28.10.2025, 19:13 ✶
Magowie.
Byli różni.
Ciekawsi od mugoli, to pewne, choć niewątpliwą rozrywką było przekonanie tychże że mają nad czymś absolutną kontrolę w momencie, kiedy nie mieli kontroli nad niczym mamieni sprawnie tak przez zaklinaczy jak i szarlatanów.
Tymczasem wiedźmy i magowie, czarownice i czarodzieje... och jak ten splot potrafił im uderzyć do głowy, jak potrafił drenować wszelką poczytalność, jak władza deprawuje nie gorzej niż klątwa, a oni... cała nacja... mieli w końcu władzę nad rzeczywistością.
Oczywiście w dwudziestym wieku było nieco lepiej, krew stygła, a może była coraz bardziej rozrzedzana mugolakami, którzy przynosili swoje zwyczaje. Według Gabriela obserwującego rozrost istoty, którą była ludzkość od zbyt dawna, wychodziło to magom na dobre, chociaż wiedział, że sami zainteresowani mają na ten temat odmienne zdanie.
Jego Zielony Duch już pomykał po trawie, załyśniety ogrodem, który i jego oszałamiał. Jej słowa zdawały się znów jak szelest liści, w nieprawdopodobnej, oderwanej od kultury melodii. Przelotnie pomyślał, że jego miniony Pan, bóstwo pozbawione skóry domagające się kolejnych ubrań nakładanych na nagie ramiona dziwacznej, złaknionej krwi rzeźby... że jego bóstwo polubiłoby taką akolitkę.
Czy w jej żyłach płynie zielona krew?
Podążył za duchem, za jego całkiem materialną Zjawą, ale widok flakonika bardzo go zaskoczył. Zmarszczył czoło, niemalże zagniewany na tę okoliczność, bo czy to był jakiś magiczny nawóz? A może trucizna? Dlaczego tutaj? Dlaczego teraz?
Przysiadł na trawie na przeciwko Helloise widząc z jaką skrupulatnością bada znalezisko, wyglądając trochę jak spłoszona wiewiórka obracająca w paluszkach orzeszek. A ten rozbił się i ciecz ulatywała tak szybko. Przez moment zmartwił się, że jego duszka, nimfa, padnie trupem, nim zdąży nasycić go swoim towarzystwem. Z pewną ulgą przyjął fakt, że tak się nie stało.
- Cóż to było? Czy mi się zdawało, czy tchnęło śmiercią... mimo wszystko, choć wkoło pełno życia?
Byli różni.
Ciekawsi od mugoli, to pewne, choć niewątpliwą rozrywką było przekonanie tychże że mają nad czymś absolutną kontrolę w momencie, kiedy nie mieli kontroli nad niczym mamieni sprawnie tak przez zaklinaczy jak i szarlatanów.
Tymczasem wiedźmy i magowie, czarownice i czarodzieje... och jak ten splot potrafił im uderzyć do głowy, jak potrafił drenować wszelką poczytalność, jak władza deprawuje nie gorzej niż klątwa, a oni... cała nacja... mieli w końcu władzę nad rzeczywistością.
Oczywiście w dwudziestym wieku było nieco lepiej, krew stygła, a może była coraz bardziej rozrzedzana mugolakami, którzy przynosili swoje zwyczaje. Według Gabriela obserwującego rozrost istoty, którą była ludzkość od zbyt dawna, wychodziło to magom na dobre, chociaż wiedział, że sami zainteresowani mają na ten temat odmienne zdanie.
Jego Zielony Duch już pomykał po trawie, załyśniety ogrodem, który i jego oszałamiał. Jej słowa zdawały się znów jak szelest liści, w nieprawdopodobnej, oderwanej od kultury melodii. Przelotnie pomyślał, że jego miniony Pan, bóstwo pozbawione skóry domagające się kolejnych ubrań nakładanych na nagie ramiona dziwacznej, złaknionej krwi rzeźby... że jego bóstwo polubiłoby taką akolitkę.
Czy w jej żyłach płynie zielona krew?
Podążył za duchem, za jego całkiem materialną Zjawą, ale widok flakonika bardzo go zaskoczył. Zmarszczył czoło, niemalże zagniewany na tę okoliczność, bo czy to był jakiś magiczny nawóz? A może trucizna? Dlaczego tutaj? Dlaczego teraz?
Przysiadł na trawie na przeciwko Helloise widząc z jaką skrupulatnością bada znalezisko, wyglądając trochę jak spłoszona wiewiórka obracająca w paluszkach orzeszek. A ten rozbił się i ciecz ulatywała tak szybko. Przez moment zmartwił się, że jego duszka, nimfa, padnie trupem, nim zdąży nasycić go swoim towarzystwem. Z pewną ulgą przyjął fakt, że tak się nie stało.
- Cóż to było? Czy mi się zdawało, czy tchnęło śmiercią... mimo wszystko, choć wkoło pełno życia?