło go od środka a ona teraz się... ...śmiała? Zbywała to parsknięciem, insynuując mu, że coś źle odebrał? Że go pojebało? Nie wierzył, po prostu nie wierzył w to, co od niej słyszał.
- Mam ci powiedzieć nie, żeby ci było łatwiej? To idiotyczne pytanie - jeśli ona wcześniej wybuchła na niego śmiechem, to on teraz niemalże odpowiedział jej tym samym.
Zamiast tego zmrużył oczy, jakby próbował zrozumieć, co powiedziała, bo to było naprawdę głupie, skrajnie niepotrzebne pytanie. Jakim cudem wyobrażała sobie, że mógłby jej odpowiedzieć przecząco? Oczywiście, że był kurewsko zazdrosny. Nie tylko teraz. Zawsze. Mogli od dawna ze sobą nie być, ale to niewiele zmieniało. Tak, był wściekły. Oczywiście, że ział niechęcią, że nie miał najmniejszego zamiaru udawać, że go to nie mierzwiło. Zawsze miało.
A teraz dodatkowo miał kisiel z mózgu. Znowu go zapętlała.
- Ta. Dokładnie na tej samej zasadzie, na której ty przyszłaś do mnie. Po prostu kurwa wpaść z towarzyską wizytą i spytać czy składać ci gratulacje na nowej drodze życia - teraz to on parsknął, kręcąc głową z niedowierzaniem, bo to brzmiało tak irracjonalnie, że prawdopodobnie nie mogło być bardziej idiotyczne.
Jak to sobie niby wyobrażała? Czy w ogóle się teraz słyszała? Oczywiście, jasne, że powinien to załatwić w ten sposób, bo przecież to zawsze było tak proste i bezboleśnie banalne. Tak działało normalne życie. Można było kogoś zostawić a następnie wrócić do tej osoby po kilku miesiącach. Od razu rozpoczynając rozmowę o jej całkowicie nowym życiu bez niego.
- Wspaniale - odwarknął na nią odruchowo, wbijając wzrok w Geraldine, nawet jeśli w dalszym ciągu na niego nie patrzyła. - Mam ci powiedzieć, że go prawie dostałaś? W listopadzie siedemdziesiątego. W marcu siedemdziesiątego pierwszego, cholera jasna, nawet wtedy w maju. To chciałaś usłyszeć? Żebyśmy byli na tej samej stronie? Więc mamy jasność, tylko nie wiem czy jej potrzebowaliśmy - bujda, doskonale wiedział, że jej nie potrzebowali.
Uśmiechnął się mimowolnie z goryczą, starając się oddychać głębiej. Nie potrzebowali tego, po prostu tego nie potrzebowali.
- Nie zrobiłaś - wciągnął powietrze, unosząc ramiona w geście bezradności.
W dalszym ciągu to sobie robili. Ona mu to teraz robiła, odbijając każde kolejne słowo i każdą jego wypowiedź, jakby naprawdę wierzyła w to, że ma to jakiekolwiek znaczenie. A przecież było stanowczo za późno, żeby cokolwiek zmieniać. Nie o kilka dni, nie parę miesięcy, nawet nie rok czy półtora roku. Wiele lat za późno. Było za późno na długo przed tym jak się świadomie poznali.
Brnęli to bez tej wiedzy, zgadza się, natomiast teraz nie był już w stanie tego robić. Nie potrafił wrócić do momentu, w którym całkowicie nieświadomy układał sobie z nią życie, bawił się w dom, planował przyszłość, ślub, może nawet dzieci. Zbyt wiele się zmieniło, za dużo się wydarzyło w tym czasie, żeby to było tak proste i banalne.
Więc czemu w ogóle o tym rozmawiali? Nie rozumiał Geraldine, miał wrażenie, że znowu się plątali, zaczynali się kręcić w kółko. Kolejny raz miotali się w czymś, co nie miało już znaczenia, więc wyciąganie tego mogło im przynieść wyłącznie jeszcze więcej bólu i rozgoryczenia. Dawał jej to do zrozumienia, rozmawiali o tym, a mimo to w dalszym ciągu słyszał od niej coś, co zamiast go cieszyć, wyłącznie mu dopierdalało.
- Nie mów mi, co mogłabyś zrobić. Nie zrobiłaś. Ja też nie. Teraz jest za późno - przeciągnął wolną dłonią po twarzy, zdenerwowany, mimowolnie zaciskając drżące palce drugiej dłoni na ramieniu Geraldine, w dalszym ciągu się od niej nie odsuwając.
Nie chciał się odsuwać. Nie, jeśli ona też tego nie robiła. Więc trwali w tym uścisku, leżąc w swoich ramionach, jakby wszystko mogło być jeszcze dobrze. Ot, zupełnie tak jak już zdarzało im się robić, bo nie kłócili się po raz pierwszy. Z tym, że ten był najprawdopodobniej ostatni.
Ambroise nie widział innej opcji. Cokolwiek teraz padało, nie mogli dłużej udawać, że to kiedykolwiek wyjdzie, że jakimś cudem się dogadają i choć może nie będą razem to może spróbują zakończyć to w taki sposób, aby nie musieć już zawsze się unikać. Nie. Ten wieczór miał się skończyć sromotną klęską.
- Mieliśmy już swoją szansę - powtórzył znacznie dosadniej, odwracając wzrok od jej twarzy, żeby wbić spojrzenie w sufit.
Za cholerę nie był w stanie znaleźć tam ani grama utraconego spokoju. W końcu opuścił wzrok, jakby skapitulował w tej dyskusji, wzdychając głęboko.
- A więc to chyba pora - odezwał się cicho, starając się uspokoić oddech.
Najwyższy czas, żeby spojrzeć prawdzie w oczy i się odsunąć, tak? To czemu nadal przy sobie trwali? Nie patrzyła na niego, warczeli na siebie coraz bardziej. Z minuty na minutę wyłącznie się nakręcali, ale w dalszym ciągu ją obejmował. Jedynym, czego przy tym pragnął, było to, by mogli po prostu się pohamować. Jeszcze przez chwilę, na chwilę wracając do tego, co mieli parę momentów wcześniej. Wtedy, kiedy mógł ją po prostu kochać. Teraz?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
07.12.2024, 23:50  ✶  

Nie spodziewała się tego, że tak łatwo przyjdzie im porzucenie tego chwilowego rozejmu, rozmowa wzbudzała w niej nie do końca pozytywne emocje, zaczynała się gotować, a to nie wróżyło niczego dobrego. Jeszcze przed chwilą wszystkie wydawało się być takie proste... Otrzeźwienie przyszło szybciej niż się tego spodziewała, oczywiście wiedziała, że do tego dojdzie, jednak skutecznie to od siebie odsuwała, myślała, że dadzą sobie trochę więcej czasu, jak widać to myślenie było błędne. Po raz kolejny zamierzał jej się wymknąć, powinna do tego przywyknąć. Przecież nic z tego, co się tutaj działo nie było prawdziwe.

- Zajebiście, widocznie wiesz lepiej ode mnie, jak się wtedy czułam. - Oczywiście, że miał inne zdanie, szkoda, że tak bardzo różniło się od tego jej. Patrząc na to, co działo się aktualnie w jej życiu, raczej nie wydawało jej się, żeby wtedy było gorzej. Zupełnie przeciwnie, nie miała pojęcia dlaczego próbował jej wmówić, że się myli.

- Cóż, to udało ci się to zrobić, jesteś z siebie zadowolony? Tego chciałeś? - Nie powinna brnąć w tę rozmowę, bo wiedziała, że nie przyniesie ona nic więcej poza rozdrapanymi ranami i goryczą, która zaczęła się z nich wylewać. Nie miała pojęcia, czy uda jej się dowiedzieć czegoś więcej, bo aktualnie nadal nie wytłumaczył jej swojego punktu widzenia, nie wyjaśnił dlaczego postanowił od niej odejść. Nie potrafiła sama znaleźć powodu, zamierzała to z niego wyciągnąć, dzisiaj, skoro już doszło między nimi do tej rozmowy.

- Miałam właściwie inne wyjście, czy gdybym nie pozwoliła ci się w to zaangażować, to i tak byś tego nie zrobił? Nie musisz mi odpowiadać, bo wydaje mi się, że dobrze wiemy, jakby było. - Znała go, miała świadomość, że tak, czy srak, skoro się o tym dowiedział, to na pewno by nie odpuścił. Jak sobie coś ujebał, to trudno było mu to wyperswadować. Co innego miała zrobić? Nie chciała, żeby pomagał jej radzić sobie z problemami, które go nie dotyczyły, próbowała się nie wychylać, nie liczyła na litość. Jak widać, niezbyt długo udało jej się trzymać Ambroisa z daleka od jej gównianego życia.

- Myślalam, że tak będzie lepiej, bo przecież sam postanowiłeś zakończyć to wszystko. - Tak, nie miała zamiaru przestać podkreślać tego, że to nigdy nie była ich wspólna decyzja, to on ją podjął, nie dał jej wyboru, po prostu odszedł, jakby ten czas, który razem spędzili nic nie znaczył, jakby to co budowali nie miało żadnego sensu, a przecieżich życie, razem nie było najgorsze. Może nie była to istna sielanka, bo mieli swoje wzloty i upadki, ale czuła się szczęśliwa, wtedy.

- Oczywiście, że nic nie rozumiem, szkoda, że nie próbujesz mi tego w żaden sposób wytłumaczyć. - Tak, zdecydowanie łatwiej byłoby jej wtedy inaczej spojrzeć na to, co się między nimi działo. Nadal jednak nie dostrzegała tych drobnych szczegółów, przez co coraz bardziej się gubiła w tym, co się właściwie działo. Nie miała pojęcia, o co konkretnie mu chodzi, gdzie leżał problem, dlaczego właściwie nie potrafili się dogadać. Sprawa wydawała się jej być całkiem prosta i jasna, uczucie, które ich łączyło nie przepadło, najwyraźniej nadal trwało, dlaczego więc tak usiłował z tym walczyć?

- Nie widzę w tym żadnej racjonalności, nie wiem dlaczego to zrobiłeś, nigdy nie usłyszałam od ciebie konkretnego powodu, chyba zasłużyłam na jakieś wyjaśnienia? - Tak, bo skoro nie przestał jej kochać to o co właściwie mu chodziło, co mu nie pasowało, dlaczego ją od siebie odsunął? Miała świadomość o tym, jak wyglądało jego życie, uczestniczyła w nim, akceptowała to, jak wyglądało. Od samego początku. Nie spodziewała, żeby wiele się zmieniło od tych kilku lat. Nie wiedzieć czemu nagle przestał widzieć w nim dla niej miejsce. Nie potrafiła tego zrozumieć, naprawdę próbowała, ale nie była w stanie.

- Od kiedy właściwie przejmujesz się tym, co jest słuszne? Zresztą skąd wiesz, co jest słuszne? Co właściwie masz na myśli? - Nadal nie rozumiała nic z tego, co do niej mówił. Byli ze sobą szczęśliwi, w czym więc był problem, dlaczego to nie było słuszne?

- Nie byłeś w stanie tego zrobić, ale to zrobiłeś, nie rozumiem cię. - Miała wrażenie, że się mijają, nie byli w stanie spojrzeć na to, co się między nimi działo z jednej strony, błądzili coraz bardziej w tych wszystkich wyrzutach i niedopowiedzeniach.

Najwyraźniej Ambroise rzeczywiście sądził, że zaczęła sobie układać życie u boku kogoś innego. Cóż, nigdy nie spodziewałaby się tego, że akurat on uwierzy w te plotki. Ludzie lubili gadać, od zawsze, miała tego świadomość, jednak nie było sensu brać ich słów na poważnie. Musiało go to jednak zaboleć, skoro jej to wyrzygał, cóż, po raz kolejny tylko się upewniła w tym, że wcale nie była mu obojętna, że nadal coś do niej czuł. Wcale jej to jednak niczego nie ułatwiało, jeszcze trudniej było jej zrozumieć jego intencje, miała wrażenie, że z każdą minutą coraz mniej pojmuje.

- Łatwiej? Mnie ma być łatwiej? Wszystko komplikujesz. - Nie do końca chciał się określić, niby nic między nimi nie miało prawa już istnieć, ale coś było, niezaprzeczalnie, zresztą ten dzień to potwierdzał, usilnie próbował sugerować jej, że to co się wydarzyło nie miało żadnego sensu, niby tego nie żałował, ale czy na pewno?

- Skoro cię tak to męczyło to warto było się dowiedzieć u źródła, zresztą widzisz, że nic z tego nie było prawdą. - Nie potrafiła pogodzić się z tym, że po prostu to zaakceptował, że naprawdę wydawało mu się, że tak szybko będzie w stanie ułożyć sobie nowe życie, po tym wszystkim, co ich łączyło? Nie, to nie miało żadnego sensu.

Yaxleyówna w końcu odwróciła się w jego stronę. Nie mogła dłużej obserwować wszystkieog wokół, czas najwyższy skupić się na nim. Mógł zauważyć, że jej tęczówki zrobiły się ciemniejsze, to działo się zawsze, kiedy się denerwowała, zdecydowanie była bliska tego, żeby faktycznie wybuchnąć, tyle, że nadal, ostatkiem sił powstrzymywała się przed tym, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałowała.

- Prawie jak widać zrobiło sporą różnicę, chociaż tylko ty wiesz, czy to by wystarczyło, żeby cię przy mnie utrzymać, pewnie nie, co? Tak, czy srak byś ze mnie zrezygnował. - Nie miała pojęcia, czy gdyby podążali bardziej oficjalną drogą jej życie aktualnie wyglądałoby inaczej. Jasne, pamiętała, że podczas kłótni wspominał jej o tym, że mogła mu powiedzieć, że chce to zrobić, ale nie zamierzała nigdy zmuszać go do czegoś takiego. Nie chciała na siłę sugerować mu, że był to odpowiedni moment na to, aby ich relacja stała się bardziej oficjalna, bo wtedy wydawało jej się, że tego nie potrzebują. Może to był jej błąd? Z drugiej strony, czy naprawdę sięgnęłaby po coś takiego, byleby go tylko przy sobie zatrzymać?

- Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli jasność. - Nie dzisiaj, zdecydowanie nie było tutaj jasności. Wszystko co mówił utwierdzało ją tylko w tym, że nic z tego nie rozumie. Nie potrafiła stwierdzić dlaczego postępował w taki sposób, dlaczego usilnie próbował jej wmawiać, że nie mieli mieć już niczego. Próbowała go rozgryźć, ale szło jej to naprawdę fatalnie.

- Tak, jest za późno, bo ty tak mówisz, czy możesz mi powiedzieć dlaczego tak usilnie próbujesz mi wmówić, że to jest niewłaściwe, że my razem nie byliśmy właściwi? Źle ci było ze mną? - Oczywiście doszukiwała się problemu w sobie, jak miała w zwyczaju to robić już wtedy, kiedy jeszcze ich coś ze sobą łączyło. Łatwo przychodziło jej szukanie winy w sobie.

Nigdy nie chciała się od niego odsuwać, nie chciała ignorować tego, że gdzieś tam istnieje. Przez wiele lat łączyło ich naprawdę wiele, nie był tylko miłością jej życia, ale przyjacielem, najbliższym ze wszystkich. Trudno jej było przywyknąć do tego, że go straciła. Trzymać się z daleka, naprawdę wiele ją to kosztowało. Teraz wydawało jej się, że to będzie za nimi, że może jakoś uda im się dojść do porozumienia, chociaż to, w jaki sposób rozmawiali sugerowało jej jednak, że się myliła. Ponownie.

- Tak, wspaniale, mieliśmy swoją szansę, więc teraz będziemy udawać, że jesteśmy sobie obojętni, to wyśmienity pomysł, zresztą widać, jak nam to doskonale wychodzi. - Nie sądziła, że uda im się ignorować swoją egzystencję zbyt długo, zresztą, czy właściwie nadal chciała to robić? Chyba nie, wydawało jej się, że zmarnowała za dużo czasu.

- Na co pora? Znowu zamierzasz mnie tutaj zostawić? - Wolała zadać to pytanie, bo w ogóle nie brała takiej opcji pod uwagę. Nie chciała pozwolić mu wyjść z tego domu po raz kolejny, nie, kiedy nie uda im się w końcu wyjaśnić wszystkiego. Nie zamierzała popełniać tych samych błędów, szczególnie, że tym razem miała w ogóle szansę się odezwać, zareagować. Nie, żeby to zbyt wiele zmieniało.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
08.12.2024, 00:58  ✶  
Nigdy nie był dobry w mówieniu o uczuciach. Uczucia były skomplikowane, uczucia go przytłaczały. Nawet teraz, wbrew temu, co usiłowała mówić mu Geraldine, w żadnym stopniu nie planował skupiać się na tym aspekcie. Nie o tym chciał z nią rozmawiać. Tak właściwie to nie do końca wiedząc, jak to ugryźć, bo przecież to właśnie na tym była oparta ich rozmowa, ale...
...chodziło mu o fakty. O reguły gry, o to, jak to wyglądało w rzeczywistości a nie jak o tym myślała. Szczególnie, że to było myślenie życzeniowe. Czy naprawdę tego nie widziała? Nie wydawało mu się, by zbyt dobrze to wtedy krył, ich życie zaczęło się rozpadać na długo przed tym jak zdecydował się odejść. Nie dostrzegała tego, a jeśli tak to czemu, do chuja, go tym dręczyła? Cały czas mu coś insynuowała.
- Tak, kurwa, tego chciałem. Taki miałem zamiar. Od samego początku - jakimś cudem udało mu się nie podnieść głosu, zamiast tego cisnął w nią takim lodem, jakiego chyba od niego oczekiwała.
Za cholerę nie wiedział, co miała tym na celu. Czego od niego chciała. Prócz tego, by przyznał jej coś, co w żadnym momencie nie było jakkolwiek bliskie prawdy. Kochał ją, nieważne jak bardzo by mu insynuowała, że jest inaczej. Był dla niej z miłości, nie dla ciała. Spędzili ze sobą siedem lat a coraz bardziej odnosił wrażenie, że go nie znała, bo nie chciała.
- Oczywiście, że bym się w to zaangażował. Czy byś tego chciała, czy nie chciała - odpowiedział bez chwili zastanowienia, nawet jeśli kazała mu nie odpowiadać.
Nie musiał się wahać, to było naprawdę jasne. Zresztą oboje mieli tę świadomość, prawda? Zaangażowałby się w to, bo czuł się za nią w dalszym ciągu odpowiedzialny, bo był świadkiem tego jak się wtedy załamała, bo nie był bezduszny. Miał serce. Czy tego też chciała, czy nie chciała. Spędzili ze sobą wiele lat. Naprawdę długi czas. Mogła mu mówić, co chciała, tego nie dało się wymazać.
- Ile jeszcze razy zamierzasz mi to wytykać? - Prawie na nią warknął, zdecydowanie wolałby, by już tym na niego ziała, raz a porządnie, bo podkreślanie tego co chwilę było po prostu sadystyczne.
Cholernie, kurewsko niskie, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to były fakty, jego wina i że sobie na to zasłużył, to po prostu nie musiała. Świadomie to wybierała.
- To źle myślałaś - parsknął kręcąc głową.
Oczywiście, że kolejny raz to wszystko wykręcała. To znowu była jego wina. Ponownie mieli problem przez niego. Skoro tak to wyglądało, to czemu Rina w ogóle się nad czymkolwiek zastanawiała? Znaleźli istotę tego, czemu im nie wyszło. Sama na niego wskazała. To nie mogło być prostsze, nawet jeśli w rzeczywistości było, to prawda tak czy siak po prostu się do tego sprowadzała.
Nie był dla niej, ona była dla niego, ale on nie był dla niej. Wszystko rozpierdolił i wszystko nadal by rozpierdalał, bo tylko to potrafił. Wytykała mu to, więc to widziała.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić - powtórzył jak kolejną mantrę, która tego powoli nadciągającego wieczoru wybrzmiała naprawdę gęsto i ponuro.
Chciał jej wytłumaczyć. Ona tego chciała, ale to nie był koncert życzeń. Nawet nie wiedział, od czego miałby zacząć. Gdzie tak właściwie leżało sedno, istotna tego całego pierdolnika.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić. Zasługujesz na wyjaśnienia, ale nie mogę ci tego wyjaśnić. Poza tym czy to by coś zmieniło, prócz tego, że nie patrzyłabyś na mnie tak samo? Naprawdę myślisz, że warto psuć nawet to, co mieliśmy? Te wspomnienia? - Sam nie wiedział, co chciał jej tym przekazać.
Ani to, co miałby jej w ogóle do przekazania, gdyby już zaczął cokolwiek mówić. To by się jej nie spodobało. Znacznie bardziej od tego, co mieli (a właściwie - czego nie mieli) teraz. Rozwaliłby tym również tamte wspomnienia.
Cisza w pokoju była ciężka, niemal namacalna. Słyszał tylko ich własne oddechy i te wyrywkowe coraz bardziej rozgoryczone słowa, które padały w powietrzu, rozdzierając zasłonę milczenia. Czas płynął wolno a on wciąż trzymał ją w objęciach, jakby bał się, że jeśli ją puści to Rina zniknie na zawsze.
Bo miała, prawda? Miała tak czy inaczej. Nie mógł tego cofnąć ani zatrzymać, nie, nawet jeśli jeszcze teraz twierdziła inaczej. Gdyby rzeczywiście go posłuchała, gdyby go usłyszała, w dalszym ciągu nic by się nie zmieniło. Po co były te prowokacje? Na chuja były te pytania?
- Możesz przestać? - Zacisnął wargi, oddychając nosem. - Gdyby to dotyczyło ciebie, uświadom to sobie wreszcie, tak czy srak bym z ciebie nie zrezygnował. Jesteś... ...byłaś... ...moja - oczywiście, że dostrzegł to jej bycie na skraju wybuchu.
Jasne, że to zarejestrował. Zwrócił na to uwagę, wbijając wzrok w jej burzowe tęczówki, odwzajemniając intensywność spojrzenia. Zdecydowanie, gniewnie, żarliwie, choć z zupełnie innym żarem niż jeszcze przed chwilą. Teraz mu urągała swoimi zarzutami. Tym, że nieważne, ile razy jej to kiedykolwiek mówił, w dalszym ciągu nie była go w stanie zrozumieć.
Może go kiedyś tam słuchała, ale ewidentnie nie tak dobrze, żeby pojąć, co chciał jej przekazać. A przecież był w tym bardzo dosadny, zwłaszcza jak na siebie samego. Nie usiłował wić się jak węgorz, był z nią szczery. Dlatego tym bardziej go wkurwiała.
Zaczynała go drażnić tym swoim obracaniem kota ogonem, raz za razem robieniem z tego czegoś, co było związane z jego podejściem do niej, choć przecież raz za razem powtarzał jej, że problem nigdy nie leżał w niej. Kochał ją, do jasnej cholery. W każdym, nawet najbardziej popieprzonym aspekcie. W każdym zakamarku umysłu, każdej reakcji - nieważne jak przesadzonej. Byli ze sobą tak długo, że naprawdę sądził, że mieli w tym jasność.
Najwyraźniej nigdy nie mieli żadnej a zdecydowanie nie teraz, choć przecież powinni ją mieć. Jakąkolwiek, nie żadną, w jakimś zakresie. Nawet niewielkim. Gdyby go tylko posłuchała.
Wbrew wszystkiemu, co już zdążył powiedzieć, dopiero teraz to do niego dotarło. A może raczej zaczęło do niego docierać, bo z początku nie pozwalał temu na dojście do głosu. Musiało przepchać się przez niezliczone warstwy chaotycznych myśli i towarzyszących im fizycznych reakcji, żeby wreszcie w niego uderzyć.
Nie miała narzeczonego. Nie była zaręczona. Nikt taki się nie pojawił. To on dał się omamić plotkom i własnemu przekonaniu o czymś, co nie było prawdziwe. Nie próbował walczyć z tymi demonami, one nigdy nie istniały. O ironio, to powinna być dobra wieść. To i wszystko, co mu powiedziała. Proste rozwiązanie sprawy.
Mógłby poczuć ulgę. Gdyby tylko wiedział o tym wcześniej to może ułatwiłoby dosłownie wszystko. Tyle tylko, że od samego początku uwierzył w tę wersję. Nawet jeśli nie chciał tego robić, uwierzył pogłoskom, dał się im otoczyć i przydusić.
Z początku się starał. Naprawdę. Usiłował coś zmienić w swoim życiu. Próbował inaczej podejść do sprawy. To, że ją porzucił, zostawił nie zmieniało tego, że przez pewien czas żył mrzonkami. Łudził się, że może kiedyś uda mu się coś zmienić, wrócić. Nie teraz, nie zaraz. Nie dziś ani nie jutro, ale chociażby za dwadzieścia lat, kiedyś. A potem po prostu się poddał.
Wciągnął powietrze, które wydawało się tak gęste, niemalże fizycznie przypominające warstwę wody otaczającą jego twarz, jakby każda cząstka atmosfery była przesycona niewypowiedzianymi słowami.
- Byliśmy. Byliśmy razem właściwi. Nie bądź irracjonalna, robisz się irracjonalna. Z nikim innym nie czułem się w taki sposób, czymkolwiek chcesz to kurwa nazwać, zawsze byłaś i będziesz jedyna. Ale to nic nie zmienia. Bo jest za późno. Bo tak mówię. Nie będziesz ze mną szczęśliwa - odezwał się po chwili milczenia, pozwalając słowom opuścić usta, choć nie brzmiały tak jak powinny; wcale nie chciał musieć je mówić. - Nie jestem tym samym człowiekiem. My nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, zmieniliśmy się, zmieniamy, ale nie o to mi chodzi - jak miał jej to przekazać?
Może byłoby dobrze. Przez chwilę. Na początku. Umieliby udawać tak jak to robili tego ranka. Zresztą, przecież to nie byłoby udawanie. Nie musieliby niczego grać, byliby ze sobą szczęśliwi. Może nawet tak jak dawniej. Staraliby się dla siebie nawzajem. Może nawet trochę za bardzo.
Usiłowałby. Tak jak wtedy przez te wszystkie miesiące naprawdę by próbował, ale tym razem nie łudził się, że rzeczywistość wreszcie by ich dopadła. Tyle tylko, że tym razem w znacznie gorszy sposób. Nie zamierzał na to pozwolić, nie godził się, by tak było. Nie chciał tego, nie umiał jej wytłumaczyć.
Jego oddech stawał się coraz szybszy a klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm narastającego napięcia. Przełknął ślinę, czując, jak w gardle rośnie mu coś ciężkiego, już nie gula tylko ołowiany knebel. Gorący, parzący i palący, który właśnie w tej chwili zaczynał zastygać.
- Nie dam ci tego, czego pragniesz. Chciałbym, kurewsko bym chciał, ale mieliśmy swoją szansę i ta szansa przepadła - sam nie wiedział czemu się znowu powtarzał, ale to było zgodne z prawdą a przecież to właśnie prawdy po nim oczekiwała.
Czuł jak jego dłoń bezwiednie wędruje po plecach Geraldine, gładził ją nieświadomie, pragnąc tym gestem przekazać wszystko to, co nie mogło zostać wypowiedziane. Jego palce drżały, gdy przesuwały się po jej skórze, jakby bał się, że każdy ruch mógłby ją zranić. A przecież już ją zranił. Skrzywdził ją wtedy i teraz też ją krzywdził, mimo że to było ostatnim, co chciał robić.
Próbował z nią o tym wszystkim rozmawiać. Po co? Nie powinien. Mogliby spędzić razem jeszcze wiele godzin, odpoczywając i zbierając siły. Wcale nie musieli prowadzić tej dyskusji, mógł to od siebie odsunąć, ale podjął kolejną beznadziejną decyzję.
Nie chciał tego sprawić. W piersi czuł ciężar porażki, który nie dawał mu spokoju. Ostatnio wszystko się jebało. Niby to była tylko kolejna rzecz. Coś, co już dawno zostało zniszczone i przestało istnieć. To, że na chwilę to przywrócili, karmiąc się mrzonkami, nie powinno tak bardzo wewnętrznie go trawić. A jednak to robiło.
Miękka i ciepła pościel otulała ich ciała, lecz nie dawała żadnego pocieszenia. Już nie. Dom zaczął się zapadać, przestawał być bezpiecznym schronieniem. Już od wielu dni nie był ich miejscem, ale teraz to było coraz bardziej odczuwalne. I to zniszczył, również to stracił. W Dolinie nigdy nie czuł się naprawdę u siebie. Nie miał już domu, nie w tym sensie, w którym chciał go mieć.
Poczuł jak włosy dziewczyny przesuwają się po jego ramieniu, delikatne jak muśnięcie ciepłego wiatru, ponownie wciągnął powietrze głęboko w płuca. Odczuwał ciepło jej ciała, które kontrastowało z chłodem otaczającego ich powietrza. Jej ciepło przenikało go do kości, wgryzało się w niego a on na to pozwalał.
Mylił się wcześniej. To, co mieli nie było płonięciem. Było żarem, lecz nie takim, który by ich spopielił. Popieliło go to, co działo się teraz w tej chwili. To naprawdę go pożerało.
Trudno było uwierzyć w to, że jeszcze tak niedawno temu pragnął, by ten moment trwał wiecznie, nawet jeśli w sercu czuł, że coś jest nie tak. Teraz obawy rzeczywiście się spełniły. Sam zadbał o to, by miały ku temu podstawy. Wyciągnął je na wierzch pozwalając na to, by fundamenty tamtych złudnych chwil zatrzęsły się i runęły. Nie było czego zbierać, więc po co go pytała czy zamierzał odejść? Sama o to prosiła, kazała mu to obiecać, sama tego chciała. Dzień dobiegał końca, zakończyli swoje sprawy, nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia.
- Zostawiłem cię lata temu. Sama mi to raz po raz wytykasz. To, że na chwilę przed tym uciekliśmy... Czego byś jeszcze ode mnie chciała? Bo naprawdę nie wiem, Rina, czego ty ode mnie chcesz? - Spytał gorzko, odruchowo obracając wzrok w stronę dziewczyny, chwytając jej podbródek w palce i zbliżając ich twarze do siebie. - Czego byś ode mnie chciała?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
08.12.2024, 22:43  ✶  

Rozmowa zdecydowanie nie przynosiła jej wyjaśnień, których oczekiwała. Miała wrażenie, że omija wszystkie konkrety i rzuca jej jakieś zdawkowe komentarze, które właściwie nic nowego nie wnosiły. Nadal nie rozumiała zupełnie nic z tego, co właściwie się wydarzyło. Nie miała pojęcia, czy jest za głupia, aby znaleźć jakieś drugie dno, bo zdecydowanie była na to ślepa.

- Wspaniale, dobrze, że się z tym ze mną podzieliłeś. - Czuła ten sarkazm, był zupełnie niepotrzebny. Nie dało się też nie zauważyć chłodu, którym w nią zionął. Znowu to sobie robili. Nie potrafiła zrozumieć tego nastawienia, szczególnie, że przecież jeszcze chwilę temu zachowywali się zupełnie inaczej. Jasne, to mogło być momentalne zapomnienie, ale nie wydawało jej się, aby można było, aż tak bardzo przeskakiwać między uczuciami, to nie było możliwe, musiała zrozumieć, co faktycznie było szczere, a co było grą. Nie miała pojęcia dlaczego tak się przed tym wszystkim bronił, to było posrane, zwłaszcza, że przecież kiedyś mieli wszystko. Co mogło spowodować takie zachowanie? To musiało być czymś zmotywowane, tylko nie umiała znaleźć tej motywacji, dlaczego, aż tak bardzo chciał ją odsunąć, mimo tego, że najwyraźniej wcale nie przestał czegoś do niej czuć. W co się wplątał? Coś musiało się wydarzyć, niestety nie wiedziała, co. To też zaczęło ją irytować, bo nie znała źródła problemu. Zresztą nie sądziła, że szybko je pozna, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał łatwo pęknąć, wręcz przeciwnie, nadal trzymał ją od tego z daleka.

- Jasne. - Nie oczekiwała, że o tym wspomni, bo miała świadomość, że bez względu na jej zdanie i tak postanowiłby jej poradzić sobie z tym problemem. Taki już był, jak sobie coś usrał, to nie było możliwości, żeby mogła coś z tym zrobić. To była jej wina, nie powinna wtedy chlać w tym barze, to o niczym by się nie dowiedział. Niepotrzebnie pozwoliła sobie na ten moment słabości. Nie mogła więcej dopuścić do takich sytuacji.

- Dopóki nie dotrze do ciebie, że to nigdy nie był mój wybór, a też chciałabym jakiś mieć. - Nie powinna co chwilę o tym wspominać, ale nie mogła się powstrzymać. Nie pasowało jej to, że odszedł bez słowa, zresztą najwyraźniej nie przez to, że przestał coś do niej czuć. Nie podobało jej się to, że nie porozmawiali o tym wszystkim, jak mieli w zwyczaju. Każdy problem można było rozwiązać, wiele razy się spierali i jakoś zawsze udawało im się znaleźć jakieś rozwiązania, dlaczego tym ostatnim razem nie spróbowali tego zrobić? Dlaczego zupełnie ją wykluczył? Co mogło to spowodować?

- Cóż, źle myślałam, przykro mi bardzo, ale trochę nie dawałeś mi innej możliwości. - Trzymał ją od tego z daleka, jak niby inaczej mogłaby się w tym odnaleźć. Nie znając konkretnych powodów, które spowodowały jeog zachowanie postanowiła wybudować wokół siebie mur, najprościej przychodziło jej reagowanie gniewem na niego. Mogła udawać, że nie zależy jej na nim. To wydawało się łatwiejszym rozwiązaniem, szczególnie po tym, jak ją zranił. Nie było może szczere, ale w ten sposób próbowała sobie jakoś radzić, wtedy jeszcze nie była, aż tak zdesperowana, a przynajmniej próbowała udawać, że nie jest.

- Czy ty siebie słyszysz? - To zasługiwała na te wyjaśnienia, czy nie? Mógłby się w końcu zdecydować. Niby dlaczego nie mógł jej ich dać, to było pojebane, i rozumiała jeszcze mniej z tej całej sytuacji. Wkurwiało ją to, bo czuła się coraz bardziej bezsilna, jak w ogóle mogła reagować na coś, o czym nie miała pojęcia. Nie wiedziała, z czym miała się mierzyć.

- Nic nie popsuje moich wspomnień, nie wiem co się dzieje, ale przesadzasz. Skąd właściwie wiesz, jak będę na ciebie patrzeć, skoro nie dajesz mi szansy dowiedzieć się niczego. - Wydawała się być bardzo pewna swoich słów. Uroił sobie coś i usilnie się tego trzymał, nie miała pojęcia, co takiego przed nią ukrywał, ale nic nie zmieniłoby jej wspomnień. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Nic nie było w stanie tego rozpierdolić. Czy naprawdę myślał, że tak łatwo będzie mu ją do siebie zrazić? Nie sądziła, że było to możliwe, bez względu na to, czego by nie zrobił, kiedyś, czy teraz.

- Nie mogę, nie przestanę dopóki nie dowiem się dlaczego to zrobiłeś. - Cóż, Ambroise może był uparty, ale ona też nie należała do osób, które łatwo się poddawały. Powinien o tym pamiętać. Musiała poznać całą prawdę, i tyle, chciała mieć szansę wyrobić sobie swoją własną opinię. Nic więcej. Nie chciała, żeby decydował za nią, nigdy nie lubiła byc wykluczana z podejmowania decyzji, ciągle chodziło jej tylko o to, że przecież mieli być sobie równi, a tym razem nie byli.

Skoro problem nie leżał w niej, to gdzie? Kochała go takim, jakim był, nic by tego nie zmieniło, zresztą wiedział o tym, to nie było nic, co by przed nim ukrywała. Marzyli o wspólnej przyszłości, mieli plany, zabrał im to wszystko, a ona nie miała pojęcia czemu tak się stało. Zresztą nie umiała tego zrozumieć, bo najwyraźniej z niej nie zrezygnował, nie docierały do niej argumenty z serii, że to ja jej dobra, nie powinien pozwalać sobie decydować o tym, w jaki sposób chciała przeżyć swoje życie.

- Pierdolisz, znowu pierdolisz. - Nie będzie z nim szczęśliwa? Była, przez te wszystkie lata u jego boku była szczęśliwa, czuła, że jej życie ma jakikolwiek sens i wszystko straciła. Chyba nie zdawał sobie sprawy, jak zaczęła błądzić, kiedy postanowił ją opuścić. Nie chciała się z nim tym dzielić, bo bała się, co by sobie o niej pomyślał, ale może to otworzyłoby mu oczy? Może wtedy zrozumiałby, że to co mówi nie ma najmniejszego sensu. Prychnęła jeszcze, słysząc jego kolejne argumenty. - Bo ty tak mówisz? Zajebiście, cieszę się, że nadal decydujesz o wszystkim sam, to naprawdę bardzo pocieszające. Gówno wiesz o tym, co mnie uszczęśliwia. - Nie miała pojęcia, dlaczego tak usilnie próbował jej wmówić, że nie da jej szczęścia. Czas który z nim spędziła był najlepsyzm okresem w jej życiu, może pełnym wzlotów i upadków, ale przynajmniej czuła, że wreszcie ma dla kogo żyć, aktualnie wróciła do momentu, w którym nie miała nic do stracenia, znowu zaczęła ryzykować i błądzić po omacku, aby coś poczuć, by dostarczyć sobie jakichkolwiek emocji. Czuła, że ją to pochłania, że prędzej, czy później doprowadzi się do samozniszczenia. Nie było innej możliwości.

- Ludzie się zmieniają, nie sądzę jednak, że to mogłoby wpłynąć na to, co do ciebie czułam, co czuję. - Zawsze był dla niej kimś wyjątkowym, nie sądziła, aby cokolwiek mogło to zmienić, dlaczego nie chciał tego zrozumiec, dlaczego to do niego nie docierało. To, co się wydarzyło między nimi dzisiaj tylko potwierdzało to, że nadal siebie pragnęli, co mu nie odpowiadało? Dlaczego nie chciał spróbować po raz kolejny, kiedy właściwie stał się takim czarnowidzem? Czemu nie potrafił dostrzec tego, w jaki sposób ona na niego patrzyła?

Świat nie był kolorowy, ostatnio działo się wokół wiele zła, ale wydawało jej się, że potrafiliby się w tym odnaleźć, zawsze jakoś sobie radzili. Nie sądziła, że wiele się zmieniło przez te półtora roku, może trochę, ale nie na tyle, żeby nie potrafili znowu jakoś do siebie dotrzeć. Szkoda tylko, że nadal nie do końca wychodziła im komunikacja, każde z nich miało swoją wizję, zdecydowanie inną od tej drugiej strony, nie miała zamiaru go błagać o zmianę decyzji, nie upadnie, aż tak nisko, chociaż była tego bliska. Zwłaszcza po tym, jak usłyszała, że zawsze będzie jedyną, to musiało coś znaczyć. Usiłował się wzbraniać przed tym uczuciem, które ich połączyło, nadal nie wiedziała dlaczego. Nie była tak pesymistycznie nastawiona do tego wszystkiego. Dlaczego nie mogli dać sobie szansy?

- Skąd możesz właściwie wiedzieć, czego pragnę? Co? - Nie miała pojęcia, co próbował jej wmówić, skąd mógł wiedzieć, czego ona pragnie. Jego dotyk nie pomagał, znowu czuła się coraz bardziej zagubiona. Dlaczego jej to robił? Dawał złudną nadzieję, po co? Zawsze przecież otrzymywała od niego dokładnie to, czego potrzebowała. Znowu robił to samo, a wmawiał jej, że nie jest w stanie tego robić. To ją myliło, sama już nie miała pojęcia, co właściwie się między nimi dzieje. Ta rozmowa tego nie ułatwiała, niczego nie ułatwiała i niczego nie wyjaśniła. Powodowała tylko coraz większy mętlik w jej głowie. Nie była w najlepszej formie, zresztą chyba też nie była gotowa na taką konfrontację. Bardzo łatwo dzisiaj było ją zranić.

Nigdy nie chciała, żeby zniknął z jej życia. To nie było szczere, nie było prawdziwe. Próbowała jakoś radzić sobie z tym, co się z nią działo. Nie umiała nic poradzić na to, że nadal go kochała, wydawało jej się, że będzie łatwiej, jeśli go do siebie zrazi, jeśli spróbuje mu przekazać, że nie chce, aby nadal pojawiał się w jej życiu. To nie było tym, czego w głębi duszy chciała.

Poczuła ciężar na sercu, kiedy zadał jej kolejne pytanie. Nie miała pojęcia, co powinna mu odpowiedzieć, czuła, że czego by nie zrobiła to tak, czy siak wyjdzie na desperatkę. Była skłonna znowu uciec od niego spojrzeniem, ale jej na to nie pozwolił. Wpatrywała się więc w niego, dłuższą chwilę, ich twarze znajdowały się bardzo blisko siebie. Mieli być ze sobą szczerzy, prawda? - Po prostu mnie kochaj i daj się kochać. - Tego chciała, tego potrzebowała, było to może bardzo rozpaczliwe wyznanie, ale czy miała jeszcze coś do stracenia?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (43832), Geraldine Greengrass-Yaxley (31861)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa