• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[01/02.09.1972] it's hard to wake up from a nightmare if you aren't even asleep| A&G

[01/02.09.1972] it's hard to wake up from a nightmare if you aren't even asleep| A&G
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
18.12.2024, 22:44  ✶  

Nie było jej obok niego, nie miała więc prawa wiedzieć, czy to pierwszy raz, czy to zdarza się ciągle. Pytanie, które zadała mogło wydawać się głupim, ale cóż, chciała dowiedzieć się jak to faktycznie wyglądało. Wiedziała, że chciał ją trzymać od tego z daleka, cóż, najwyraźniej nic sobie z tego nie robiła. Nadal tutaj była, nie bez powodu postanowili zostać w tym miejscu, najwyraźniej miała się tego dowiedzieć.

Nie miała pojęcia dlaczego tak usilnie próbował się dystansować, dlaczego nie chciał się przed nią otworzyć, zapewne była to ta część, którą przed nią ukrywał, cóż, niestety wyczuła, że coś jest nie tak i teraz nie zamierzała odpuścić, może to była jej szansa na dowiedzenie się czegoś więcej?

- Mhm, może lepiej. - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie chciał, żeby tu była. Inaczej przecież nie znaleźliby się w osobnych pokojach, nie dystansowaliby się od siebie. To jednak nie zmieniało faktu, że skoro zastała go już tutaj, na tej podłodze, wyrwanego ze snu, prawdopodobnie z koszmaru, do tego całego wychłodzonego to odejście nie było czymś, co chciała robić. Nie potrafiłaby tego zrobić, nie kiedy widziała, że coś go męczy. Mógł mówić swoje, wypraszać ją stąd, ale powinien też pamiętać, że Yaxleyówna była kurewsko uparta i nie tak łatwo było ją przegonić. To akurat się nie zmieniło. Chciała mieć pewność, że spokój nadejdzie, że Roise nie będzie się męczył, że jakoś wszystko wróci do normy, chociaż na chwilę, bo skoro wspomniał o tym, że to się zdarza, to zapewne do niego wróci, może nawet kolejnej nocy?

Wiedziała, jak to działa, sama miewała powracające koszmary, które nie pozwalały jej zmrużyć oka, nie wiedziała, czy one są gorsze, czy to, że kiedy nie mogła zasnąć skupiała się na tych wszystkich niepowodzeniach ze swojego życia, chyba wolała te koszmary we śnie. One przynajmniej nie były prawdziwe, chociaż do też nie była do końca prawda. Przecież śniła o bestii, która wyrywała jej serce, i ten sen okazał się prawdziwy. Ostatnio granice między jawą, a snem się zatracały, a najgorsze koszmary okazywały się być realne.

Nie traktowała tego jako słabości, każdy miał prawo przecież do gorszych momentów. Szczególnie po tym wszystkim, co działo się aktualnie na świecie, chyba nie istniały osoby, których by to nie ruszyło. Nie wydawało jej się to być niczym dziwnym. Przychodziły takie chwile, kiedy każdy miał dość. Jej samej zdarzało się to coraz częściej, a wydawało się jej, że nie należy do osób, które łatwo złamać. Jak widać, każdy miał swoje granice, nie można było znieść wszystkiego.

- To nie jest litość. - Bez względu na to, co się z nim właściwie działo chciała przy nim być, bo przecież z jakiegoś powodu zostali w tym miejscu. Nie chciała go porzucić, przecież powiedziała mu, że nigdy tego nie zrobi. Teraz mogła mu udowodnić, że to, co mówiła to nie były tylko puste słowa. Nie musiała nic mówić, chciała tu po prostu być, trwać przy nim, nawet jeśli on sam tego nie chciał. Nie zamierzała zostawić go samego w mroku, bo jeszcze by go pochłonął. Nie mogła na to pozwolić.

- Zawsze będę się tobą przejmować. - Tak jak robiła to do tej pory, bez względu na to, czy byli razem, czy nie. Martwiła się o niego, zastanawiała się, jak mu się żyje, co u niego słychać, jak się miewa, nie potrafiła tego nie robić. To było w niej głęboko zakorzenione, przecież przez wiele lat był jej najbliższą osobą, czy naprawdę sądził, że umiałaby to zignorować?

Nie zmieniały tego te wszystkie paskudne słowa, którymi w siebie rzucali, może cięły niczym najostrzejrze miecze, ale to nic, nie kiedy widziała go załamanego. Nie potrafiła przejść wobec tego obojętnie, nie potrafiła być aż taka bezduszna, zresztą nigdy tego nie chciała.

Zdawała sobie sprawę, że chce ją trzymać od tego z daleka, że chce ją odciąć, pozbyć się jej, tyle, że ona już podjęła decyzję. Miała zamiar tutaj zostać, dopóki te lęki nie miną, dopóki wszystko nie wróci do względnej normy. Nie miała pojęcia, czy w ogóle jest to możliwe, ale to też jej jakoś szczególnie nie interesowało. Jak widać, coś sobie ujebała i zamierzała się tego trzymać.

Obiecali sobie, że będą dla siebie oparciem, byli nim właściwie przez wiele lat. Nie potrafiła więc reagować inaczej, jak tylko się tego trzymać. Ambroise nadal miał specjalne miejsce w jej sercu, bez względu na to, jak bardzo starał się, żeby zaczęła darzyć go nienawiścią, to nigdy nie mogło się wydarzyć. To nie było możliwe. Nie umiała tego zrobić, może była masochistką, może była zdesperowana, sama nie potrafiła stwierdzić, co było z nią nie tak, ale nie chciała go porzucić, nie teraz, nie kiedy potrzebował wsparcia. Nie uważała zresztą, że się nad nim lituje, to nie była litość, nie z jej strony, tylko zwyczajne wyciągnięcie ręki w stronę kogoś, na kim jej zależało. Zresztą podejrzewała, że on zrobiłby to samo, zrobił to samo, wtedy kiedy przyszedł do niej, gdy cały jej świat zaczął się sypać, kiedy myślała, że sobie nie poradzi. Pojawił się tam i się nią zaopiekował, gdy tego potrzebowała. Nie widziała innej możliwości, jak zrobić to samo, czy mu się to podobało, czy nie. Tak łatwo się jej stąd nie pozbędzie.

- Nic nie zmieni tego, jak cię widzę Roise. - Ten jeden wieczór nie był w stanie wyprzeć tego, co kiedyś mieli. Jasne, ich kłótnia doprowadziła do tego, że fundamenty na których była zbudowana ich dawna relacja się posypały, nie zmieniało to jednak faktu, że przecież spędziła z nim najlepsze lata swojego życia. Nigdy, przy nikim się tak nie czuła. To było niezaprzeczalne, prawdziwe? Nawet jeśli nie, to nie stać jej było na nic lepszego. On był najlepszym, co jej się w życiu przytrafiło i tak miało pozostać, nie miała szczególnej nadziei, że w przyszłości mogłoby się to zmienić.

Nie poddawał się, nadal próbował się jej stąd pozbyć. Nie odezwała się jednak ani słowem, na polecenie? które jej wydał. Nigdzie nie pójdzie, nie teraz, to nie był ten moment, nie pozostawi go z tym samego. Nie pozbędzie się jej stąd.

Zamiast się odezwać, zamiast wyjść przysunęła się w jego stronę, powoli, nie chciała wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, bo one mogły jeszcze bardziej zachwiać rzeczywistość, raczej nie przyniosłyby niczego dobrego.

Nie chciała nic mówić, zadecydowała jednak, że nie ma sensu szczególnie myśleć o tym, co powinna robić, na co mogła sobie pozwolić, na co nie. Nigdy przecież by się nad tym nie zastanawiała, to nie było naturalne. Wyciągnęła w końcu obie ręce w jego kierunku i nachyliła się do przodu, próbując zamknąć go w swoich objęciach. Ciepło, bliskość drugiego ciała potrafiły zdziałać cuda w najgorszych momentach, to mógł być odpowiedni sposób na to, aby okazać mu wsparcie, by pomóc mu otrząsnąć się po tym, co się wydarzyło. Próbowała, co mogło się stać, najwyżej ją odepchnie, odrzuci, to też nie byłby pierwszy raz. Jej duma już dawno była zakopana bardzo głęboko pod ziemią.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
19.12.2024, 02:49  ✶  
Z głową obróconą w kierunku okna patrzył w przestrzeń przed sobą, nie rejestrując niczego konkretnego. Myśli kłębiły się w jego głowie, ale nie potrafił ich zrozumieć ani wypowiedzieć.
Z jednej strony próbował utrzymywać powieki kurczowo zaciśnięte, kryjąc wilgoć oczu tak, jakby mimo wszystko mogła być dostrzegalna w mroku nocy. Z drugiej raz po raz instynktownie otwierał oczy, gdy kolejny przejmujący dźwięk wiatru albo głuchy łoskot zewnętrznej drewnianej okiennicy przeszywał go do cna.
Nie chciał rozmawiać o tym, co się stało. O tym, co w dalszym ciągu miało miejsce. Przez niego, bo nie potrafił się uspokoić. Nie umiał przewalić tego na nic, co sprawiłoby, że Geraldine zaakceptowałaby jego to nic takiego i tak po prostu by stąd odeszła. Zresztą... ...czy tak naprawdę chciał, żeby go opuściła? Nie wiedział.
Odepchnął ją. Na początku bezmyślnie, mechanicznie, instynktownie, jakby jej obecność była zbyt bliska, zbyt osobista. Dali sobie jeszcze ten wieczór, ale w tym momencie nie był już pewien, po co, skoro i tak spędzali noc osobno. Potrzebując ciepła i bliskości, ale świadomie nie swojej nawzajem.
Postanowili pozostać w Piaskownicy, lecz zamiast skorzystać z kilku ostatnich chwil spokoju (nawet jeśli złudnego i mamiącego) odsunęli się od siebie. Każde w swój kąt domu. Zupełnie tak, jakby jednocześnie już się pożegnali a dobranoc rzucone przed kilkoma godzinami (zapewne, bo przecież nie wiedział, ile czasu minęło) było w istocie bardziej czymś na kształt żegnaj. Odwlekali nieuchronne.
Zatem czy to było dziwne, że Ambroise wzbraniał się przed bliskością? Gdzieś pod skórą, głęboko w duszy obawiał się, że jej czułość tylko pogłębi jego ból. Uciekał w milczenie, w chłód, który otaczał go jak pancerz. Pragnął być sam, pragnął, by nie widziała jego załamania, jego bezsilności. To już nie było to, oni tym dla siebie nie byli.
- Dobranoc - a więc mieli jasność, prawda?
Czemu nie ulżyło mu, kiedy przyznała rację? I czemu nie wyglądało na to, aby faktycznie zamierzała stąd odejść, skoro mu przytaknęła? To wszystko było skomplikowane. Nie miał już dłużej siły, aby o tym myśleć. Nawet nie próbował. Uczucia kłębiące się w jego głowie były zbyt przytłaczające, chaotyczne a jednocześnie za bardzo go otumaniały.
Siedział na zimnej podłodze ciemnego salonu, z kolanami pod brodą, a jego spojrzenie utkwiło w nieokreślonym punkcie na podłodze. Wszystko było lodowate. Cienie raz po raz przemykały po ścianach, gdy księżyc wyłaniał się zza chmur.
Kominek wygasł. Mrok całkowicie ogarnął salon. Nie było już innego źródła światła niż wątłe smugi odbicia słońca od odległego ciała niebieskiego bez własnego blasku. Ironiczne, czyż nie?
Siedział na zimnej podłodze ciemnego salonu - tak. Jego plecy opierały się o twardą, szorstką kanapę, która jeszcze nigdy nie była tak nieprzyjazna. Podciągnięte pod brodę kolana nie stały stabilnie na chłodnych deskach. Miał wrażenie, że coraz bardziej zapada się w dol. Dłonie Ambroisa drżące od napięcia obejmowały je kurczowo, jakby to miało dać mu jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. W tej chwili, otoczony przez mrok, czuł się jak w pułapce, z której nie było wyjścia.
W jego umyśle kłębiły się myśli, które przychodziły jak fale. Jedna za drugą, raz za razem. Nie dając mu chwili wytchnienia. Czuł się tak, jakby siedział na dnie oceanu, otoczony przez ciemność, nie mając siły, by wynurzyć się na powierzchnię. Każda myśl o przyszłości bolała, jednak to nie było najgorsze. Nie, gdy każda chwila teraźniejszości była jak wyrok.
- To żal - nie pytał, bo nie musiał.
Jeśli w istocie to nie była łaska, istniało wyłącznie jedno inne określenie. To, czym go teraz obdarzała było żalem. Jej słowa i postawa brzmiały jak kondolencje dla człowieka, który jeszcze nie umarł, ale już nie żył. Zawisł gdzieś w próżni.
Życie, które kiedyś zdawało się pełne obietnic, teraz jawiło mu się jako nieustanny koszmar. Nie próbował podnieść się z powrotem na kanapę. W myślach Ambroisa każda próba wstania z podłogi kończyła się dokładnie tak samo - powrotem do tej samej beznadziejnej pozycji. Nie miał siły, by się podnieść ani ochoty, by walczyć z tym, co go przytłaczało.
Był jak statek na wzburzonym morzu. Bez nadziei na port, w którym mógłby znaleźć spokój. Bez latarni morskiej, która kierowałaby go do domu. Bowiem ten dom już nie istniał. Jego bezpieczna przystań nie była tym, czym jawiła mu się jeszcze w bladym świetle poprzedniego świtu ani w ciepłych promieniach zachodzącego słońca.
Wszystko, co kiedykolwiek miało dla niego znaczenie zdawało się niknąć w mroku. Uczucia, które kiedyś go napędzały teraz tylko go przygniatały. Jak mógł odbić się od dna, gdy nie było niczego, do czego mógłby wracać?
Tak. Miał Dolinę, rodzinę, przyjaciół, pracę. Miał nawet tego popieprzonego kota. Miał zlecenia i sprawy niecierpiące zwłoki. Swoje zadania, wyzwania dnia codziennego. Ludzi, którymi w dalszym ciągu powinien, musiał się opiekować. Próbował stać dla nich na nogach.
Lecz w tej chwili nie wiedział jak długo jeszcze będzie mógł wytrzymać ten stan, jak długo będzie mógł udawać, że wszystko jest w porządku, że potrafi stawić czoła rzeczywistości.
Ciemność salonu była gęsta i przytłaczająca. Powietrze wokół niego wydawało się ciężkie od niewypowiedzianych słów i lodowato zimne od widma świadomości, że nawet jeśli by je teraz powiedział, wszystko i tak przepadło. Myśli Ambroisa krążyły jak upiorne duchy, jak widma z Kniei przypominające mu o wszystkim, co stracił, o każdym marzeniu, które rozpadło się w pył. W piach.
- Nie rób tego. Nie bądź głupia - odmruknął ciężko, próbując zaczerpnąć powietrze w płuca.
Ponownie otworzył oczy. Musiał to zrobić, bo ciemność pod zaciśniętymi powiekami była już nie do zniesienia. Mimo to nie podniósł wzroku na Geraldine. Spojrzenie miał utkwione w podłodze - zniszczonej i brudnej jak jego świat. W tym momencie nie dostrzegał ani ścian, ani mebli, ani odrobiny światła, która mogłaby go pocieszyć.
Otchłań, która go otaczała, napełniała Greengrassa uczuciem zagubienia. Każdy szum, każdy zawodzący jęk wiatru za oknami przynosił kolejne wspomnienia, które zdawały się go pogrążać, przytłaczać. W jego umyśle krążyły obrazy utraconych chwil, które kiedyś były pełne radości a teraz stały się tylko odległym echem.
- Czasami myślę, że lepiej by było, gdybyś mnie nigdy nie poznała - to były gorzkie, smutne słowa, jednak płynęły z głębi duszy.
Z tych wszystkich myśli podczas nieprzespanych nocy. Z wrażenia, że gdyby dało się cofnąć czas, to byłaby najlepsza możliwość. Jedyne rozwiązanie. Choć jednocześnie przecież wyrzucał jej, że wcale go nie znała, tak? Sam się w tym miotał, motał się, nie dostrzegał dna, choć na nim siedział, choć się w nie zapadał.
Odpychał ją od siebie, chociaż w głębi duszy chciał, by została. Chciał być blisko niej, pragnął tego, co kiedyś ich łączyło, ale nie potrafił się przełamać, aby zrobić cokolwiek, co nie byłoby rozpierdalaniem wszystkiego do cna. Bał się, że bliskość mogłaby go jeszcze bardziej złamać, stawiając opór przeciwko przeszłości, przeciw teraźniejszości. A przyszłość? Przyszłość nie istniała.
Jednak mimo jego oporu, ona nie ustępowała. Taka już była. Jego Rina. Powinien o tym pamiętać. Poniekąd tak było. Przecież się znali. Wiedział to. Doskonale to znał, mówiąc o tym nawet tego wieczoru na ganku. Tyle tylko, że w kontekście Astarotha, nie siebie, bo ich kłótnia zabiła złudzenia. Powinna rozmyć również te wszystkie starania spełnienia słów o trwaniu z nim w bagnie.
- Wracaj do łóżka - odezwał się ponownie, pomimo węzła w gardle, starając się zabrzmieć stanowczo.
Ignorowała go. Nie komentowała jego słów, jednak nie spodziewał się tego, co planowała. Palce na jego czole ześlizgnęły się po skórze, opuściła je, więc odetchnął, jeszcze bardziej się dystansując. Ten drobny gest przeszył go zimnym dreszczem.
Mimo wszystko, spodziewał się, że miała odejść. Nie patrzył na nią, nie dostrzegał zamiaru, bo mu go nie zakomunikowała. Był zbyt rozproszony, by dostrzec te pierwsze ostrożne ruchy. Kiedy się zorientował, była już tak bardzo blisko, że nie miał możliwości wycofania się, wciśnięcia pleców głębiej w kanapę.
Przytuliła go a on zaskoczony tym, co się działo, niemalże odwzajemnił ten gest. Pozwolił, by jej dłonie dotknęły jego ramion. Gdy ręka dziewczyny delikatnie dotknęła jego pleców, zadrżał a jego opór zaczął topnieć. Ciało mimowolnie zaczęło odpowiadać na jej obecność, na ciepło, które emanowało z dłoni Geraldine.
Dopiero po kilku sekundach zorientował się, co tak właściwie robiła. W pierwszej chwili chciał się wyrwać, chciał uciec od tego uczucia, ale z każdą sekundą, gdy jej ramiona oplatały go, jego opór topniał. Pozwolił sobie na chwilę słabości, na chwilę zapomnienia o ciężarze nocy, o koszmarach.
W końcu pozwolił się jej przytulić. Wbrew sobie, a może jednak nie? Jego ciało zareagowało w sposób, którego się nie spodziewał. Nie odsunął się, nie odtrącił jej. Mięśnie się nie napięły, oddech nie zabolał. Uległ. Odpowiedział na dotyk, nieświadomie wplatając palce w jasne pukle na plecach Yaxleyówny, przeczesując je kilka razy, starając się zachować twarz.
W końcu skrył głowę w jej włosach. Oparł czoło o ramię Riny, pozwalając, by łzy, które dotąd usiłował tłumić (choć i tak zaczęły spływać po jego policzkach, sam nie wiedział, kiedy) w milczeniu wsiąkały w materiał. Nie starał się ich powstrzymać. Jego ciało zareagowało, fala ponownie się rozlała a on sam stał się bardziej podatny na jej bliskość.
To uczucie ulgi, które go ogarnęło było jednak przesiąknięte smutkiem. Wiedział, że nie mógł pozwolić, by te chwile bliskości stały się jego jedyną podporą. Nie była już jego, więc to byłyby niewłaściwe, złudne pragnienia.
Dlatego wciąż wewnętrznie walczył, podejmując starania, aby nie dać się temu porwać. Nie pozwolić sobie na odczucie, że w tej chwili wytchnienia odnalazł cząstkę siebie, którą już dawno stracił, by z bladym światłem poranka nie musieć stawać twarzą w twarz z prawdą, która go paraliżowała.
Czuł coraz szybsze bicie serca. W jego głowie zapanował chaos. Bał się. Po prostu się bał, że jeśli pozwoli sobie na tę bliskość, wszystko, co zbudował na swojej samotności, wszystkie te wyrzeczenia i miesiące poświęceń, to wszystko runie w nicość. A potem i tak przyjdzie nieunikniona świadomość, że przeszłość przestała istnieć, że każda nadzieja musiała być złudna. Więc milczał.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
19.12.2024, 22:43  ✶  

Postanowiła zostać, nie widziała innej możliwości, nie chciała zniknąć w sypialni, znowu zamknąć się w czterech ścianach, gdzie nie mogłaby uciec od tych nieprzyjemnych myśli, które nawiedzały i ją. Miała się na czym skupić, czym zająć, wybrała więc tę opcję. Chciała mu pomóc, nie wiedziała do końca jak mogłaby to zrobić, bo przecież nie miała pojęcia co dokładnie go gnębi, to nie ułatwiało sprawy. Wiedziała jednak, że coś jest nie tak, że coś go męczy, to było wystarczającym argumentem za tym, żeby tutaj pozostała. Może i wygodniej i dla niej i dla niego by było, gdyby faktycznie spełniła jego prośbę i po prostu odeszła, zostawiła mężczyznę samego sobie, ale nie miała zamiaru tego zrobić. Był jakiś powód dla którego postanowili tutaj zostać, może chwilowa zachcianka, sentymenty, desperacja, sama nie umiała go określić, ale jeszcze tu była, a póki tu była nie zamierzała ignorować tego, że coś się działo, że Roise miał gorszy moment, że mógł potrzebować kogoś u swojego boku.

Niby to nie była już jej rola, bo przecież była jego nikim, to znaczy sojusznikiem, jak już ustalili, ale to chyba zacznie ich obowiązywać dopiero jak opuszczą to miejsce? Właściwie nie rozmawiali od kiedy... Nie umiała w Piaskownicy być dla niego tylko sojusznikiem, zbyt wiele wspomnień się z nim wiązało, zbyt wiele wspólnych doświadczeń. Wiele razy zdarzyło im się tutaj lizać rany, wspierać siebie nawzajem, to było rutyną, nie chciała od niej odchodzić, jeszcze nie teraz.

Nie zraziły jej te próby odepchnięcia. To jeszcze nie było nic wielkiego, rozumiała dlaczego to robił, przecież sama na początku wahała się, nie wiedziała, jak właściwie powinna się zachować. Wybrała tę opcję, która zdawała się być właściwsza. Zresztą nie było nad czym się zastanawiać. Yaxleyówna nie potrafiła przejść obojętnie wobec dramatów innych osób. To też przychodziło jej naturalnie, szczególnie, że mimo rozłąki, mimo tego, że czuła, iż nie będą w stanie wrócić do tego co mieli to Roise nadal był dla niej ważny.

Ranili się wzajemnie, odpychali, walczyli ze sobą, a mimo to, nie umieli stąd odejść. Coś ich tutaj trzymało, może faktycznie to była desperacja.

- Dobranoc. - Tyle, że ta noc wcale nie miała być dobra, a ona wcale nie miała zamiaru stąd odchodzić, mimo, że mówiła, że to zrobi. Nie chciała się kłócić, mówić zbyt wiele, jedynie trwać tu przy nim, licząc na to, że może to jest to, czego potrzebuje. Nie miał w tej chwili nikogo innego, tylko ją, pewnie wolałby, aby znalazł się tutaj ktoś inny, ale musieli sobie jakoś poradzić.

- To troska. - To nie był żal, to nie była litość. Nie chciała znowu zaczynać się z nim kłócić, ale nie podobało jej się to, w jaki sposób odbierał jej obecność. Wolała to sprostować, bo chyba wiedziała lepiej, dlaczego postanowiła przy nim zostać. Mógł zakładać co chciał, ale nie zamierzała pozwolić mu w to uwierzyć, chociaż pewnie nie będzie brał tego, co mówiła pod uwagę. Znała go, wiedziała, że jak sobie coś ujebał to raczej ciężko będzie zmienić jego podejście.

Powiedziała mu dzisiaj, że jest w stanie zostać przy nim, co by się nie działo. To nie były słowa rzucane na wiatr, nigdy nie były. To było prawdą. Padło z jej ust też trochę gorzkich słów, z których nie była specjalnie dumna, ale one nie niosły ze sobą praktycznie nic, to nie było coś, co naprawdę siedziało w jej głowie. Została zraniona, próbowała się bronić, w tamtej chwili to wydawało jej się być najwłaściwszym zachowaniem, bo poniosły ją emocje, ostatnio zupełnie nad nimi nie panowała, z czego wcale nie była dumna. Jednak nie słowa, a czyny były istotne, przecież zawsze to było dla nich najważniejsze.

- Za późno. - Mógł uznać ją za głupią, mógł myśleć o niej co chciał, ale nie zamierzała go tutaj zostawić, nie chciała go zawieść - chociaż sama nie wiedziała, czy w ogóle powinna tutaj być. Gubiła się w tym wszystkim, gdzieś między oczekiwaniami, marzeniami, a tym, co zostało im odebrane. Ciemność wcale tego nie ułatwiała. Mogła jedynie zaufać swojemu instynktowi i nim się kierować.

- Na szczęście nie możesz zmienić przeszłości. - To prawda, te słowa brzmiały bardzo gorzko, ale nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że to byłoby lepsze. Nie przeżyłaby przecież tych wszystkich chwil, które na zawsze miały z nią pozostać. Nie poznałaby tych uczuć, którymi go darzyła, którymi on ją obdarzał. Nie umiała sobie wyobrazić siebie samej bez tej znajomości. Kim by teraz była, gdzie by się znajdowała? Może już dawno zakończyłaby swój żywot. Przy nim zaczęła w końcu myśleć o tym, że może jest dla niej jakaś nadzieja, że ma szansę coś zbudować, a nie tylko niszczyć, wiele się nauczyła, znalazła sens życia. Aktualnie go straciła, ale to nie było istotne, miała przynajmniej świadomość, że potrafiła żyć inaczej, że nie zawsze musiało być tak jak teraz.

- Mhm - Nie wiedziała, czy powinna podzielić się z nim tym, że nigdzie się nie wybierała, mógł się tego domyślić zresztą po jej zachowaniu. Właściwie lepiej było nie mówić tego w głos, bo jeszcze zacząłby oponować. Była gotowa trwać przy nim dopóki to, co nie dawało mu spokoju nie zniknie. Była gotowa zostać jego oparciem, nawet jeśli później nie miało być niczego, nawet jeśli to miała być ostatnia, wspólnie spędzona noc. Nie spodziewała się, że przebiegnie w ten sposób, że do tego doprowadzą, ale zdecydowali się zostać tutaj razem, więc zamierzała mu dać dokładnie to, czego potrzebował. Może później będzie cierpieć, ale czy to był pierwszy raz? Zaciśnie zęby, nałoży maskę i będzie udawała, że wszystko jest w porządku. Jakoś się poskłada, jakoś sobie poradzi.

Z początku jej ruch był niepewny, nie miała pojęcia, jak na nią zareaguje, przecież nie chciał jej tutaj. Po chwili jednak to wahanie zniknęło. Nie odrzucił jej, pozwolił się dotknąć, teraz nie było już odwrotu, jakby dostała niewypowiedzianą zgodę na to, że może to zrobić.

Objęła go silnie, jakby nie chciała wypuścić go z rąk, jej dłonie delikatnie gładziły jego plecy, liczyła na to, że może dzięki temu poczuje się pewniej, że może to uspokoi jego lęki. Miała świadomość, że nie powinni sobie pozwalać na taką bliskość, bo przecież mówił, że tego nie chce, że jest jakiś powód przez który powinien się trzymać od niej z daleka. Nie obchodziło jej to teraz, to nie było istotne. Mrok całkiem skutecznie chronił ich od rzeczywistością, znajdowali się gdzieś między jawą, a snem, jakby byli zawieszeni w czasie i przestrzeni.

Poczuła jego łzy, wtedy pojawił się też dziwny ścisk w gardle. Nie miała pojęcia, jak właściwie mogli doprowadzić do takiej sytuacji, jak to się stało, że tak się od siebie oddalili, że przestali o siebie dbać? Ciężko jej było patrzeć na to, jaki jest nieszczęśliwy, wydawało jej się bowiem, że to przez to, ale mogły to być tylko domysły. - Jeszcze będzie przepięknie. - Mruknęła cicho, nie przestała go do siebie przytulać, nie zamierzała wypuścić go z objęć.

Czy w to wierzyła? Czy w ogóle jeszcze mogło być przepięknie, nie miała pojęcia, musieli mieć jednak jakąś nadzieję, bo przecież jeśli zatracą się w tym mroku, to już nie będą w stanie z niego wyjść. Może światło było gdzieś daleko, może aktualnie nie było go widać, ale nie mogli przestać wierzyć w to, że je znajdą. Nie mogli pozwolić zatracić się sobie w ciemności.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
20.12.2024, 00:36  ✶  
Nie tak powinna wyglądać ta chwila. Nie to sobie obiecywali tamtym dotykiem, sposobem, w jaki pojawili się tutaj zmęczeni i pozbawieni nadziei, ale wciąż usiłujący wierzyć w złudzenia. W to, że to, co robili było właściwe, bo inaczej nie przyszłoby im to z taką łatwością, niemalże bez zastanowienia.
Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej w jasnych promieniach wschodzącego słońca potrafili dawać sobie oparcie, być obok siebie we właściwy sposób. Może nawet trochę zbyt blisko jak na to, że przecież na długie miesiące stali się sobie praktycznie obcy (to było kłamstwo, prawda?), ale odnajdując w tym coś w rodzaju odkupienia.
Zatracili się w sobie. W nagle odzyskanych szansach, nawet jeśli mających wkrótce zniknąć, pęknąć jak mydlana bańka. Ożywili wspomnienia. Tylko po to, aby je zniszczyć. Najwyraźniej nie potrafili już mówić jednym językiem. Stracili tę nić porozumienia, nawet jeśli wydawało mu się, że nadal istniała, bo przecież nie pozbyli się przyciągania.
Cokolwiek kiedyś pchało ich ku sobie, ta dziwna siła w dalszym ciągu sprawiła, że znaleźli się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Nie raz. Nie tylko wtedy na Carkitt Market. Nie dwa razy. A trzy, bo również tu i teraz. Przez moment wydawało mu się, że po to, aby mogli dać sobie odrobinę pocieszenia. W rzeczywistości chyba, bo rzeczywistość nie lubiła braku domknięcia. Musieli się pożegnać, pochować złudzenia.
Czy było tym to dobranoc?
Nie powinna widzieć go w tym stanie. Nieważne, co niegdyś mieli, nie odsłaniał się przed nią w taki sposób. Nie chciał, żeby widziała w nim kogoś słabego, skrzywdzonego, poruszonego do cna. Kogoś, kto nie był w stanie dźwignąć się z nóg, przygnieciony niedostrzegalnym ciężarem. Nikt nie powinien oglądać jego upadku, nikogo innego też by tu nie chciał, ale Geraldine? To nie powinna być ona, nie ona.
- Złudna - odpowiedział cicho, jego oczy wciąż wpatrywały się w niewidzialny punkt na ścianie, jakby tam w mroku czaiły się widma, które nie chciały go opuścić.
Miał wrażenie, że horror trwał dalej, że jego dusza wciąż znajdowała się w uścisku czegoś przerażającego, co nie dawało o sobie zapomnieć. Zimny pot spływał mu po plecach a lodowate dreszcze przebiegały przez ciało, gdy wspomnienia targały jego umysłem. Myśli Ambroisa wciąż błądziły w mrokach koszmaru, z którego udało mu się wyrwać, ale który nie opuścił go całkowicie.
- Wiem - nie chodziło mu o to, że była głupia, że się w to wmieszała, nie, to nie były te słowa.
Na wiele rzeczy było za późno. Ich cała relacja była zbudowana dokładnie na tych dwóch słowach. Od samego początku skazana na porażkę i zatracenie, bo mogliby przeżyć wszystko inne, tylko nie to. Poradziliby sobie z każdym teraz i nie teraz. Powiodłoby im się, gdyby było za wcześnie, daliby radę z tym, co niosłaby za sobą ta rzeczywistość, bo sama w sobie sugerowała istnienie przyszłości. Trudnej lub skomplikowanej, ale wspólnej. Za późno oznaczało klęskę. I ta klęska nadeszła.
Zawiedli siebie nawzajem. To on był pierwszym, który dokonał zniszczenia postępującego przez ostatnie półtora roku aż do momentu, kiedy pozwolił sobie na to, aby wepchnąć jej szpadel w rękę. Warcząc te wszystkie słowa tak, aby wreszcie pchnąć ją do działania. Mogli bez opamiętania całować się nad zwłokami, dawać sobie złudzenia, ale prawda była taka, że przed zachodem słońca musieli zakopać tego trupa. Przyszłość nie istniała, przeszłość zaczęła nieść za sobą nieświeży swąd zepsucia i rozkładu.
- Czyżby? - W tym jednym słowie było tak wiele goryczy, tyle żalu i wyrzutów sumienia, niezliczone inne niewypowiedziane myśli, utracone życzenia, pogrążone marzenia, nieistniejąca przyszłość, zatarta przeszłość i ta teraźniejsza chwila, która to wszystko łączyła.
Choć właściwie nie, nie łączyła. Tu nie było czego łączyć. Ten moment był wyłącznie jak studnia bez dna, do której co rusz ktoś ciskał kolejne kamienie. Raz za razem.
Na szczęście nie możesz zmienić przeszłości brzmiało nie tyle jak kłamstwo, co jak obelga. Coś, w co nie dało się już pobożnie wierzyć, bo przecież właśnie to zrobili tego dnia. Zmienili przeszłość, nawet jeśli nie wymazali wspólnej historii to uderzyli we wspomnienia. Od słowa do słowa zasiali kolejne ziarna niepokoju, zasilając je wyrzutami w taki sposób, że nim się obejrzeli, miały już pierwsze pędy.
Przerosły ich w przeciągu kilku chwil. Wybiły jak jeżyny w ogrodzie, zabijając wszystko, co tam rosło. Wyjaławiając ziemię, wbijając się korzeniami w zgliszcza, na których nie mogło już wyrosnąć nic innego. Nadzieja? Od samego początku wolał myśleć, że nigdy jej nie mieli, ale teraz bezpowrotnie przepadła.
Zawsze byli ludźmi czynu. Czyż to nie było ironiczne, że pogrążyły ich właśnie słowa? Że w momencie pojawienia się wątpliwości, kiedy wyrzuty sumienia zaczęły przebijać się przez grube mury, jakie wzniósł wokół siebie, odruchowo sięgnął właśnie po to. Po coś, po co sięgał wyłącznie w ostateczności.
Jego najgorsze słowa stały się najmocniejszą bronią. Jedyną w zasięgu ręki, co powinno sprawić, że by się zreflektował. Bo przecież wcale nie chciał niszczyć tej cienkiej nici porozumienia. Nie tego dnia.
Oparł się na niej, czując ciepło, które emanowało z jej ciała. Na ułamek sekundy mając wrażenie, że może to mogło zadziałać. Obecność Geraldine i dotyk jej ramion były jedynymi rzeczami, które zawsze przynosiły mu tę odrobinę ulgi. Jednak nawet to nie wystarczało, by odwrócić jego myśli od tego, co stracił, co zniszczył.
Każde dotknięcie, przesunięcie dłonią po jego plecach czy ramieniu, każdy gest był jak przypomnienie, że mimo ich miłości, coś w ich relacji było nie tak. Nie istniała, prawda?
Tak łatwo było o tym zapomnieć, gdy ciepło ciała dziewczyny otulało go, odbierając mu choć trochę tego chłodu. Nie powinna być jego ratunkiem, nie o to zabiegał, nie o to walczył, nie po to się od niej odsunął, aby teraz wciągać ją w to w chwili słabości. Nie chciał, żeby sama też marzła.
A jednak w tym momencie zdawała się być jedynym światłem w jego ciemnym świecie. Pozwolił jej się przytulić, chociaż wiedział, że nie powinna być jego. Ta myśl jednak była zbyt ciężka, by mógł ją teraz dźwignąć. Odpuścił, choć przecież tak bardzo się starał. Był uparty, zawzięcie ją od siebie odpychał, bo wiedział, co powinien zrobić. Każdy moment, który spędzali razem był dla nich obojga przekleństwem. Nie miało być pięknie. Już nigdy.
- Nie ma nic bardziej złudnego niż nadzieja na lepsze jutro - to mogłyby być słowa, które by do niej wymamrotał, jedyna rzeczywista prawda, lecz tego nie zrobił.
Sam nie wiedział, dlaczego, ale te słowa nie przecisnęły mu się przez zaciśnięte gardło. To nie tak, że nie wierzył w dobre intencje, jakie miała, obejmując go ramionami i mówiąc coś takiego. Po prostu nie umiał wybiec myślami w przyszłość, bo w tej chwili ta niemalże już nie istniała. Wszystko mogło skończyć się z dnia na dzień. Rzeczywistość nie wyglądała już tak jak niegdyś. Wojna pochłaniała wszystko. Mrok był ciężki i gęsty. Czy tego chcieli, czy nie, nie było przed tym ucieczki.
Nie chciał jej ranić, nie chciał, aby widziała jego słabość, ale w tym momencie nie potrafił być silny. Nie był z kamienia.
- Nie będzie - nie bez nas, ale przecież tak było od dawna, od wielu długich bezsennych nocy, miesięcy przypominających głęboką studnię bez dna, więc w teorii nic się nie zmieniło.
A jednak coś, co samo w sobie było rzuceniem się z nożykiem do walki na miecze, z kawałkiem kija zamiast różdżki w sam środek starcia, zakończyło się zwycięstwem. Być może złudnym, bo przecież nie mieli całkowitej pewności, że to, co zrobili miało przynieść ostateczny skutek. Szczególnie, że widmowy głos nadal rozlegał się echem po jaskini zanim pochłonęła ją ziemia i sterty kamieni.
Zaś coś, co powinno przynieść ulgę i odkupienie, bo wygrali, poradzili sobie, kolejny raz udało im się wyjść z bagna, okazało się czymś, co w istocie ich pogrążyło. Przytłoczyło go, naruszyło fundamenty jedynych wspomnień, których nie chciał tracić, które traktował wręcz z nabożną czcią, uderzając nimi w siebie podczas długich, samotnych nocy, ale je miał. Teraz to również stało się piaskiem przesypującym się przez palce.
- Miałem dobre intencje - wyszeptał, mocniej zaciskając powieki.
To nie miało sensu. Nie powinno mieć miejsca.
Życie, które prowadził nie miało tak wyglądać. Nie wiedział, czego tak właściwie się spodziewał, bo jego oczekiwania nigdy nie były właściwe. Nie zanim się poznali. Nie zanim zrozumiał, czego było mu brak. Było w nich zbyt wiele impulsywności, za dużo miejsca na błędy i zmiany. A jednak przecież miał marzenia. Była ich częścią. Wtedy, kiedy jeszcze istniała jakaś złudna nadzieja.
Jego zamiary były dobre, ale dał się zwieść. To, co go pochłonęło było silniejsze od niego a on przegapił moment, w którym wszystko zaczęło się sypać. Intencje - piękne słowo. Oparł mocniej czoło na jej ramieniu, zamykając oczy, jakby chciał uciec od rzeczywistości, ale każdy oddech przynosił mu ból.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
20.12.2024, 10:29  ✶  

Wiele rzeczy robili pod wpływem chwili. W zależności od tego, czego potrzebowali to po to sięgali. Tak już chyba mieli? Rzadko kiedy zastanawiali się nad swoim postępowaniem, to ich łączyło. Tak było rano, kiedy zbliżyli się do siebie, jakby mijający czas niczego nie zmienił, jakby wcale nie przestali dla siebie istnieć. Właściwie czy kiedykolwiek faktycznie przestało im na sobie zależeć? Nadarzyła się okazja, potrzebowali tego, skorzystali ze swojej obecności, zachowali się tak, jakby nic się nie zmieniło. To miejsce miało szczególną aurę, która tylko to potęgowała. Był to przecież ich dom, bezpieczne miejsce, w którym nie musieli ukrywać niczego.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, co stało się później. Ponownie zaczęli się ranić, też pod wpływem emocji, bezsilności? Sama nie wiedziała czego. Była pewna jedynie tego, że żałowała tych wszystkich słów, które wypowiedziała, bo były kłamstwem, bo chciała odwdzięczyć się czymś, co faktycznie mogłoby go poruszyć, bo pod wpływem desperacji i bezsilności postanowiła sięgnąć po coś, czego nigdy by nie zrobiła. Nie była z tego dumna, tak właściwie to miała problem z zaakceptowaniem tej nowej rzeczywistości, którą próbowali sobie ułożyć. Sojusznicy, to było nic nie warte. Mieli ponownie odsunąć się od siebie, tym razem chyba na dobre. Przy czym z lekkością szło im mówienie o tym, co mogliby zrobić, aby świat stał się lepszym miejscem. Gdyby znowu się na siebie otworzyli ich współpraca mogłaby przynieść wiele dobrego, przecież potrafili radzić sobie z każdym problemem, przynajmniej kiedyś, może faktycznie udałoby im się znaleźć sposób na to, aby pozbyć się widm. Kto jeśli nie oni razem byliby w stanie je pokonać? Tyle, że przecież teraz nie było żadnych ich, to też sobie wyjaśnili.

Nie wierzyła w to, że byłaby z nim w stanie współpracować trzymając się na dystans, a przecież próbował znowu się od niej odsunąć, mówił jej, że nie może się do niej zbliżyć, że coś mu na to nie pozwala. Dalej nie wiedziała, dlaczego chce się od niej trzymać z daleka, ale czuła, że dalsze drążenie tematu nie jest właściwe, nie chciał o tym mówić, może brakowało mu zaufania? Nie miała pojęcia, ale dotarło do niej to, że faktycznie tego nie chciał, że wolał ją porzucić, niżeli dzielić się z nią swoimi problemami. Musiała to zaakceptować, musiała go wypuścić, tym razem przynajmniej była świadoma tego, że znowu zniknie z jej życia. Nie, żeby to było szczególnie pocieszające.

Nie miała pojęcia dlaczego negował jej intencje. Może dała mu ku temu powód, tak, ale były to tylko słowa, zresztą rzucone pod wpływem chwili, kiedy czuła, że nie może zrobić już nic innego, zranił ją, zareagowała automatycznie, próbowała się bronić. Tak jak potrafiła, nie mogła jednak pozwolić na to, żeby całkowicie ją zdeptał, nie mogła nie zareagować, nie była w stanie aż tak zobojętnieć. Dostosowywała się do tego, co jej dawał, a przy okazji najwyraźniej rozpierdoliła jedyną stałą jaka im pozostawała. Naruszyła to, co kiedyś wydawało się być właściwe, a przecież wcale tak wtedy nie myślała. Widziała ich wspólną przyszłość, całkiem wyraźny obraz, a nawet wspólną starość, chociaż kiedyś w ogóle nie zakładała, że jej dożyje. To był jedyny taki moment w jej życiu, kiedy z nadzieją potrafiła patrzeć na to, co ją czekało.

Teraz? Teraz widziała raczej mrok. Nie ułatwiała tego rzeczywistość, w której przyszło im żyć, była okrutna, pełna przemocy, istot, które chciały ich zniszczyć, czy ludzi, którzy nie mieli żadnych skrupułów przed tym, aby dla zabawy odebierać życia. Gdyby mieli siebie łatwiej byłoby im przetrwać te wszystkie tragedie, teraz musieli radzić sobie z tym sami, jak widać wychodziło im to raczej gorzej niż lepiej, bo kto właściwie był w stanie dźwignąć to wszystko? Nikt.

Mógł uznać ją za głupią, faktycznie nie powinna była po raz kolejny dawać im nadziei, ale nie potrafiła stąd odejść. Nie po tym, co razem przeżyli, nie kiedy tyle dla niej znaczył, bez względu na to, ile goryczy by się z nich nie wylewało. Właściwe wydawało się pozostanie przy nim. Nawet jeśli tego nie chciał, nawet jeśli znowu pokazywała, że nie ma żadnej autorefleksji, że jest trochę masochistką, która nie miała żadnego problemu z tym, że ktoś ją krzywdził. Trwała tutaj mimo tych słów, którymi w nią rzucał, których echo nadal pozostawało jej w głowie. Najwyraźniej to było za mało, aby spowodować, że odwróci się i po prostu wyjdzie.

Tak naprawdę przecież ona nigdy nie chciała odchodzić. Mówiła, że może być jego oparciem, bez względu na to, co się będzie działo. Wydawało jej się to logiczne, bo przecież to kiedyś działało, kiedyś mogli przyjść do siebie ze wszystkim i zawsze dostawali wsparcie. Nie miała pojęcia, co mogło spowodować, że to zaufanie zostało zachwiane, co mogło się wydarzyć, że stwierdził, że z kolejną sprawą nie będzie w stanie sobie poradzić, od czego właściwie chciał ją trzymać z daleka, ale to teraz nie było ważne, bo trwała tutaj z nim, dawała mu swoje ciepło, próbowała odgonić mrok, chociaż i ją próbował pochłonąć, tyle, że teraz, teraz ona nie była istotna.

Miała wrażenie, że wszystko zaczęło się sypać kiedy od niej odszedł, przynajmniej w jej świecie, może u niego zdarzyło się to szybciej, musiało tak być, skoro nagle postanowił ją odrzucić. Wcześniej winiła za to siebie, teraz czuła, że winny jest świat, który chciał jej go odebrać.

- Będzie. - Uparcie próbowała sugerować mu, że to nie był koniec, chociaż chyba we dwoje w to nie wierzyli. Nie było już co ratować, wszystko się rozsypało, odebrano im całą nadzieję, ale nie chciała wypowiedzieć tego w głos, bo wtedy już nic nie miałoby sensu, wszystko zostałoby zakopane.

Niby pozbyli się wczoraj bestii, która chciała odebrać jej życie, ale czy ona sama nie wypuściła go ze swoich dłoni. Nie walczyła wtedy, kiedy miałą ku temu okazję, pogodziła się z tym, że tak ma być, a teraz już mogło być zbyt późno na to, żeby wrócić do tego co było, zresztą nie dało się tak, to już dawno znajdowało się za nimi. Dzisiaj chyba też odebrali sobie jakąkolwiek szansę na przyszłość. Mimo, że tego nie chciała, mimo, że wiedziała, że to nie jest to, czego pragnie ponownie próbowała to zaakceptować. Jej czyny nie do końca o tym świadczyły, bo przecież siedziała tutaj z nim, starała się przynieść mu jakiekolwiek ukojenie, ale kiedy on tego nie chciał, to przecież nie było możliwości, aby jej się to udało. Niby mówił swoje, ale z drugiej strony pozwolił jej się do siebie zbliżyć, pozwolił jej zamknąć się w ramionach, znowu zaczęła się gubić, nie wiedziała, co robią,  czy to ma jakikolwiek sens. Nie był to zresztą odpowiedni moment na to, aby się nad tym zastanawiać. Nie teraz, teraz słowa chyba nic by nie zmienilły.

- Wiem, wiem, że miałeś dobre intencje. - Musiał je mieć, przecież inaczej by jej nie zostawił, nie po tym, co jej powiedział, wolała sobie nie wyobrażać, jak mu było z tym ciężko, bo przecież wspomniał o tym, że o niej nie zapomniał, dalej coś do niej czuł, a z tym walczył, zresztą całkiem skutecznie. Nie miała pojęcia ile go to kosztowało. Teraz jednak to nie było ważne, nie chciała się skupiać na niepotrzebnych myślach, tylko dać mu ciepło którego potrzebował.

Nie przestawała delikatnie gładzić go po plecach, szczególnie, że pozwolił jej zareagować w ten sposób, korzystała więc póki mogła i dawała mu swoją bliskość.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
20.12.2024, 13:18  ✶  
Będzie.
Nawet nie próbował w to wierzyć. Mieli być ze sobą szczerzy. Nie wierzyła w to, nie brzmiała jak ktoś kto w to wierzył. Przecież się znali. Nie musiała go okłamywać. Nie po tym, co sobie wyrzucili. Nie po tym, że zamiast stanąć tuż obok siebie, korzystając z szansy danej im przez los, wyciągnęli działa.
Wystarczyło, że wszystko, co ze sobą wcześniej budowali było oparte na niewłaściwych podstawach, na dobrych intencjach, złudnych nadziejach - dokładnie tym, czego obiecali sobie nie wpuszczać do swojego życia. Jak doszło do tego, że wciąż to właśnie na tym oparli wszystko, co teraz zawaliło się jak domek z piasku pod naporem fali?
Czuł jak jej ramiona mocno oplatają jego ciało, paląco ciepłe dłonie dotykają skostniałych pleców a palce przesuwają się po zimno-wilgotnej skórze, wywołując dreszcze. Jego ciało drżało, gdy go dotykała. Dygotało, gdy odsuwała ręce, przesuwając je powoli. Nie tylko z chłodu, który przenikał go do szpiku kości, ale także z emocji, które błąkały się w łomoczącym sercu.
Był zszokowany, upodlony we własnych oczach, nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co odczuwał. Zresztą nigdy nie umiał tego robić, prawda? To również okazało się gwoździem do trumny. Powodem, dla którego moment, w którym powinni ze sobą porozmawiać nigdy nie nadszedł. Zaufanie nie zostało zachwiane, nie jego, nie do dzisiejszego popołudnia, po prostu nie umiał tego robić. Rozmawiać.
W pewnym momencie uniósł głowę, by spojrzeć jej w oczy. Jego spojrzenie było pełne zagubienia, przytłoczenia i niewypowiedzianego żalu, które rozmyły się w ciemnościach salonu. Nie wiedział, ile tu siedzieli, ale w dalszym ciągu było ciemno, noc nie mijała, nieprzenikniony woal mroku okrywał pomieszczenie.
Na ułamek sekundy zawahał się, nie wiedząc, czy powinien mówić, czy może lepiej było, gdyby już nie odpowiadał. Zamiast tego znowu opuścił głowę, jego czoło znów oparło się o jej ramię.
Mimo że był w szoku, w jej obecności czuł się trochę bezpieczniej. Zawsze tak było, ta noc nie była inna. Niosła złudzenia.
Oparł się o Geraldine, pozwalając sobie na chwilę słabości, na moment, w którym mógł być po prostu sobą, bez masek i bez udawania. Choć czy tak naprawdę? Milczeli, mowa nie była im potrzebna, jednak cisza niczego nie naprawiała. Wyłącznie odsuwała nieuniknione.
To było nowe, ale jednocześnie znane uczucie. Ta przytłaczająca pustka, którą emanował na nią, mimo że nie chciał tego robić. Mimo tego, że jeszcze chwilę temu usiłował odepchnąć od siebie dziewczynę, by otchłań jej nie pochłonęła. Teraz otaczała ich równie gęsta, co mrok, jakby zawsze tam była, czekając na odpowiedni moment, by się ujawnić.
Siedział w ramionach ukochanej kobiety, która już nie była jego, lecz zachowywała się tak, jakby w tej chwili żadne z nich o tym nie pamiętało. Jakby nadal byli ze sobą blisko. Nie jak sojuszniczka, nie jak przyjaciółka. Jakby nadal była jego, jakby cokolwiek kiedyś mieli, ta siła nadal ich ku sobie pchała.
Starała się wlać w niego odrobinę ciepła. A on jej na to pozwalał, czując intensywny chłód przenikający jego ciało. Jego czoło opierało się o jej ramię, ale sercu Ambroisa panowała pustka, którą nie mogła wypełnić żadna bliskość.
Czuł jak jego ciało reaguje na emocje, które go przytłaczały, na jej obecność, która jednocześnie tak wiele mu dawała i jeszcze więcej odbierała. Nie chciał jej ranić, nie chciał, by mu na to pozwalała, dawała się przytłoczyć, wychłodzić, wciągnąć w coś, czego podświadomie nie chciała.
Palce Ambroisa niekontrolowanie drżały na plecach obejmującej go Riny a usta, choć zaciśnięte, były spuchnięte od przygryzamia. Obejmował ją mocno, niemal tak mocno jak ona go przytulała. Zupełnie tak, jakby to miało pomóc mu nie utonąć w otchłani rozpaczy, ale jednocześnie przecież zdawał sobie sprawę z tego, że to było wyłącznie chwilowe złudzenie. Noc trwała. Zmierzch pochłaniał ich oboje.
Jego serce biło niespokojnie, oddech stawał się coraz bardziej płytki. Każda próba wciągnięcia powietrza była zbyt kosztowna. Brak nadziei ogarnął go jak ciemna toń.
Nie chciał myśleć o tym wszystkim, co się stało, ale wspomnienia nie pytały o pozwolenie. Przeszłość tak nie działała, przychodziła sama. Nie pukała, wdzierała się do mózgu. Myśli samoistnie krążyły wokół wyimaginowanych przyszłości, które nigdy nie miały się spełnić. Nadzieja przepadła. Jej światło nie było dłużej dostrzegalne na horyzoncie.
Wyrzuty sumienia zalewały go falą, której nie potrafił powstrzymać. Czuł, że zawiódł na każdym kroku. Robił to w tej chwili, w jaskini Doppelgangera, w Dolinie Godryka, podczas bójki z Astarothem, wychodząc z mieszkania, wielokrotnie wcześniej. Każda z tych chwil sprowadzała się do tamtego jednego wiosennego poranka, gdy zima odeszła, śniegi stopniały, ale nie dla niego. Jego ogarnął chłód, lodowata toń zaczęła go wciągać. Pochłaniała go, ale nie chciała dać mu całkowicie zatonąć.
Lata temu obiecywał Geraldine przyszłość, teraz ta już nie istniała. Nie pytał, co się działo przez ostatnie lata. Chciał wiedzieć, jednak odruchowo nie chciał zadawać tego pytania. Każda chwila, w której mógł być dla niej wsparciem, przekształcała się w kolejne wspomnienie, które teraz stawało się ciężarem nie do zniesienia. Z każdą myślą o tym, co mogło być, czuł jak jego serce kurczy się w piersi a gorycz w gardle narasta.
Jak miał poddać się temu, co teraz dla niego robiła? Jak mogła chcieć go pocieszać, zdając sobie sprawę z tego, że to nie działało w obie strony? Negował intencje Geraldine, bo nie powinna przekraczać tych granic. Nie, gdy były tam nie bez powodu. Nie, gdy mogła sparzyć się tym chłodem, zranić się czymś, czym nie musiała.
Zamknął oczy, wciągając powietrze, jakby to miało pomóc mu wstrzymać niekontrolowany wybuch emocji. Falę żalu, przytłaczające emocje, poczucie zagubienia. Desperacko pragnął nie czuć się tak zagubiony, nie chciał być tym, kim się stał. Czuł, że to wszystko było tylko iluzją, rzeczywistość z impetem uderzała go w twarz. Każda chwila, w której mógłby być silny, teraz była powodem do wstydu.
W końcu, kiedy emocje zaczęły go przytłaczać, pękł. Łzy, które wcześniej tylko delikatnie spływały mu po policzkach teraz stały się potokiem, który wydobywał się z niego w szlochach. Czuł jak jego ciało zanurza się w falach beznadziei, której się poddawał. jednocześnie. Gryzł wargi, próbując powstrzymać narastającą falę łez, ale im bardziej się starał, tym bardziej tracił nad sobą kontrolę.
Jej ramiona, które nie powinny być schronieniem, już nie, teraz zdawały się być jedynym miejscem, jakie jeszcze istniało. Namiastką ciepła. Czuł się jak dziecko, które zagubiło się w lesie, nie wiedząc jak wrócić do domu. Do niej. Była jego domem. Jedynym, jaki znał przez lata.
Każdy wdech przynosił ulgę i ból jednocześnie. Był zmęczony, cholernie zmęczony walką, ciemnością, która ogarniała świat, trwała tyle miesięcy bez dnia ulgi. Pragnął krzyczeć, wyrazić swój ból, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Jedyną rzeczą, która wydobywała się z jego ust, były ciche dźwięki wewnętrznego rozdarcia, bo choć w dalszym ciągu gryzł wargi, nie był w stanie powstrzymać łkania. Echa przeszłości, zawodzenie wiatru, zima, przejmująca zima.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
22.12.2024, 00:17  ✶  

Jej samej było trudno wierzyć w to, że istniała jeszcze jakakolwiek nadzieja na lepsze jutro. Miała wrażenie, że nie do końca, że mrok niedługo pochłonie cały świat i nic z niego nie zostanie. Chciałaby wierzyć, że będzie inaczej, ale ostatnio brakowało w jej życiu światła, dlatego też mogła nie brzmieć specjalnie pewnie. Marny był z niej pocieszyciel, nie ma co.

Czuła, że drżał, kiedy go dotykała. Musiały z niego schodzić emocje, a może to przez ten chłód? Trudno jej było to stwierdzić. Najważniejsze, że jej nie odepchnął, że pozwolił Geraldine się przytulić, nie wiedzieć czemu wydawało jej się, że to może mu pomóc. Miała nadzieję, że faktycznie tak będzie, bo nie chciała patrzeć na to, jak cierpi. Nie potrafiła być bierna, nie na jego udrękę.

Ciemność nie ułatwiała jej działania. Nie miała pojęcia, czy to, co robi ma jakikolwiek sens, czy przynosi efekty? Trudno jej było wiele wyczytać z jego wzroku, w ciemności, nawet kiedy zawiesił na niej na dłużej spojrzenie. Obawiała się, że to będzie moment, w którym ją odrzuci, ale tak się nie stało. Ponownie oparł głowę na jej ramieniu, pozwolił jej się nadal do siebie zbliżać.

Wydawało jej się to słuszne, mimo tego, co ustalili, mimo tego, że mieli być tylko sojusznikami, to jednak nadal było między nimi coś więcej. Przynajmniej z jej strony, wiedziała zresztą od samego początku, że nie będzie w stanie się na tyle od niego zdystansować, szczególnie gdy znajdował się obok niej. Może w przyszłości? Pewnie nie, to też nie mogło się zdarzyć, przecież praktycznie nie widywali się przez ostatnie półtora roku, a to co czuła też się zbytnio nie zmieniło. Nadal nie umiała patrzeć na niego inaczej, niż jak na osobę, którą kochała. Czy tego chciał, czy nie, czy sięgał po naprawdę nieprzyjemne metody, aby od niego odeszła. Kiedy pojawiała się szansa, na to, aby chociaż chwilę mogła być przy nim jak dawniej, to z niej korzystała. To chyba naprawdę była desperacja.

Jego łkanie rozdzierało jej serce, chyba jeszcze nigdy nie rozsypywał się przy niej, aż tak. Co najgorsze, chyba nie potrafiła mu pomóc, nie wiedziała, w jaki sposób może mu ulżyć, trudno było działać, kiedy nie miało się bladego pojęcia, co spowodowało ten ludzki dramat. Na pewno wiele się tego uzbierało, nie wiedziała o wszystkim, co wydarzyło się w jego życiu przez ostatni rok, bo przecież nie było jej obok. Musiało się jednak trochę tego nazbierać, ona dzisiaj zresztą dołożyła swoją cegiełkę, przez to, że chciała, aby poczuł się źle, tak jak ona się czuła. Była na siebie zła o to, że nie potrafiła się przed tym powstrzymać, teraz było jednak zbyt późno na to, aby zrobić cokolwiek.

Przytuliła go do siebie jeszcze mocniej, licząc na to, że dzięki temu uda mu się go uspokoić, chociaż jak do tej pory przecież to nie działało. Wiedziała jednak, że nie chce wypuścić go z rąk, chciała być jego oparciem, chciała przynieśc mu ukojenie.

- Wiesz, przez ostatni rok wpakowałam się w wiele gównianych spraw, i jakoś udało mi się z nich wyjść, zawsze jest jakieś rozwiązanie, zawsze można znaleźć wyjście. - Zaczęła mówić, bo może to mogło coś zmienić? Nie wiedziała, ale chciała spróbować. Mówiła cicho, spokojnym tonem.

- Udało mi się odciąć głowy kilku magicznym stworzeniom, już nie robię tego tylko przy pomocy sztyletów, musiałam nauczyć się nowych metod. - Nie była może z tego szczególnie dumna, nie do końca chciała, żeby o tym wiedział, ale postanowiła iść tym torem. Może skupi się na czymś innym i to pomoże mu się uwolnić od mroku, który go pochłaniał?

- Zdarzyło mi się nawet współpracować z mordercą, takim z pierwszych stron gazet, upadałam naprawdę nisko, a dalej tu jestem. - Dla każdego była nadzieja, czyż nie? Mimo, że rękoma i nogami broniła się, że nie wesprze żadnej ze stron konfliktu to to robiła. Pomagała i jednym i drugim. - Zaczęłam też dostarczać komponenty jednemu znajomemu i podejrzewam, że wykorzystuje je po drugiej stronie, to chyba mnie nieco wybiela. - Nie była dobra w słowach, nie potrafiła wygłaszać monologów, ale robiła co w jej mocy, aby czyms go zająć. - Wiesz, że jednego z moich psów ukradłam? Najprawdopodobniej jakiemuś dzieciakowi, to czyni mnie chyba okropnym człowiekiem. - Nikomu się do tego nie przyznała, tak, pierdoliła głupoty, ale niespecjalnie się tym teraz przejmowała.

W dużej mierze chodziło jej o to, aby pokazać mu, że zawsze jest jakaś nadzieja, te wszystkie okropne czyny mogły zostać wybaczone, wystarczyło tylko znaleźć sobie odpowiednią ścieżkę, nie żeby ona znalazła swoją, ale na pewno kiedyś to zrobi. Póki co była równie zagubiona, co on. Szczególnie po tym, jak wyszli z jaskini, niby miało to być zamknięcie tematu, a miała wrażenie, że problemy dopiero teraz zaczęły się nawarstwiać. Znowu poczuła to dziwne uczucie, pojawił się lęk, że Ambroise może ją zapomnieć, że być może to, co się z nim teraz działo stało się przez to, że bestia na niego wpłynęła, że może coś mu odebrała. Nie mogła mieć pewności, że tak nie było. Odruchowo przytuliła go jeszcze mocniej do siebie, na samą myśl o tym, że mógłby zacząć tracić ich wspólne wspomnienia ogarniał ją strach. Zdecydowanie nie chciała, aby to się wydarzyło.

Tkwili więc sobie w tym mroku, niby razem, ale jednak każde pełne swoich własnych lęków, nie wiadomo zresztą które z nich były prawdziwe, a które nie. W ciemności wszystko wydawało się być możliwe.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
22.12.2024, 02:17  ✶  
Pękł. Nie chciał tego, ale życie rzadko pytało o pragnienia. Wszystkie wydarzenia ostatnich dni, tygodni, miesięcy, lat nagle sprowadziły się do tej jednej chwili - momentu w ramionach osoby, która miała być jego przyszłością, była jego wszystkim, a jednak poprzedniego wieczoru przestała do niego należeć.
Teraz w tej chwili nie kwestionował jej intencji. Kiedy go do siebie przytulała, mocno obejmując go ramionami, potrafił zapomnieć o tym, co powinno być właściwe, myśląc o tym, co było właściwsze. To wystarczało, by pękł, wylewając z siebie falę nieprzeznaczoną dla czyichkolwiek oczu.
Szczególnie nie dla Geraldine. A jednak to się stało. Nie mógł nic na to poradzić. Siedzieli razem w ciemnościach, obejmując się przez jak długo? Ile czasu minęło zanim usłyszał jej głos, wsłuchując się w te słowa i milknąc, próbując zrozumieć to wszystko, co mówiła?
Chciał być responsywny. Próbował się ogarnąć.
- Jednego? - Spytał po dłuższej chwili, choć tak właściwie to dosyć trudno byłoby to nazwać pytaniem, raczej wymamrotaniem w ramię Geraldine bez unoszenia głowy. - Myślałem, że masz tylko jednego psa - a przynajmniej tylko jeden wyleciał im na powitanie tamtego nieszczęsnego wieczoru, gdy pobił się z wygłodniałym Astarothem.
Doskonale pamiętał tamten wieczór. Jakże mógłby zapomnieć? Wydawało mu się, że nie było możliwości, aby gdzieś tam w mieszkaniu znajdował się drugi zwierzak, który nie zareagowałby na tę szamotaninę. Łoskot, jaki wtedy robili był zbyt donośny.
Jeśli Geraldine nie odnowiła zaklęć wyciszających rzucanych na mieszkanie, wszystko musiało być zapewne słyszane także przez sąsiadów na dole. Drugi pies? A może nawet więcej psów, bo przecież nie określiła ich liczby. Z pewnością dałby o sobie znać.
Zresztą. To było cholernie dziwne. Słyszeć o tym, że wreszcie przygarnęła (a właściwie to z jej słów wynikało, że ukradła) psa po takim czasie, odkąd sami to kiedyś planowali. Wtedy to nie doszło do skutku. Luźno rzucona myśl nie wykiełkowała ani nie rozwinęła się do poziomu podjęcia rzeczywistej decyzji ani do dalszego działania.
Może tak było najlepiej? Skoro każde z nich poszło w swoją stronę, przynajmniej nie skrzywdzili przy tym żadnej innej istoty. Doszli do tego wniosku podczas kłótni, tyle tylko, że w trochę innym kontekście, ale tutaj też to miało znaczenie. Właściwie to zawsze je miało.
- To zależy - skoro już się do niej odezwał to kontynuował cicho, starając się oddychać głęboko i spokojniej.
Jak na ten moment niespecjalnie mu to wychodziło, ale przynajmniej próbował, to już było coś.
- Znam cię - nie dodawał teraz tego, o czym oboje wiedzieli, czyli, że przynajmniej kiedyś ją znał, bo teraz?
Trudno mu było to stwierdzić. Poprzedniego wieczoru padło między nimi naprawdę wiele słów burzących tę pewność. Naruszyli nienaruszalne. Wybili sobie z dłoni argumenty, których nigdy nie powinni ruszać.
Znam cię. Kocham cię. Zawsze cię chciałem. Nigdy nie zamierzałem odchodzić. Ufałam ci. Wierzyłam - wszystkie te słowa zaczęły być czymś, w co dało się zwątpić, co dało się podważyć. Więc czy w ogóle mógł mówić o tym, że ją znał? Z taką pewnością, z jaką to robił?
- Nie przeczę. Bywasz okropnym człowiekiem. Oboje tacy jesteśmy, ale nie zrobiłabyś tego bez powodu - tym razem w jego głosie zabrzmiała bardzo nieznacznie wyczuwalna weselsza nuta; nic radosnego, ale coś na kształt werbalnego odpowiednika uniesienia kącików ust na moment lub dwa. - Dzieciak porzucił psa? - To było najprostsze, co przyszło mu do głowy.
Tym bardziej, że nie uważał Geraldine za prawdziwie złego człowieka. Nawet po tym wszystkim, co od niej teraz usłyszał. To, co mu mówiła nie wpływało na to, co o niej sądził. Nie zmieniało tego współdziałanie z kimś, kogo nazwała mordercą z pierwszych stron gazet ani kimś, kto rzekomo miałby być po tej drugiej stronie, którą był... ...kto tak właściwie?
Mugole? Mugolaki? Czarodzieje półkrwi? Wątpił, aby chodziło o kogoś powiązanego z Ministerstwem, bo oboje nigdy nie przepadali za systemem prawnym i ministralnymi szczurkami. To jedno byłoby dla Greengrassa znacznie większym zaskoczeniem niż słowa o współpracy z kimś, kto był poszukiwany przez wzgląd na zabijanie ludzi.
Zresztą, czy naprawdę było mu to oceniać? Nie powiedziała, o kogo chodzi. On nie posunął się do zadania pytania, więc nie zamierzał tego oceniać. Z pewnością miała swoje powody. Wbrew temu wszystkiemu, co padło tego wieczoru i przed chwilą, Ambroise wciąż wierzył osądom Yaxleyówny. W dalszym ciągu uważał, że jeśli coś zrobiła to z pewnością miała swoje powody.
Była dobra, tak? Lepsza. Nawet jeśli jednocześnie nie miał problemu z tym, żeby nazwać ich oboje okropnymi osobami, bo to w istocie pozostawało faktem.
- Chciałbym, żeby to było takie proste - odezwał się ponownie, tym razem cicho wzdychając i kręcąc głową, którą wreszcie uniósł, nie odrywając się jednak od Geraldine. - Nie rzeczywistość - chyba nie musiał tego uściślać, ale wciąż to zrobił, starając się zebrać myśli i po prostu nie przestawać mówić, żeby nie zamilknąć na dobre. - Radzenie sobie z nią. Ze znalezieniem wyjścia. Rozwiązania. Jak zwał tak zwał - mógłby machnąć ręką, lecz tego nie zrobił, w dalszym ciągu obejmował dziewczynę.
Nie starał się szukać jej spojrzenia. Nie tylko ze względu na ciemność panującą w pomieszczeniu, ale głównie przez wzgląd na to, że o czymkolwiek teraz mówili to także nie należało do najprostszych tematów. Pozwalało mu oderwać się na chwilę od koszmarów, nie skupiać się na myśleniu, lecz czy aby na pewno?
W istocie nadal krążyli wokół tych samych popierdolonych błędów. Spraw, które sprawiały, że ich życie już nigdy nie miało być takie jak tego pragnęli. Pochopnie podejmowanych decyzji i tego głębokiego bagna, w którym im dłużej się taplało, tym ciężej było uwierzyć, że jeszcze mogło być dobrze.
Nie, skoro nie mieli już siebie nawzajem. Nie, gdy nie byli swoim wzajemnym oparciem. Wbrew temu, co się teraz działo, bo to, że Geraldine go teraz przytulała to nie znaczyło, że cokolwiek się między nimi zmieniło. Wręcz przeciwnie - poprzedni wieczór obnażył zbyt wiele bolesnych prawd, naruszył nazbyt wiele bolesnych strun w duszy, żeby to mogło być takie łatwe.
Rozmawiali. Ponownie się obejmowali. Jeszcze raz trwali przy sobie a nie obok siebie, ale jako kto, tak właściwie? Przyjaciele, którymi byli na ganku podczas burzy? Sojusznicy, bo obiecywali sobie, że mogą nimi być w momencie kryzysu a ten właśnie nadszedł nieproszony?
Nie chciał wybiegać zbyt daleko. Cokolwiek innego wyłącznie ponownie by ich zraniło, nawet jeśli przyniosłoby im chwilową ulgę. Mimo to nie odsunął się. Nawet teraz, kiedy złapał odrobinę równowagi, nabierając kilka głębszych tchów i powoli wypuszczając powietrze przez spękane wargi, poprzygryzane do krwi.
- Poza tym to dobrze, że w walce utrzymujesz dystans od zagrożenia - nie musiał długo myśleć, jego interpretacja była jasna: dzięki temu przynajmniej nie pakowała się w bliskie starcie, skoro odcinała głowy czymś innym, najprawdopodobniej zaklęciami. - Nie stoisz w miejscu. To istotne w tych czasach - stwierdził bez chwili zawahania, czując przynajmniej choć odrobinę ulgi, że uczyła się radzić sobie ze zmiennymi okolicznościami.
Musieli jakoś żyć, prawda? Nawet z tym całym mrokiem, nawet z piaskiem w oczy, nawet z przejmującym zimnem i lodem...
...musieli żyć.
To było jedyne, co musieli. Nie poddać się. Nie teraz, nie nigdy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
22.12.2024, 23:30  ✶  

Każdy miewał momenty słabości, Yaxleyówna zdawała sobie z tego sprawę, nie zawsze pojawiały się one w najodpowiedniejszym momencie - czuła, że Roise gdyby tylko mógł to nie pozwoliłby sobie na to pęknięcie przy niej, ale najwyraźniej nie miał na to wpływu. Niczego to nie zmieniło, nie zamierzała przez to patrzeć na niego inaczej, mimo, że jeszcze nigdy nie widziała go w podobnym stanie. Wiele się działo, wiele się zmieniło, rzeczywistość potrafiła być naprawdę bardzo przytłaczająca.

Chciała być jego oparciem, chciała mu przynieść ukojenie, wydawało jej się, że powinna to zrobić mimo tego, że ustalili już iż będą dla siebie jedynie sojusznikami, nikim więcej. Nie zachowywała się jednak jak sojusznik, nie umiałaby przejść obojętnie obok jego cierpienia, przypatrywać się mu, gdy musiał sam sobie poradzić z tym problemem. To nie było możliwe, ale wspominała mu o tym przecież, że jej uczucia co do jego osoby wcale się nie zmieniły, nadal go kochała mimo tych wszystkich perturbacji.

- Ten drugi - Cukier, pojawił się u mnie po tym, jak tam byłeś ostatni raz. - W sumie to zapomniała o tym, że to był nowy nabytek, jakby jeden pies nie był wystarczający. Cóż, kiedyś przecież oni mieli mieć dwa psy, najwyraźniej zamierzała spełnić to marzenie również sama. Nie, żeby ta decyzja była mocno przemyślana, należała do chwilowych zachcianek, jak większość tego, co robiła.

Nie miała więc najmniejszego oporu przed tym, aby sięgnąć po szczeniaka, z różową kokardką, który zagubił się w tłumie, cóż strata właściciela, najwyraźniej powinien był go bardziej pilnować. Gdyby miała nieco lepsze intencje, pewnie mogłaby go poszukać, cóż, zwierzę jednak było na tyle urocze, że postanowiła je wziąć dla siebie. W końcu udawała, że wcale nie widzi tej płaczącej dziewczynki i odwróciła się na pięcie ze szczeniakiem w swoich ramionach.

- Każdy powód jest dobry, czyż nie? - Wtedy zdecydowanie łatwiej było wytłumaczyć sobie swoje nie do końca poprawne zachowanie. Można było się wybielić w oczach swoich i innych, chociaż ona sama jakoś nie miała tendencji do udowadniania sobie, że jest dobrym człowiekiem. Wiedziała, że tak nie jest, na pewno nie do końca. Niektóre z jej decyzji były podejmowane tylko przez chęć wzbogacenia się, czy utrzymania relacji z osobami, na których wcale nie powinno jej zależeć.

- Dzieciak nie dopilnował psa, ale nie będę kłamać, że usilnie go poszukiwałam, stwierdziłam, że to znak, że pies ma pozostać mój, zresztą razem jest łatwiej, czyż nie? Teraz więc Pierdoła ma Cukra i nie nudzi się za bardzo, kiedy mnie nie ma. - Nie powinna znikać na kilka dni mając zwierzęta, jednak w tym przypadku Astaroth pewnie nad nimi czuwał, pozostawało jej wierzyć, że nie zrobił sobie z nich kolacji i zaangażował Triss do tego, aby wyszła z nimi na spacer, bo przecież on nie mógł opuszczać mieszkania podczas dnia. To też nieco komplikowało sprawę, na szczęście skrzatka zawsze była chętna i gotowa do pomocy Yaxleyównie. Geraldine całkiem nieźle z nią żyła, nigdy nie traktowała tego stworzenia z pogardą, bo uważała, że dzięki szacunkowi można zyskać lojalność.

Może nie pomogła nikomu zabić kogoś bezpośrednio, mimo wszystko czuła, że to, że zaangażowała się w sprawdzenie towaru mogło jeszcze odbić się jej czkawką. Nie pytała do czego potrzebują rogu buchorożca, postanowiła wyświadczyć tę przysługę Louvainowi tylko dlatego, że on pierwszy negował istnienie jej brata bliźniaka, nie chciała wyjść na wariatkę, dlatego zgodziła się mu pomóc, a on wysłał ją do Degenhardta, któremu pomogła. Nie wnikała dlaczego Lestrange ma takie znajomości, dlaczego szukał kogoś, kto pomoże mordercy poszukiwanemu przez ministerstwo. Nie miała tendencji do zadawania niepotrzebnych pytań, bo wiedziała, że mogłyby ją wiele kosztować. Pojawiła się tam, sprawdziła co miała i zniknęła, licząc na to, że nikt ją z tym nie powiąże.

- To nie jest proste, ale nie jest też niemożliwe. - Zawsze przecież istniały jakieś rozwiązania, czasem jednak ich poszukiwanie zajmowało trochę więcej czasu. Nie było sytuacji bez wyjścia, chociaż mogłoby się może wydawać, że tak jest. Z każdego bagna dało się wydostać.

- Kiedyś na pewno Ci się uda. - Chciała powiedzieć, że im się uda, ale nie była szczególnie pewna, czy oni jeszcze istnieli. To, że trwali teraz w tym uścisku mogło być mylące, to nie tak, że nie chciałaby, żeby było prawdziwe, ale wiedziała, że mogą to być tylko pozory. Spowodowane tą chwilową niedyspozycją.

- Czy ja wiem, zawsze wolałam najprostsze metody. - Najłatwiej przychodziła jej walka przy pomocy siły fizycznej, ale w tych czasach, których żyli musiała nieco zmienić swoje metody, starała się dostosować do otoczenia, szczególnie po tym, kiedy już raz magia ją zawiodła, kiedy wylądowała w Mungu, a Roise był tego świadkiem. Nie chciała dopuścić to tego, aby się to powtórzyło, musiała być pewna, że będzie sobie w stanie poradzić z każdym przeciwnikiem. Zwłaszcza, że aktualnie krążyły po świecie widma, i inne dziwne stworzenia, z którymi nigdy wcześniej nie walczyła.

- Trzeba się dostosowywać, chociaż nie jest to szczególnie wygodne. - To było prawdą, nie mogli stać w miejscu, nie kiedy świat był pełen zagrożeń. Oczywiście, że wolałaby pozostać przy tym, co robiła najlepiej, ale mogło to być niewystarczające, zresztą istoty, czy ludzie z którymi przyszło im walczyć nie mieli żadnych oporów przed tym, aby odbierać życia. Musiała więc nauczyć się postępować tak samo, chociaż nieszczególnie była z tego zadowolona, nie była morderczynią, chociaż, czy faktycznie? Ostatnio sporo się zmieniło, nie miała oporów przed tym, aby wybierać śmierć. Szczególnie, gdy jedynymi możliwościami było to, że przeżyją oni, albo tamci. Wybór był prosty.

Nie widziała innej możliwości, jak jakoś się w tym odnaleźć, wierzyła, że Roise miał podobnie, bo przecież przyszło im żyć w tym samym świecie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
23.12.2024, 00:32  ✶  
Kochali się. Mówili o tym zupełnie tak, jakby to było coś całkowicie naturalnego. Łatwa deklaracja, stwierdzenie faktu. Kocham cię. Paradoksalnie nigdy wcześniej nie padło tyle razy, co w przeciągu ostatniego dnia. Równie paradoksalnie - to nie było czułe wyznanie. Niczego nie zmieniało, bo czasami miłość nie mogła wystarczyć. Mało kto o tym myślał, lecz tak wyglądała rzeczywistość.
W jednej chwili robili wspólne plany i mówili o przyszłości a kocham cię miało słodki smak wieczności. W kolejnej było kolejnym gwoździem do trumny. Tak jak świadomość tego, że oboje zaczęli realizować dawne pragnienia, tyle tylko, że teraz już osobno.
Mieli mieć dwa psy. W tym domu, w ich Piaskownicy. Biegające po wrzosowiskach, monitorujące ich teren, towarzyszące im przy obchodach i rzucaniu ochronnych zaklęć. Kiedyś rozmawiali o tym z niezmąconą pewnością, później nie wcielili tego planu w życie.
Dlaczego?
Ambroise nie wiedział.
Wiele rzeczy było dla niego niezrozumiałe, szczególnie po takim czasie. Zawsze był to niewłaściwy moment, coś ich odwodziło, przesuwali tematy w czasie. Tyle się działo, że trudno byłoby tego nie robić, ale teraz to miało gorzki smak.
Mimo to spróbował zabrzmieć odrobinę weselej. Próbował odzyskać trzon. Już i tak za bardzo go stracił. W tym momencie potrzebował stanąć na nogi (przynajmniej metaforycznie) korzystając z tego, co mu dawała. Jeszcze ten jeden raz próbował nie kwestionować tego, czy właściwie byli w swoich objęciach.
- Cukier? - Normalnie pewnie uniósłby brew, kręcąc głową na tę kreatywność, jednak teraz jedynie uniósł kącik ust, gdy jego głowa ponownie znalazła się ponad jej ramieniem.
Nie otarł oczu ręką. Nie chciał wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Czemu? Ponownie nie był w stanie powiedzieć.
- Na pewno będzie im ze sobą dobrze. To samce? Nie chciałabyś mieć problemu z dziećmi - uprzedził ją, choć właściwie chyba nie potrzebował tego robić.
To nie była jego sprawa. Nie miała być, bo cokolwiek tu sobie dawali, ich rozmowa do niczego nie prowadziła. Traktowała o czymś, co może pozwalało mu uciec myślami od koszmarów, ale jednocześnie było przytłaczające. Oto siedzieli razem, jednocześnie prowadząc zupełnie inne, osobne życia.
Geraldine miała dwa psy, o których tyle rozmawiali. A on? On miał kota, którego nigdy nie chciał ani nie zamierzał mieć. Kolejny rozstrzał. Los bywał naprawdę przekorny.
- Jeśli chcesz w to wierzyć - odmruknął w sposób nie pozostawiający wątpliwości co do tego, jakie były jego własne przekonania. - Z tym, że ja nawet nie próbuję - stwierdził tak po prostu, nie ciskając w nią tymi słowami tylko przyznając coś, co było po prostu prawdziwe.
Wydawało mu się, że to powinno być dla niej zrozumiałe. Może nie od razu, ale z pewnością od momentu, w którym pokłócili się o jej domniemanego narzeczonego. To mówiło samo za siebie.
Był o nią cholernie zazdrosny, zżerało go to od zewnątrz, czuł się przyduszony i wściekły, zawiedziony i poruszony myślą, że mogła to tak szybko zrobić, ale nie próbował nic zmienić. Pozostał bierny. Zupełnie nie jak człowiek, którym był przy Geraldine przez cały czas, gdy budowali wspólną przyszłość. A może raczej, kiedy wydawało im się, że ją razem budują.
Tak czy inaczej, aby się odnaleźć należało wpierw podjąć jakiekolwiek kroki w celu poszukiwania właściwej drogi. By znaleźć wyjście albo rozwiązanie trzeba było go szukać. Inaczej to była wyłącznie egzystencja. Nic więcej. Reakcja a nie akcja. Miał wrażenie, że ostatnio wyłącznie to robi - odpowiada na kolejne wydarzenia, próbuje odbijać ciosy zadane przez los, ale to tyle. W pozostałym zakresie? Nic więcej.
Jasne. Uczył się nowych rzeczy. Zgłębiał wiedzę, testował nowe metody, sięgał po źródła pisane. Przygotowywał się do jednej czy drugiej konieczności, żeby nie zostać zupełnie zaskoczonym i nie skończyć martwy, ale momentami nie poznawał sam siebie. Nie mając oparcia miotał się z miejsca na miejsce, nie umiał znaleźć złotego środka. Robił wszystko albo nic. Nie był już tym samym człowiekiem.
Oboje się zmienili. Coraz trudniej było im znaleźć wspólny język, prawda? Nawet teraz, choć ciała i gęsty mówiły jedno, wypowiadane słowa były tak samo neutralne, co puste. Nie pogarszały sytuacji, ale jej nie polepszały. Wypełniały pustkę, rozganiały ciszę, nic ponadto.
- Wiem - kiwnął głową, bo przecież znał jej niegdysiejszy styl walki.
Trwali obok siebie przez tyle lat. Brali udział w tylu wydarzeniach. Zabierała go ze sobą, gdy to było konieczne, więc nie kłamał, gdy mówił, że dobrze wie o tym, co zawsze najbardziej jej odpowiadało. Tyle tylko, że czasy się zmieniały i najprostsze metody przestawały działać.
- Nikt nie powiedział, że będzie łatwo - kolejne całkowicie puste, niezbyt potrzebne słowa opuściły usta Ambroisa.
Wszystko, byleby nie pozwolić ciszy ponownie zapaść w pomieszczeniu? Wiatr na zewnątrz w dalszym ciągu szarpał okiennicami, zawodząc niczym potępiona dusza, próbując wedrzeć się do środka i trwale zniszczyć wszystko, co tu jeszcze pozostało.
A przecież wbrew temu, co niematerialne, wewnątrz Piaskownicy nadal było wiele śladów dawnego życia. Przedmiotów pozostawionych w taki sposób, jakby nadal tu mieszkali. Kocy przewieszonych przez oparcia foteli, książek na półkach i krzeseł, na których w dalszym ciągu wisiały porzucone fragmenty garderoby.
To kiedyś było ich szczęśliwe miejsce. Teraz wydawało się równie bliskie, co obce. Dokładnie tak samo jak ten uścisk, w którym trwali, pomimo upływu czasu. W dalszym ciągu się od siebie nie odsunęli, nawet jeśli nie było już powodu, dla którego mieliby to robić.
Nie było z nim lepiej. Nie miało być. Po prostu się uspokoił. Na powrót zaczął budować wokół siebie mury. Powoli, bez przekonania, bo przecież nadal byli blisko. Rozmawiali, lecz ta rozmowa nie niosła już ze sobą nic prócz zbędnych słów.
Jeśli jeszcze moment wcześniej wydawało mu się, że do czegoś zmierzali, bo Geraldine zaczęła mówić mu o swoim życiu. To moment, w którym postanowiła powrócić do pocieszania go w sposób, który wybrała, zaczął przywracać dystans pomiędzy nimi.
Zawsze potrafili rozmawiać, nie byli mistrzami w tym zakresie, jednak gdy już to robili, używali właściwych słów. Nie utartych frazesów. Najwidoczniej od teraz musiało być inaczej. Przedtem przekroczyli jedną granicę, teraz robili coś, co również nie było w ich stylu.
Ale przecież nie było już ich, więc czy to miało aż takie znaczenie? Nie powinno go przytłaczać ani smucić. A jednak cicho westchnął, kręcąc głową.
- Czemu to robisz? - Spytał powoli, wbijając w nią spojrzenie, choć w mroku nocy nie mógł odnaleźć oczu Geraldine. - Robimy - poprawił się niemal od razu, nie bacząc na to, czy powinien mówić o jakichkolwiek nich.
Nie powinien.
Był spokojny, nie zaczynał kłótni. A przynajmniej tak mu się wydawało. Jedynie potrzebował poznać odpowiedź na swoje pytanie. To, którego wydawało mu się, że nie musi głębiej formułować. Nie rozumiał dlaczego nagle zaczęli zachowywać się aż tak bardzo neutralnie, ale nie było w tym za knut szczerości.
Mieli się nie okłamywać, prawda?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (23896), Geraldine Greengrass-Yaxley (20089)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa