• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07/08.09.1972] silverlines || Ambroise & Geraldine

[07/08.09.1972] silverlines || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
25.02.2025, 17:09  ✶  
- Bujda - gdyby tylko był w stanie to zrobić, pewnie gorzko by się uśmiechnął, niemal wypluwając z siebie to jedno rozgoryczone słowo będące wstępem do jednych z najszczerszych słów, jakie mogły paść z jego ust.
Ten wieczór od samego początku był zupełnie inny. Powinien domyślić się, do czego ich to doprowadzi. Ten jeden raz przestali się ze sobą kłócić. Po raz pierwszy od dawna po prostu rozmawiali o problemach. Nie próbowali zamieść ich pod dywan ani nie skakali sobie do gardeł.
Kiedyś to oznaczałoby coś naprawdę dobrego. Znaczyłoby tyle, że odzyskiwali utraconą stabilność. Powoli wracali do tego, co mieli. Udowadniali sobie, że nadal potrafią zachowywać się tak jak wtedy, kiedy było między nimi najlepiej.
Tyle tylko, że w obecnej sytuacji nie wydawało mu się, by którekolwiek z nich mogło spoglądać na to wszystko w tak naiwny sposób. To nie były zachowania z tej kategorii. Wcale nie powracali do znajomych starych schematów. To było coś zupełnie innego i nowego. Miało ich prowadzić w zupełnie innym kierunku. Nie ku pojednaniu, choć może? Może w pewnym pokrętnym sensie rzeczywiście ku odkupieniu?
Nie win. Tych nie dało się tak po prostu odpokutować. To miało być...
...właśnie. Właśnie tak.
Powolne pogodzenie się z nieuchronnością losu. Odkupienie poprzez zatracenie wszystkiego, co na moment odbudowali, poprzez odejście. Odkupienie poprzez danie sobie czegoś na kształt wolności, nawet jeśli na siłę, nawet jeśli niechcianej.
- Powiedziałem ci jak to powinno wyglądać z mojej strony. Przecież wiesz, że gdyby rzeczywiście tak wyglądało, nie bylibyśmy w tym miejscu - nie zamierzał pozwolić na to, aby kolejny raz przypisywała sobie wszelkie winy.
Nie tym razem. Teraz to były jego przewinienia. Nie miał zamiaru dać jej ich na siebie przyjmować. To byłoby nie tylko niewłaściwe, lecz także ze wszech miar godzące we wszystko, w co wierzył. A wierzył przede wszystkim w branie konsekwencji za własne posunięcia. Za każdą podejmowaną decyzję. Dobrą czy złą. To była jego wina.
Niczego nie ułatwiała tymi wszystkimi próbami zrobienia z siebie problemu. Wręcz przeciwnie. Stawiała go w sytuacji, w której zupełnie się w tym plątał, lecz nie ze względu na to, że rozważał przerzucenie na nią choć części odpowiedzialności. Nie. Tu miał wewnętrzną jasność.
Chodziło o to, do czego go w tym momencie zmuszała. Tak. Zmuszała. Nawet, jeżeli nic nie musiał to w tej chwili czuł się na tyle przyduszony ciężarem niewypowiedzianych słów, że nie był w stanie dłużej trzymać ich w gardle. Chcąc czy nie chcąc, wymuszała na nim ten najbardziej niechciany rodzaj szczerości. Nie wiedział czy do końca zdawała sobie z tego sprawę. Nie brzmiała, jakby tak było.
- Nie było dnia, żebym o tobie nie myślał. Nie było jednego parszywego dnia. Zwłaszcza po tym wszystkim, co usłyszałem wiosną. A ty mi mówisz, że naturalna obawa o to, co mogło się stać w związku z tym sprawia, że to twoje podejście jest najgorsze? - Nie, to było na tyle absurdalne, że nie zamierzał tego akceptować.
To nie Geraldine była psem ogrodnika. To, że zapętlała się w tym wszystkim, to też nie była jej wina. Nie miał zamiaru przyjmować podobnych wypowiedzi, nawet jeśli usiłował akceptować wiele innych faktów. Choćby to, w jaki sposób wyglądała ich nowa rzeczywistość czy to, że nie mogli nic z tym zrobić.
Nie wiedział, naprawdę nie wiedział, czemu padło właśnie na nich, ale raczej nie chodziło w tym o Rinę. To on był tu złym człowiekiem. To on był tym obcym elementem układanki. Kimś, kto wywrócił jej życie do góry nogami, choć nigdy niczym sobie na to nie zasłużyła. Tego akurat był pewien od dawna.
A potem dodatkowo to potwierdziła, prezentując ten rodzaj drażniącej nieświadomości własnej wartości, którego już zupełnie nie był w stanie przyjąć. Spojrzał na nią bez chwili namysłu, kierując w jej stronę palące spojrzenie. Mimowolnie zaciskając zęby na papierosie. Tak mocno, że bezwiednie go przegryzł, odruchowo plując resztkami na poszycie dachu i przydeptując je butem. Może na szczęście? Bez wątpienia zajęło mu to kilka kluczowych sekund, podczas których w innym razie niechybnie palnąłby coś naprawdę niezamierzonego.
- Chuja ci daję, Geraldine - wymamrotał w końcu na półwydechu, wpatrując się w ziemię u swoich stóp i kręcąc głową. - Nie rób sobie tego, rozumiesz? Przestań to sobie robić. Po prostu przestań - to było niezbędne minimum, nic więcej, nic nadto.
W dodatku naprawdę żałośnie i żenująco pokraczne minimum. Coś, czego nigdy nie powinna tolerować. U nikogo. Niego czy nie niego. Zasługiwała na zdecydowanie więcej niż kilka błahych gestów bez gwarancji szczęścia. Na ostre słowa i krzywdzące zachowania.
- Zawsze można pogorszyć sytuację - odmruknął mimo woli, robiąc to raczej odruchowo niż po to, żeby wytknąć Geraldine naiwność płynącą z jej słów.
Mówiła mu, że nie jest idealistką, że w ich świecie nie było miejsca dla idealistów. No właśnie. A potem zachowywała się w ten sposób. Wystawiając się na krzywdę. Aż prosząc się o to, by ktoś usiłował jej to zrobić. Nie on, on by się do tego nie posunął. Tyle tylko, że poniekąd właśnie to robił, prawda? Podświadomie, niezamierzenie w dalszym ciągu ją krzywdził, nawet jeśli nie było to w jego intencji. Chciał dla niej dobrze a zachowywał się jak ostatni chuj. Zdawał sobie z tego sprawę. Stety czy niestety.
- Zaangażowaliśmy w to dostatecznie dużo osób, by móc to zrobić - zaprzeczył, ponownie wbijając wzrok w horyzont; tak było łatwiej niż patrzeć na wyraz twarzy Geraldine, nawet jeśli ona i tak na niego nie spoglądała.
W pewnym sensie nie musieli już mieć ze sobą bezpośredniego kontaktu, aby być w stanie poradzić sobie z tym wszystkim, co planowali zrobić. Mogli zdać się na zaufanych ludzi, zajmując się każde swoją częścią zadań, unikając tym samym plątania się jeszcze mocniej i głębiej w to, co było między ich dwojgiem. Tyle tylko, że z jakiegoś powodu nadal nie zaczęli ku temu zmierzać.
- Oboje to zrobiliśmy. W tym tkwi sedno problemu - stwierdził, nawet jeśli miał wrażenie, że całkowicie niepotrzebnie, bo przecież doskonale zdawała sobie z tego sprawę; jeśli jednak potrzebowała usłyszeć to prosto z jego ust, wstrząsnął teraz ramionami pod wpływem chłodniejszego porywu wiatru i wreszcie to powiedział. - Nie udawaj, że nie jesteś tego świadoma. Oboje zaczęliśmy to robić, ale wcale nie dlatego, że tak było łatwiej - w końcu ileż mogli udawać nie tylko to, że nie dostrzegają tego, co wzajemnie sobie robią, ale też to, że wcale nie krzywdzą tym samych siebie.
Tu całkowicie rozwijała się z rzeczywistością. Trwanie przy sobie nawzajem wcale nie było najłatwiejszą opcją. Wręcz zupełnie przeciwnie. Najprościej byłoby rozejść się tam w Snowdonii, na plaży w Whitby albo chwilę po pierwszej kłótni. Wtedy to miałoby najwięcej sensu.
Tymczasem zostali przy sobie przez blisko tydzień. Ba, przez cały tydzień. Osiem dni, licząc tamten dzień, gdy znaleźli się w lesie w celu zapolowania na dopplegangera. Cały czas będąc świadomym tego, że nic więcej nie będzie im dane. Zdając sobie sprawę z tego, że prędzej niż później będą musieli pogodzić się z rzeczywistością. Cały czas mając z tyłu głowy to, że kiedyś się ze sobą pożegnają, przeprowadzą tę ostatnią rozmowę i pójdą każde w swoją stronę. Czy to naprawdę było postępowaniem w najłatwiejszy sposób?
Nie. To było powolną psychiczną torturą przerywaną na kilka błogich chwil zapomnienia i wznawianą w momentach takich jak ten. Parokrotnie byli bliscy rozstania, choć chyba nie tak bardzo jak tej nocy. Teraz wydawało się to już całkowicie nie do uniknięcia. Nie do odroczenia. Najwidoczniej rzeczywistość jak zwykle musiała dopaść ich w pozornie najspokojniejszym, wręcz błogim momencie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
25.02.2025, 18:05  ✶  

Wyjątkowo nie mieli problemu z tym aby rozmawiać ze sobą w cywilizowany sposób. To było nowe w tej sytuacji, w której się znaleźli. Ostatnio bowiem każda ich konwersacja kończyła się mniejszą, lub większą kłótnią, tym razem tego unikali. Dlaczego więc mimo tego czuła, że to będzie ich gwóźdź do trumny, że prawda wcale ich nie wyzwoli, tylko jeszcze bardziej ich dobije? Nie miała pojęcia, ale wiedziała, że z tego też nie wyniknie niczego dobrego, czuła, że to może być ich koniec, chociaż przecież tego nie chciała.

- Tyle, że ja od samego początku właśnie tego chciałam, liczyłam na to, że nie będziesz robił tego, co powinieneś. - Pokrętne myślenie, ale właśnie tak było. Chciała przecież żeby pozwolił sobie zapomnieć o tych wszystkich problemach, chociaż na chwilę, mimo, że wiedziała, że nie przyniesie im to niczego dobrego. Nie zamierzała z tym walczyć, stawiać się temu, sama przecież pozwalała mu na wiele tylko i wyłącznie dlatego, że czuła, że tego potrzebuje. Tyle, że dla niej nigdy to nie było tylko chwilowe zatracanie się, o tym też wiedziała, miała tego świadomość, że nie potrafiła w to nie mieszać tych wszystkich uczuć, których nie umiała się pozbyć. Kochała go, jakże mogła myśleć, że tak prosto będzie jej z tego zrezygnować? Była naiwna, ślepa, a teraz zupełnie traciła grunt pod nogami.

To wszystko, co kiedyś mieli do niej wróciło, wystarczył tydzień, aby pojawiła się złudna nadzieja, że faktycznie wszystko się ułoży, że całkowicie do tego wrócą, chociaż przecież wspominał jej o tym, że nie było takiej możliwości. Już raz podjął taką decyzję, nic nie mogła z tym zrobić, to musiało się powtórzyć, bo Roise wydawał się być bardzo zdeterminowany, aby tak się stało. Zresztą też miał prawo do tego, aby sięgać po to, co nie do końca było właściwe, ten czas też nie był dla niego lekki. Robili to sobie nawzajem.

- Trzymałeś się ode mnie z daleka, samymi myślami nie mieszałeś między nami, ja nie potrafię tego zrobić, nie umiem, na tym polega różnica. - Wiedziała, że nie będzie się w stanie powstrzymać przed tym, aby się do niego zbliżyć, już nie. Nie było nawet takiej opcji. Przez te prawie dwa lata udało im się siebie unikać. Musiał nadejść taki moment, w którym w końcu znowu coś ich połączyło. Kiedy wyjaśnił jej, jak to wtedy wyglądało z jego strony, cóż, sporo się zmieniło. Jej narracja była dużo prostsza, zostawił ją, znudził się, i to by było na tyle. Teraz? Wszystko było dużo bardziej skomplikowane niż jej się mogło wydawać jeszcze kilka dni temu, nie sądziła, że szybko ułoży sobie to w głowie, to nie było możliwe.

- Dajesz mi więcej, niż dał mi ktokolwiek inny, jeśli to jest dla Ciebie chuj... - To co, no właściwie nic. Nie miała jakiejś zgrabnej riposty po którą mogła teraz sięgnąć. Zaciskała mocno dłonie o barierkę, o którą się opierała. Nie przeszkadzał jej chłodny wiatr, właściwie to w ogóle nie czuła tego zimna, bo ta rozmowa spowodowała, że krew w jej żyłach znowu zaczęła wrzeć. Wiedziała, że zbliżają się do momentu, w którym coś będzie musiało między nimi paść i spodziewała się, że nie będzie z tego powodu zadowolona.

- Niby co Twoim zdaniem sobie robię? - Dla niej to wszystko było jasne jak słońce, sięgała po wsparcie, które jej dawał, mimo, że nie musiała tego robić, robiła to zupełnie świadomie, wiedziała, do czego ich to doprowadzi, a i tak sobie na to pozwalała, bo kurewsko jej go brakowało. Chciała chociaż przez chwilę poczuć się, jak kiedyś, mimo, że nie powinna była tego robić.

Oczywiście, że patrzył na to z zupełnie przeciwnej strony, to też już ustalili, kiedy ona próbowała szukać jakichś pozytywów, on od razu kontrował tym swoim czarnowidztwem, to się nie zmieniło, nie sądziła, że kiedykolwiek się zmieni. Byli po dwóch skrajnie różnych stronach, nic nie mogli na to poradzić.

- Tak, oboje to zrobiliśmy, i co teraz? Co teraz Roise? - Miała świadomość, że nie dałoby się tego zrobić jednostronnie, razem w to weszli, dali sobie czas, dużo więcej czasu niż zakładali. To miał być dzień, dwa, a tkwili w tym nadal, żadne z nich nie chciało odejść, wręcz przeciwnie, chyba powoli zaczynali wracać do tego co mieli, zaczęli wspominać o tym, co zrobią w najbliższym czasie, wspólnie, chociaż to też nie powinno mieć miejsca.

- Nie potrafię odejść. Nie chcę odchodzić, nie poradzę sobie z tym. - Nie w tej chwili, nie w tym momencie, kiedy świat naprawdę udowadniał jej jakim był parszywym miejscem, czy była gotowa na kolejny cios? Nie, ale może powinna być, bo przecież akurat tego mogła się spodziewać, to było nieuniknione. Zresztą co by to dało, gdyby odeszła, a za chwilę wróciła do niego sprawdzić, czy nadal ją pamięta, z tym też nie była w stanie sobie poradzić. Ostatnio właściwie przytłaczało ją chyba wszystko, błądziła w coraz głębszym bagnie, z którego nie potrafiła się wydostać.

Nie chciała płakać, chociaż czuła, że znowu zaczyna pękać, wszystko było spowodowane bezsilnością, brakiem kontroli, nie miała wpływu na nic, co działo się aktualnie jej w życiu i nic nie mogła z tym zrobić, bo przecież próbowała i do czego ją to doprowadziło?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
25.02.2025, 19:58  ✶  
Nie musiała mu tego mówić, choć niewątpliwie w pewnym sensie doceniał szczerość, jaka się między nimi pojawiła. W końcu wreszcie zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać. To powinno przynosić im ulgę. Tyle tylko, że nie trzeba było być ekspertem w zakresie relacji międzyludzkich czy mistrzem w odczytywaniu atmosfery, by wiedzieć, że te wszystkie słowa wcale niczego nie naprawiały. Wręcz przeciwnie. Rozmowa stawała się coraz bardziej napięta. Nie tak jak wcześniej.
Roise wątpił, by którekolwiek z nich zamierzało nagle wybuchnąć i przemienić to w jedną z zażartych kłótni na miarę ich wcześniejszych konfrontacji. To nie był ten rodzaj atmosfery. Ta rozmowa była dużo trudniejsza, bo niosła ze sobą znacznie cięższe wnioski i konsekwencje.
- Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. Od początku to wiedziałem - przyznał bez ogródek, nie mając zamiaru ukrywać tego, że przecież doskonale ją znał.
Wiedział, czego mógł się po niej spodziewać. Oczywiście, że dostrzegł te założenia. I mimo wszystko postanowił w to wkroczyć. Równie świadomie, co ona. Oszukiwali się na zupełnie innych, bardziej skomplikowanych i zawiłych płaszczyznach, ale nie na tej.
- Nie, nie mieszałem - odparł, tym razem musząc przyznać rację Geraldine.
Czego zresztą przecież nie unikał już wcześniej w tej cholernie trudnej, ale też wyjątkowo szczerej rozmowie, którą tu prowadzili. A jednak w tonie jego głosu zbytecznie byłoby doszukiwać się chociażby cienia ulgi, jaką mogłaby mu przynosić świadomość, że przez ostatnie półtora roku nie był w stanie namieszać w ich życiu. Wystarczyło bowiem kilka spotkań i tydzień spędzony wspólnie w domu nad morzem czy tu w Londynie, aby wrócili do punktu wyjścia. Tyle tylko, że nie tego dobrego. Tego niechcianego.
- A jednocześnie - zaczął po chwili namysłu, przesuwając palcami po chłodnej barierce, zamiast w bardzo prostym odruchu wyciągnąć rękę w kierunku Yaxleyówny, splatając je z jej własnymi i decydując się wspólnie opuścić coraz chłodniejsze podwórko. - Oboje zdajemy sobie sprawę z tego, do czego to prawie doprowadziło. To nigdy nie było zdrowe - musiał to powiedzieć, mimowolnie się przy tym wzdrygając.
Robiło się zimniej niż wcześniej. Wiatr, który zerwał się dosłownie znikąd przynosił ze sobą naprawdę nieprzyjemną mżawkę. Malutkie, ale lodowate kropelki wdzierały się za kołnierz, jednak Ambroise nie ruszył się z miejsca nawet o kilka centymetrów. Zastygł w milczeniu, starając się zachować spokój. Nie dlatego, że się złościł. Nie przez to, że był wściekły czy podminowany.
Tak, drażniło go podejście Geraldine do siebie samej. Nie mógł pozostawać całkowicie obojętny wobec tego, co sobie tym robiła. Kochał ją. Zależało mu na tym, by ona też...
...no cóż, nieważne jak głupio to mogło zabrzmieć, ale by kochała siebie. Bardziej niż kogokolwiek innego, bardziej niż jego, bardziej niż kogoś, kto mógł kiedyś zająć jego miejsce, nawet jeśli starał się o tym nie myśleć, nawet jeśli teraz raz za razem powtarzali sobie, że tak nie będzie. Prędzej czy później to mogło się zmienić. A wtedy?
Wtedy chciał, żeby zwracała uwagę na to, co najbardziej istotne. Nie na potencjał, który w kimś widziała. Nie na to, co ona mogła komuś dać. Nie na to, co uważała, że mogło być dla niej wystarczające, nawet jeśli wcale nie było. Tylko na szczere fakty. Na rzeczywistość, w której zasługiwała na znacznie więcej niż przyjmowała.
Jeśli on sam nie był jej w stanie tego dać, tym bardziej nie chciał, żeby zadowalała się byle jakim minimum kogoś innego. Czyimiś słabymi zagrywkami. Cudzymi tanimi chwytami. Deklaracjami bez pokrycia. Byciem dla bycia.
- Tak. Jest - nie musiał tego przesadnie analizować, przynajmniej nie teraz, nie w tej chwili, bowiem robił to już wielokrotnie wcześniej; roztrząsanie tego w tej chwili nie miało znaczenia, nie mogło zmienić ostatecznego werdyktu, który już padł. - Nie odpowiadam za innych, ale wiem, czego chcę. Czego bym chciał. Na co powinno być mnie stać a tak nie jest. To, że ktoś inny traktował cię gorzej i dawał ci mniej nie oznacza, że ja daję ci dostatecznie dużo - jego głos w dalszym ciągu był wyjątkowo cichy i zadziwiająco spokojny jak na okoliczności, w jakich się teraz znaleźli, jednak krył w sobie twardość.
Ten rodzaj zdecydowania, jakim nawet sam Ambroise nie odznaczał się wyjątkowo często. Jednakże ten temat był inny, czyż nie? Ta sytuacja taka była. Inna, trudniejsza, wymagająca znacznie więcej niż tylko tego zwyczajowego samozaparcia. Przy tym temacie wcale nie chciał tak po prostu się usrać, rzucając oszczędnymi słowami z pobożnym życzeniem, że to wystarczy, aby dać Geraldine do zrozumienia, że wielokrotnie wcześniej o tym myślał.
- Zadowalasz się ochłapami - odpowiedział praktycznie bez zastanowienia, niemalże wchodząc jej w słowo. - Co gorsza, jesteś święcie przekonana o tym, że nawet na to nie zasługujesz. Nie wiem, co jeszcze mam zrobić, żebyś to sobie uświadomiła - tak, w tych słowach zabrzmiało cholernie dużo goryczy, jakżeby nie miało?
Starał się zapewnić jej wszelkie warunki, aby mogła żyć szczęśliwie. By była kimś, kim nie mogła być przy nim. Tymczasem z dnia na dzień, od słowa do słowa coraz bardziej uświadamiał sobie, jak bardzo to nie działało. A przecież z pewnością nie wiedział nawet o połowie tego, co działo się w jej życiu przez ostatnie półtora roku. Nie pytał. Nie sądził, by mu się to spodobało.
- Nie wiem. Nie wiem, Rina, nie wiem czy kiedykolwiek będę wiedzieć - nawet nie próbował udawać, że jest inaczej.
W tym wypadku wcale nie był wszechwiedzący. Wręcz przeciwnie. Momentami wydawało mu się, że jest znacznie bardziej zagubiony niż kiedykolwiek. Dużo bardziej poplątany niż przewidywał, nawet jeśli zawsze starał się postępować przede wszystkim racjonalnie. Myśleć o konsekwencjach własnych czynów i decyzji. W tym momencie czuł, że pogubił się równie mocno, jeśli nie bardziej niż Geraldine. Jej słowa wyłącznie pogarszały sytuację, nawet jeśli nie to było zamiarem Yaxleyówny, oboje robili sobie wodę z mózgu. Oboje nieustannie to sobie czynili.
- Jesteś silniejsza niż sądzisz - odpowiedział niemalże bezgłośnie, uparcie wpatrując się przed siebie, byleby tylko nie skierować wzroku w stronę dziewczyny.
Ze wszystkich rzeczy, jakich był i nie był teraz pewny, wiedział bowiem, że gdyby tylko to zrobił, najpewniej bezwolnie uległby temu wszystkiemu, o czym nie mówili sobie wprost...
...ale czego nie dało się nie usłyszeć. Nie teraz, nie w tak głębokiej ciszy jak ta, która ich ogarnęła. W niemalże całkowitym bezgłosie miasta, które nigdy nie zasypiało, jednak tej nocy było wręcz niepokojąco ciche. Tak bardzo pogrążone w senności, że niemal aż nienaturalnie ospałe. Nie dało się tego nie zauważyć. Nie dało się nie pomyśleć, że ten rodzaj głuchej ciszy kojarzył się z okiem cyklonu albo z nadchodzącą burzą, przed którą zawsze było najspokojniej.
On też zastygł w milczeniu, ściągając łopatki i wreszcie przymykając oczy. Biorąc jeden głęboki wdech, później drugi i trzeci. Zupełnie, jakby miało mu to cokolwiek dać. A przecież aż nazbyt dobrze wiedział, że nie mogło. Już wielokrotnie tego dowiedli. Odwlekanie nie przynosiło im niczego prócz kolejnych chwil zwątpienia, rozczarowania czy powolnej agonii.
Nigdy nie był człowiekiem o słabej woli, lecz teraz w tym momencie czuł się niemal bezwolny. Rzucony wprost w zawieruchę trwającą dookoła niego. Miotany to w jedną, to w drugą stronę. Próbujący utrzymać się w porywach wiatru, upadając i podnosząc się na nogi tylko po to, żeby zaraz ponownie stracić pod nimi grunt.
- Odejdę - nie dodał jeśli tego chcesz, bo przecież miał świadomość, że nie o to jej chodziło.
Nie tego chciała, nie po to mówiła te słowa. Oczekiwania Geraldine były zupełnie inne. Wiedział to. W tym wypadku wcale nie rozmijali się w swoich pragnieniach. Tyle tylko, że przecież nic się nie zmieniło. Nie mógł sprostać temu, czego od niego potrzebowała. Nie potrafił dać jej nawet połowy tego, na co zasługiwała, nawet jeśli ona miała o tym zupełnie inne zdanie. Wystarczyłby moment zawahania, aby znów znaleźli się w jeszcze głębszym impasie.
- Nie musisz tego robić. Ja odejdę - powtórzył, choć wcale nie głośniejszym głosem, nie bardziej zdecydowanie.
Wręcz przeciwnie: ciszej, znacznie, znacznie ciszej. A jednak nie kłamał. Nie zamierzał jej oszukiwać. To była jego część doli, którą sam na siebie zesłał, więc mógł jedynie stwierdzić to na głos, postępując zgodnie z konsekwencjami własnych wyborów, nie potrzeb.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
25.02.2025, 23:57  ✶  

Nie spodziewała się, że w najbliższym czasie poczuje ulgę, to raczej nie było im pisane, czego by sobie nie powiedzieli, to i tak nie będzie tym, co chciałaby usłyszeć. Miała co do tego pewność, obawiała się za to, że wszystko między się zmieni. Cenili sobie szczerość, zawsze starali się po nią sięgać, jednak teraz faktycznie pokazywali sobie wszystko dokładnie takim jakim było, bez żadnych uproszczeń, wreszcie sięgali po to jakim było naprawdę. Czy to było słuszne? Pewnie tak, nie zmieniało jednak tego, że też potrafiło zaboleć.

Nie spodziewała się tego, że się do tego przyzna. Wiedział, to było pewnie nazbyt oczywiste. Dlaczego więc jej na to pozwalał? Dlaczego nie zareagował, dlaczego nic z tym nie zrobił? Czy również tego chciał? Gdyby tego nie chciał, przecież by się odsunął, nie pozwolił jej na to, aby miała jakąkolwiek nadzieję. Wszystko plątało się jej coraz bardziej, zupełnie nie miała pojęcia ku czemu zmierzali i dlaczego to sobie robili.

- No właśnie, więc to spora różnica. Ja mieszam, ciągle coś mieszam. - Widać było, że ma o to do siebie pretensje, że wcale nie jest jej z tym lekko, ale nie umiała inaczej. Gdyby tylko miała świadomość dlaczego od niej odszedł na pewno nie trzymałaby się od niego na dystans przez tyle czasu, nie doprowadziłaby do takiej sytuacji. Próbowałaby o nich walczyć już wcześniej, ale wtedy znalazła sobie to durne tłumaczenie, które nie miało żadnego sensu.

Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, gdy wspomniał o tym, do czego to prawie doprowadziło. Właściwie nie poruszyli tego tematu, nie rozgrzebywała go, chociaż nie mogła go ignorować. To, czego się ostatnio dowiedziała... było kolejnym ciosem. Była na siebie zła, że tak łatwo odpuściła, że pozwoliła sobie wierzyć w tę chujową narrację, bo tak było jej łatwiej pogodzić się z tym, że się rozstali. Była wkurwiona, że nie było go przy niej w najgorszym momencie jego życia, że nie postanowiła o nich wtedy zawalczyć, że uniosła się dumą i poszła w swoją stronę. Była naprawdę ślepa i głupia. Gdyby wtedy postąpiła inaczej, to teraz znajdowaliby się w zupełnie innym miejscu, miała co do tego pewność. Gdyby się z nim skonfrontowała, żądała wyjaśnień, spojrzała mu w oczy, ale tego nie zrobiła i mogła mieć o to żal tylko i wyłącznie do siebie.

- Co nie było zdrowe? To, że się kochamy, czy to, że z tego zrezygnowaliśmy z tego, co mieliśmy? - Nie do końca wiedziała co miał na myśli. Wszystko zależało od tego w jaki sposób na to spoglądał, chcąc nie chcąc chyba znała odpowiedź na to pytanie. Nie do końca jednak była gotowa usłyszeć odpowiedź, która miała paść. Nie sądziła, że może sobie z tym poradzić. Nie chciała usłyszeć, że te kilka najlepszych lat jej życia jego zdaniem nie powinny się wydarzyć, że to, co ich połączyło było niezdrowe. To zrujnowałoby jej cały światopogląd, ale jednak zadała to pytanie, po co? Nie miała pojęcia.

- Roise, w Twoich oczach nikt nigdy nie będzie mógł mi dać tego na co zasługuję. - Nie miała pojęcia skąd brało się u niego to zdanie. Nie czuła się specjalnie wyjątkowa, nic jej nie wyróżniało. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego uważał, że był niewystarczający, kiedy dla niej był wszystkim czego potrzebowała. Była o tym przekonana, wiedziała, że tylko u jego boku będzie szczęśliwa, bez względu na to, co on sam o sobie myślał.

- Nie zadowalam się ochłapami. - Nie mogła tego słuchać, nie podobało jej się to, że mówił o sobie w ten sposób. Jasne, niektóre z jej wyborów życiowych można było w ten sposób skomentować, ale tego nie chciała mu przyznawać, bo zdecydowanie lepiej dla ich dwójki, aby nie dowiedział się o tym, jak wyglądało jej ostanie półtora roku. Sama wolała udawać, że spora część tego, co się stało w ogóle się nie wydarzyło. Tak czuła się z tym lepiej. Zdążył jej już to przecież wyrzygać Astaroth, który był blisko, kiedy brodziła w coraz większym bagnie, nie do końca potrafiąc się z niego wydostać.

- To najwyraźniej utknęliśmy w martwym punkcie. - Skoro ani on, ani ona nie wiedzieli, co mają teraz robić. Okropnie nie podobało jej się to, że nie potrafili znaleźć żadnego wyjścia z tej sytuacji, że trwali tu przy sobie bez żadnego planu, że nadal nie potrafili podjąć odpowiedniej decyzji, mimo, że przecież wiedzieli do czego zmierzają.

- Gówno prawda. - Pewnie przed nikim innym by się do tego nie przyznała, ale wcale nie była silna. Nie w tej sytuacji. Tutaj czuła się, jak dziecko zagubione we mgle, które nie miało żadnej kontroli nad tym, co miało się wydarzyć. Nie potrafiła zebrać się do kup, jakoś tego przetrawić, wcale nie była silna.

Wiedziała, że to do czego zmierzali zbliża się nieuchronnie i wcale nie chciała tego usłyszeć, tyle, że na to również nie miała żadnego wpływu. Ta rozmowa prowadziła ich do tego jednego momentu, który miał nadejść, nieszczególnie jej się to podobało. Już chyba wolała te ich kłótnie, po których jakoś potrafili do siebie wracać. W tym wypadku raczej nie będzie już powrotu, miała to okropne przeczucie, że to miał być ich koniec.

Zamarła, gdy w końcu się odezwał. Czuła ogromny ciężar, który pojawił się na jej klatce piersiowej wraz z wypowiedzianymi przez niego słowami. Nie tego chciała, nie o to jej chodziło, ale wiedziała, że w końcu do tego dojdą. To było nieuniknione. Nie mogli być razem, ale czy mogli być osobno? Nie do końca w to wierzyła, nie, kiedy ciągle darzyła go takim silnym uczuciem. Nie będzie umiała trzymać się od niego z daleka, znajdzie go, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, znajdzie go wszędzie.

- Nie możesz. - Powiedziała cicho, ledwie słyszalnie. Nie mógł jej tego zrobić. Nie mógł odejść. Nie sądziła, że sobie z tym znowu poradzi. Nie była na to gotowa. - Nie możesz tego zrobić, nie możesz odejść. - Powtórzyła tym razem nieco głośniej, chociaż głos jej zadrżał, bo wiedziała, że może mówić swoje, a on i tak zrobi to co będzie uznawał za słuszne, była na straconej pozycji, chyba przegrała. Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, bała się tego, co w nich zobaczy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
26.02.2025, 01:58  ✶  
Kolejny raz patrzyli na świat przez zupełnie inny pryzmat.
- Robisz coś. To domena ludzi, którzy coś robią - poprawił ją, potrzebował to zrobić a ona bezwzględnie musiała usłyszeć te słowa, bo w dalszym ciągu nie rozumiała jego podejścia.
Choć szczerze wątpił, czy miała je kiedykolwiek zrozumieć. Wcale nie chciała tego zrobić. Nie próbowała spojrzeć na to jego oczami tak jak on nie starał się zmienić swojej perspektywy. Byli siebie warci, czyż nie? I to zdecydowanie nie był komplement, nawet jeśli Ambroise cholernie mocno starał się zaznaczyć to, jak wartościowa w istocie była jego dziewczyna.
Chciał, by to pojęła. Niczego tak bardzo teraz nie potrzebował jak tego, żeby nareszcie to zrozumiała. Bowiem dzięki temu miała uświadomić sobie również to, że mogli być siebie warci, ale nie byli równi. I gdzieś tam naprawdę głęboko w sobie modlił się do wszelkich sił, aby nigdy nie byli. Nie chciał, aby się taka stała. Pogmatwana znacznie bardziej niż tylko w przypadku ich relacji. Pogubiona, dużo bardziej chaotyczna, faktycznie niszczycielska w swoim autodestrukcyjnym żywiole.
Dla niego zawsze miała być od tego lepsza. Nawet jeśli teraz twierdziła inaczej, on tak tego nie widział. A przecież ją znał. Dostrzegał głębię tych wszystkich posunięć. Potrafił zauważyć, z czego wynikały i że nie niosły ze sobą celowej krzywdy. To nie było zamierzone manipulowanie otoczeniem.
- Nie mieszałabyś tylko wtedy, gdybyś nic nie robiła - nie musiał dodawać jak ja, prawda?
Nie był z tego dumny. Nie chciał zachowywać się w ten sposób. Nie uważał się za takiego człowieka. Do czasu. No właśnie, do czasu, bowiem później coś zaczęło się w nim zmieniać. Nie umiał tego nazwać, zresztą nawet nie próbował. Nie potrafił przyjąć żadnej z możliwości, które niemalże same nasuwały mu się do głowy, bo takim mężczyzną też nie pragnął być.
Nie chciał być kimś, kto tłumił w sobie wszystkie emocje, żale i całą tę gorycz gromadzoną miesiącami aż wreszcie po prostu musiał pęknąć. Bo nic nie musiał. Ale przede wszystkim nie mógł sobie na to pozwolić. Nazywanie się tak słabym byłoby obelgą, ostatecznym wyrazem żałości. Nie zamierzał dać komukolwiek nazywać się złamanym, bo przecież dalej usiłował odnajdywać się w całej tej rzeczywistości.
Wielokrotnie upadał, jeszcze więcej razy wstawał i brnął dalej przez życie, zaciskając przy tym zęby. Czasami może za mocno i nazbyt gwałtownie. Momentami reagując przez to w sposób, który wiele osób nazwałoby przesadnym. Tyle tylko, że ci ludzie nie byli Ambroisem. Nie mogli nawet próbować postawić się w jego pozycji. Nigdy nie mieli znaleźć się w jego skórze.
Wbrew pozorom wcale nie tak twardej jak usiłował pokazywać wszem i wobec. Nie tak nieprzeniknionej. Nie tak odpornej na kolejne spotkania z kopnięciami od losu. Na odczuwanie skutków wydarzeń, które niejednokrotnie znacznie przewyższały zyski płynące z decyzji, których były konsekwencjami.
Przeszacował, niedoszacowywał. Zbyt dużo mówił, za bardzo milczał. Zamiatał trudne sprawy pod dywan, wyciągał na wierzch kolejne kwestie, które powinny zostać przemilczane. Miał do tego tendencje. Tłumił w sobie tak wiele. Zbyt wiele, aby dźwignąć to na dłuższą metę, wreszcie pękając i wylewając wszystko niczym pęknięta tama.
Zrobił to wielokrotnie w przeciągu zaledwie kilku ostatnich dni. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczął czuć się zapędzany w martwy punkt, stawiany pod ścianą, przytłoczony (paradoksalnie) głównie przez własne myśli i reakcje. Co z tego, że będące odpowiedzią na zachowania czy słowa Geraldine?
Przecież w głębi duszy zawsze, na zawsze, do usranej śmierci miał zdawać sobie sprawę z tego, z czego wynikało jej podejście. Stosunek jego dziewczyny do niego i do tego wszystkiego, co działo się między nimi w związku z... ...ależ niespodzianka... ...dokładnie... ...nim samym.
W tym wypadku nie przeszacowywał. Nie podkreślał nadmiernie swojej roli we wspólnym dramacie. On rzeczywiście ją pełnił. Niby wiele razy powtarzał, że to wszystko nie do końca zależało od niego, że gdyby mógł postępować inaczej to dałby z siebie naprawdę wiele, żeby nie musieć tego robić. Nie wahałby się ani przez chwilę. Nie zastanawiałby się nad tym. Po prostu by to zrobił, nie bacząc na nic innego.
A jednak w pewnym sensie czuł się jak oszust. Jakby jego zachowanie przez te ostatnie dni było jedną wielką mistyfikacją. Jak gdyby ten człowiek, którego znała i kochała Rina był tylko tym: złudzeniem, podświadomie wykreowaną personą, Manipulantem, krzywoprzysięzcą, hochsztaplerem. Kimś, kto nigdy nie istniał, nawet jeśli powstał ze szczerych intencji. Niezamierzenie. Z chęci bycia lepszym człowiekiem.
W istocie nim wtedy był. W domu zachowywał się zupełnie inaczej. Miał wrażenie, że bardziej szczerze i otwarcie. Swobodnie, pozwalając sobie na te wszystkie zachowania, o które nie sposób byłoby go posądzić na zewnątrz. Czy to w miejscach takich jak Mung, czy to w znacznie bardziej parszywych lokacjach. W pewnym momencie wydawało mu się, że na swój pokrętny sposób było to jego najprawdziwsze ja.
Tyle tylko, że to nie ono ostatecznie wybiło na wierzch. Nie ono wygrało walkę, którą nieświadomie toczył. Mógł zachowywać się jak opanowany, profesjonalny uzdrowiciel. Jak człowiek, którego nie dałoby się posądzić o żadne zdrożne zamiary.
Mógł wracać do domu, rzucać torbę w kąt i być tym, kogo Yaxleyówna bezwzględnie i bez chwili wahania nazywała osłem. Pozwalał jej na to, bo rzeczywiście raz po raz głupiał w jej obecności. Czerpiąc z tego naprawdę dużo własnej satysfakcji, bo nigdy nie był tak szczęśliwy jak w tamtym spędzonym razem okresie.
Lecz w gruncie rzeczy... ...gdy przychodziło co do czego i stawał w obliczu najtrudniejszych decyzji, największych wyzwań, gróźb, widm wojny i nie tylko... ...w momentach, w których jedyną kwestią, jaką należało rozważyć było to, czy w grę wchodziła walka, czy ucieczka.... ...wtedy nieodmiennie wychodziły z niego te pierwotne instynkty. Był osobą, która bez chwili namysłu wybierała to pierwsze: przeżycie za wszelką cenę, najlepiej z osiągnięciem dodatkowych korzyści, bo skoro już w tym siedział, to czemu nie?
Równie dobrze mógł rzucić się w to po całości.
Poniekąd zawsze to robił, gdy mu zależało. Angażował się całym sobą. Do zupełnej rozsypki, do całkowitej fiksacji, do niezdrowego poziomu, jednak zazwyczaj wyłącznie dla niego samego. Nie dla otoczenia.
Tyle tylko, że zawsze musiał być ten pierwszy raz. Geraldine nim dla niego była. Oni nim dla niego byli. Ich związek, ich miłość tym dla niego była. Tu skrzywdził nie tylko siebie. I to niemal całkowicie go załamało. Podłamało go na tyle, że posunął się jeszcze dalej, tyle tylko, że nie po to, by cokolwiek naprawić. Jak zawsze popadł w destrukcyjne zapędy. Mogli nie rozmawiać o tym wprost, ale oboje już mieli tę świadomość.
Pytanie, jakie padło z ust dziewczyny było...
...no, właśnie.
- To, że oboje weszliśmy w to w ten sposób - odpowiedział, przymykając oczy zanim ponownie je otworzył, po czym nabierając kolejny oddech w płuca.
Zimne powietrze już go nie otrzeźwiało. Czuł się wręcz nazbyt przytomny i świadomy tego, do czego zmierzali. Stopniowo, ale nieuchronnie.
Ten jaki? nie musiało paść, bo nie zamierzał przerywać. Podjął decyzję, podjął temat.
- Ja byłem pozorantem. Ty byłaś naiwna. To nie mogło się udać - wcale nie chciał musieć tak tego określać.
Szczególnie, że to było dużo bardziej skomplikowane, jednak w gruncie rzeczy rzeczywiście można to było sprowadzić do tej prostej półprawdy. W tym wypadku jedynej, jaką rzeczywiście powinni tolerować. Jedynej, którą powinni się karmić. Żadną inną.
- Co mam ci na to powiedzieć? Czego ode mnie oczekujesz? - Nie był pasywno-agresywny, był zmęczony, zmęczony błądzeniem, zmęczony poruszaniem tych wszystkich tematów i nie dochodzeniem do niczego, co mogłoby cokolwiek zmienić, zmęczony brakiem zrozumienia ze strony Riny, ale też tego, że on sam również jej nie rozumiał.
Już nie. Już nie potrafił jej zrozumieć. Nigdy nie umiał czytać Yaxleyównie w myślach, ale zazwyczaj to wszystko było dla niego znacznie prostsze. Łatwiej było mu dostrzec wyjście z sytuacji. Zazwyczaj wystarczyło, aby oboje dostatecznie mocno tego chcieli.
Tyle tylko, że teraz w tej chwili to nie pomagało. Obustronność i jednorodność ich pragnień oraz tego, co czuli w stosunku do siebie nawzajem nie ułatwiała postępowania słusznie. Zaprzeczenie narracji, jaką przyjęli przez ostatnie półtora roku, bycie ze sobą szczerymi i bezpośrednimi nie przynosiło im nic poza tym bólem.
- Kocham cię, Rina, kurewsko cię kocham i jeśli to nie jest w stanie wystarczyć... ...to może masz rację. Może rzeczywiście tak jest - spróbował skwitować to wzruszeniem ramion, ale nic, nic mu to nie dało; nie miał w sobie tej lekkości ducha potrzebnej, by ten gest wypadł przekonująco. - Tak. Jeśli nie ja to kto? - Mogła go teraz nazwać psem ogrodnika, nawet jeśli nie sądził, by zamierzała to zrobić.
Mimo wszystko mogłaby to zrobić a on? On by nie zaprzeczył. Rzeczywiście zachowywał się w ten sposób. Pragnął dla niej szczęścia, ale jednocześnie nie chciał myśleć o tym, że ktoś inny mógłby rzeczywiście być go w stanie zastąpić. Dać Geraldine wszystko, czego on nie mógł jej zapewnić czy zagwarantować. Czymże to było? No właśnie.
Był rozgoryczony. Naprawdę rozgoryczony, jednak w tym momencie stawał się też coraz bardziej przybity. W końcu wcale tego wszystkiego nie chciał. Nigdy do tego nie dążył. Nie pragnął być człowiekiem tego typu, ale już udowodnił, że nim jest. Sam to kiedyś powiedział, wysrywając Yaxleyównie idealność Erika Longbottoma, którego miał wtedy za jej nowego wybranka. Narzeczonego, którego znając z drużyny Quidditcha, Ambroise rzeczywiście miał za człowieka mogącego podjąć próbę zastąpienia go w życiu dziewczyny.
Na tyle mocno, że nie próbował temu zaradzić. Macerował się w bólu i gniewie, w poczuciu bycia oszukanym, wzgardzonym, odrzuconym dwukrotnie, po czym zastąpionym kimś innym, komu tak łatwo (w jego tamtym mniemaniu) było dać dziewczynie kamyk. Tak, mylił się. Ale co dalej? Co z tego wynikało poza tym, że mógł coś zrobić, coś powiedzieć, ale tego zaniechał?
Zrobił to, o czym też już wspomniał. Podczas, gdy ona zarzucała sobie mieszanie, on nie mieszał do momentu, kiedy nie zaczęli ponownie do siebie lgnąć, ale to wyłącznie przez bycie żałośnie biernym. Zupełnie jak nie on. Nie jak człowiek, którym chciał być.
- Przestań. Przestań traktować się w ten sposób. Po prostu przestań to sobie robić - mógł mówić cicho i spokojnie, pozwalając sobie wyłącznie na okazjonalne wyraźniejsze danie ujścia nerwom w postaci tego rozgryzionego papierosa czy mocniejszego chwytu na lodowatej i wilgotnej barierce.
A jednak nietrudno było dostrzec, ile go to wszystko kosztowało. Jak bardzo starał się zachowywać twarz, byleby tylko nie pogorszyć tego, co i tak było najtrudniejszą, najbardziej skomplikowaną rzeczą w całym jego życiu. Tak. Właśnie to. Nic innego. Nie fizyczne zagrożenia, nie doppleganger, nie istoty w Kniei Godryka.
Nie. Czuł się pokonany przez coś, co powinno napełniać go siłą. Nie mu ją odbierać. Ani tym bardziej nie sprawiać, że czuł się w ten sposób.
Tak bardzo pragnąc czegoś, czego nie mógł zrobić. Ulec temu wszystkiemu. Nie stać tu z grobową miną, próbując ze wszelkich sił znaleźć w sobie resztki siły, żeby nie zareagować na desperackie słowa Geraldine, które równie dobrze mogłyby być jego własnymi. Płynęły z tego samego miejsca. Z tego samego pragnienia. Może rzeczywiście z jednej duszy? Tej, która w tym momencie kolejny raz rozpadała się na drobne kawałeczki.
- Muszę - to jedno słowo, jedno cholerne słowo.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
26.02.2025, 11:59  ✶  

- Jaki ma sens robienie czegoś skoro to nic nie daje, albo przynosi same komplikacje? - Nie rozumiała tego podejścia. Nie podobało jej się to, że znowu próbował ją wybielać, jakby był gotowy zaakceptować każdy z jej czynów. Nie wiedziała dlaczego ciągle patrzył na nią w ten sposób, jakby była od niego lepsza, a wcale tak nie było. Była zagubiona, nie panowała nad tym, co działo się wokół niej, błądziła po omacku przez co tylko i wyłącznie wszystko, niepotrzebnie komplikowała. Pozwalał jej na to, nie reagował. To nie miało żadnego sensu, kiedy w końcu zauważy, że nie była w żaden sposób wyjątkowa, że nie była dobrym człowiekiem?

- Mogłabym nie robić nic, tak byłoby prościej. - Czyż nie? Mogłaby się od niego odsunąć, przecież tego właśnie chciał, tyle, że nie potrafiła tego zrobić, nie umiała trzymać się od niego z daleka po tym, gdy zaczęli ponownie się do ciebie zbliżać. Mimo tego, że przecież zdawała sobie sprawę z tego, że nie mogła nic tym osiągnąć. To było niewskazane, a i tak w to brnęła, jakby faktycznie mogła coś zmienić. Mieszała, przywiązywała się, do tego doszedł ten jej niekontrolowany lęk, o którym mu wspomniała. Może nie powinna była tego robić, zresztą, to, że się tutaj dzisiaj znalazła chyba było błędem. Doprowadziło ich to do wizyty na dachu i do tej rozmowy, niby szczerej, niby potrzebnej, jednak aktualnie wydawało jej się, że wydarzyła się w nieodpowiednim momencie. Nie była na to gotowa, nie sądziła, że tak szybko będą mierzyć się z konsekwencjami swoich czynów.

Nie miała szczególnie wygórowanych oczekiwań wobec Roisa, bo przecież powiedział jej, że nie powinna ich mieć. Nie miała do niego żadnych pretensji o to, że pozwolił jej żyć tą iluzją, w której tkwili. W końcu i ona i on to sobie robili, weszli w to razem, najwyraźniej właśnie tego potrzebowali. To było coś, co miało im pomóc zebrać się w całość, zamiast tego chyba jednak jeszcze bardziej ich rozsypało. Byli współwinni, to nie była odpowiedzialność jednej osoby. Mogła go winić o to, że jej na to pozwolił, mimo, że wiedział, że nie jest z nim do końca szczera, że ciągle będzie próbowała jakoś wślizgnąć się do jego życia na dłużej. Nie chciała jednak tego robić, bo przecież to była przede wszystkim jej decyzja. To ona miała nadzieję, chociaż nie powinna. Wiedziała na co się pisze, a i tak postanowiła spróbować coś zmienić. Jak zawsze, robiła to na co miała ochotę, nie była osobą, która szybko się poddawała, tylko dlaczego tym razem czuła się jak przegrana. Chyba docierało do niej, że nic nie są w stanie z tym zrobić, że mieli w tym utknąć, tyle, że nie mogło to trwać wiecznie. Prędzej, czy później był im pisany koniec, nie do końca taki na którym jej zależało.

- Oboje zrobiliśmy to świadomie, nie możesz brać odpowiedzialności za to, że byłam naiwna. - Nie zmuszał jej przecież do niczego, tylko pozwolił poczuć się przy sobie dobrze, może prościej byłoby, gdyby ją odrzucał, za każdym razem, ale nie chciało jej się do końca wierzyć w to, że był pozorantem. Musiał tego chcieć tak samo mocno, jak ona, tyle, że teraz próbował z tym walczyć. Może w trakcie zmienił zdanie, pozwolił na chwilę się sobie zatracić, nie mogła go o to winić. Wiedziała, jakie silne uczucia ich łączyły, one się nie zmieniły, nie dziwiło jej wcale, że dopuścił ją do siebie. Nie potrafiła jednak zrozumieć, że teraz ciągle wracał do tej początkowej narracji, że się w tym tak zaparł. Zdawała sobie sprawę, że nie robił tego dlatego, że nic dla niego nie znaczyła, jednak nie potrafiła zaakceptować tego, że wolał ją od siebie odsunąć, niżeli dać jej to czego tak naprawdę potrzebowała, czego oni potrzebowali. Dlaczego chciał im to robić?

- Nie mogę niczego od ciebie oczekiwać. - Co mu miała niby na to odpowiedzieć, nie mogła go zmuszać do zmiany zdania, nie mogła tego od niego wymagać, znowu się zapętlili, chociaż teraz robili to dużo spokojniej niż wcześniej.

- To zawsze mi wystarczało. - Tyle, że nie do końca była w stanie zrozumieć taką formę miłości. To, że postanawiał wypuścić ją z rąk, żeby żyła sobie gdzieś indziej, sama. Nie sądziła bowiem, że kiedykolwiek będzie gotowa na to, aby ułożyć sobie życie. Nie miała pojęcia, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak to wyglądało z jej strony, musiał sobie zdawać sprawę. Próbował zapewnić jej bezpieczeństwo, ale przez to czynił ją nieszczęśliwą, czy naprawdę właśnie tego chciał?

- Jeśli nie ty, to nikt. - Tu był pies pogrzebany. Mogła sięgać po chwilowe uniesienia, próbować coś poczuć, ale to nigdy nie zastąpi jej tego, co udało im się kiedyś razem stworzyć. Skończy sama, zła na cały świat, zgorzkniała. Nie widziała dla siebie innej przyszłości. Była o tym przekonana. Roise zawsze był dla niej kimś wyjątkowym, przebił się przez jej wszystkie warstwy, dał jej to, czego nie potrafił dać jej nikt inny. Przy nim odnalazła swój dom. To było niezaprzeczalne. Nie chciała tego szukać u kogoś innego, bo wiedziała, że to nie miało najmniejszego sensu. On na pewno również zdawał sobie z tego sprawę. To była ich tragedia, pewnie dużo prościej byłoby pogodzić się z tym, że nie będzie im dane do tego wrócić, ale niby jak miała się z tym pogodzić, kiedy ciągle mówił o tym, że ją kocha, a ona kochała jego. To było bardzo proste równanie, przynajmniej dla niej.

- Zrozum, że tak po prostu jest, ja sobietego nie robię. - Może poniekąd? Sama była odpowiedzialna za to, co się jej przytrafiło, za to, że stała się słaba, rozbita. teraz jednak było zbyt późno, aby to zmienić, bo to już się wydarzyło, teraz pozostawało jej jakoś się z tego wygrzebać, nie sądziła, że to zdarzy się szybko. Za dużo zła się ostatnio przytrafiło w jej życiu. Nawet ona miała pewne granice, nawet ona musiała w końcu pęknąć. Nie sądziła, że dzięki temu odrodzi się silniejsza, chociaż tak byłoby najlepiej. Zapewne do końca życia będzie przez to nieco złamana. To nie było tylko i wyłącznie chwilowe, odcisnęło na niej piętno, z którym będzie musiała jakoś sobie poradzić.

- Nie. - Wymsknęło jej się cicho. Wiedziała, że nie miała żadnego wpływu na to, co właśnie sobie myślał, na to jego pokrętne rozumowanie. Nie chciała, żeby odchodził, nie potrafiłaby się z tym pogodzić, ale wyglądało na to, że podjął już decyzję. Uparł się, jak to miał w zwyczaju, chociaż byłaby skłonna stwierdzić, że jeszcze bardziej. Kiedyś miała jakikolwiek wpływ na jego decyzje, w tym przypadku? Zupełnie ignorował jej zdanie, jej pragnienia. Usrał się i nic nie było w stanie tego zmienić.

Zacisnęła powieki i poczuła łzy, które zaczęły jej płynąć po policzkach, nie potrafiła nad nimi zapanować, dlatego ciągle na niego nie spoglądała, patrzyła w eter, właściwie to wbiła spojrzenie w jedną z latarni, które rozświetlały mrok, szkoda, że w tym, co się między nimi działo zgasło ostatnie źródło światła i wszystko zaczął ogarniać mrok i chłód, może faktycznie tak miało być. Nie była gotowa się z tym jednak pogodzić, nie umiała tego zrobić. Nie sądziła bowiem, że jego odejście zmieni cokolwiek, mógł sobie tak wmawiać, ona jednak nie była skłonna w to uwierzyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
26.02.2025, 14:03  ✶  
Miał wrażenie, że zaczyna brakować mu tchu, jakby rześkie powietrze dookoła nich nagle zrobiło się zbyt gęste. Jak gdyby było przepełnione niemal namacalnym wrażeniem rozpadu. Pyłem, który ponownie zaczął pokrywać wszystko dookoła nich. Nie kłócili się, nie stali w sercu pożaru. To były zgliszcza. Ich własne zgliszcza życia, które próbowali tworzyć przez lata.
Tu kiedyś był dom. Przez tydzień niemal znów stanął na swoim dawnym miejscu. Może trochę bardziej pokraczny, nieco mniej elegancki, odrobinę pokrzywiony, ale nie był niczym, czego nie dałoby się stopniowo wykończyć. Odbudować cegiełka po cegiełce. Wykształtowali go sobie na chwilę z myślą, że mogli go potem postawić na nowo. A przecież nie to sobie mówili.
Rozmawiali o tym, co ich dzieliło, o przeszkodach, które wydawały się coraz bardziej nie do pokonania. Od samego początku dawał im obojgu do zrozumienia, że cokolwiek by się nie działo, nie mogą być razem. Że muszą iść dalej. Nawet, jeśli głębi duszy czuł, jak te słowa parzą go jak gorący żelazny pręt wciskany do gardła.
- A jaki sens ma poddawanie się bez walki? - No, właśnie...
...bez walki...
...w jego głosie było coś, co zdradzało, że każde zdanie w istocie było walką z samym sobą. Chciał być silny. Chciał być mężczyzną, którego potrzebowała, ale w obliczu jej smutku czuł się cholernie pogubiony. Tak słaby jak nigdy wcześniej. Próbował zebrać myśli, ale chaos panujący teraz w jego głowie nie dawał mu spokoju. Mimo to próbował mówić dalej, pokazać jej swój punkt widzenia, nawet jeśli nie miała go przyjąć.
Nie mogli być razem, nie mogli wrócić do tego, co kiedyś mieli. Wciąż ją kochał, cholernie mocno. Czuł jak ta miłość targa nim w każdą stronę a jednocześnie paraliżuje go ze strachu przed utratą nawet tych najbardziej banalnych wspomnień, przed zniszczeniem wszystkiego, co kiedykolwiek mieli poprzez powiedzenie teraz zbyt wiele. Już raz to zrobili. Nie chciał ponownie popełnić tego błędu.
- Nie, Rina. To moja odpowiedzialność. Nie mogłaś wiedzieć wszystkiego - nie mógł się z nią zgodzić, szczególnie że w tym momencie niepokojąco mocno czuł się jak cień przeszłości, jak byt, od którego nie umiała się uwolnić a on sam (mimo że wiedział, że powinien zniknąć) też tego nie robił.
Chciał być jej mężczyzną. Naprawdę tego pragnął. Chciał być w stanie tak po prostu mocno ją teraz przytulić. Objąć ją, stając między Geraldine a przepaścią ziejącą przed nimi na krańcu dachu. Oprzeć się dołem pleców o barierkę, zagarniając ją ku sobie, skrywając dziewczynę w jego pustych, ociężałych ramionach. Powiedzieć, że się mylił i obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo jak nie oni, to kto? Zawsze jakoś sobie radzili. Czemu tym razem miałoby być inaczej?
Może dlatego, że w tym wypadku nie był w stanie dłużej się łudzić? Już nie, choćby nawet próbował tak bardzo jak przez te ostatnie trzy dni, kiedy naprawdę starał się zapominać o wszystkim innym. Myśleć tylko o nich dwojgu, podświadomie tylko coraz bardziej się zapędzając. Miotał się w tym wszystkim, tylko głębiej i głębiej zapadając się w trzęsawisko. W bagno, w które przy tym wciągał także ją.
A nie powinien, nie chciał tego robić. Od samego początku miał zupełnie inne intencje. Więc czemu ją okłamywał? Czemu kłamał sam sobie? I dlaczego nawet teraz w tym wszystkim odruchowo chciał wyrzucić sobie, że to nigdy nie były kłamstwa?
Naprawdę kochał Geraldine. Od samego początku do samego końca. Wszystko to, czym emanowała. Nawet to, czego ona sama w sobie nie lubiła, czym wręcz gardziła w stosunku do siebie. Nawet te irytujące zapędy do przejmowania na siebie wszelkie winy tego świata. Na poszukiwanie problemu w sobie samej, podczas gdy to rzeczywistość i ludzie dookoła niej zachowywali się parszywie.
Chciał być przy niej w tym wszystkim, ale zasługiwała na więcej. Na kogoś, kto mógłby jej dać to wszystko.
Jej pełne smutku oczy nie patrzyły na niego. On nie próbował patrzeć na nią. To bolało najbardziej. Chowając ręce w kieszeniach okrycia wierzchniego starał się ukryć drżenie, które ogarnęło jego ciało, jednak zaraz ponownie zacisnął dłonie na barierce. Wcale nie chciał być niewzruszony, sprawiać wrażenia, jakby nic go to wszystko nie obchodziło. Nie mógł stać w ten sposób. Nie teraz. Nie przy niej.
Pragnął jej, pragnął tego, co mogliby stworzyć razem, ale rzeczywistość była okrutna. Nie widział dla nich przyszłości, żadnej przyszłości. Każda jego myśl prowadziła go do ściany, do muru, do przepaści nie do przeszkodzenia bez poniesienia kosztów, których nie chciał musieć udźwignąć. Nie, jeśli byłyby tak druzgocące.
Noc była ciemna, jednak światła miasta migotały wokół nich, drobne światełka zapalały się i gasły w oknach oddali, jakby chciały przypomnieć im, że gdzieś tam, w tym ogromnym świecie, życie toczy się dalej.
Istniało. Bez wątpienia trwało. Nie zagubili się w czasie. Dlaczego więc musiało być takie skomplikowane? Dlaczego miłość, która powinna dawać radość, przynosiła jedynie cierpienie? Powinien się wycofać, dać jej wolność, ale jak miał to zrobić, kiedy miłość do niej rozrywała go od środka?
- Wiem. Wiem, Rina, ale nie możemy - powiedział cicho, starając się przełknąć gorycz wypowiadanych słów. - Nie możemy wrócić do tego, co było - pragnął być dla niej wszystkim, ale rzeczywistość nie była łaskawa.
Pogubił się w tym, co powinno być proste. Zanim to spostrzegł, było już za późno. Nie miał odpowiedzi na to, co jeszcze dałoby się zrobić, więc milczał. Noc też była zatrważająco cicha. Cisza przed burzą? Choć przecież ta burza trwała już od dawna. Od tak dawna. Mżawka przynosiła ze sobą chłód, który przenikał go kości.
Stał obok Geraldine, pragnąc wyciągnąć rękę, przyciągnąć ją do siebie, ale wiedział, że to nie było rozwiązanie.
- Nie możemy żyć w iluzji - dodał, całkowicie świadomy tego, że jego słowa brzmiały jak wyrok. - Musimy zaakceptować to, co się stało - nie chciał, ale wiedział, że nie było dla nich innego wyjścia z tej sytuacji.
Ich miłość była piękna, ale również destrukcyjna. Nie chciał nieustannie krzywdzić Geraldine. Nie chciał, żeby jej ból był jego winą. Wiedział, że to, co dawali sobie w ostatnich dniach nie było tylko złudzeniem. Był tego wręcz boleśnie świadomy, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jednocześnie nie mogli też wrócić do tego, co było. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele ran zostało zadanych. 
Patrzył na nią... ...na jej smutne oczy, które unikały jego wzroku. Każda łza, która spływała po jej policzku, raniła go bardziej niż jakikolwiek cios. Czuł się jakby stał na krawędzi przepaści, na której nigdy nie chciał się znaleźć. Chciał być dobrym człowiekiem, mężem, ojcem, ukochanym, partnerem. Ale rzeczywistość była inna.
Był czas, gdy naprawdę pragnął zbudować z nią dom, stworzyć rodzinę, mieć dzieci biegające po nadmorskim podwórku, ale życie miało swoje plany. Wiedział, że nie potrafiłby być dobrym partnerem, gdyby nie potrafił zapewnić jej stabilności, bezpieczeństwa, miłości, której mimo wszystko z pewnością gdzieś tam pragnęła. A nie umiał jej tego zagwarantować. Mogła mówić, że było inaczej i że mogli razem zawalczyć o wszystko, na co powinni zasługiwać, ale nie. To nie było prawdziwe.
Był zbyt zagubiony, zbyt przytłoczony ciężarem ich wspólnych niespełnionych marzeń, które nie mogły się ziścić, aby w to wierzyć.
Patrzył na nią... ...na dziewczynę, którą kochał, czując, że świat wokół nich stopniowo znika. To, co ich łączyło zawsze było wyjątkowe, jednak teraz niosło ze sobą wyłącznie wyjątkowo mocny ból. Chciał zatrzymać ten moment, ale wiedział, że czas płynie nieubłaganie. W jego sercu narastała pustka.
- Nie, nie zamierzam - odpowiedział tym zupełnie innym tonem niż jeszcze chwilę wcześniej.
Wciąż wyjątkowo spokojnym, jednak tym razem trochę ostrzejszym, bardziej upominającym. Głębszym, nie podniósł barwy głosu, bo mimo wszystko nieczęsto zdarzało mu się to robić, jednakże nie dało się ukryć, że w tym momencie mimowolnie sięgnął po tę swoistą pokrętną akademickość.
Wiedział, że dla niej były to tylko puste słowa w obliczu tego, co uznała za swoją normę. W końcu, gdy rodzisz się w płonącym domu, trudno jest ci uwierzyć, że świat dookoła wcale nie musi płonąć, czyż nie? Przez cały czas biorąc na siebie wszystko, co jej wciskano, naprawdę mogła sądzić, że w istocie nic sobie nie robi. A jednak tak bardzo się tym krzywdziła.
Był rozgoryczony. Był też hipokrytą, wyrzucając jej błędne rozumowanie i krzywdzenie nim samej siebie, podczas gdy największe problemy Riny wynikały obecnie z jego zachowania. To on był twórcą tych wszystkich dramatów i jednym z ich naczelnych aktorów.
Mając tę świadomość, pewnie nie powinien upominać jej, że nie powinna traktować się w ten sposób. W końcu sam w tym momencie (choć wbrew sobie) traktował ją znacznie gorzej. Zasłaniał się naprawdę wieloma kwestiami, ale w rzeczywistości miał półtora roku. Półtora roku, niedługo już nieuchronnie coraz bliżej tych dwóch lat, kiedy mógł się dla niej postarać. Spróbować zawalczyć z rzeczywistością, zmienić coś dla nich.
Wrócić. Spróbować wrócić. Tym razem jak nie on, tym razem pokorniejąc, bo to on powinien być teraz na jej pozycji. Próbować przekonać ją, by przyjęła go z powrotem, bo przecież niczego innego nie chciał tak mocno jak tego. Jeśli byłoby to konieczne, paść przy niej na klęczkach na wilgotne poszycie dachu, nic sobie nie robiąc z reszty otoczenia. Przynieść jej kwiaty w zębach. Próbować, naprawdę próbować zachować się jak ktoś godny tego, aby stanąć u jej boku.
Ale tego nie zrobił. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Nie uczynił nic na tej elementarnej płaszczyźnie. Nie zawalczył z problemami bardziej niż to robił zanim odszedł wtedy z końcem wiosny. Zupełnie tak, jakby podświadomie porzucił wszelką nadzieję. Od tamtej pory chyba nawet nie do końca czując się jak on sam.
Mógł mówić Yaxleyównie, że od samego początku był przy niej mistyfikatorem. Że nie znała osoby, z którą próbowała ułożyć sobie życie. Że być może on sam też do końca się nie znał. Ukrywał swoje zapędy, upychał je po kątach, usiłował być kimś, kim nigdy nie był i kim nie mógł być. A potem? A teraz?
Przez ten tydzień też był pozorantem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co próbowali robić. Nie tylko ona. Oni oboje. Mógł twierdzić, że jest inaczej. Być osobą, która tak twardo stała przy swoim, ale czy wtedy tak łatwo dałby się ponieść tym wszystkim emocjom? Nazywając je wspomnieniami, ale wspomnień nie traktowało się w ten sposób. Przecież oboje to wiedzieli. Szczególnie, że we wspomnieniach nie robili połowy z tych rzeczy, po które teraz sięgnęli.
- Zrozum, że wciąż jeszcze możesz to zmienić - tak wcale nie musiało być, prawda?
Sama to wcześniej powiedziała: podejście czy narrację można było zmienić. Nic nie stało jej na przeszkodzie, aby przestała przyjmować ludzkie opinie godzące w jej wartość i zadowalać się ochłapami uwagi. Była warta znacznie więcej. Więcej niż to. Więcej niż on mógł jej obiecać, szczególnie że nie chciał kolejny raz rzucać słów na wiatr.
Instynktownie potraktował ją przez to jak kogoś, kto upierał się przy swojej błędnej interpretacji i tym samym popełniał kardynalny błąd w wypowiedziach na ten temat. Jednocześnie ani trochę go przy tym nie słuchając.
Miewał takie sytuacje nawet częściej niż rzadziej. Szczególnie przez te ostatnie lata, gdy przez szpital przewijały się prawdziwe zastępy niedoszłych uzdrowicieli chcących nieść wsparcie w obliczu coraz wyraźniejszego wrażenia, że i tym razem magiczna wojna nie miała zakończyć się szybko. Tyle tylko, że takie osoby niemal nigdy nie utrzymywały się przy powierzchni. Niemalże zawsze opadały w dół po to, aby wreszcie odpuścić i zniknąć.
Nie chciał tego dla Geraldine. Za nic w świecie nie mógł tak zwyczajnie dopuścić do siebie myśli, że któregoś dnia mogłaby tak po prostu przestać być, przygnieciona narzucanym sobie ciężarem. Albo znacznie gorzej. Szukając czegoś lub co gorsza kogoś, kto dałby jej złudzenie ulgi. Fragmenty obietnic miłości i akceptacji. Czegoś, przez co na chwilę poczułaby się lepiej, po czym ponownie tąpnęłaby o ziemię, bo ten świat już taki był. Wykorzystywał słabości, miażdżył dobre intencje.
Przecież już o tym wiedzieli, prawda? Byli tego świadomi. Byli tego przykładem. Mimo to była gotowa tak po prostu przyjąć go z powrotem. Dać mu szansę. Ponownie wpuścić go do swojego życia, byleby tylko udowodnić im obojgu, że mogli poradzić sobie z całą resztą. Nawet teraz w tej chwili ufała mu bardziej niż kiedykolwiek zasługiwał. Powinien czuć ulgę. Czuł się parszywie.
Była w stanie zrobić dla niego to wszystko. Bez chwili zastanowienia. Czemu więc nie chciała uwierzyć mu w to, co mówił? Zadbać o siebie, o swoje własne szczęście. Czemu miał wrażenie, że tak bardzo wiązała je z nim, z jego popapranymi sprawami, z jego krzywdzącym podejściem do ich wspólnego domu, do wspólnej przyszłości... ...że traciła w tym siebie? Zatracała się. Widział to.
To łamało mu serce.
Stali na dachu w całkowitej ciemności. Tylko oni, nikt więcej. Ich dwoje. Blisko siebie, a jednak ponownie, jakby zaczynały dzielić ich mile. Mżawka delikatnie muskała ich twarze, powoli przeradzała się w deszcz.
Wepchnął ręce do kieszeni kitla, odrywając je od chłodnej barierki, byleby tylko coś zrobić z dłońmi. Coś, co nie było tym naturalnym, odruchowym gestem. Nie mógł wyciągnąć ich ku Geraldine. Wciąż słyszał w uszach echo jej słów. Tych, które były jednocześnie obietnicą i przekleństwem.
- Nie mogę być twoim mężczyzną - powiedział, choć każde słowo sprawiało mu ból. - Nie zasługujesz na ból, który ze sobą targam. Miałaś go już za dużo. Z czasem będzie ci łatwiej. To minie. Wiem, że boli, kurewsko boli, ale minie - okłamywał ją? Okłamywał siebie?
To było jak wyrok, który musiał wykonać, mimo że w głębi serca pragnął krzyczeć, że to nieprawda.
A jednak zamilkł. Kolejny raz zatapiając się w aurze miasta, które nigdy nie zasypiało, ale teraz wydawało się okryte ciężką, niemal nienaturalną ciszą.
Noc otulała ich jak granatowy, niemal czarny, zniszczony koc. Wiatr delikatnie muskał ich twarze. Mżawka stawała się coraz mocniejsza, jakby natura próbowała dopasować się do aury między nimi. Nimi, których nie powinno być. Nie widział dla nich szczęśliwej przyszłości. Nie widział dla nich żadnej przyszłości. Czuł, że jego serce krzyczy a umysł stara się znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, które mogłoby ich uratować. Ale w tej chwili, w tej mżawce i w tej nocnej ciszy czuł się zagubiony, bezradny. Stał nad przepaścią ziejącą pomiędzy dachami. Z sercem wypełnionym rozpaczą, goryczą i żalem, które nie miały ujścia.
Z uczuciami, których nie mógł kierować tam, gdzie tego pragnął. To była miłość. To zawsze była i miała być miłość, nawet jeśli nie mogła zbudować między nimi mostu nad przepaścią. Spadała wraz z kroplami deszczu. Wraz ze łzami cieknącymi po policzkach jego jedynej. Nie miało być nikogo innego. To była ich osobista tragedia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
26.02.2025, 16:54  ✶  

Zaczęło padać, ponownie. Deszcz jednak nie przynosił ukojenia, nie zmywał tego uczucia pustki, które się pojawiło, pogłębiał chłód, który ogarnął jej ciało. Wiedziała, że nic tu po niej, że nie powinna kontynuować tej rozmowy, bo nie miała ona żadnego sensu. Nic w ten sposób nie osiągnie, wszystko sobie wyjaśnili, chociaż, czy aby na pewno? Docierały do niej jego słowa. Słyszała je, chociaż nie do końca chciała je akceptować, tyle, że co innego jej pozostawało? Nic. Nie miało być już niczego.

Najwyraźniej miał to być koniec tej iluzji, którą tworzyli, koniec tego zawieszenia w którym tkwili. Wszystko miało zakończyć się tu i teraz, chociaż zupełnie nie zakładała tego, kiedy znalazła się w tym miejscu. Być może powinna to zrobić, bo przecież kiedyś musiało się to stać, nie znała dnia, ani godziny, ale ten moment najwyraźniej nadszedł. Czy jej się to podobało, czy nie, to właśnie się działo.

- Najwyraźniej nic nie ma sensu. - Do tego zmierzali. Co to za różnica, czy walczyli, czy nie walczyli, skoro do niczego ich to nie prowadziło. To bolało, ale nie dało się nie dostrzec, że właśnie tak było. Próbowała coś zdziałać, ale nie skończyło się to żadną zmianą, po co więc to robiła, skoro przynosiło to tylko i wyłącznie większy ból i cierpienie, dla niej i dla niego. Zdawała sobie z tego sprawę, chyba to faktycznie był moment, w którym powinna odpuścić, nie miała innego wyjścia. Od kilku dni przecież waliła głową w ścianę, której nie mogła ruszyć. Właściwie to trochę podziwiała Ambroisa za to samozaparcie, był w tym silniejszy od niej, ona zaczęła właśnie rezygnować, chociaż też była uparta, najwyraźniej nie tak bardzo jak on.

- Tak, to wszystko jest Twoją odpowiedzialnością, skoro tego chciałeś, niech tak będzie. - Ileż mogła próbować mu uświadomić, że to nigdy nie była tylko i wyłącznie jego odpowiedzialność? Nie dało się tego powtarzać co chwilę skoro chciał wziąć to na siebie, być czarnym charakterem w tej opowieści, niech mu będzie. Zaakceptowała to, chociaż podświadomie wiedziała, że jest zupełnie inaczej. Był to ich wspólny dramat, czy mówili o tym głośno, czy nie. Jedno i drugie było w tym przypadku ofiarą, tylko każde patrzyło na to ze swojej perspektywy. Od kilku dni miotali się w tym wszystkim, działali zupełnie nieświadomie, nie mieli żadnej kontroli nad tym, co się z nimi działo.

- Tak, nie możemy wrócić do tego co było, i nic na nas nie czeka, a to co jest teraz to iluzja. Rozumiem to wszystko. - Jej głos się załamywał, chociaż naprawdę próbowała go kontrolować, nie umiała jednak w tej chwili tego zrobić. Była rozżalona, nie chciała, żeby to skończyło się w ten sposób, nie dzisiaj, ale chyba przekroczyli granicę. Prawda ich do tego doprowadziła.

- Wobec tego akceptuję to co się z nami stało, akceptuję to, że znowu nie chciałeś walczyć, akceptuję to wszystko. - W końcu na niego spojrzała, bo się poddała. Mógł zobaczyć, że z nią wygrał. Nie miała zamiaru już niczego próbować. Straciła nadzieję, przyjęła rzeczywistość taką jaka faktycznie była. Nie miała siły na to, żeby nadal wmawiać sobie, że jeszcze mogą coś zmienić. To nigdy nie miało szansy zadziałać, nie kiedy ona była jedyną osobą, która chciała, żeby to się udało.

- Kurwa, niczego nie mogę zmienić, w tym tkwi największy problem. - Mógł jej mówić, że było inaczej, ale ona miała świadomość, jak to wyglądało z jej strony. Wiedziała co czuła, zdawała sobie sprawę, że nigdy się to nie zmieni. Musiała więc pogodzić się z tym, że będzie nieszczęśliwym, samotnym człowiekiem, dla którego nie było lepszego jutra. Już dawno temu dostrzegła to, że tylko i wyłącznie przy nim mogła być szczęśliwa, na dłuższą metę. Ich losy były ze sobą splecione, czy tego chcieli, czy nie. W tym przypadku wiązało się to z wieloletnim cierpieniem. Najwyraźniej nie miała innego wyjścia, jak to zaakceptować, pogodzić się z tym, że tak musiało być.

Nikt nie będzie w stanie pomóc jej poradzić sobie z tym poczuciem straty. To też już przerabiała. Byli ze sobą zbyt blisko, za bardzo jej na nim zależało. Nigdy nie uda jej się z tym pogodzić. Po raz kolejny czuła, jakby ktoś wyrywał jej część serca i duszy, ale powinna się na to przygotować, to nie był pierwszy raz. Ciekawe, czy zdarzy się kolejny, czy była szansa na to, że kiedyś się to zmieni, czy już zawsze będzie wybrakowana? Z tego, co ostatnio ustalili tak miało być do usranej śmierci. Będzie się to za nią ciągnęło przez całe życie, musiała się przyzwyczaić do tego uczucia pustki. Nie chciała tego, ale nie miała innego wyjścia. Decyzja została podjęta, może nie do końca przez nią, ale wypadało ją zaakceptować. Mogła próbować walczyć, ale wiedziała, że to nic nie da, nie miała żadnych, nawet najmniejszych szans na to, że osiągnie sukces, a nie chciała ciągle przegrywać. Lepiej było chyba zacząć oswajać się z myślą, że tak już będzie. Zaszyje się na trochę w swoim mieszkaniu, może znowu gdzieś zniknie, nie - tym razem nie mogła zniknąć, miała przecież tyle niedokończonych spraw, które czekały na to, aż w końcu się nimi zajmie. Musiała jakoś odnaleźć się w tej rzeczywistości bez niego, mając świadomość, że przecież gdzieś tam jest i ciągle ją kocha. Nie do końca potrafiła zrozumieć tę narrację, nie radziła sobie z tym, jak to wyglądało, ale to niczego nie zmieniało. Czas przywyknąć do tego, że tak właśnie miała wyglądać jej przyszłość.

Mogła mu powtarzać, że był dla niej wszystkim, że był najlepszym, co jej się przytrafiło, a on ciągle mówił o tym, że nie był wystarczający, że zasługiwała na kogoś lepszego. To była przepychanka, która nie miała najmniejszego sensu. Odbijali w siebie argumentami, które niczego nie przynosiły, niczego nie dawały.

- To nie minie. Uświadom sobie, że to nie minie, tak będzie zawsze. - Nie wierzyła w to, że kiedykolwiek się to zmieni, to za bardzo bolało. Mógł sobie myśleć co chciał, ale ona wiedziała swoje. Była skazana na wieczne potępienie. Mając świadomość, że tuż obok jest ktoś, na kimś najbardziej jej zależy, a u czyjego boku nie mogła być. To była ich osobista tragedia, pogodziła się z tym. Nie miała jednak złudzeń, wiedziała, że to nigdy nie minie, tylko każdego dnia będzie ją niszczyć jeszcze bardziej.

- To chyba koniec. - Wbiła w końcu wzrok w swoje buty, bo nie potrafiła teraz spojrzeć mu w twarz. Ktoś musiał to powiedzieć, padło na nią, zabawne, bo przecież robiła co mogła, aby do tego nie doszło, ale najwyraźniej to było nieuchronne. Musiało się wydarzyć. Zdawała sobie z tego sprawę od samego początku, a i tak udawała, że jest inaczej. Kierowała się mrzonkami, które okazały się nie mieć żadnego sensu. To był jej wybór, teraz wypadało się pogodzić z konsekwencjami, które musiały się pojawić, prędzej, czy później, właściwie to i tak udało im się wyrwać rzeczywistości ten tydzień, to dosyć długo, nie spodziewała się, że ten moment zawieszenia będzie tyle trwał. Liczyła na więcej, ale najwyraźniej to też nie było im pisane, powinna się teraz odwrócić na pięcie i stąd odejść, ale póki co utknęła w miejscu. Wydawało jej się, że jej ciało jest okropnie ociężałe i nie może się ruszyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
26.02.2025, 18:23  ✶  
Nie chciał, by ta chwila, ta noc kończyła się w ten sposób. Czuł jak chłodny wiatr smaga jego twarz, ale nie zwracał na to uwagi. Jego myśli były całkowicie pochłonięte jedną osobą. Tą, którą w tym momencie ranił równie mocno, jeśli nie mocniej niż siebie samego. A przecież nigdy tego nie chciał. Stał z nią na krawędzi dachu, wpatrując się w ciemne niebo, na którym powoli znikały te nieliczne gwiazdy dostrzegalne tam chwilę wcześniej. Zasnuwały je powracające deszczowe chmury.
Nie chciał tego słyszeć. Nie chciał, by to, co ich łączyło kończyło się w tak brutalny sposób. Tym bardziej, że przecież byli ze sobą całkowicie szczerzy. Oboje wiedzieli, że to nie miało tak po prostu wygasnąć, zniknąć, odejść. Tak, mógł próbować mówić Geraldine, że to, ten ból kiedyś minie, ale czy sam w to wierzył? Nie. Nigdy nie miał tego zrobić.
Przyjmował jej kolejne wypowiedzi, wpatrzony w przestrzeń przed nim. Pogrążony w niemal nienaturalnym milczeniu, starając się zachować twarz. Nie odpowiedzieć na wycelowane w niego słowa w ten sposób, w który zazwyczaj by zareagował. Nie wejść z nią w dyskusję na temat tego, co było przecież poniekąd odbiciem jego własnych pustych frazesów. Ona wyłącznie mu je teraz powtarzała. W teorii zgadzając się z tym, co mówił. W praktyce?
Poczuł, jakby ziemia się pod nim osunęła.
Tym razem nie potrafił zrzucić tego na karb emocji czy pochopnie wypowiedzianych słów, z których znaczenia nie do końca zdawała sobie sprawę. Tym razem przekaz, którym go obdarzała był wyjątkowo jasny i klarowny. Przemyślany. Nawet jeśli nie teraz w tej chwili to zapewne znacznie wcześniej, być może już wiele dni temu. Możliwe, że podczas jednej z tych ich zażartych kłótni albo wręcz przeciwnie. W chwilach tuż po burzy, gdy oboje powoli starali się odzyskać zdrowy rozsądek.
Tak czy inaczej, wycelowała w niego te słowa z pełną świadomością tego, w jaki sposób miał na nie zareagować. Spodziewała się, że go to ugodzi, że wzbudzi w nim ten wewnętrzny sprzeciw, że poruszy bardzo bolesne struny. Podkurwi go, wprawi go w jeszcze większe rozgoryczenie. Przyprawi go o poczucie niesprawiedliwości płynące z tego teoretycznie bardzo prostego osądu.
Nigdy nie chciał być postrzegany jako ktoś taki. Już sama myśl o tym, że ktokolwiek bliski (obcy go nie obchodzili) mógłby choć pomyśleć o zarzuceniu mu bierności w taki sposób, w jaki zrobiła to teraz Geraldine, napawał go wstrętem. W jej ustach? Wypowiedziane przez nią? Nabierało to jeszcze bardziej gorzkiego wydźwięku.
Nawet, jeśli był całkowicie świadomy, że mówiła to z pełną premedytacją, aby wywołać w nim jakąś reakcję. I poniekąd to zrobiła, czyż nie? Rozszerzyły mu się oczy, powieki zadrgały, kąciki ust wygięły się w mimowolnym grymasie. Zacisnął wargi w bardzo ciasną, wąską linię, oddychając przez nos, czego nie dało się nie dostrzec, gdy jednocześnie wyraźnie poruszały mu się nozdrza.
Walczył, by nie powiedzieć zbyt wiele. Ten wieczór nie powinien wyglądać w ten sposób. Żadna wspólnie spędzona noc nie powinna nieść ze sobą takich druzgocących emocji. W końcu zamierzali się tylko przewietrzyć. Postać tu przez chwilę wypalając papierosy i schodząc na dół przez kafeterię.
W tym momencie o niczym innym nie marzył tak bardzo jak o tym, żeby zignorować wcześniejsze słowa i tak po prostu kupić dziewczynie tę cholerną gorącą czekoladę, nawet jeśli miało ją po niej nosić. Wrócić do gabinetu, wyczekując bladego światła świtu. Wspólnego, nie pierwszego osobno.
Z jednej strony wiedział, że teoretycznie to on był tym, który upierał się, że powinni zakończyć ten rozdział. Z drugiej w głębi duszy wcale tego nie chciał. Nie chciał jej tracić. Kurewsko ją kochał. Pragnął ją pocieszyć, powstrzymać ten ból, który widział w jej oczach. Scałować łzy z policzków smaganych coraz chłodniejszym wiatrem. Ale co mógł zrobić? Powinien przytaknąć, zrozumieć, że to koniec. Powinien, ale nie potrafił.
- Powiedz - odezwał się zamiast tego, czując drżenie własnego głosu, jednak mimo wszystko wypowiadając te słowa.
Głupio? Być może. Nieprzemyślanie? Z pewnością. Tym bardziej, że przecież sama przed chwilą uległa. Zrobiła to. Wypowiedziała te słowa, które powinny przypieczętować nieuchronne. Nie należało w nie wnikać, nie powinno się ich podważać czy zmieniać tego, co już padło między nimi. To było nierozsądne. A jednak gdzieś tam w głębi duszy nie mógł dłużej udawać głuchego. Wciąż słyszał jej słowa, każde z nich brzmiało jak echo odbijające się w jego skołatanej głowie.
Nie chciał jej ranić, nie chciał być źródłem jej cierpienia. W jego sercu narastała bezsilność. Z każdą chwilą czuł jak jego determinacja słabnie. Szczególnie, że wbrew tym wszystkim wypowiedziom nadal stała tuż obok niego. Miał ją na wyciągnięcie ręki. Mógłby dotknąć ramienia Geraldine, powieść palcami po jej rękawie, dotknąć dłoni dziewczyny, bardzo powoli ją za nią chwytając. Patrząc na nią, dostrzegał smutek w jej oczach i to...
...to go rozdzierało. Nie własne uczucia, nie swoje myśli, nie złudzenia, którymi się karmił. Nie głupia, wręcz idiotyczna wiara w to, że mogli tak po prostu spędzić ze sobą tydzień bez jakichkolwiek konsekwencji. Później rozstając się w taki sposób, jakby nie miało to na nich żadnego wpływu. Nigdy w rzeczywistości nie dawali sobie żadnego pożegnania. Podświadomie zaczynali budować wspólne życie od nowa. Pożegnania nie wyglądały w ten sposób.
Wiedział, że powinien pozwolić jej odejść, bo tak wydawało się być najłatwiej. Sam tego chciał, czyż nie? Wymusił to na niej tymi wszystkimi gorzkimi słowami. Nieczułą twardością, zapieraniem się przy swoim stanowisku, odbijaniem wszystkich jej odpowiedzi. Kontrargumentem na każdy argument.
Zupełnie tak, jakby zamiast próbować odnaleźć wspólny grunt, prowadzili starcie, w którym po prostu musieli stanąć po przeciwnych stronach. W którym ktoś wreszcie musiał przegrać a on nie chciał być tym kimś. Nie mógł odpuścić, więc trwał przy swoim. Tyle tylko, że jednocześnie...
...nie potrafił. Kurewsko ją kochał. Każda cząstka jego ciała krzyczała, by ją zatrzymać, by nie pozwolić jej odejść, nawet jeśli jednocześnie rozum podpowiadał mu, że to, co robił było dla niej lepsze. Walczył ze sobą. Z tym, co powinien zrobić a tym, czego naprawdę chciał.
A chciał tylko jednego. Aż jednego. Chciał odpuszczenia. Chciał jej, pragnął obecności Geraldine... ...na każdym kroku, nawet tym tak pochopnie wykonanym jak tego wieczoru, gdy naszła go w pracy. Chciał zabrać ją do swojego gabinetu, gdzie mogliby spędzić razem pierwsze godziny nowego dnia a potem wrócić do domu, jakby nic się nie stało. Marzył o chwili, gdy oboje zasnęliby w tym samym łóżku, otoczeni ciepłem, które tylko oni mogli sobie dać.
Ale nie wierzył, by to było możliwe. Więc czemu nie przyjął tych słów, które rzekomo pragnął usłyszeć? Czemu instynktownie wciąż z nimi dyskutował, jakby nigdy nie dotarły do jego uszu. To był koniec. Ich koniec. Naciskał na to, więc powinien być w stanie to zaakceptować. Przyjąć pełną odpowiedzialność za swoje zachowanie. Postąpić w zgodzie z założeniami. Inaczej to nie miało najmniejszego sensu.
Nie mogli zejść wspólnie na dół a teraz o tym myślał. Nie powinni sobie tego robić. Czuł frustrację, smutek, złość na siebie samego. Dlaczego to musiało tak wyglądać? Dlaczego nie potrafił podjąć decyzji, która wydawała się być jedyną słuszną?
Powinien kiwnąć głową. Ruszyć się z miejsca i wrócić na dół na oddział. Zamiast tego czekał. Czekał, ale na co? Na dalsze gesty ze strony Geraldine idące w parze z wypowiedzianymi słowami? Aż to ona odejdzie, nawet jeśli wcale nie chciał, by tak się stało. Każdy krok, który mogła w każdej zrobić w stronę wyjścia miał być dla niego jak cios w serce.
- Powiedz, gdzie... ...na czym... ...stawiasz granicę - nie uciekał wzrokiem, nie przymykał powiek, tylko w dalszym ciągu wpatrywał się w twarz Geraldine, poszukując jej spojrzenia.
Nie musiał dodawać nic więcej, prawda? Próbować wyjaśniać to, o co ją w tym momencie prosił. Bo tak, to była prośba. Jakkolwiek cicho i zdesperowanie by nie brzmiała, była to prośba. Prośba o coś bardzo konkretnego. Ostateczną formę szczerości bez mydlenia oczu. Jemu czy samej sobie, im obojgu. Każdy miał gdzieś swoją granicę, prawda?
Chciał usłyszeć, gdzie leży granica Geraldine. Po czym tak właściwie nie miało dla niej istnieć nic więcej niż tylko powolne oddalanie się od siebie i przejmująca pustka.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
26.02.2025, 23:18  ✶  

Chyba zaczynała rozumieć dlaczego wcześniej po prostu wyszedł bez słowa i zostawił jej tę notatkę. Pożegnania nie były łatwe, nie takie jak te, które raczej zwiastowały permanentny koniec. Całkowite zakończenie pewnego rozdziału, odcięcie się od siebie na zawsze, bo przecież ku temu zmierzali. Nie sądziła, że za te kilkadziesiąt lat ich drogi się skrzyżują, już nie. Raczej wszystko zmierzało ku temu, że nic już nie miało się zmienić. Musieli pozwolić na to, aby to się stało, bez sensu było brnąć dalej w te kłamstwa, iluzje, bo to nie przynosiło niczego dobrego. Wypadałoby pogodzić się z rzeczywistością, która była szara i przykra, najwyraźniej musiała już taka pozostać.

To będzie w nich tkwiło, nigdy się nie zabliźni, pozostaną z otwartą raną, która będzie powoli ich zabijać. Była tego pewna, tyle, że przecież nic nie mogła z tym zrobić, jasno się wyraził. Nigdy nie miała dostać tego na czym najbardziej jej zależało, jakoś będzie musiała się z tym pogodzić, jakoś to przetrawić. Może faktycznie kiedyś przywyknie do tego uczucia pustki. Wiedziała, że będzie ciężko, ale to, co aktualnie sobie robili również nie było lekkie. Złudna nadzieja nie była im do niczego potrzebna, jej nie była do niczego potrzebna. Musiała jakoś się podnieść, odnaleźć jakikolwiek sens, chociaż nie sądziła, że będzie to łatwe. Raz sobie z tym poradziła, chociaż to chyba zbyt wiele powiedziane. Egzystowała przez ten czas, kiedy byli osobno. Doprowadzała się na skraj, aby poczuć cokolwiek, wróciła do starych nawyków. Zapewne znowu będzie musiała to zrobić, aby czymś się zająć, to nie powinno być szczególnie trudne, chociaż czy na pewno? Świadomość, że pragnęli tego samego, ale nie mogli po to sięgnąć nie ułatwiała sprawy, wtedy było prościej. Miała swoją własną narrację, swoje wytłumaczenie, tym razem znała prawdę i to tylko przytłaczało ją jeszcze bardziej.

Wydawać mogłoby się, że skoro już raz to przeżyli, to ten drugi będzie łatwiejszy. Nic bardziej mylnego. Było jeszcze gorzej, bo stali tuż obok siebie, bo miała świadomość, że znajduje się na wyciągnięcie ręki, wiedziała, że ją kocha. To było druzgocące, przynosiło nieopisany ból, z którym nie mogła nic zrobić. Musiała się przyzwyczaić do tego, że to ciągle w niej będzie, że się go nie pozbędzie.

Kiedy znalazła się w Mungu zupełnie nie spodziewała się tego, co nastąpi. Nie powinna tutaj przychodzić, nie powinna się tutaj znaleźć, nie powinna rozmawiać z nim w ten sposób. To było coś nowego, szczerość i prawda, którą wybrali, tylko dlaczego tak ich to raniło? Chyba wolałaby żyć w kłamstwie, szkoda, że tak późno to do niej dotarło.

Niebo ponownie zniknęło za ciemnymi chmurami, zrobiło się parszywie, chłodno, padał deszcz. Tak miał wyglądać ich koniec, idealna aura wisiała w powietrzu, jeśli chodzi o podejmowanie takich decyzji, wisielcza.

- Chyba wszystko już powiedziałam Roise. - Przez ten tydzień naprawdę wyjątkowo dużo mówiła. Starała się mu pokazać swoją perspektywę, pomóc znaleźć rozwiązanie dla tej patowe sytuacji. Zapewniała go o tym, że jest gotowa na to, aby trwał przy niej dokładnie taki, jaki był naprawdę. Była gotowa to zrobić, nie przeszkadzały jej te drobne mankamenty, które dla niego wydawały się być powodem do tego, aby trzymać się od niej z daleka. Nie rozumiała tego, nie sądziła dlaczego na siłę udowadniał jej, jakim jest złym człowiekiem, próbował sugerować, że tam jest ktoś, na kogo zasługiwała jeszcze bardziej. To nie było prawdą, nie jej. On był jej całym światem, nikt inny. Nie chciała nikogo więcej, nawet jeśli w tej chwili ponownie ją zranił, nawet jeśli znowu miała przez niego cierpieć. Właściwie to przecież nie mogła tego zwalić na niego, była to również jej wina, sama w to weszła zdając sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji, truła się nie do końca wiedząc jaka dawka może jej faktycznie zaszkodzić.

Powiedziała mu to, co musiało zostać powiedziane. Któreś z nich musiało to zrobić, nie chciała być tą, która ciągle będzie wybierać złudzenia, postanowiła więc być tą osobą, która powie to w głos. Nie, żeby to było dla niej łatwe, nie kiedy to ona naprawdę starała się znaleźć dla nich jakieś rozwiązanie, gdy widziała ich razem w przyszłości. Wzięła to jednak na siebie, chcąc mu chyba pokazać to, że dotarło to do niej w końcu, że uzmysłowiła sobie, że wszystko stracone. Przegrała, poniosła klęskę, w sytuacji w której nie potrafiła tego do końca zaakceptować. Nie znosiła porażek, ale to było chyba największym dramatem w jej życiu.

Nie sądziła, że kiedyś ich to spotka, że zdecydują się wybrać to, co wydawało im się być właściwe, zamiast próbować o siebie walczyć. Najwyraźniej mało o nich wiedziała, najwyraźniej gdzieś stracili tę swoją butność, nie umieli już walczyć ramię w ramię przeciwko całemu światu. To było przykre, ale czasem tak już bywało, że niektóre rzeczy były po prostu przykre, pozostawało nad nimi zapłakać.

To właśnie robiła, zupełnie nieświadomie. Łzy pojawiły się na jej policzkach, mieszały się z kroplami deszczu, które padały na jej twarz, dzięki czemu nie czuła ich słonego smaku na swoich ustach. Powinna stąd odejść, jak najszybciej, zniknąć w murach szpitala, wybiec z niego jak najszybciej i się gdzieś zaszyć.

- Granicę? - Powtórzyła za nim. Czy naprawdę oczekiwał, że jeszcze o tym zadecyduje? Że to ona podejmie decyzję kiedy w końcu się rozejdą, każde w swoją stronę. Najlepiej by było, gdyby właśnie teraz, w tej chwili stąd odeszła. Zniknęła na tych schodach, przepadła w mroku ciemnej nocy. To byłoby prawdziwe wyznaczenie granicy. Już się przecież poddała, już była gotowa się oddalić. Teraz miała zmienić zdanie i zdecydować o tym, kiedy faktycznie to zrobi? Nie była chyba na tyle samoświadoma, nie umiała, aż tak się kontrolować. Kurwa, wypełniały ją naprawdę silne emocje, jak niby miała sobie z nimi radzić, po tej rozmowie? Po uświadomieniu sobie, że to miało stać się już, teraz?

- Widma, ustalmy co to za runy, i na tym się skończy. - Głos jej drżał, zagryzła policzek od wewnątrz nie chcąc za nadto reagować. Nie powinni tego robić, zupełnie niepotrzebnie zaczęli zajmować się tymi sprawami razem. Miała jednak zamiar teraz trochę bardziej świadomie do tego podchodzić, wyznaczyli w końcu moment, w którym faktycznie miał nadejść koniec, wiedzieli, czego powinni się spodziewać, wszystko było jasne. Później? Później pewnie od czasu do czasu napisze do niego list, żeby sprawdzić, czy wie kim jest i to by było na tyle z tego, co mieli, co mieli mieć.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (16987), Geraldine Greengrass-Yaxley (11680)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa