13.07.2025, 19:59 ✶
Dotyk jak mantra, tarcie skóry o siebie jak cicha modlitwa dziękczynna. Palce między włosami, palce na karkach, na barkach, w końcu dotarły do łopatek i Miles przycisnęła mężczyzn do siebie raz jeszcze, zaborczo, choć aż tyle i tylko tyle na ile starczało jej sił.
– Nie myślałam o tym wczoraj... nie myślałam tylko robiłam. Ale myślę dziś i cieszę się, że nic Wam się nie stało. Nie ogarniam swoich koszmarów i.. kurwa cieszę się, że nie są prawdziwe. – Jeszcze - syknął okrutny głos w głowie, bo każdy miał swój, ten najsroższy, najmniej przyjemny, najbardziej złowrogi. Bezwzględny. Ale syk ten był zduszony ciężarem miłości i spokoju, który płynął z serc, dwóch serc infekując to trzecie. To było dziwne, leżeć tak pod nimi na hałdzie swoich jeszcze świeżych przecież ubrań, ale Miles rzadko kiedy zwracała uwagę na to, co jest dziwne.
Wrażenie było piorunujące w ten ciepły sposób letniego deszczu obmywającego spieczoną ziemię.
Jak pierwszy łyk piwa po przekopaniu ogródka Bertiego.
Jak złapanie znicza.
Jej znicz teraz nie miał co prawda skrzydeł, ale dysponował podwójnym pakietem kończyn i głów.
– Boję się, że jak Was puszczę to znikniecie – wymamrotała, zdając sobie sprawę ile napięcia ma w swoich ramionach, ile strachu, ile niepewności nagłej szarpiącej skurczem ręce. – A tak jak leżę, to myślę sobie, że jeszcze dziesięć minut i mogłabym wstać zrobić Wam kawę chłopaki... Chyba nie ma nic przyjemniejszego z rana niż taka pobudka... – bablała trochę w zmęczeniu i nie ogarnianiu do końca co się wokół niej dzieje. Adrenalina koszmaru w końcu rozlała się i uszła z ciała, pozostawiając przyjemne odrętwienie i wszechobecny zapach spalenizny. Wczoraj była w piekle. Wczoraj byli w piekle.
– A może rzeczywiście umarłam i trafiłam do raju? Jak myślicie? – kurczowe trzymanie przeszło w przyjemne głaskanie pomiędzy łopatkami. Trochę brakowało im skrzydeł. Nie otwierała oczu. Wolała fantazjować na temat koloru ich piór... – Dostaliście liry, czy macie etat w chórze?
– Nie myślałam o tym wczoraj... nie myślałam tylko robiłam. Ale myślę dziś i cieszę się, że nic Wam się nie stało. Nie ogarniam swoich koszmarów i.. kurwa cieszę się, że nie są prawdziwe. – Jeszcze - syknął okrutny głos w głowie, bo każdy miał swój, ten najsroższy, najmniej przyjemny, najbardziej złowrogi. Bezwzględny. Ale syk ten był zduszony ciężarem miłości i spokoju, który płynął z serc, dwóch serc infekując to trzecie. To było dziwne, leżeć tak pod nimi na hałdzie swoich jeszcze świeżych przecież ubrań, ale Miles rzadko kiedy zwracała uwagę na to, co jest dziwne.
Wrażenie było piorunujące w ten ciepły sposób letniego deszczu obmywającego spieczoną ziemię.
Jak pierwszy łyk piwa po przekopaniu ogródka Bertiego.
Jak złapanie znicza.
Jej znicz teraz nie miał co prawda skrzydeł, ale dysponował podwójnym pakietem kończyn i głów.
– Boję się, że jak Was puszczę to znikniecie – wymamrotała, zdając sobie sprawę ile napięcia ma w swoich ramionach, ile strachu, ile niepewności nagłej szarpiącej skurczem ręce. – A tak jak leżę, to myślę sobie, że jeszcze dziesięć minut i mogłabym wstać zrobić Wam kawę chłopaki... Chyba nie ma nic przyjemniejszego z rana niż taka pobudka... – bablała trochę w zmęczeniu i nie ogarnianiu do końca co się wokół niej dzieje. Adrenalina koszmaru w końcu rozlała się i uszła z ciała, pozostawiając przyjemne odrętwienie i wszechobecny zapach spalenizny. Wczoraj była w piekle. Wczoraj byli w piekle.
– A może rzeczywiście umarłam i trafiłam do raju? Jak myślicie? – kurczowe trzymanie przeszło w przyjemne głaskanie pomiędzy łopatkami. Trochę brakowało im skrzydeł. Nie otwierała oczu. Wolała fantazjować na temat koloru ich piór... – Dostaliście liry, czy macie etat w chórze?