Pewnych sytuacji nie dało się przewidzieć. To była jedna z nich. Nie zamierzała zastanawiać się jak właściwie do tego doszło - bo była pewna, że nie umiałaby odpowiedzieć na to pytanie. To stało się samo, może nieco temu pomogła zmianą nastawienia, jednak wszystko inne wydarzyło się szybko, zupełnie znienacka i chyba po prostu zaakceptowała ten stan rzeczy. Jakby to była najbardziej normalna sytuacja na świecie.
Miała świadomość, że nieco ich spowalnia, nie była przyzwyczajona do pieszych wędrówek, nigdy jakoś specjalnie nie pasjonował jej podobny sposób na spędzanie wolnego czasu. Nie ma się co oszukiwać, Bletchley wybierała raczej aktywności umysłowe nad te, które mogłoby nieco nadwyrężyć jej organizm, ale okazało się, że dreptanie po górach może być całkiem miłe, wystarczy mieć tylko odpowiednie towarzystwo. Tutaj też zupełnie niespodziewanie dowiedziała się, że właściwym kompanem okazał się ktoś, kogo nigdy by o to nie podejrzewała.
Nie narzekała, sama chciała wziąć udział w tej eskapadzie, głupio by było więc teraz marudzić i psuć im ten całkiem przyjemny poranek. Zamiast tego po prostu szła, jakby faktycznie nic jej nie przeszkadzało, zagajała go jeszcze, aby zająć czymś myśli o odsunąć je od tego nie do końca przemyślanego obuwia jak na taką wędrówkę. To działało, może zdarzało jej się kilka razy pomyśleć o tym, że mogła wybrać lepiej, jednak nie dochodziło do tego tak często, jak mogłoby się dziać. Zdecydowanie wolała po prostu skupić się na tym, co miał jej do powiedzenia, bo dzięki temu mogła go nieco bardziej poznać, a chciała to zrobić. Skoro już odsunęli od siebie dawne waśnie, to miała zamiar wykorzystać ten czas i dowiedzieć się o nim więcej, okazywało się bowiem, że wcale nie był taki zamknięty w sobie, zresztą nie zakładała, że tak będzie. Powiedział jej już co nieco podczas ich wspólnej przeprawy przez płonący Londyn, może wtedy nie wiedziała kim jest, ale okazało się, że umieją ze sobą rozmawiać i nie było to zwyczajne wygłaszanie poglądów, drętwa konwersacja, wręcz przeciwnie, dogadywali się naprawę nieźle, pozwalali sobie nawet na drobną dyskusję, poruszali naprawdę różne tematy. Wiedziała, że nie mówi jej wszystkiego, ale nie musiał tego robić, bo przecież to miało być tylko chwilowe, zniknąć tak szybko, jak się pojawiło, ale i tak wykorzystywali ten moment całkiem obiecująco.
Kiedy czuła się dobrze w czyimś towarzystwie nie miała większych problemów z tym, aby odnaleźć się w rozmowie. Inaczej zdarzało się jej dystansować, raczej tylko i wyłącznie słuchać, kiwać głową i wprowadzać dystans. W tej chwili mówiła, pytała, robiła to z ogromną lekkością, bo nie czuła, że musi się pilnować. Naprawdę towarzyszyło jej dziwne poczucie bezpieczeństwa w jego towarzystwie, i dotyczyło ono różnych płaszczyzn. Nie była wścibska, nie dopytywała, nie ciągnęła za język, akceptowała te odpowiedzi, które jej dawał. Uważała, że to i tak jest dosyć sporo, jak na to, że dopiero zaczynali tworzyć ten chwilowy kolektyw.
- Wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że to raczej rzadko się ze sobą łączy, więc musi być ona naprawdę wyjątkową kobietą. - Wiedziała, jak to zazwyczaj wyglądało, rzadko kiedy takim osobom towarzyszył rozsądek, raczej zatracali się w podejmowaniu irracjonalnych decyzji, chcąc udowodnić, jacy to byli niesamowici. Ciotka Corio musiała mieć wiele siły, skoro udało jej się ogarnąć ten pierdolnik w postaci zgrai dojrzewających chłopaków. Trochę ją zaczęła za to podziwiać, szczególnie, że było widać iż nawet po latach darzą ją szacunkiem, doceniali to, co dla nich zrobiła. Rzadko kiedy ktoś wypowiadał się w podobny sposób o dorosłych ze swojego otoczenia.
- Powinnam się tego spodziewać, przypadkiem znalazł się obok i został, to jest do niego podobne. - Wcale jej to nie dziwiło, jej brat nie pasował do schematu grupy, którą tworzyli, a i tak jakoś się do niej wkręcił. Wzięli go pod swoje skrzydła, dzięki czemu chyba całkiem nieźle wspominał szkolne lata, zaskakujące jednak było to, że zostało tak do dzisiaj. Oni wszyscy nadal się ze sobą trzymali, w dorosłym życiu i nieco im tego zazdrościła, tej przynależności do grupy. Wiedzieli, że mogą na siebie liczyć w najtrudniejszych sytuacjach, dosyć często takie relacje rozmywały się w dorosłym życiu, a tutaj było zupełnie inaczej.
- Tak właściwie to mu się nie dziwię, chyba też wolałabym wybrać Was nawet na tamtym etapie, niż Ślizgonów, oni byli jeszcze gorsi. - Nie miała szczególnie przyjemnych wspomnień z uczniami, którzy należeli do domu Slytherina. Potrafili być okropni i okrutni, często przekraczali granice, i jak czasem starała się zrozumieć, że przyjaciele jej brata próbowali się po prostu dobrze bawić (nie do końca akceptowała ich metody), tak Ci drudzy bawili się głównie przez wyrządzanie krzywdy innym. Miała z nimi dość sporo do czynienia, bo ktoś pomyślał, że nadaje się na prefekta, do tej pory nie uważała, że ta decyzja była mocno przemyślana, bo w tamtych czasach brakowało jej pewności siebie, właściwie to może nawet przez tę funkcję zaczęła ją nabywać, więc może to jednak miało jakiś sens?
Nie było sensu negować tego, że mieli już swoje lata. Ona również zdawała sobie z tego sprawę, czas płynął dość szybko, może nawet za szybko. Do tego akurat oni byli dosyć mocno doświadczeni przez życie. To powodowało, że faktycznie czuła się nieco starsza, niż była. Łapała się na tym, że bywała po prostu zmęczona tym, co jej się przytrafiło. Pogodziła się z tym losem, jednak zastanawiała się nad tym, co by było, gdyby jednak jej życie potoczyło się inaczej, nie mogła tego sprawdzić, więc pozostawała jej akceptacja takiego stanu rzeczy.
- Chyba zapomniałeś o tym, że wiem, że te dokumenty nie są prawdziwe, to, że mi je pokażesz niczego nie zmieni. - Mógł mieć nową tożsamość, ale przecież go znała, wiedziała, jak wyglądała sytuacja. Nie miała zamiaru na osobności sugerować się tymi nie do końca prawdziwymi papierami. W sumie to doceniała to, że przyznał jej się do tego kim jest. Nie musiał tego robić, mógł iść w zupełnie inną narrację i miała wrażenie, że nikt nie puściłby pary z ust, nawet jej brat, a jednak sam Benjy przyznał jej się do tego, kim kiedyś był. Musiał jej ufać chociaż odrobinę, bo przecież inaczej nie podzieliłby się z Prue tą tajemnicą. Dobrze było mieć tę świadomość, że jej nie skreślił, tylko próbował nieco zmienić ich relację.
Nieco to było dosyć delikatne określenie na to, jak potoczyły się sprawy między nimi. Już dawno temu powinna była się domyślić, że temu napięciu, które zawsze im towarzyszyło można było dopisać też inne emocje poza nienawiścią. Nie zauważała jednak tego, może nie chciała zobaczyć, bo tak było prościej. Wtedy nie uważała, że takie komplikacje są jej do czegoś potrzebne, teraz zupełnie jej nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie, chciała zobaczyć, jak to jest nawiązać z nim bliższą więź, chociaż na chwilę. Nie miała pojęcia dlaczego ją to tak fascynowało, ale nie oszukiwała się, że jest inaczej. Dawno nie otworzyła się przed nikim w ten sposób, a to też mówiło samo za siebie.
- Tego nigdy się nie dowiesz, ale zdecydowanie mogło się to skończyć gorzej, więc chyba jednak nie była to taka słaba decyzja. - Wydawało jej się, że mogło się stać dokładnie tak jak mówił. Gdyby postąpił mniej impulsywnie, mniej zdecydowanie to pewnie nie udałoby się mu odciąć. Trudno było powoli uciec od teraźniejszości, były do tego potrzebne drastyczne reakcje, inaczej to nie mogło zadziałać. Nie zawsze nadmierne myślenie, i próby przynosiły efekty, czasem spontaniczność i brak rozwagi wydawał się być lepszym wyborem. Czy w ogóle w sytuacji, w której się znalazł miał wybór? Nie do końca jej się tak wydawało. Mógł albo żyć po swojemu, przeciwstawiając się rodzinie, albo utknąć na zawsze w tym świecie, w którym wcale nie chciał tkwić. Postąpił dosyć odważnie, rzucił się na głęboką wodę, ale przeżył, to było chyba najbardziej istotne w tej chwili.
Zostawił za sobą dawne życie, nie było od tego odwrotu, wybrał wolność, to wcale nie było głupim zachowaniem. Zabawne, że jeszcze niedawno myślała, że faktycznie siedzi w Australii, jakże łatwo przyszło jej uwierzenie w to, że postanowił wybrać taki żywot. Nie wydawał jej się nigdzie być osobą, którą łatwo można było zmusić do pewnych zachowań, wręcz przeciwnie im bardziej narzucało mu się swoje zdanie, tym bardziej walczył z tym, aby go nie zaakceptować i postąpić zupełnie odwrotnie. Nie spodziewała się, że będzie to wiązało się z odcięciem od dawnego życia, jak widać miał w sobie zdecydowanie więcej tego buntu, niż zakładała. Mógł jak większość - wybrać prostszą drogę, jakoś odnaleźć się w tym, do czego go przygotowano, a jednak zdecydował się uciec ze znanego mu kraju i spróbować żyć po swojemu. To było godne podziwu. Łapała się na tym, że zaczynała go w pewien sposób rozumieć, a przynajmniej te jego niektóre metody działania. Docierały do niej jego argumenty, chociaż chyba on sam nie do końca uważał, że postąpił w odpowiedni sposób, bo mówił o tym tak, jakby mógł zrobić coś lepiej. Wcale nie była o tym przekonana.
Bletchley sama była zdziwiona tym, że jeszcze nie zaliczyła żadnej, spektakularnej gleby. Na pewno nadarzyłoby się ku temu kilka okazji, reagowała jednak w miarę szybko na zmianę warunków na drodze, no i nie ma się co oszukiwać, korzystała z wyciągniętego w jej stronę ramienia, na którym mogła się oprzeć. To wszystko powodowało ten sukces, który osiągnęła, no przynajmniej jak na razie, bo nie dotarli jeszcze do celu. Mogła jeszcze zaskoczyć i siebie i jego jakim potknięciem, tak właściwie to pewnie nawet by to jej nie zdziwiło.
Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby stwierdzić ten oczywisty fakt. Każdy kto ją znał wiedział, że była raczej ostrożna, postępowała właściwie, spełniała jakieś narzucone normy. Nie miała w sobie buntu, gdy była młodsza, nie widziała potrzeby, aby się stawiać, nie miała z czym walczyć, ani po co. Wydawało jej się, że to całkiem spokojne życie jej pasowało, dopiero ostatnio dostrzegła, że przez tą zachowawczość dość sporo straciła, ale oczy zazwyczaj otwierały się w bardzo drastycznych sytuacjach.
- Mówisz? Jako specjalista na pewno masz z tym spore doświadczenie. - Nie wydawało jej się, aby faktycznie tak było, jasne ostatnio nieco zmieniła swój standardowy tok postępowania, ale czy to było, aż takie kontrowersyjne? Nadal to nie były rzeczy, które mogły jakoś specjalnie mieć wpływ na to, jak wyglądało jej życie, tylko drobne przyjemności, na które postanowiła sobie pozwolić.
Poczuła, że robi jej się cieplej, kiedy wspomniał o tym, jaka była zbuntowana i sięgnął po te, jakże konkretne argumenty. - Widzisz, na stare lata postanowiłam zacząć korzystać z życia, lepiej późno, niż wcale, czy coś. To całkiem przyjemne. - Wyjęcie kija z wiadomej części ciała, odpuszczenie sobie chociaż na chwilę, przestanie przejmować się tym, że coś nie wypada. Nie miała pojęcia, czy tak już jej zostanie, ale chciała korzystać z tego, że póki co wydawało jej się to być całkiem miłą odmianą. I miała świadomość tego, że nic z tego nie wydarzyłoby się, gdyby on znowu nie pojawił się w jej życiu, to Benjy był odpowiedzialny za tę drobną zmianę, zapewne praktycznie niezauważalną dla nikogo innego, tylko on widział te
- No i najważniejsze, nie jesteś obcy, a że to pierwszy taki przypadek, to nie wiem, czy faktycznie jestem, aż taka zbuntowana. - Dodała jeszcze, bo przecież okazało się, że się znają, zresztą czuła to od samego początku ich pierwszej, ponownej interakcji. Może nie miała pewności, ale przeczucie jej nie myliło, faktycznie tak było. Nie, żeby to, coś zmieniało w tym jej niewłaściwym postępowaniu, bo przecież wtedy jeszcze nie wiedziała, czy ma rację.
Z lekkością lawirowali między różnymi tematami, tymi prostszymi, mniej wymagającymi, ale też zupełnie przeciwnymi. Rozmowa sama przybierała ten dziwny kształt, toczyła się swoim trybem, to było zupełnie naturalne. Nie spodziewała się, że będą kiedykolwiek w stanie mówić do siebie w ten sposób. Jak widać niezbadane były wyroki siły wyższej. Musieli zniknąć ze swojego życia na jakieś piętnaście lat, aby dostrzec to, że potrafili to robić, ba potrafili robić ze sobą zdecydowanie więcej, niż tylko rozmawiać. Łapała się na tym, że myślała o tym, co się między nimi wydarzyło tego poranka, nie umiała tego ignorować, gdy na niego spoglądała ukradkiem, serce zaczynało bić jej szybciej, co nie było szczególnie dobrym znakiem, bo wiedziała, że nic z tego nie będzie. To miała być chwilowa, odmieniona znajomość, moment zapomnienia, którego potrzebowali i mogli z niego skorzystać, gdy znajdowali się w tym miejscu.
- Nie dałabym się złapać, myślisz, że jestem takim łatwym przeciwnikiem? Na pewno jakoś bym uniknęła tego Azkabanu. - Miała swoje sposoby, może i była poukładana i spokojna, jednak nie zaakceptowałaby takiej kolei rzeczy. Nie było chyba nic gorszego od utknięcia w Azkabanie, to była droga ku końcowi. - Na szczęście nie umiem rzucać, więc nie muszę się martwić tym, że mogłabym tam trafić. Okazuje się, że jednak bycie pierdołą, może mieć jakieś zalety. - Nie, żeby w ogóle kiedyś odważyła się zrobić coś podobnego, bo przecież wiedziała, gdzie jest jej miejsce, nie mogła się wyróżniać i atakować tych popierdoleńców, bo nie przyniosłoby jej to niczego dobrego, nawet gdyby była w stanie trafić cegłą w przeciwnika.
- Tak, myślę, że na pewno ucieszyliby się z takiego spotkania, to na pewno byłaby niezapomniana kolacja. - Nie wątpiła, że byłoby inaczej, mogła to też być ostatnia kolacja w jej życiu, nie wydawało jej się bowiem, żeby mieli w zwyczaju negocjować z kimś, kto chciał ich powstrzymać, czy im zaszkodzić. Ich działania to potwierdzały, nie mieli skrupułów, a wiadomo, że w życiu konsekwencje ewentualnego działania mogły być dużo gorsze od tych w szkole. Tam nauczyciele dbali o ich bezpieczeństwo, w realnym życiu - nikt nie mógł ich ochronić, musieli sobie radzić zupełnie sami.
- Myślisz, że warto byłoby to zrobić? Na pewno byś ich wkurzył i jeszcze zaczęliby na Ciebie polować, nie wiem, czy ten widok to na pewno odpowiedni powód, zaczęłam Cię lubić. - Dodała jeszcze zupełnie szczerze. Tak, tamci zasługiwali na odpowiednie traktowanie, ale wiedziała, jak mogło się skończyć zadzieranie z nimi, wolałaby, aby Benjy nie zwracał jednak na nich swojej uwagi, i tak nie był aktualnie na pewno ulubieńcem elity po tym numerze, który wywinął kilkanaście lat temu. Wzgardził wszystkim, co reprezentowali i postanowił podążać swoją drogą, to mogło zirytować środowisko. Takie zachowania nie były tam tolerowane.
- Będę miała to na uwadze, nie wymagam przecież, że zostaniesz na stałe moim tragarzem. - Oczywiście, że musiała sobie poradzić sama, bo przecież nie znajdowali się w sytuacji zagrożenia życia. Może jej buty nie były odpowiednie, jednak jakoś próbowała sobie radzić z tą drogą. Przyznała się do tego, że nie do końca dawała sobie radę, to nie zmieniało jednak faktu, że zamierzała odpuścić, nie kiedy już tyle drogi mieli za sobą, a cel znajdował się właściwie na wyciągnięcie ręki. Odpocznie jak znajdzie się na miejscu, nie musiała ich jeszcze bardziej opóźniać. Tym razem, to chyba ona nie chciała wyjść na cipowatą, co w sumie w jej przypadku nie było chyba niczym, aż tak złym, bo jednak była kobietą, no ale... zawzięła się i chciała coś udowodnić i sobie i poniekąd jemu. Nie była pierwszą, lepszą panną z miasta, która miała zamiar zacząć marudzić.
- Niektórzy są przygotowani na górskie wędrówki, a inni na śmierć, nie wiem, co lepsze. Cieszę się, że to doceniasz. - Oczywiście, że nie można było poznać, ani dnia, ani godziny, lepiej było być przygotowanym na najgorsze, w każdym momencie. Nie, żeby zakładała, że to będzie ten moment, bo chyba nie spotkała się jeszcze od czasu kiedy pracowała jako antropolog z przypadkiem śmierci przez niewygodne buty. Jasne, mogło się to zakończyć nieco bardziej dramatycznie, na przykład potknięciem się o swoje stopy i uderzeniem bardzo felernie w jakiś kamień, ale to akurat jej nie groziło, bo trzymała się jego. Była bezpieczna.
Nie mogła się powstrzymać przed tym zawieszeniem wzroku, i tak dosyć długo była bardzo dyskretna w spoglądaniu na niego podczas tego wspólnego spaceru. Starała się nie wpatrywać się w mężczyznę zbyt długo, nie zwracać na siebie uwagi, bo to mogłoby zasugerować o czym myślała. Nie zakończyło się to sukcesem, bo w końcu pękła i to zrobiła. Nie mogła dłużej się pilnować. Nie po tym, co jak do tej pory razem przeżyli. Wiedziała, że to był dopiero początek, że chcieli, czegoś więcej, inaczej przecież nie kontynuowali by tej swojej nowej znajomości, nie opuściliby bez zastanowienia tego letniego domu, nie szukaliby miejsca, ani powodu do tego, aby znaleźć się razem gdzieś indziej, z dala od świata. Chcieli sprawdzić to, co mógł im przynieść ten tydzień, nie było to może szczególnie odpowiedzialne, pakowanie się w taką dziwną znajomość, ale już ustalili przecież, że Prudence zaczęła się buntować przeciwko swojemu rozsądkowi i coraz bardziej się jej to podobało.
- Tak, robi wrażenie. - i kromlech i on, ale tego nie dopowiedziała, udało się jej ugryźć w język. Przestała się w niego tak intensywnie wpatrywać, aby docenić piękno miejsca, w które ją zabrał. Było niesamowite, samo to, że ktoś stworzył ten krąg w tym miejscu... na pewno nie działo się to bez przyczyny, musiała znajdować się tutaj jakaś silna moc, która miała na to wpływ. To miejsce miało wiele historii do opowiedzenia, sporo widziało, a teraz wydawało się być zapomniane. Mogłaby się skusić, spróbować dotrzeć do części z nich, ale nie była na to przygotowana, wielka szkoda, żałowała, że nie zabrała ze sobą swoich świeczek, może kiedyś będzie miała okazję to powtórzyć, może to nie był jej ostatni raz w tym miejscu.
Wypuścił jej ramię, dzięki czemu mogła sama ruszyć się nieco dalej, rozejrzeć się, docenić piękno tego miejsca. Poczuła jego dłoń na swoich plecach, spowodowało to, że odetchnęła głęboko, nabrała w płuca zimnego powietrza, nie powinna skupiać się teraz na jego dotyku, to byłoby chyba profanacją, jak widać jednak to to w tej chwili było dla niej bardziej istotne. Zmieniała się przy nim, zaczęła zwracać uwagę na inne rzeczy, niż zazwyczaj, i wcale, ale to wcale jej to nie przeszkadzało. Nie znaleźli się tu w końcu bez przyczyny, coś powiedziało im, że wspólna wędrówka będzie dobrym pomysłem i właściwie naprawdę tak było.
W końcu zrobiła kilka kroków do przodu, nie spoglądała za horyzont, bo wiedziała, że to może się skończyć dla niej źle, wolała nie myśleć o tym, jak wysoko się teraz znajdowali, zamiast tego podziwiała wyjątkowość tego miejsca. Wiatr przyjemnie muskał jej po twarzy, czuła dziwne poczucie wolności, znaleźli się w innym świecie, z dala od tego, co działo się w teraźniejszości, jakby na moment zupełnie ich nie dotyczyło życie doczesne.
Pytanie, które jej zadał skłoniło ją do myślenia, niby było proste, ale nie do końca wiedziała, jak powinna na nie odpowiedzieć, żeby nie wyjść na banalną. Nigdy się nie rozważała podobnych spraw, nigdy nie zastanawiała się nad tym, co mogłaby zrobić, gdyby chciała przekroczyć granice, bo to nie było w jej stylu.
- To musiałoby być coś spektakularnego wiesz, tyle lat ukrywałam tę swoją buntowniczą naturę... - Że chyba wypadałoby, aby to naprawdę było coś. - Może rzuciłabym pracę w ministerstwie, z dnia na dzień, tak po prostu, właściwie to powiedziałabym, że mają się pałować i jestem dla nich za dobra, i gardzę tym ich nepotyzmem, i stąd wyjechała, nie mówiąc nikomu gdzie się wybieram, zaszyłabym się gdzieś daleko i uczyła czarnomagicznych rytuałów, moje hobby stałoby się sposobem na życie, czy coś. - Nie mogła poświęcić wystarczającej ilości czasu na rozwijanie swojej największej pasji, a tak mogłaby się zająć tym w pełni. Nie musiałaby się przejmować takimi rzeczami, jak praca, czy obowiązki. - Z takich bardziej przyziemnych rzeczy, to nigdy nie zdarzyło mi się pływać po pijaku w blasku księżyca, to też może być całkiem przyjemnym uczuciem i powodować wrażenie wolności, znaleźć się blisko natury, niczym się nie przejmować, zatracić w tej chwili. - To mogło wydawać się całkiem banalne, ale Prue nie robiła takich rzeczy, nigdy dotąd, coś co dla niektórych było pewnie niczym wielkim dla niej stanowiło przeciwieństwo banalności. Była przez te wszystkie lata okropnie zachowawcza, nie popełniała błędów, nie żyła pełnią życia, nie pozwalała sobie na takie momenty bezmyślności. To mogło brzmieć głupio, dlatego zamiast spoglądać na niego, kiedy się odzywała zaczęła wpatrywać się w horyzont, co było chyba błędem, bo zaczął ją nieco przytłaczać ten widok. Jasne było pięknie, ale też strasznie wysoko, przez co zaczął towarzyszyć jej ten znajomy niepokój, który pojawiał się od momentu, w którym spadła z miotły jako dzieciak i od tego czasu przestała akceptować wysokości.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)