I tak by to zrobiła. Niezależnie od wielkości tudzież formy, metody Yaxleyówny z pewnością miały pozostać takie same, więc Greengrass po prostu przyjął te słowa. Zaakceptował je z tą samą zadziwiającą łatwością, z jaką prowadzili tę coraz bardziej absurdalną rozmowę. No, może poza jednym drobnym faktem.
- Sądzę, że to jednak mój obowiązek - stwierdził poważnie, przyglądając się twarzy dziewczyny. - Co innego, gdybyś była stonogą, bo wtedy miałabyś prostsze życie. A tak? Zbyt długo ci to zajmie - niby czarodzieje żyli całkiem długo, lecz w ich przypadku raczej nie stawiałby zbyt wielu galeonów na to, że byłaby go w stanie tak łatwo odszukać, gdyby już stała się tą pełzającą dżdżownicą.
Chociaż z drugiej strony przecież ani przez chwilę nie wątpił w upór Geraldine. Wszystko to, co działo się między nimi przez ostatnie dwa dni świadczyło samo za siebie. Gdy się przy czymś usrała, istniało niemal stuprocentowe prawdopodobieństwo, że miała to osiągnąć. No, o ile on nie usrał się przy czymś innym. Bowiem wtedy mieli impas. Ten, o którym obecnie nie próbowali mówić.
- Nie wiem, ty mi powiedz - kolejny raz uciekł się do przerzucenia na nią całej odpowiedzialności za ich wspólną wiedzę w temacie robaków.
Tak to miało działać, nie? To była jej część ich układu. On znał się na roślinach, ona odpowiadała za (w tym wypadku) robale. Odchrzaknął, kierując wzrok ku jej zamkniętym oczom.
- Pewnie dziamdziałaby nawet wtedy, gdyby przecięto cię na dwie połowy - stwierdził zgodnie z tym, co przecież mówiono o dżdżownicach. - Mam się bać już teraz czy mogę jeszcze chwilę zaczekać? - Dodał z ledwo słyszalnym parsknięciem.
Tak, znów to robili. Ignorowali to, że ich później nie miało istnieć, ale kto by im tego bronił? Tym bardziej, jeśli sami sobie na to teraz pozwalali?
Była jego najlepszą przyjaciółką. Z kim innym miałby mówić dla mówienia?
- Modliszka jest jak zwierzęca wersja rosiczki. Naprawdę nieciekawy, sztampowy wybór - przytaknął bez wahania, bowiem oba te określenia nijak miały się do tego, czym lub kim powinna być jego Rina. - Koniki polne na pewno mają swoją rolę - co prawda nie zamierzał być ich adwokatem, ale pewnie coś tam robiły, nie tylko skacząc cały dzień po łące. - To pasikonikiem? On zżera inne owady - a jednak po namyśle to także niespecjalnie do niej pasowało, więc chyba rzeczywiście powinni zostać przy tej dżdżownicy.
Szczególnie odnajdując jej znacznie ciekawszą rolę. Profesję nie tylko polegającą na przetwarzaniu resztek materii organicznej w kompost później ładowany w glebę, lecz także rolę polegającą na bezpośrednim posyłaniu wrogów w piach. To była zabawna wizja. Naprawdę absurdalna, ale jednocześnie przyprawiająca go o nieświadomie szeroki uśmiech, nawet jeśli nie do końca mógł się zgodzić z podsumowaniem tej wizji.
- Dżdżownicza wersja jest zajebista, ale chyba mimo wszystko wolę tą, z którą mogę teraz o tym rozmawiać - odrzekł gładko, jakby na dowód dźgając ją palcem w żebra. - Tak, ta jest najlepsza - nie potrzebowała się zmieniać w robaka, żeby mógł ją gdzieś ze sobą zabierać.
Ba. Nie musiała nawet mieścić mu się do kieszonki w koszuli, bo w gruncie rzeczy naprawdę lubił nosić ją na rękach. Podnosić w górę, dając się opleść nogami w pasie albo biorąc w ramiona, ujęty rękami za szyję. Jedynym, czego jeszcze nie robili rzeczywiście był ten futrzany kołnierz ze skunksa, ale tego po prostu nie mieli okazji spróbować. Mimo to wyobrażał sobie jak to miało wyglądać.
- Kręciłabyś głową tę i we w tę - nie musiał zgadywać, bo to było po prostu oczywiste; zamiast tego ponownie nieznacznie się uśmiechnął, kiwając głową. - No dobra, niech będzie kaptur. Tylko bez robienia sobie hamaka. Nie dam ci się dusić - uprzedził w taki sposób, jakby rzeczywiście rozmawiali o czymś, co miało mieć miejsce w przyszłości.
Nie pierwszy raz mimowolnie robili plany na przyszłość. Bliższą czy dalszą. Przychodziło im to wręcz zatrważająco łatwo. Lekką ręką rozmawiali o czymś, co nie miało racji bytu w tych okolicznościach i w ramach, w które sami się wciskali. Przy stawianych sobie sztywnych ograniczeniach, których wcale nie chciał zdejmować.
A może jednak?
Z jednej strony był pewien swego, nie dopuszczając do siebie możliwości tak lekkiego zaniechania. Odpuszczenia wszystkiego, co robił, co zrobił i co zamierzał robić, żeby nie podejmować ryzyka. Z drugiej zaś pojawiały się te wszystkie słowa, te założenia...
...te gesty świadczyły o czymś zupełnie innym. Zaś alkohol nie sprzyjał oporom wobec ich czynienia.
Nijak nie dziwił się, że Geraldine w pierwszej chwili podjęła próbę uratowania butelki. Co prawda mogli w każdej chwili ponownie wybrać się do miasteczka, aby uzupełnić zapasy, bo nie przyniósł ich tak wiele jak mogliby życzyć sobie wypić przez ten dzień, dwa, trzy czy ile pragnęli tu oboje pozostać (a tego przecież nie ustalili), ale to przedsięwzięcie mogłoby się źle skończyć. W tym stanie, w którym oboje zaczęli się powoli znajdować, chyba najlepiej było pozostać w domu lub w jego bliskich okolicach.
A więc tak - ta butelka z zatrważająco szybko topniejącą zawartością była cenniejsza od złota. Nawet nie próbował obrażać się na to, że dziewczyna wpierw ratowała ją, dopiero później zwracając uwagę ku niemu. Tym bardziej, że przecież nie pierwszy raz pokłuł się jeżynami czy innym cholerstwem, choć dawno nie zapiekło go to aż tak mocno. Zemlął przekleństwo w ustach, co nie było trudne z dłonią przyłożoną do warg, starając się zachować neutralny wyraz twarzy.
Miał opory, aby wyciągnąć rękę ku Yaxleyównie. Minęło naprawdę sporo czasu odkąd dawał komukolwiek oglądać swoje urazy, szczególnie tak drobne i całkowicie nieszkodliwe. Tym bardziej przy niej niespecjalnie chciał to robić, mimo łączącej ich historii i wspólnych doświadczeń w zajmowaniu się wzajemnie urazami. Jakkolwiek mocno cenił sobie ich obecny spokój i ciepło, wracanie do tego rodzaju troski mogło być złudne, bardzo mylące.
A jednak wreszcie skapitulował, unosząc rękę i bez słowa podając ją dziewczynie. Oczywiście, że błyskawicznie napinając całe ciało i spoglądając na nią z błyskiem w oczach, kiedy kazała mu nie panikować. Tym bardziej, że przecież nie miał ku temu tendencji, jednak takie a nie inne słowa zawsze wywoływały pewien niepokój.
- To tak nie działa. Nie możesz komuś kazać nie panikować i oczekiwać, że nie spanikuje - tak, zgadza się - strofował ją teraz głównie po to, aby nie cofnąć dłoni w jakimś gwałtownym ruchu, nie przyciskając jej sobie do piersi i nie intensyfikując swojego zachowania.
Wąż. Tak. Oczywiście, że to zawsze musiał być wąż czy inne paskudztwo kryjące się w już i tak niespecjalnie przyjaznych krzakach jeżyn. To nie był pierwszy raz, kiedy coś go pogryzło. Prawdę mówiąc, takie rzeczy zdarzały się częściej niż rzadziej. Przecież były częścią natury. Zagryzł więc zęby, zaciskając usta.
- Czekaj - odmruknął, jednocześnie wycofując rękę z dłoni Geraldine, jednak wyłącznie po to, żeby pociągnąć się do siadu.
Oparł się na jednym łokciu. A przynajmniej usiłował się na nim oprzeć, stanowczo zbyt mocno się przy tym kołysząc, żeby utrzymać się w tej pozycji i nie osunąć się ponownie plecami na ziemię. Zmrużył oczy, marszcząc czoło i biorąc głębszy oddech. Starał się odpowiedzieć na to pytanie w jak najwłaściwszy sposób, jednakże raczej niezbyt satysfakcjonująca odpowiedź sama cisnęła mu się na usta.
- Jestem napruty - oczywiście, że kręciło mu się w głowie i to znacznie bardziej niż mógłby chcieć przyznać.
Nawet na siedząco kołysał się to w jedną, to w długą, co prawda tego nie dostrzegając, lecz fakty mówiły same za siebie. Na leżąco dało się temu przeczyć, zwłaszcza że po niebie cały czas płynęły chmury zaś wrzosy obok nich samoistnie falowały na wietrze. Podnosząc się do siadu, nawet z nogami stabilnie opartymi o podłoże, trudno było zaprzeczyć rzeczywistemu stanowi upojenia.
- To nie powinno wyglądać w... ...tę stronę - skomentował bezmyślnie, dając wrażenie być może nieco zbyt oderwanego od rzeczywistości, kiedy ponownie podał Geraldine swoją rękę. - Nie, nie można wysysać - próbował zebrać myśli, aby spojrzeć na to wszystko w trochę bardziej trzeźwy sposób. - To sprzyja szybszemu rozprzestrzenianiu się ewentualnej trucizny - jakież to były mądre słowa. - A i dla ciebie mogłoby to być szkodliwe - prawdopodobnie mógłby jej to jakoś głębiej wyjaśnić, ale język niespecjalnie chciał współpracować z myślami kłębiącymi się w głowie Ambroisa.
A myśli także nie były zbyt światłe. Tym bardziej, że zamiast powiedzieć jej, co wobec tego powinna zrobić, wyłącznie przeniósł spojrzenie na jej palce ujmujące jego dłoń i bardzo powoli kiwnął do siebie głową.
- Mhm - to działało, to bez wątpienia działało.
Chcąc nie chcąc.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down