• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [06.09.1972] the truth beneath the rose | Ambroise & Geraldine

[06.09.1972] the truth beneath the rose | Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
18.02.2025, 00:47  ✶  
Bycie domniemanymi panami (i paniami) swojego losu miało swoje dobre i złe strony. Abstrahując od tego, że ostatnio los raz po raz starał się im udowodnić, że w istocie nie mieli zbyt wiele do powiedzenia na temat własnej przyszłości. Ba, pomijając również uporczywie powtarzane przez Greengrassa stwierdzenie, że nie mają żadnej przyszłości. Nie tej wspólnej. Spuszczając na to kurtynę zapomnienia, można było powiedzieć, że tego dnia zdecydowanie skupiali się na tych przyjemnych aspektach decydowania o sobie samych.
Byli tu tylko we dwoje. To oni odpowiadali za naprawdę lekką i przyjemną atmosferę, jaka między nimi zapanowała. Być może odrobinę zachowując się przy tym jak dzieci. Nie będąc rozważnymi ani odpowiedzialnymi. Nie myśląc perspektywicznie, zamiast tego starając się czerpać garściami z tych wszystkich zmian, jakie nie tylko między nimi dziś zagościły, ale nawet zdążyły się całkiem wygodnie rozgościć i zaparzyć sobie herbatę. Idealną na pierwsze jesienne chłody.
Zapewne sami też mieli się nią raczyć już wkrótce. Po spacerze, kilku chwilach obserwacji czarnych róż porastających włości Lestrange'ów. Przy oczekiwaniu na obiad w restauracji, do której się wybierali albo podczas deseru, który w gruncie rzeczy nie musiał mieć miejsca po głównym posiłku. Mogli zjeść ciasto przed obiadem, po obiedzie, w trakcie obiadu, przegryzając kaczkę kremówką (co brzmiało trochę obrzydliwie). Na tym też polegało decydowanie o swoim życiu, nie?
Tego dnia podejmowali nierozważne, nierozsądne, instynktowne i pochopne decyzje. Ból brzucha byłby wyłącznie niezbyt przyjemną, ale całkiem błahą konsekwencją takiego podejścia. Mogli nim zadać sobie znacznie głębsze rany, bardziej trwałe i odporne na jakiekolwiek próby zasklepienia ich.
A jednak wybierali trwanie w tym beztroskim stanie. Spacerowanie ramię pod ramieniem, bok przy boku. Tak blisko, że nie pozostawiali zbyt wielu wątpliwości odnośnie tego jak zażyła była ich relacja. Z jednej strony mogąc sprawiać wrażenie dwojga dopiero co poznających się młodych ludzi. Bowiem w ich świecie mimo wszystko nieczęsto spotykało się ludzi będących ze sobą naprawdę wiele lat i w dalszym ciągu spoglądających na siebie z odrobinę szczenięcym wyrazem oczu. Z drugiej strony tymi drobnymi elementami ujawniając najszczerszą z prawd.
Byli splątani. Nie tylko fizycznie ramionami. Nie tylko teraz. Znacznie głębiej. Tak mocno, że dało się to wręcz określić uwikłaniem. Może teraz niosło im szczęście, ale...
...tak, teraz niosło im szczęście. Przy tym należało pozostać, nie poruszając niewygodnych tematów i nie mówiąc o niczym związanym bezpośrednio z ich relacją.
- Najważniejsze, że potrafisz zrozumieć swoje niedopatrzenie i przyznać się do błędu - odparł gładko z coraz szerszym, bardziej niereformowalnym uśmiechem, przy okazji również nachylając się lekko w niewerbalnym żądaniu rekompensaty.
Pocałunek miał mu wystarczyć. Przynajmniej chwilowo, bo czekało na nich jeszcze całkiem wiele innych możliwości. Dzień dopiero się zaczynał. Rozpoczynali go od spaceru, mogli zakończyć na różnorakie sposoby. Najważniejsze, że wspólnie. Tym razem wszystko przychodziło im naprawdę lekko. Nawet rozmowa na pozornie niezbyt lekkie tematy, jakimi bez wątpienia były narastające anomalie.
W końcu prędzej czy później mogły doprowadzić do kolejnego wrzenia w ich świecie. Tego, którego nikt zdecydowanie nie potrzebował.
- Nie zastanawia cię to? - Teoretycznie nie musiał zadawać tego pytania, bo przecież doskonale znał podejście dziewczyny do takich kwestii.
Mimo że tego dnia pojawili się tu zupełnie bez przygotowania, tak po prostu przychodząc wspólnie w ramach spaceru, żeby przyjrzeć się fenomenowi, Ambroise był dużo bliższy wykazywaniu tej naukowej ciekawości. Nie bez przyczyny. Wychował się w bardzo określonym środowisku. W rodzie znanym ze swojego podejścia do roślin i do magibotaniki.
Oczywiście, że cholernie interesowały go wszystkie potencjalne przyczyny anomalii. o
Ostatnio coraz częściej występujących, a więc i przez to zdecydowanie wartych uwagi. Rzecz jasna nie zamierzał angażować Yaxleyówny w coś, na co nie chciała przeznaczać uwagi. Nie po to tu byli. Mógł ponowić swoją wizytę, jeśli byłoby to wskazane albo wręcz konieczne. Aktualnie chciał wyłącznie dowiedzieć się, czy rzeczywiście było, czym się interesować.
Nawet nie próbując ukryć faktu, że jak na ten moment jego wzrok uciekał głównie ku dziewczynie, jej długiej sukience i kontrastujących ciężkich buciorach wywołujących niewielki uśmieszek na jego ustach. Cała ta stylizacja, nawet jeśli niecodzienna, wyjątkowo pasowała do Geraldine. W takim czy innym wydaniu nieodmiennie wyglądała oszołamiająco.
- Wracając do tych zwierząt - nawiązał, jednocześnie kontynuując spacer w kierunku coraz bliższej im oranżerii. - Co tak właściwie miałaś na myśli? - Mimo tego, że fauna nigdy jakoś specjalnie go nie interesowała, był zaciekawiony tym, na ile podobne były zmiany i osobliwości, o których mówili.
Wspominając już zaś o nieoczekiwanych widokach...
...Roise zmarszczył czoło, mrużąc oczy i kierując spojrzenie bezpośrednio na nieco przybrudzone, jakby odrobinę nazbyt zaparowane szyby konstrukcji przed nimi. W takich miejscach często bywało wyjątkowo wilgotno. Zarówno w szklarniach jak i w oranżeriach często panował zaduch a woda zbierała się na wszelkich możliwych powierzchniach. Nie zawsze dało się tego uniknąć, czasami nie wystarczało uchylenie lufciku przy dachu. Często należało pogodzić się z tym faktem, bo nawet wykorzystanie magii nie było w stanie niczego zmienić.
Tym razem wydawało mu się to jednak wyjątkowo osobliwe. Nie tak zapamiętał ogrody Lestrange'ów, bywając tu w młodości w towarzystwie przyjaciół. Nie kojarzył ich od tej nietypowo zapuszczonej, odrobinę szpetnej strony. Nie wydawało mu się, aby było to jakkolwiek podobne do zarządców Maida Vale, by doprowadzać do podobnego podupadania części ich (bądź co bądź reprezentacyjnych) włości.
Szczególnie, że najpewniej usłyszałby od Corneliusa, że ród miał jakieś problemy. Finansowe czy też nie. Byli na tyle blisko, że Corio raczej by tego przed nim nie krył, nie byłoby to powodem do wstydu czy zażenowania. Nie, gdy byli praktycznie braćmi z innej matki.
Tymczasem oranżeria sprawiała naprawdę przykre wrażenie. Im bliżej wejścia się znajdowali, tym wyraźniej mogli dostrzec siateczkę pęknięć pokrywającą szyby i lepką wilgoć na szybach od wewnątrz. Na zewnątrz było chłodno, przez pęknięcia w szkle do środka powinien przeciskać się wiatr, jednak Roise miał lekko niepokojące wrażenie, że nie było to prawdą.
Nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że odruchowo się skrzywił, bezwolnie przypominając sobie tamto lepko-zimno-wilgotno-ciepłe wrażenie macek sunących mu pod skórą wzdłuż łydek i w górę ciała. Potrząsając głową, przeniósł wzrok na Geraldine, chcąc zweryfikować to, czy tylko on czuł się dziwnie w tym miejscu.
Nie otworzył ust ani tym bardziej nie powiedział nic na temat tego nagłego dyskomfortu. Nie zamierzał tego robić. Nie miał w planach dać się opętać całkowicie niechcianemu wrażeniu. Szczególnie, że brało się ono niemalże zupełnie znikąd. Zdecydowanie nie wydawało mu się, by miało jakikolwiek związek z jego specyficznymi zdolnościami.
Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy jego oczy spotkały się ze spojrzeniem Riny. Kolejny raz przeniósł wzrok na przeszklone drzwi oranżerii, później zaś na jego towarzyszkę, zadając jej tym samym niewerbalne pytanie. Uzyskując równie milczącą odpowiedź, bez słowa podszedł z Yaxleyówną do wejścia, tym razem nie będąc już dżentelmenem.
Choć w dalszym ciągu trzymali się pod ramię, w tym wypadku nie postanowił przepuścić dziewczyny przodem. Teraz to on pierwszy wszedł do środka, mimowolnie rozglądając się po wnętrzu, gotowy zareagować na to, co...
...na nich tu nie czekało. Mroźny dreszcz, wrażenie niepokoju i chłodu. Wilgoć. Chmury, które na moment przysłoniły słońce, nadając wnętrzu ponury wygląd i jeszcze bardziej podkreślając atmosferę. Ale nic więcej.
Paranoja?
Nie. Nie w momencie, w którym dostrzegł znikające ślady na szybach, odruchowo pociągając Rinę za rękę, żeby je jej wskazać. Zniknęły zanim zdążył to zrobić. Co do cholery?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
18.02.2025, 22:51  ✶  

Mogli próbować z tym walczyć, tyle, czy to faktycznie coś zmieniało? Los miał na nich swój własny plan, miała wrażenie, że ostatnio usiłował im demonstrować, że nic nie mogą z tym zrobić, chociaż bardzo się starali. Coraz bardziej gotowa była poddać się po prostu temu, co przeznaczenie dla nich przygotowało. Bez względu na to, czym to nie było, albo było. Wiedziała, że jej to przychodziło zdecydowanie lżej niż Ambroisowi, on próbował walczyć z tym, co było lub czego już nie było między nimi. Ona nie miała problemu z tym, aby się po prostu temu poddać, pozwolić sobie ten jeszcze jeden raz popłynąć. Ten dzień był jednak nieco inny, to Roise wyszedł z propozycją aby poszli na randkę, co nieco ją zaskoczyło, jednak wydawało jej się, że mogło im pozwolić odetchnąć. Dzięki temu przestali się skupiać nad tym, co mogli, czego nie mogli, co mieli, czego nie mieli. Miał to być jeden taki wyjątkowy dzień, kiedy ich wszystkie problemy zostały odsunięte gdzieś daleko, jakby przestały istnieć. Na pewno do nich wrócą, to było nieuniknione, ale nie przerażało jej to jakoś szczególnie. Chciała faktycznie nacieszyć się tą dziwną chwilą, którą sobie dali. To było coś innego niż to do czego byli przyzwyczajeni. Tak naprawdę w przypadku ich znajomości, gdy tylko wyjawili sobie, że są zainteresowani czymś więcej niż tylko przyjaźnią od razu sięgnęli po więcej. Nie wahali się nawet przez moment, przekraczali wszelkie granice i wcale jej to nie dziwiło, dosyć długo przecież musieli ukrywać swoje pragnienia przed sobą. Kiedy więc w końcu nadeszła chwila w której wyznali swoje uczucia niemalże od razu pozwolili się w sobie zatracić. Nie było między nimi podchodów, tej całej śmiesznej otoczki związanej z chodzeniem na randki, trzymaniem się za rączki, po to, aby powoli przekraczać kolejne granice. Od razu sięgnęli po wszystko - nie, żeby jej to przeszkadzało. W końcu była pewna, że pragnie właśnie jego. To jednak co dawali sobie dzisiaj było zupełnie inne, jakby faktycznie dopiero się poznawali i pozwalali sobie na te drobne gesty świadczące o zainteresowaniu.

Przemierzali rozarium jako para, którą aktualnie właściwie nie byli, jednak nikt pewnie nie negował by tego, że wyglądają i zachowują się jak zakochani. Wszystkie gesty o tym świadczyły, nieśmiałe spojrzenia, czy kradzione pocałunki.

- Ależ oczywiście, przecież zawsze to robię, nie mam najmniejszego problemu z tym, aby zauważyć swoje błędy. - Tak, cała Yaxleyówna, przecież była tak okropnie ugodowa... Wcale, a to wcale nie zależało jej na tym, aby jak najczęściej mieć rację, nie musiała zresztą tego tłumaczyć, w końcu Roise znał ją jak nikt inny, wiedział jaka z niej była uległa kobieta.

Kiedy się nad nią nachylił uśmiechnęła się ciepło, oparła wolną dłoń na jego klatce piersiowej i zbliżyła swoje usta do jego, aby wynagrodzić mu ten swój drobny błąd całkiem słodkim pocałunkiem, może nieco zbyt długim jak na początkująca parę, ale przecież wcale taka nie byli. Mieli lata doświadczenia, nie dało się tego ukryć. Mimo wszystko każdy z tych pocałunków wydawał się jej być wyjątkowy, nieco inny od poprzedniego.

Odsunęła wreszcie swoją twarz od jego, aby mogli kontynuować ten całkiem przyjemny spacer. Niby nigdzie im się nie spieszyło, mimo wszystko jednak nie zależało jej na tym, aby spędzić większość dnia w tym miejscu, mieli przecież jeszcze inne plany do zrealizowania.

- Oczywiście, ze mnie to zastanawia, nie mogłoby być inaczej, coś się zmieniło to jest pewne, może natura ma zamiar nam coś przekazać? - Czy mogło to być uznane za zapowiedź czegoś większego? Nie mogli tego stwierdzić, mogli sobie tylko gdybać, faktycznie coś mogło się wydarzyć. Nic nie działo się bez przyczyny, szczególnie w przyrodzie, nie zdziwiłoby jej więc wcale, gdyby to faktycznie były jakieś znaki. Trudno jednak było domyślić się, czego mogły dotyczyć, co miało się wydarzyć, zapewne już niedługo się to okaże.

- W sierpniu poproszono mnie, żebym zajęła się pewnym błotoryjem, to nie są jakieś super ciekawe stworzenia, wiele ich można spotkać w Wielkiej Brytanii, ale jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziałam takiego wielkiego, jakby był jakimś królem wszystkich pieprzonych blotoryi. - Udało jej się zabić tego stwora, ale wcale nie poszło jej tak gładko, jak zakładała. Zwierzę okazało się być naprawdę ogromne, miało sporo siły i wyjątkowo twardą skórę, miała spory problem z tym, aby się przez nią przebić. Czy to też mogły być jakieś znaki? Czy stworzenia również się na coś szykowały? Nie miała pojęcia, niestety nie umiała się z nimi porozumiewać.

Oranżeria wydawała się być raczej zaniedbana, co nie do końca pasowało jej do całej reszty ogrodów, które wyglądały naprawdę pięknie. Czy ktoś zapomniał o tym miejscu? Raczej nie było to możliwe, w końcu wyróżniało się na tle reszty rozarium, nie dało się zapomnieć o tym, że jest jej częścią.

Zdziwiło ją to, tak samo jak to dziwne uczucie niepokoju, które się pojawiło. Jakby coś nie do końca jej tutaj pasowało. Kiwnęła jedynie głową, w odpowiedzi na pytanie, które zadał jej Roise, właściwie go nie zadał, ale czuła, że chciał to zrobić. Wysunęła wtedy swoją rękę spod jego, aby spleść ich dłonie ze sobą, tak powinno być im wygodniej wejść do środka, skoro już się na to zdecydowali.

Nie miała nic przeciwko temu, że Ambroise wszedł do środka jako pierwszy, nie czuła, że powinna wpychać się tam przed nim. Miał większe doświadczenie z roślinami.

Kiedy on wpatrywał się w szybę, jej uwagę zwróciła pojedyncza róża, czarna, która wyrastała ze starej donicy, w nią się wpatrywała, to ona ją zainteresowała. Dlatego zdziwiła się, kiedy Ambroise pociągnął ją za sobą, by chyba jej coś pokazać? Nie wiedziała do końca o co mu chodziło, nie widziała niczego dziwnego na tej szybie, przeniosła więc wzrok na mężczyznę i uniosła pytająco brwi, czekała, aż wyjaśni jej co się stało i o co mu chodziło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
19.02.2025, 04:17  ✶  
Nigdy nie zmieniłby tego jak wyglądały ich wspólne początki. Nie zamieniłby ich na nic innego, nawet jeśli w tym momencie całkiem przyjemnie spacerowało im się pod rękę po ogrodzie, mogąc sprawiać wrażenie całkiem innych ludzi. Takich, którzy po wizycie w rosarium mogliby wybrać się na ciastko i kawę, ewentualnie może rzeczywiście na obiad, ale jeszcze nie kolację. I to nie ze względu na stosunkowo wczesną porę dnia.
Dwojga ludzi, dla których trzymanie się pod rękę bez towarzystwa przyzwoitki i przelotne, niezbyt częste, raczej bardzo ukradkowe pocałunki były chwilowo najpoważniejszymi posunięciami, na które było ich stać. Osobami na tyle dbającymi o sprawianie właściwego i przyzwoitego wrażenia, że w żadnym razie nie posunęłyby się dalej. To, że Ambroise starał się nie wlepiać wzroku w Geraldine przez całkowicie cały czas, jaki tu spędzali (a jedynie przez jakieś dwadzieścia jeden z trzydziestu siedmiu minut jakie tu spędzili, okay?) miało na celu wyłącznie mimowolne podtrzymywanie tego wrażenia.
Tyle tylko, że naprawdę mylnego. Nigdy nie potrafili zbyt długo udawać i kryć się z tym, że prędzej czy później mieli wrócić razem do domu. Do wspólnego mieszkania, wcześniej należącego do Riny, w którym szybko ze sobą zamieszkali. Praktycznie z dnia na dzień. Do nie małżeńskiego łoża. Do razem kupionego nadmorskiego domku, o którym wiedzieli wyłącznie oni dwoje. Do tych wszystkich miejsc, rzeczy i czynności, które być może im nie przystoiły, ale kto tak właściwie ustalał, gdzie powinna leżeć granica?
Tak, Greengrass był tradycjonalistą. Zaliczał się do grona osób o bardzo ugruntowanych poglądach momentami zakrawającymi o nieco archaiczny konserwatyzm. Potrafił zachowywać się jak czystokrwisty snob. Bywał bardzo otwarcie klasistowski. Nie wyznawał poglądów w całości zgodnych z twierdzeniami i postulatami Voldemorta. Miał znajomych pośród ludzi o różnych statusach społecznych. Mieszczących się na różnych szczeblach hierarchii, ale no właśnie...
...ta hierarchia nadal pełniła pewną rolę w jego życiu. Dosyć znaczną. Bez wątpienia nie dało się o nim powiedzieć, że całkowicie popierał pójście z duchem czasu. Nie gardził otwarcie szlamami. Zresztą dosyć rzadko korzystał z tego określenia i to głównie w stosunku do osób, które znacząco mu podpadły. Nie popierał mordów dla zasady, zabijania niewinnych i tak dalej. Natomiast niekoniecznie chciał widzieć postępowość na zasadzie tej, którą usiłowano im wciskać. Parytetów opartych wyłącznie na byciu uciśnioną mniejszością i tak dalej.
Nie od wszystkich wymagał dokładnie tyle samo, nie. Nie wierzył w równość za wszelką cenę. Tylko słabi wierzyli, że wszyscy powinni mieć te same szanse. On nieodmiennie wyznawał przekonanie każdemu po równo, każdemu po gówno. Prosta sprawa. Aby osiągnąć sukces i ugruntować swoją pozycję w magicznym świecie należało cokolwiek sobą przedstawiać. Niektórzy mieli fory związane z pochodzeniem. Inni musieli się bardziej starać. Krzyczenie o niesprawiedliwości nie było staraniem. Koniec. Kropka.
A jednak jak na kogoś otwarcie mającego się za człowieka hołdującego tradycyjnym wartościom, podejmował całkiem wiele mniej lub bardziej postępowych decyzji. Był w tym hipokrytą. Bez dwóch zdań. Wybierał narrację, którą uważał za wygodną. Co prawda później naprawdę uporczywie się jej trzymał, ale nie miał żadnego problemu mieszkać razem bez ślubu.
Żyć i współżyć. Zachowywać się zupełnie tak, jakby gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostali całkowicie oficjalnym związkiem, po prostu formalizując go między sobą - w swoich ustach i głowach. W swoich ramionach prawdopodobnie gdzieś podczas tamtego pierwszego długiego weekendu na plaży u brzegu morza.
Nie. Nie zmieniłby tego na te wszystkie powolne przeżywanie kolejnych etapów zalotów mających zakończyć się zaręczynami i ślubem. Dopiero później zaś tym wszystkim, od czego ich dwoje tak naprawdę zaczęło swój związek. Przypieczętowało tym tamtą rozmowę, gdy wreszcie pękli, mówiąc o przyszłości i o tym, że przyjaźń nie może działać w ich przypadku.
Wtedy to wydawało się dobre. Przynosiło im naprawdę wiele szczęścia. Całkiem lekko mówili o byciu dla siebie kimś więcej. Nie tylko swoimi najlepszymi przyjaciółmi, lecz po prostu wszystkim. Wszystkim innym. Wszystkim dobrym. Tym, co najlepsze, nawet jeśli byli świadomi, że czasami nie dało się uniknąć bycia też dla siebie tym złym i niedobrym. Mimo to zawsze starali się znaleźć złoty środek. Na sam koniec wyglądało wręcz na to, że mógł stać się on całkowicie namacalny. Przypieczętowany równie złotym dowodem tego, że mieli być razem zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Od tamtego czasu wszystko zaczęło się sypać. Utracili tak wiele, nie zyskując niemalże niczego. Nie mogąc dłużej uciekać przed konsekwencjami własnych wyborów i popełnionych błędów, jedyną rozsądną decyzją było rozstanie. Nie widział innego wyjścia. Ani w tamtej chwili, ani kiedykolwiek później. Nie teraz, teraz o tym nie myślał. Teraz byli szczęśliwi.
A jednak w teorii coś wtedy odzyskali, czyż nie? Tyle tylko, że nie miało to słodkiego smaku. Nie było to wyleceniem ze złotej klatki, o której kiedyś rozmawiali. To było znacznie bardziej skomplikowane.
Bowiem, kiedy nikt nie budził cię z rana, kiedy nikt nie czekał na ciebie wieczorem. Kiedy mogłeś robić niemalże wszystko, co chciałeś, ale nie do końca to, czego tak naprawdę pragnąłeś, czym to tak naprawdę było? Jak należało to określić? Wolnością czy samotnością?
No właśnie. Niegdyś odpowiedź przyszłaby mu samoistnie. Nijak by się nad nią nie zastanawiał. Obecnie już tak nie było. To właśnie teraz, w tym momencie, teoretycznie ponownie spętany i zamotany, czuł się szczęśliwie. Lepiej. Bardziej właściwie. Na swoim miejscu.
Łatwo było temu ulec. Jeszcze łatwiej było się w tym zagubić. Być może wreszcie po prostu w tym utonąć. Może nie byłoby to tak złe rozwiązanie?
- Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym. Zgadzająca się ze mną we wszystkim, potrafiąca przyznać się do błędu. Dokładnie tak. Nie inaczej - uniósł kąciki ust, pozwalając sobie na to, by lekko zadrżały w tłumionym śmiechu.
Powiedział jej o tym dwa wieczory wcześniej, czyż nie? Dokładnie tak. Jego ideał, mokry sen. A przecież już ustalili, że była dla niego idealna, prawda? Najlepsza partia. Więc zdecydowanie musiała być taka. Jaka taka? No, właśnie taka. Skromniuteńka i pokorna. Mhm.
Odruchowo przeniósł wzrok na dłoń Geraldine opierającą się o jego klatkę piersiową, kolejny raz się przy tym uśmiechając. To był naprawdę satysfakcjonujący, wyjątkowo słodki zasłużony pocałunek. Nic więc dziwnego, że odrobinę go przeciągnęli, czyż nie? Trudno było mu się od niej odsunąć, jeszcze trudniej ponownie podjąć spacer i rozmowę, nie wspominając tego wszystkiego, co mogliby zrobić, gdyby tylko zrezygnowali z dalszej części przechadzki.
Jednakże te róże były czymś, co naprawdę chciał zobaczyć. Cholernie mocno. Może nie tak mocno jak wrócić teraz z Riną do domu, ale w tym wypadku przygryzł wargi, powstrzymując się od tej propozycji. Jeszcze nie teraz.
Spróbował skupić się na rozważaniach.
- Myślę, że właśnie tu i teraz doszłaś do części prawdy. Kawałka istoty tego, co się dzieje - zawyrokował, wbijając spojrzenie w dziewczynę i kiwając głową.
Tak, natura zdecydowanie chciała im coś przekazać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Tyle tylko, że co to było? Tego już nie wiedział.
- Coś jak tamta akromantula? - Spytał po chwili namysłu, próbując wyobrazić sobie skalę tego, o czym mówiła mu jego dziewczyna. W sierpniu, tak? Sierpień był naznaczony naprawdę wieloma trudnymi wydarzeniami.
I nie wyglądało na to, by wrzesień zapowiadał się lepiej. Nawet te róże...
...wrażenie, jakie się pojawiło, nie było dobre. Kontrastowało z wcześniejszą lekką atmosferą.
Jasne. Gdyby musiał na głos podać powód, dla którego postanowił wejść do oranżerii jako pierwszy, pewnie również stwierdziłby coś w ten deseń. Zdecydowanie lepiej znał się na roślinach. Ponadto to on był prowodyrem ich wizyty w rosarium. Bez wątpienia bardziej interesował go fenomen czarnych róż (pewne odwrócenie standardowych ról społecznych nie było w ich wypadku niczym szczególnym). A jednak w głębi duszy wiedział, że żadna z tych kwestii nie była najważniejsza. Powód od samego początku był bardzo określony.
Roise po prostu nie wyobrażał sobie pchania Geraldine na pierwszy ogień w miejscu, które choć nie powinno tego robić, bez wątpienia wzbudzało w nim niepokojące wrażenie. Być może zazwyczaj nie miał skłonności do paranoi. Mimo bycia zwolennikiem wielu teorii spiskowych, jeszcze pewien czas temu szczerze nie wierzył w to, że mogłoby ich tu spotkać coś złego. Jednakże ostatnio naprawdę wiele się zmieniło.
Pozornie bezpieczne miejsca stały się podejrzane, niebezpieczne, niepewne. Tak naprawdę już nigdzie nie dało się zupełnie odprężyć. Nawet ich własna Piaskownica, w której zazwyczaj potrafili złapać oddech, teraz została naznaczona smutkiem, żalem i rozpaczą. Być może w teorii w dalszym ciągu była domem, w którym mogli się skryć przed światem, ale nie byli tam już tak beztroscy i szczęśliwi jak wcześniej. Przed laty.
Widok zaniedbanej oranżerii w tak wypielęgnowanym miejscu jak ogrody Lestrange'ów był dla Ambroisa dostatecznie podejrzany. Ale gdy doszło do niego również to podskórne wrażenie niepokoju, Greengrass nie mógł powstrzymać odruchu nakazującego mu przejąć inicjatywę. Tym bardziej, że był przy tym na tyle zaintrygowany, że wcale nie zamierzał się wycofywać. Chciał na własne oczy sprawdzić, co takiego mogło kryć się we wnętrzu budowli zniszczonej przez czas, warunki atmosferyczne, naturę a może jeszcze przez coś innego.
Wszedł pierwszy, trzymając Rinę za rękę i rozglądając się dookoła. Nie od razu spostrzegł przy tym to, co przyciągnęło wzrok jego dziewczyny. Paradoksalnie to nie on był pierwszą osobą, która zauważyła poszukiwaną przez niego czarną różę. On dostrzegł coś innego. Ślady dłoni na szybach. Drobne odciski odbijające się na zawilgoconej powierzchni i znikające zaledwie w przeciągu ułamka sekundy. Wystarczyło mrugnąć, by ich nie było.
Oczywiście, że chciał pokazać je Yaxleyównie. Nie bez przyczyny pociągnął ją za rękę, praktycznie otwierając usta, ale nie wydobywając z nich ani jednego dźwięku. Zamiast tego kolejny raz zmarszczył brwi. Był skonsternowany. Zaparowana tafla szkła wyglądała na nieskalaną jakimikolwiek śladami. Zupełnie tak, jakby nikt od dawna jej nie dotykał.
Ambroise w teorii zdawał sobie sprawę z tego, że w działaniach widmowych sił nie należało doszukiwać się sensu. Jeśli w grę wchodziła tu ingerencja nadnaturalnych istot (a na to wyglądało, choć on sam zupełnie nic nie wyczuwał) najpewniej nie mogli zbyt wiele zrobić z tym, że to coś postanowiło nagle znów zniknąć. Rozpłynęło się w powietrzu, chociaż od samego początku było przecież niewidzialne.
- Nieważne. To chyba przywidzenie - rzucił wreszcie, nie chcąc niepotrzebnie zawracać głowy Geraldine.
Nie, gdy wreszcie dostrzegł to, na co wcześniej patrzyła. Czarną różę w doniczce. Oczywiście, że zamierzał do niej podejść, oglądając ją z bliska, choć nie dotykając jej wilgotnych płatków. Była...
...inna. Zdecydowanie nietypowa. Piękna, ale smutna. Ostatnio wielokrotnie widywał takie widoki...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
19.02.2025, 22:32  ✶  

- Tak, to cała prawda o mnie, nie śmiem zaprzeczyć Twoim słowom. - Jasne, zdecydowanie należała do tych bardzo dobrze ułożonych kobiet, była ideałem... Tak, na pewno. Wbrew pozorom zdawała sobie sprawę, że mimo tego, iż mówiła, że jest prostym człowiekiem, to nie do końca tak było. Miała pewne przyzwyczajenia, zachowania, które utrudniały egzystencję w jej towarzystwie. Lubiła stawiać na swoim, nie miała problemu z tym, aby powiedzieć, lub wykrzyczeć to, co leżało jej na sercu, rzadko kiedy łatwo ją było ugłaskać. Miewała problemy z panowaniem nad swoim dosyć ognistym temperamentem, a do tego pałała się dosyć specyficznym zawodem. To wszystko łączyło się w dosyć oryginalną całość, z którą wcale nie tak łatwo było sobie poradzić. Przy tym jednak, gdy już jej na kimś zależało, to była w stanie zrobić dla tej osoby dosłownie wszystko, nawet zmienić te rzeczy, które wydawały się nie do ruszenia. Tak było w przypakdu ich relacji, w końcu przy Roise nauczyła się, czym były kompromisy, starała się nieco pracować nad sobą, co wcześniej się nie zdarzało. Wydawało jej się, iż to przynosiło oczekiwane efekty, że naprawdę dobrze było im razem, wtedy, w przeszłości. Nie sądziła, by była w stanie to powtórzyć z kimkolwiek, nie chciałaby tego robić, nikt nie rozumiał jej tak jak on, nikomu nie pokazała siebie w całej okazałości, ba, co dość istotne - nie uciekł. Trwał przy niej przez lata, mimo, że nie była łatwym człowiekiem. To świadczyło samo za siebie.

Spacer okazał się być dla nich sporym wzywaniem. Cóż, ostatnio nie mieli okazji, aby znaleźć się tak blisko siebie, nic więc dziwnego, że nie przestawali rzucać w siebie tymi coraz mniej dyksretnymi spojrzeniami, czy robili sobie przerwy na te słodkie pocałunki. Zasługiwali na tę całą uwagę, którą sobie teraz poświęcali, zwłaszcza w takiej przyjemnej atmosferze pozbawionej napięcia, które towarzyszyło im poprzez poprzednie dni. Mieli swoje momenty, jednak nie trwały one zbyt długo, prędzej, czy później któreś z nich powiedziało coś, co wyprowadzało z równowagi to drugie, teraz udawało im się unikać tych niewygodnych tematów, dzięki czemu było całkiem miło i przyjemnie, tak jak dawno się nie zdarzyło.

- W końcu też jestem bystra. - Nie zamierzała tego zignorować, skoro stwierdził, że do czegoś doszła, sama, to zamierzała to wyciągnąć. Jak widać faktycznie była bardzo skromna i ułożona.

Na samo wspomnienie o akromantuli uśmiechnęła się sama do siebie. Cóż, polowanie na to zwierzę zakończyło się dość spektakularnie i właśnie do zwieńczenia ich próby powędrowały jej myśli, jakoś nie mogła tego ominąć. - Nie do końca coś takiego, z tego co pamiętam ona była dotknięta czarną magią, błotyryj nie. - Chcąc nie chcąc wróciła do konkretów, bo o tym teraz rozmawiali, a nie o tym, co działo się później.

- Po prostu naturalnie urósł sobie taki duży, nie wiedzieć czemu. - Postanowiła jeszcze dodać. Sama nie wiedziała dlaczego doszło do takiej anomalii, może po prostu trafił jej się jakiś niesamowity osobnik, nie miała pojęcia z czego to wynikało.

Coś wisiało w powietrzu, nie dało się tego ignorować, szkoda tylko, że nie mogli dostać żadnych konkretów poza tymi drobnymi znakami, które dawała im natura. Prędzej, czy później jednak dowiedzą się dlaczego tak się działo, oby to nie było za bardzo bolesne. Nigdy bowiem nie wiadomo, co miała przynieść przyszłość.

Nie miała pojęcia co się stało z oranżerią, dlaczego wydawała się być taka zapomniana, wyglądało to jednak dziwnie, szczególnie na tle tych wymuskanych ogrodów. Nie wiedzieć czemu nikt nie zadbał o ten fragment, jakby jej nie dostrzegali, jakby postanowili ją opuścić, pozostawić samą sobie. Nie wydawało jej się, żeby faktycznie rodzina Lestrange mogła ignorować to miejsce, dlaczego mieliby to robić, to było dziwne, bardzo mocno kontrastowało z zadbanym ogrodem.

Yaxleyówna skupiła się na kwiatku, bo to on zwrócił jej uwagę, przecież właśnie ich szukali, to czarne róże były powodem ich wizyty w tym miejscu. Przez to zupełnie nie zwracała uwagi na otoczenie, może i nie powinna zachowywać się w ten sposób, ale kwiat skutecznie ją rozpraszał, skupiał całą jej uwagę. Nie była może szczególną fanką roślin, ale ta róża zainteresowała nawet i ją.

Roise pociągnął ją za rękę, czuła, że nie bez powodu, tyle, że nic nie powiedział, nie podzielił się z nią tym, co zobaczył.

- Jesteś pewny? - Nie wydawało jej się, aby Greengrass miał w zwyczaju tak łatwo zmieniać zdanie, a przed chwilą zdecydowanie chciał jej coś pokazać, dlaczego więc tego nie robił? Czy faktycznie mogło mu się coś przywidzieć, może tak. Nie sądziła, aby mógł ją okłamywać, bo po co?

- Jest niesamowita, ale sprawia wrażenie smutnej, czy kwiaty w ogóle mogą być smutne? - Oplątała się o wolne ramię mężczyzny, aby przyjrzeć się roślinie z bliska, skoro ten postanowił ją podnieść, to miała ku temu okazję, sama wolała jej nie ruszać, bo bała się, że może ją uszkodzić.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
19.02.2025, 23:37  ✶  
Uśmiechnął się w całkiem otwarty, bez wątpienia dosyć rozbawiony, ale też wyjątkowo czuły sposób, mrużąc przy tym jedno oko i wyciągając wolną rękę, żeby bez ostrzeżenia pacnąć ją w nos. Lekko, prawie wcale, ale zdecydowanie należał jej się ten pstryczek.
- No I jesteś też niereformowalna - dodał do tamtych poprzednich określeń, bo skoro już tak bardzo się z nim zgadzała to nie mógł nie skorzystać z okazji, aby dodać coś całkiem prawdziwego.
Było miło. Naprawdę miło, więc nie mógł nie skusić się na drobne zaczepki. Na lekkie werbalne ekwiwalenty podszczypnięcia Yaxleyówny w pośladek, na co fizycznie nie zamierzał tu sobie pozwalać. Nie, gdy byli pośrodku ogrodów. Na całkowicie otwartej przestrzeni należącej do tego bardzo konkretnego rodu znanego z bardzo rygorystycznego podejścia. Wystarczyło, że raz na jakiś czas kradli sobie naprawdę słodkie pocałunki. Cała reszta mogła poczekać na zakończenie tej części dnia. W końcu nigdzie się nie spieszyli.
Kto by pomyślał, że jeszcze kiedyś, kiedykolwiek przyjdzie im tak zwyczajnie spacerować pod rękę po ogrodzie jak dwoje normalnych ludzi? Robiąc teoretycznie normalne rzeczy? Prowadząc względnie normalną rozmowę? Zachowując się w normalny sposób?
Czerpiąc z tego naprawdę całkiem dużo satysfakcji, choć nie dało się ukryć, że nie było to dla nich zbyt standardowe. Może przychodziło im znacznie bardziej naturalnie niż mógłby powiedzieć, gdyby ktoś zasugerował mu tę możliwość, jednak jednocześnie to wcale nie było dla nich standardowe. Ani teraz, ani kiedyś.
Poza tamtymi miesiącami, kiedy krążyli wokół siebie, raczej nie zwykli obdarzać się aż tak dużą ilością przelotnych i ukradkowych spojrzeń. Porozumiewawczych jak najbardziej. Często prowadzili niewerbalne rozmowy, gdy pojawiali się w przestrzeni publicznej bądź też w towarzystwie. Informowali się w ten sposób o wielu rzeczach. Głównie o tym, kiedy wreszcie po prostu musieli wyjść, opuścić wydarzenie, żeby wrócić do domu.
Tak, może pozował na społeczniaka. Być może nie stronił od robienia wokół siebie szumu. Nie unikał pokazywania się na sabatach, balach i tak dalej. Rzecz jasna wyłączając z tego część ostatniego półtora roku, gdy robił to znacznie bardziej niechętnie, głównie woląc znaleźć wymówkę w postaci pracy. A jednak zdecydowanie najlepiej czuł się w domu ze swoją z dziewczyną. Ewentualnie w wąskim gronie przyjaciół, z którego też zawsze mogli się zwinąć, gdy przychodziła na to pora.
Tu też wcale nie musieli być. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Mogli tak po prostu porzucić pomysł obejrzenia czarnych róż i opuścić teren ogrodów. Mógł tu wrócić z Roselyn, Norą czy Corneliusem. Wcale nie musiał ciągać ze sobą Geraldine. Tyle tylko, że nie czuł, by to było ciąganie. Mieli naprawdę miły dzień. Udany spacer, przyjemną rozmowę, choć bez wątpienia poruszającą poważne tematy.
- Oczywiście, że jesteś - przytaknął bez wahania, nie dodając oczywistej oczywistości.
Wbrew tym wcześniejszym żartom, Roise nie mógłby być z kimś głupiutkim czy też nawet pozującym na kogoś takiego. Z kimś ugodowym, trzymającym swoje zdanie dla siebie, nie skorym do dzielenia się opiniami ze światem. Przesadnie ostrożnym czy zachowawczym. Prędzej by wtedy oszalał, na co dostatecznym dowodem było to, że przez lata wybierał samotność.
Zanim się spotkali. Nim nawiązali coś głębszego niżeli wyłącznie nić porozumienia. Przed tym wszystkim, co ich ze sobą połączyło. Dobrym i złym. Ambroise raczej nie widział się w roli czyjegoś chłopaka. Nie wyobrażał sobie momentu, w którym miałby ograniczyć swoją wolność dla związku z kimkolwiek. Dla budowania przyszłości z jakąkolwiek kobietą.
Miał trudny charakter. Tak jak i Rina, lubił nazywać się prostym człowiekiem i w gruncie rzeczy na pewno gdzieś tam taki był. Miał swoje nawyki i przyzwyczajenia. Nie wątpił, że po tylu wspólnych latach znała go jak nikt inny. Zresztą od samego początku instynktownie wiedziała przecież, w jaki sposób powinna przy nim postępować.
Być sobą. Tylko tego potrzebował. Tej szczególnej szczerości. Może lekkiego braku ogłady, dzikości i szaleństwa, ale byli do siebie dopasowani pod tym względem. Odbijali swoje zachowania. Byli swoim lustrem. Był taki czas, gdy nie musieli o tym rozmawiać, aby mieć te same oczekiwania i dążenia. Żeby wiedzieć, że mogli być przy sobie swoją najprawdziwszą, niewygładzoną wersją.
Nie chciał myśleć o tym, że zatracili to gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami. Nie dzisiaj, nie teraz. Podjęty przez nich temat był dostatecznie dobry, by stanowić zasłonę dymną dla innych, trudniejszych kwestii spychanych gdzieś na bok.
Roise kiwnął głową.
- Jak dużo czasu potrzebuje taki błotoryj, żeby osiągnąć dorosłą formę? - Spytał, patrząc na nią z wyraźnym zainteresowaniem.
Nie wątpił, że znała odpowiedź na to pytanie. On zaś nie zadał go całkowicie bez przyczyny. Miał ku temu całkiem jasny powód. Na tej podstawie mogli w końcu spróbować choć z niewielkim prawdopodobieństwem określić, kiedy zaczęła mieć miejsce tamta anomalia. Może margines błędu był raczej znaczący, ale zawsze to było coś, nie? Można było na to patrzeć zupełnie inaczej w zależności od tego, czy chodziło raczej o miesiące, czy lata. A przez kilka lat ktoś z pewnością już wcześniej zwróciłby uwagę na to bydle.
Choć z drugiej strony...
...ktoś zdecydowanie powinien też zwrócić uwagę na stan oranżerii, przed którą się znaleźli, wchodząc do niej bez najmniejszego problemu, a ewidentnie tak się nie stało. To miejsce praktycznie straszyło. Być może nawet całkiem dosłownie? Widok śladów drobnych dłoni na szybach był dosyć niepokojący, choć tego dnia Ambroise był skłonny uznać go za przywidzenie, byleby tylko nie psuć im atmosfery swoimi dziwactwami (tak, odnośnie tego miał dosyć ostre zdanie). Potrząsając głową, wzruszył ramionami.
- Tak. To nic takiego - odparł, jednocześnie ostatni raz spoglądając na całkowicie normalne zaparowane szyby i znowu kręcąc głową.
Nic. Ot. Udzielał mu się klimat tego miejsca. Nic więcej. Nie zamierzał zbyt długo się na tym teraz skupiać. Nie, gdy przed sobą mieli jedną z tych czarnych róż. Całkiem dogodnie obsadzoną w ziemi w donicy, więc mogli przyjrzeć jej się z naprawdę bliska.
- Oczywiście, że kwiaty mogą być smutne - ani na moment się nie zawahał, nie musiał myśleć nad odpowiedzią, ale jednocześnie nie wypowiedział tych słów tak, jakby stwierdzał oczywistą oczywistość.
Nie zamierzał traktować pytania zadanego mu przez Geraldine ani jako głupie, ani jako retoryczne. Zamiast tego mrugnął powoli, przyglądając się róży i jeszcze wolniej kiwając głową zanim podjął poruszony przez nią temat.
- Zdania odnośnie tego są i nie są podzielone. Jednocześnie niemal całe środowisko zgadza się, że rośliny czują. Kontrowersje wzbudzają tylko próby wyjaśnienia, jak i jak bardzo, wiesz? Udowodnione jest bowiem to, że na przykład przed zbiorami tulipanów w szklarniach... ...bo tam zdecydowanie najłatwiej to zbadać... ...łatwiej niż na polu, gdzie przestrzeń jest otwarta... ...wzrasta poziom hormonu stresu w powietrzu. Tulipany... ...i nie tylko... ...wiedzą, co się święci. Nawet, jeśli nie mogą zareagować i nic z tym zrobić - rozwijając, uważnie przyjrzał się płatkom róży, nadal ich nie dotykając, ale mając ochotę to zrobić.
Mimo to, nie był aż tak nieostrożny, gdy chodziło o naturę. Nie sądził, aby róża była w stanie coś im zrobić. Tak jak to ujęła Rina, wyglądała na smutną. Po prostu smutną. Nie groźną, nie mroczną. Nie. Wokół kwiatu unosiła się aura melancholii. Tak gęsta, że niemal namacalna.
- Moim zdaniem temat jest bardziej rozległy. Nie da się go sprowadzić do zwykłej reakcji chemicznej, do uznania faktu, że kwiaty mogą się stresować, ale to byłoby tylko na tyle. Bo skoro odczuwają stres, co czemu nie całą resztę gamy emocji? A skoro czują emocje, to znaczy, że są w stanie na swój sposób myśleć i reagować - w jego oczach to wcale nie było takie śmiałe ani tym bardziej absurdalne założenie, ale przecież Geraldine musiała zdawać sobie z tego sprawę.
Spędzili u swojego boku naprawdę wiele lat. Nigdy nie krył się przed nią ze swoim podejściem do natury wyniesionym z domu. Ze sprawami związanymi z rodowymi dębami. Z Knieją, ze szklarniami i tak dalej. Z dosyć mocno ugruntowanymi przekonaniami. Tak. Ta róża mogła być smutna. Pytanie tkwiło gdzie indziej. W tym, co tak właściwie sprawiało, że taka była. Tego nie mogli się dowiedzieć. Nawet dotykając jej załzawionych płatków.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
21.02.2025, 22:50  ✶  

Skrzywiła się, kiedy pacnął ją w nos. No tego się nie spodziewała, a powinna. Straciła jednak czujność, przez tę całkiem przyjemną atmosferę, która wisiała w powietrzu. Nie powinna tego robić, ale jednak przy nim nie potrafiła inaczej. Bywała rozkojarzona, traciła tę swoją uwagę, szczególnie, gdy wpatrywała się w te jego zielone oczy.

- Nie da się ukryć, że jestem, ale to chyba nic złego, prawda? - Taki już był jej urok, czyż nie? Przynajmniej tak starała się to sobie tłumaczyć, nie uważała oczywiście tej cechy za wadę, zresztą gdyby ją ktoś spytał, to pewnie powiedziałaby, że nie ma żadnych wad, wyłącznie same zalety, uczyła się tej pewności siebie od najlepszych.

Ten dzień był zupełnie inny od tych wszystkich ostatnich. Lekki, beztroski, wydawało jej się, jakby trafili do jakiegoś innego świata, gdzie wszystko jest możliwe. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale to było całkiem miłe. Brakowało jej ostatnio takiej beztroski, nie spodziewała się, że będą w stanie jeszcze tak lekko podchodzić do życia. Wydawali się nie przejmować niczym innym, niż samymi sobą. To było przyjemne i chyba potrzebne. Ta chwilowa normalność, która ostatnio nie była im pisana.

Zresztą mało było sytuacji, w których zachowywali się w taki sposób. Nie mieli w zwyczaju spacerować pod rękę i trzymać się od siebie na dystans, bo niby byli blisko, a jednak dosyć daleko jak na to, jak wyglądała ich znajomość. Zazwyczaj nie umieli trzymać w swojej obecności rąk przy sobie, często wymykali się z najróżniejszych uroczystości tylko i wyłącznie po to, aby w pełni się sobą nasycić. To też było ich, było wyjątkowe, mimo tego, że spędzili ze sobą lata ten płomień nigdy nie gasł, wręcz przeciwnie.

Nie musiał jej wcale przytakiwać, miała świadomość, że należała raczej do bystrzejrzych osób, może to było dość odważne założenie, ale wyróżniała się na tle większości swoich koleżanek. Była inna, miała swoje poglądy, potrafiła łączyć fakty, musiała się tego nauczyć przez te wszystkie lata. Nie mogła sobie pozwolić na to, aby nie być w pełni przygotowaną do tego, co mogło się jej przytrafić.

Miała świadomość tego, że to, iż trafili na siebie z Roisem było całkiem ciekawym zbiegiem okoliczności, wiele razy skłaniała się ku temu, że wszechświat tego chciał, byli do siebie bardzo podobni, przynajmniej pod względem zachowania, nie gasili siebie nawzajem, nie równoważyli się, wręcz przeciwnie, gdy przebywali ze sobą stawali się jednym, silnym żywiołem, który był sobie w stanie poradzić ze wszystkim, co stawało mu na drodze. Zresztą nie weszłaby w związek nie mają świadomości, że trafiła na kogoś, kto będzie dla niej stworzony, nigdy nie szukała stałych relacji, on jednak miał w sobie coś co spowodowało, że spędziła z nim lata, nie bała się stwierdzić tego, że to były najlepsze lata w jej życiu.

- Taka formę, jak ten którego spotkałam, kilka lat, on był ogromny, naprawdę ogromny, może coś go tutaj sprowadziło, może stwierdził, że łatwiej będzie mu się żyło, to na pewno nie stało się w kilka miesięcy. - Cholera wie dlaczego to stworzenie postanowiło sobie urządzić tutaj dom i wkurwiać okolicznych mieszkańców.

Wcale nie wydawało jej się, żeby to było nic. Nie do końca jeszcze rozumiała te dziwne wizje Ambroisa, może to była jedna z nich? Nie miała pojęcia, było to coś na czym zupełnie się nie znała, może kiedyś będzie miała okazję dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Zdecydowanie coś zobaczył na tej szybie w oranżerii, jednak nie chciał o tym rozmawiać, nie chciała go ciągnąć za język.

Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia na temat roślin, może to nie był temat, który zawsze jakoś ją mocno interesował, ale akurat to o czym mówił było całkiem ciekawe. Nigdy jakoś specjalnie nie rozmyślała na ten temat, nadarzyła się ku temu idealna okazja.

- Ma to sens. Dlaczego miałyby czuć tylko stres, to na pewno nie działa tak wybiórczo, zapewne jest w tym coś więcej, musi być. - Wydawało jej się to być całkiem logiczne, przynajmniej w jej toku rozumowania, szczególnie skoro Ambroise o tym wspominał. Jeśli chodzi o wszystko związane z roślinami to wierzyła mu chyba w każde słowo, wiedziała, że jest specjalistą w tej dziedzinie.

Cóż, udało im się znaleźć ten czarny kwiat, z którego powodu się tutaj znaleźli. Poświęcili mu sporo czasu, powoli zaczynało ją dusić to powietrze w oranżerii, a właściwie to może i nastrój w niej panujący. Chciała jednak, aby Roise przyjrzał się roślinie dokładnie tak jak chciał, w końcu dlatego znaleźli się w tych ogrodach.

W końcu udało im się ją opuścić, plan się powiódł, zobaczyli wszystko to, co mieli i mogli wyjść z ogrodu, aby spędzić dalszą część dnia w swoim towarzystwie, przecież mieli całkiem dużo planów, które chcieli zrealizować.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (8128), Geraldine Greengrass-Yaxley (6049), Pan Losu (165)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa