• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] The world was on fire | Prudence & Benjy

[08.09.1972] The world was on fire | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
26.03.2025, 22:00  ✶  

Miała wrażenie, że z każdą mijającą minutą wokół nich robiło się coraz głośniej. Krzyki, piski, te wszystkie dźwięki wydawały się brzmieć coraz bardziej intensywnie. Być może wcześniej się na moment odcięła, szczególnie, gdy wpatrywała się w ogień z tą intensywnością. Następnie nastąpił ten wybuch, tuż obok nich, kiedy ukrył ją w swoich ramionach, wtedy nieco ich zagłuszyło, a teraz, w tej chwili wszystko brzmiało już całkiem wyraźnie. Niestety. Nie dało się zupełnie ignorować tych odgłosów, wiedziała, że jest bardzo źle, gorzej właściwie chyba być nie mogło?

Pożar wydawał się być ogromny, nie mogła dostrzec końca jasnej łuny, która pojawiła się na niebie. Zapewne płonęło całe miasto, a przynajmniej jego spora część, to było przerażające, nie mogli tutaj zostać. Tutaj nie było bezpiecznie. Ministerstwo było jej pierwszym odruchem, bo mogła się tam na coś przydać, no i pewnie jeszcze stało, nie miała podobnej pewności co do swojego mieszkania, które znajdowało się niedaleko.

Zamyślił się na moment, nie miała pojęcia co siedziało w głowie stojącego przed nią mężczyzny, jednak wolała w to nie wnikać. Każdy miał swoje traumy, swoje przeżycia, swoje historie, a to nie był odpowiedni moment na to, aby o nie wypytywać. Może kiedyś jeszcze będzie miała szansę dowiedzieć się o nim czegoś więcej, bo te oczy nie dawały jej spokoju. Musiała go już gdzieś widzieć, dużo wcześniej, musiała go znać, tylko jeszcze nie połączyła kropek, co było dla niej całkiem irytujące, bo jej mózg zazwyczaj nie miewał takich problemów, zasypywał ją całą masą powiązań, ciekawostek wtedy, kiedy nie było to potrzebne, a gdy faktycznie potrzebowała informacji - zawodził ją.

- Najpierw wypadałoby chyba mieć takie instynkty. - Nie ma się co oszukiwać. Prudence nie należała do osób, które często znajdowały się w podobnych okolicznościach. Bywało, że jej życie znajdowało się w niebezpieczeństwie, po Nokturnie chodziły bowiem różne męty, ale to było niczym przy sile żywioły, która aktualnie była ich największym problemem. Nie miała doświadczenia w takich sytuacjach. Jasne mogła w głowie ułożyć sobie całą teorię, co powinna robić w tej chwili, ale co z tego, czymże były jej kalkulacje w prawdziwym życiu? Wystarczył jeden czynnik, który by się zmienił i mogła skończyć martwa, to nie były szczególnie barwne wizje.

W przeciwieństwie do niej mężczyzna wydawał się mieć jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób powinni się zachować, to był całkiem dobry początek do tego, aby jakoś to przetrwać. Zresztą już jej poniekąd to udowodnił. Nie miał oporu przed tym, żeby zabrać ją z ulicy, później osłonić swoim ciałem. Ufała mu - co było dość dziwne, bo raczej nie tak łatwo było zdobyć jej zaufanie, ale no, ocalił jej życie, co mówiło samo za siebie, nie chciał zrobić jej krzywdy.

- Trudno jest się nie bać, kiedy wokół dzieje się coś takiego. - Czy mogła być pewna, że w którymś momencie to co zobaczy znowu jej nie sparaliżuje, nie? W jej wypadku nawet nie był to jej strach, a ta choroba, która komplikowała jej życie. Gdyby doszedł kolejny czynnik, gdyby pojawił się strach, który nie pozwoliłby się jej ruszyć, mogłaby skończyć dość nieciekawie. Może właśnie na tym powinna się skupić, nie pozwolić lękom za bardzo wpływać na podejmowane przez nią decyzje.

- Jeśli tego właśnie chcesz. - To chyba stała się teraz jego problemem. Nie znosiła tego, nie lubiła mieć poczucia, że jest od kogoś zależna, ale w tej chwili nie bardzo miała inne wyjście. Czy tego chciała, czy nie, zdawała sobie sprawę, że sama będzie miała trudności, aby się stąd wydostać. Postanowił jej pomóc - nie zmuszała go do tego, to niby był jego wybór, dlaczego więc mimo wszystko czuła się trochę jakby tego od niego wymagała? Kiedy przeniósł ją z głównej ulicy zadecydował o tym, że ich losy tej nocy, przynajmniej częściowo się ze sobą splotły. Nie była już sama, nie musiała się martwić o to, że umrze tutaj bez kogoś znajomego, chociaż właściwie to jego też nie znała, nie jakoś zbyt dobrze. Mrugnęła, nie mogła pozwolić na to, aby jej myśli znowu zaczęły błądzić. Musieli działać. Zniknąć stąd jak najszybciej się da.

- Zdecydowanie lepiej, dostałbyś lizaka, ale tak się składa, że wszystkie zostały w moim mieszkaniu. - Dzielnym pacjentom należała się nagroda, no i tym współpracującym też. Ulżyło jej, przynajmniej chwilowo, bo trochę parzy mogło nieść ze sobą jakieś obrażenia, ale nie wydawało jej się, żeby mógł je przed nią teraz ukryć. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, przeszywała go wzrokiem, ale w końcu odpuściła. Chyba faktycznie uwierzyła w to, co mówił.

Nie do końca wiedziała, czego dotyczyła jego jakże zgrabnie rzucona kurwa. Próbowała to rozgryźć, ale za cholerę nie miała pojęcia, co wyszło tym razem. Nie dostrzegła czegoś? Coś się stało? Wcale nie było trudno o to, żeby faktycznie tak było, bo rozpraszała się wyjątkowo odgłosami, które dochodziły z okolicy.

Dopiero po krótkiej chwili zorientowała się, że przyglądał się jej nogom. Były chyba całkiem proste? Prawda? Nic im nie dolegało, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dopiero po chwili zorientowała się, że mogło chodzić o jej obuwie. Cóż, nie, żeby przemyślała je jakoś specjalnie, gdy ekspresowo opuszczała swoje mieszkanie. Zdecydowanie mogła wybrać coś, co byłoby bardziej wygodne podczas przeprawy przez tłum ludzi, no ale tego nie zrobiła. Nie pomyślała, Prudence nie wpadła na to, że powinna dostosować buty do sytuacji, to tylko świadczyło o tym, że faktycznie spanikowała.

Mówił, żeby słuchała, no to właśnie to robiła. Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami i słuchała, tak jak tego oczekiwał. Najwyraźniej jednak nie mógł do końca się wysłowić, bo chwilę zajęło mu przejście do konkretów. Bletchley była cierpliwa, czekała, aż w końcu wykrzesze z siebie to, co zamierzał powiedzieć.

W końcu to z siebie wyrzucił. Osłupiała, tak. Nie do końca tego się spodziewała. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, aż w końcu się odezwała, przy okazji taksowała go wzrokiem, najwyraźniej zaczęła coś szacować. - Mogę spróbować, ale, ale nie dam rady się tam wdrapać. Jesteś wysoki. - Dodała jeszcze, bo przecież on na pewno nie zdawał sobie z tego sprawy, a ona nie. Ona była dość drobna. Nie miała jak wleźć mu na plecy, pewnie by nawet nie doskoczyła na taką wysokość.

Rozumiała skąd wziął się ten pomysł, naprawdę. Istniała szansa na to, że mogła mu się zgubić w tym tłumie, ktoś mógłby ją zdeptać, właściwie mogła wymienić sporo sytuacji, w których mogłoby się jej coś stać. To nie był taki głupi pomysł, naprawdę, tylko jakoś musiała wleźć na te jego plecy. Pewnie dałaby radę się utrzymać, przynajmniej tak się jej wydawało.

Póki co nadal trzymała jego dłoń, nie wypuściła jej, nadal wpatrywała się w mężczyznę, zastanawiała się, czy będzie dla niego ogromnym ciężarem, jeśli już znajdzie się na jego plecach, bo nie chciała, bardzo nie chciała, żeby przez nią coś mu się stało, a to mogło być dość problematyczne.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
28.03.2025, 13:48  ✶  
Wszystko działo się tak szybko. Ogień huczał wokół nas, a dym unosił się w górę, tworząc czarną zasłonę nad Londynem. Bardziej poetycka osoba pewnie nazwałaby to „całunem pogrzebowym” albo „woalem żałobnym” - nie wiem, dlaczego mi też to przyszło na myśl, ale patrząc na moją towarzyszkę, nie byłem w stanie odgonić tej myśli. Może dlatego, że w tym świetle wyglądała jak ucieleśnienie śmierci, z popiołem na twarzy i tymi głębokimi, ciemnymi oczami, które przeszywały mnie na wskroś? W powietrzu unosiły się chmury dymu, gęste i duszące, nie miały litości - dusiły mnie, mimo chusty na twarzy.
Sam nie do końca wiedziałem, jak do tego doszło, ale stałem w sercu tego żywiołu, z obcą kobietą u mego boku. Byliśmy w tym razem - dwoje obcych sobie ludzi, którzy stali się sojusznikami w walce z żywiołem. Jej twarz była blada, chociaż przez popiół, nawet w blasku ognia nie można było tego dostrzec w pełni. Oczy miała szeroko otwarte, jakby chciała wchłonąć wszystko, co działo się wokół, ale jednocześnie jeszcze przed chwilą była tak zdezorientowana, jakby nagle znalazła się w innym świecie. To było bardzo znajome spojrzenie, tyle tylko, że nie mogłem przypomnieć sobie, gdzie już je kiedyś widziałem.
Patrzyłem bezpośrednio na obcą kobietę, której twarz była jednocześnie znajoma i zupełnie obca. Zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili - trochę paradoksalnie, nie przeczę - to właśnie ona przyciągała moją uwagę bardziej niż jakikolwiek inny element tego piekielnego krajobrazu. Ogień tańczył w jej oczach. Jeszcze wyższe płomienie już się zbliżały, czułem ich gorąco na swojej skórze, a dym wypełniał mi nozdrza. Kiedy uratowałem ją przed wybuchem pobliskiej apteki, nie miałem pojęcia, że nasze losy splotą się w tak nieprzewidywalny sposób. To był odruch - potem zamierzałem... Nie wiem, co zamierzałem, ale nie to. Teraz byłem odpowiedzialny nie tylko za siebie. Minęły wieki, odkąd to było dla mnie naturalne, ale w tym momencie nie czułem się przytłoczony na myśl o tym. Zwykle w takich sytuacjach myślałem o sobie - o tym, jak się ratować, ale tym razem było inaczej. Zaryzykowałem życie w obliczu wybuchu, więc nie mogłem zawieść jej teraz. Nie zamierzałem porzucić jej na pastwę losu. Czułem, że muszę zadbać o nią, jakby była częścią mnie - dawała mi wrażenie kogoś, kto był mi bardzo bliski. Wydawało mi się, że znam ją od lat, że nasze ścieżki kiedyś się skrzyżowały, mimo, że to nie mogło być prawdą. Może to tylko złudzenie, które powstaje w chwilach kryzysowych - w obliczu niebezpieczeństwa, które sprawia, że ludzie wydają się sobie bliżsi, niż są w rzeczywistości.
Moje ręce opierały się o coraz bardziej ciepłe mury kamienic, a ja nachylałem się nad nią w taki sposób, żeby mogła spojrzeć mi w oczy bez potrzeby zbyt mocnego unoszenia podbródka do góry. Mimo to, przewaga wzrostu, którą miałem nad nią, w dalszym ciągu sprawiała, że musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mi w oczy. To był dziwny układ - tym dziwniejszy, że z innej perspektywy mogłem wyglądać, jakbym ją osaczył. Oczywiście, gdyby ktoś dostrzegł kobietę, a mogłyby to zrobić tylko osoby z balkonów. Pod innymi kątami widzenia zasłaniałem ją całą. Mierzyłem blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, moje ramiona były szerokie, a klatka piersiowa mocna - efekty lat spędzonych w wymagających warunkach. Moja postać górowała nad nią, mimo tego, że naprawdę starałem się nie być przytłaczający. Zamiast tego, teraz pochylałem się nad nią już tylko po to, aby usłyszeć jej słowa. Półdługie, ciemnobrązowe włosy, niemal czarne, opadały mi na czoło - zazwyczaj, w takich sytuacjach, odruchowo zdmuchiwałem je z twarzy. Teraz nie mogłem - na szyi miałem chustę, która zasłaniała mi usta i nos.
Mieliśmy jakieś dwadzieścia-kilka centymetrów różnicy wzrostu - nie dodając podeszw butów - bliżej trzydziestu niż dwudziestu, więc nie miała łatwego zadania, by przekrzyczeć tłum i porozumiewać się ze mną. Wokół nas dźwięki płonącego miasta zdawały się zlewać w jeden nieprzerwany harmider - ludzie uciekali w panice, niektórzy krzyczeli, a inni zawodzili, zanosząc się płaczem. Starałem się głośno mówić, ale do kompletu z trwałą dolegliwością, wciąż miałem na twarzy chustę, która zasłaniała mi usta i nos, sprawiając, że moje słowa brzmiały jak szept. To już nie był pomruk, przez niektóre, co bardziej frywolne panny, nazywanym „seksownie egzotycznym” - tak, nawet upierdliwa wada wymowy może przejść płazem, gdy się właściwie wygląda - to było mamrotanie albo raczej charczenie przez bolące gardło. Wciągnąłem powietrze, próbując znaleźć odpowiednie słowa, by rozładować napięcie.
- Wies. - Powiedziałem, starając się nadać mojemu głosowi lekko żartobliwy ton. - Kaszdy s nas ma w sobie takie instynkty. Mosze twoje szą tylko tlochę pszypylone, ale s pewnoszcią tam szą. - W moim głosie brzmiał lekki uśmiech, chociaż wiedziałem, że nasza sytuacja była daleka od śmiesznej. - Odwaga to panowanie nad sztlachem, a nie brak sztlachu. - Spojrzałem na nią ponownie, licząc na to, że zrozumie, o co mi chodzi. Wpatrując się jej w oczy, powiedziałem ze śmiertelną powagą. - To nie ja, to jakiś mugol, któly nie szyje, więc moszesz go cytować do woli. - Zerknąłem na nią, próbując wywołać uśmiech. - Nie chosi o to, szeby się nie baś. Chosi o to, szeby nie daś panice szię loskulwiś. Nie poswól... Ce connald te baisel. Baise-le plutôt. - Nie byłem w stanie tego przełożyć z ulicznego w interpretacji najebanego, starego klątwołamacza na angielski - niestety. „Nie pozwól temu kurwiowi cię rozkurwić, pierdol go pierwsza?” Coś w ten deseń. - To coś supełnie innego. - Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. - To jusz moja wypowieś. Nie zamieszam umsześ, więc mnie nie cytuj. - Dodałem, nie odrywając wzroku od jej oczu. Wzruszyłem ramionami, starając się rozładować napięcie - nawet nam to wspólnie wychodziło.
Uśmiechnąłem się do niej, chociaż nawet, gdyby nie chusta na twarzy, to byłby to ledwie widoczny grymas, zaledwie cień radości w obliczu chaosu. Zapomniałem się - nie zwróciłem uwagi na to, że nie mogła dostrzec mojego wyrazu pod materiałem. Dla mnie to był uśmiech, który miał za zadanie rozładować napięcie. Jej żart brzmiał groteskowo w obliczu tego, co nas otaczało, ale wywołał rozbawienie, na kilka sekund - nie dłużej, dostrzegalne na mojej twarzy, zwłaszcza w oczach.
- Wies. - Zacząłem, starając się nadać swojemu głosowi lekkość. - Mosze to nie jeszt odpowiedni moment, ale odnotuj szobie, sze zalegas mi lisaka. Kiedyś się po niego odeswę. - Uśmiechnąłem się delikatnie, próbując rozładować napięcie, które wisiało w powietrzu. - Muszi być poseszkowy, innego nie pszyjmę. - Moje słowa brzmiały jak nonsens w obliczu otaczającego nas piekła, ale takie drobiazgi zdawały się jedynym sposobem na zachowanie resztek normalności, jednak wkrótce spoważniałem - gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem, jak powaga sytuacji wraca ze zdwojoną siłą. Sytuacja, w której się znajdowaliśmy, była zbyt niebezpieczna. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. To była kwestia życia i śmierci - oboje mogliśmy zginąć tej nocy.
Na chwilę zapanowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem płomieni. Zauważyłem, jak oczy kobiety - pełne całkowicie słusznej konsternacji - zlustrowały mnie, a na jej twarzy pojawił się cień zwątpienia. Zatrzymałem wzrok na jej oczach, które zdawały się przenikać mnie na wylot. Prawda - mogłem się domyślić. Pokiwałem głową, dając jej do zrozumienia, że nie ma problemu. Rzeczywiście, wiedziałem, że muszę się pochylić, żeby ułatwić kobiecie wspinaczkę. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, jakby to miało dodać nam otuchy w obliczu chaosu, który nas otaczał. Wtedy to poczułem - mój wzrok mój padł na pierścionek zaręczynowy, który lśnił w blasku płomieni i bez wątpienia wzywał mnie do refleksji. Zdałem sobie sprawę, że wcześniej też go dostrzegłem. Przypomniałem sobie, że wcześniej już go zauważyłem, ale w ferworze wydarzeń jakoś umknął mi z pamięci. No, cóż… Może ten narzeczony czekał na nią w kostnicy, do której mieliśmy iść - z tego, co wiedziałem, pracowało tam kilka zespołów. Najwyraźniej był w bezpiecznym miejscu, skoro się o niego nie zamartwiała, albo umiał sobie poradzić. Nie pytałem o to, w tej chwili nie było to istotne.
- Gotowa? - Spytałem zamiast tego, po czym od razu puszczając jej dłoń, odwróciłem się do niej plecami, by przykucnąć - przy okazji sprawdzając, czy nie mam rozwiązanych butów. Zgiąłem kolana, kucając, a następnie pochyliłem się lekko. Wyciągnąłem ramię do tyłu, dając jej możliwość złapania się, jeśli poczuje, że tego potrzebuje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
29.03.2025, 00:49  ✶  

To pewnie można by uznać za dość kontrowersyjne, jednak Prue w ogóle się go nie bała. Mimo tego, że nad nią górował (o co wcale nie było tak trudno), mimo, że wyglądał na kogoś, kto potrafi zrobić krzywdę jeśli tego chce, to dzisiaj mu zaufała. Zresztą nie pierwszy raz. Kilka dni temu przecież też postanowiła skorzystać z wyciągniętej ręki. Nie reagowała tak często, raczej wolała być zdana na siebie, jednak w tym przypadku całkiem łatwo jej to przychodziło. Zaufanie, w tej chwili w sytuacji, w której mogła stracić życie, nie uważała jednak, że jest to nie na miejscu. Coś jej mówiło, że nie pozwoli na to, aby stała się jej krzywda. Może była naiwna, i głupia, ale jakie miała wyjście?

Zresztą udowodnił jej przed chwilą, że potrafi o nią zadbać. Uchronił kobietę przed wybuchem, do którego doszło w pobliskiej aptece. Zasłonił ją swoim własnym ciałem. To było naprawdę wiele, szczególnie, że wcześniej bezceremonialnie podniósł ją i przeniósł w bezpieczne miejsce (no, bardziej bezpieczne, niż to w którym się znajdowała). Nie miała podstaw, aby wątpić w jego zamiary. Tyle, że też nie wydawało jej się być to całkiem normalnym zachowaniem, kto w takim momencie myślał o innych, zamiast przejmować się tylko i wyłącznie sobą? Nie do końca wiedziała, co o nim myśleć, ale w tej chwili skłaniała się ku temu, że był po prostu dobrym człowiekiem, któremu los obcych nie był obojętny. W sumie w tej chwili nie zupełnie obcych, bo jej. Właściwie nie poznała jego imienia, nie byli zupełnie nieznajomymi, bo przecież ostatnio już ich drogi się skrzyżowały, teraz jednak wydawało jej się to być w pewien sposób wyjątkowe. Na pewno nie bez powodu znalazł się tutaj teraz, to musiało coś znaczyć, czy gdyby nie on płomienie by ją pożarły? Nie mogła tego wiedzieć. Na pewno była mu okropnie wdzięczna za to, że zainteresował się jej losem, bo przecież nie musiał tego robić. Mógł przejść obok niej zupełnie obojętnie, bo się nie znali. Nie miała pojęcia dlaczego, ale to wcale nie wydawało jej się tak oczywiste, znała te brązowe oczy, które teraz na nią spoglądały, na pewno je kojarzyła, tyle, że nadal nie miała pojęcia skąd. To było dla niej dziwne, ale nie zamierzała się teraz na tym skupiać, może kiedyś dostanie odpowiedź na te wszystkie pytania, które zaczynały ją nurtować.

Czuła się wyjątkowo bezpiecznie w jego towarzystwie, chociaż wyglądał na kogoś, kto wiedział w jaki sposób zranić inną osobę. Chcąc nie chcąc zdążyła zmierzyć swoim wzrokiem jego sylwetkę, która zdecydowanie nad nią górowała, ale sprawiało to tylko i wyłącznie to, że czuła się bardziej bezpiecznie. Zabawne, nie miała w zwyczaju ufać osobom jak on, ale tym razem przychodziło jej to bardzo łatwo. Może przez to, że czuła, że go zna? Nie miała pojęcia, nie mogła jednak zaprzeczyć, że naprawdę cieszyła się, że był tutaj z nim, a nie sama. Wyglądał na kogoś, kto miał większe pojęcie o tym, jak radzić sobie w takich kryzysowych sytuacjach.

Musiała unosić głowę do góry, kiedy się do niego odzywała, widziała jednak, że próbuje się schylać, to było całkiem miłe, ta świadomość, że nie traktował jej jako zbędnego bagażu, ale próbował z nią rozmawiać, chociaż warunki średnio sprzyjały konwersacji.

- Chyba bardziej w to wierzysz niż ja sama. - Niby miała świadomość, że każdy powinien posiadać takie instynkty, ale te jej były chyba bardzo mocno ukryte. Zdawała sobie sprawę z tego, że była poniekąd dziwna z tymi swoimi zawieszeniami, które przytrafiały się jej w najmniej odpowiednich momentach. Ile patrzyłaby się w ogień gdyby jej nie złapał? Czy wybuch apteki by jej nie zmiótł? Nie mogła mieć co do tego pewności. Jednak tutaj stała, cała i zdrowa, wiedziała komu to zawdzięczała.

- Brak strachu to chyba bardziej głupota. - Wiedziała, jak to działało. Brak strachu wiązał się ze zbyt wielką pewnością siebie, a ta mogła doprowadzić do tragedii, dobrze było mieć w sobie choć odrobinę ostrożności, ale faktycznie nie powinno się bać wszystkiego. To również nie służyło, łatwo mówić, ale najlepiej było odnaleźć jakiś złoty środek.

- Jakiś mugol, który nie żyje brzmi bardzo wiarygodnie... - Nie, żeby miała problem z mugolami, wręcz przeciwnie, uważała, że warto czerpać z ich wiedzy, bo mogli się dzięki temu dość sporo nauczyć, jednak potrzebowałaby nazwiska, aby faktycznie móc korzystać z tego cytatu. Lubiła brzmieć w miarę profesjonalnie, gdy korzystała z takich ciekawostek.

Pokręciła jedynie z powątpiewaniem głową, gdy znowu odezwał się do niej po francusku, nie znała tego języka, będzie musiała chyba nadrobić braki... chociaż nie miała zbyt częstej szansy na to, aby faktycznie go słuchać. Dosyć lekko brzmiał ton jego głosu, kiedy sięgał po ten język. Może spędził we Francji trochę czasu? Nie miała pojęcia, nie wiedziała dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiała. - To nie zawsze jest tylko panika, ale rozumiem do czego zmierzasz. - W jej przypadku było wręcz przeciwnie - był to przesadny spokój i oderwanie od rzeczywistości. Nie miała zamiaru panikować, potrafiła grać i być zupełnie obojętna, kiedy wymagała tego sytuacja, nawet taka jak ta, gdzie mogłoby się wydawać, że świat się właśnie kończył.

- Myślisz, że można cytować tylko martwych? - Nie, wcale tak nie było. Mogłaby skorzystać z jego słów, wspomnieć o tym, że kiedyś ktoś mądry powiedział jej coś takiego. Dobrze było wiedzieć, że nie zamierzał dzisiaj umrzeć, bo w sumie to ona też nie, a że ich drogi się skrzyżowały to oznaczałoby, że mają podobne plany co do tego wieczora. Przetrwać - niby nic wielkiego, ale patrząc na to, co działo się wokół nich to wcale nie było takie proste.

Nie przestawała wpatrywać się w jego oczy, kiedy rozmawiali, nie powinno to nikogo dziwić, bo resztę twarzy miał zakrytą chustą, właściwie to mogłaby się zarzekać, że dostrzegła błysk w jego oczach, chyba się zaśmiał? Czy mogła być tego pewna, no nie do końca. Pozostawało wierzyć w to, że faktycznie chociaż przez chwilę poprawiła mu humor.

- Porzeczkowy, jasne, będzie na Ciebie czekał. Jak coś, wiesz, gdzie mieszkam. - W końcu zaprowadziła go do siebie wtedy, aby pomóc mu z kolanem, co może nie było szczególnie rozsądne, ale najwyraźniej w towarzystwie tego mężczyzny nie do końca zachowywała się rozsądnie, co ciekawe, nie miała wobec tego sobie nic do zarzucenia, po prostu tak się składało, sytuacje, które ich spotykały nie były do końca typowe - musiała być elastyczna i tyle.

Dobrze było na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Poczuć się, jakby faktycznie istniała nadzieja na to, że kiedyś wręczy mu tego lizaka, chociaż świat pochłaniał chaos, nawet nie miała pojęcia, czy jej mieszkanie będzie jeszcze stało.

Czuła od niego spore wsparcie, właściwie to prowadził ją nieco przez to, co działo się wokół nich. To było całkiem budujące. Nie musiała radzić sobie z tym sama, mogła się zdać na kogoś innego - nie zdarzało się jej to zbyt często. Ułatwiało jej to odnalezienie się w tym chaosie, pewnie sama nie poradziłaby sobie zupełnie.

Mężczyzna był duży, właściwie to dla kogoś wzrostu Prudence wydawał się być naprawdę ogromny. Jego pomysł? Cóż, nie wydawał jej się być zły, zresztą lepszego nie znaleźli. Pochylił się, dzięki czemu mogła się na niego wspiąć, nie zwlekała, czas raczej ich naglił, bo przecież płomienie pochłaniały coraz większą część Londynu. Wypuściła w końcu jego dłoń, aby znaleźć się za nim, właściwie to on się do niej odwrócił - myślał o wszystkim. Nie wzgardziła wyciągniętym ramieniem, wiedziała, że bez tego mogłaby mieć problem z tym, aby poradzić sobie z usadowieniem się na jego plecach.

- Tak. - Powiedziała jeszcze pewnie, chociaż nie miała pojęcia, czy faktycznie była na to gotowa. Podjęła jednak decyzję, zgodziła się na ten pomysł, bo wydawał się być najlepszym z możliwych (właściwie to chyba innego nie mieli).

Wdrapywała się na niego krótką chwilę, aż w końcu całkiem wygodnie się usadowiła. Nie wydawało jej się, aby miała spaść, gdy się podniósł, kurczowo zaciskała dłonie, na jego ramionach, aby mieć pewność, że się z niego nie zsunie. Mogli ruszyć dalej.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6606), Prudence Fenwick (7437)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa