• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
12.12.2025, 00:51  ✶  

Nie spodziewała się tego, że spędzi ten wieczór w ten sposób. Nie myślała już o tym, że szkoda jej, że nie jest w domu, z rodziną jak każdego roku. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej nie mogła od siebie odsunąć tych myśli, wszystko jednak zmieniło się, kiedy się tutaj pojawił. Łatwo było o tym zapomnieć, kiedy rozmawiali ze sobą w ten sposób. Zrobiło się między nimi dziwnie lekko, jakby te kilka ostatnich lat wcale nie wyglądało jak wyglądało, jakby nadal się lubili, jak wtedy kiedy byli dzieciakami. Wcale nie ukrywała tego, że poczuła się przy nim dobrze, nie było w niej ani grama tego napięcia, które zazwyczaj pojawiało się, gdy znajdował się obok, wszystko zniknęło tego wieczoru. Potrafili jeszcze ze sobą rozmawiać, to było całkiem zaskakujące, ale też dosyć miłe, bo spodziewała się, że nie jest w stanie już jej tolerować, a jednak czy gdyby tak było to ten wieczór wyglądałby w ten sposób?

Nie odrywała spojrzenia od jego czapki, obserwowała te gibające się rogi, nie dało się od nich oderwać wzroku, oczywiście, że musiał to zauważyć, nic mu przecież nigdy nie umykało, zresztą robiła to niezbyt dyskretnie, ślepy by zauważył to spojrzenie.

- Trudno jest na nie nie patrzeć. Ruszają się co chwilę, kiedy coś mówisz zaczynają dyndać, no i to dosyć nietypowy widok, muszę go zapamiętać, podejrzewam, że nigdy więcej nie zobaczę Cię w czymś podobnym na głowie. - Oczywiście, że musiała się wytłumaczyć, skoro już robiło się między nimi tak lekko, to nie musiała ukrywać tego, co siedziało w jej głowie, że też chwilowa zmiana nastroju wystarczyła, aby nie  gryzła się przy nim w język.

- Nie musisz niczego podejrzewać, one naprawdę mi się podobają, ale nie zamierzam kraść Ci tej czapki, pasuje do Ciebie, dobrze w niej wyglądasz, na pewno bym Ci nie dorównała, zresztą nie dałabym rady Cię okraść, nie oszukujmy się. - Odwróciła na chwilę wzrok w stronę szyby, powinna jednak myśleć o tym, co miała zamiar powiedzieć. Rzuciła to swoje dobrze w niej wyglądasz, jakby nigdy nic, tyle, że zaczęły ją piec policzki, niedobrze, nie mogła w ten sposób na niego reagować, nie powinien nadal poruszać tych emocji, które już dawno nie istniały, kogo właściwie oszukiwała? Nigdy tak do końca nie umarły, po prostu zakopała do bardzo głęboko i właśnie zaczynało wypełzać na powierzchnię.

Na szczęście zaczęli dyskutować o remoncie nietoperzych lokatorów, to pozwoliło jej się oderwać od tych myśli, które zaczęły ją bardzo intensywnie atakować. Kiedyś często rozmawiali na wiele absurdalnych tematów i chyba nie do końca z tego wyrośli, niby byli tacy dorośli, a jednak nie do końca było to widać po tej konwersacji.

- Pani nietoperzowej bardzo nie spodobałaby się wizyta tego pana konserwatora, bo popsułby jej wizję artystyczną, musiałaby się skonsultować z nietoperzem prawnikiem, czy aby na pewno może sobie rościć prawa do narzucania takich zmian. To zajęłoby dodatkowy miesiąc, a może i więcej, podejrzewam, że nie ma zbyt wielu nietoperzy prawników, mało kto jest w stanie zdobyć takie papiery. - Kontynuowała tę ich śmieszną wizję, naprawdę ją to bawiło, uśmiechała się promiennie, dawno tego nie robiła, nie w szkole. - Nie, nie, para nietoperzy będzie musiała najpierw zamówić meble, jak już uda im się dojść do jakiegoś kompromisu, tak naprawdę to po prostu pan nietoperz zgodzi się na wszystko, co chce pani nietoperzowa, to zgłoszą się do nietoperza stolarza, który będzie im te ich mebelki tworzył przez jakieś trzy miesiące, pewnie wskoczą mu kolejne pilne zlecenia i to się nieco przesunie. Dopiero wtedy zaczną przybijać swoje wymarzone szafeczki do sufitu, co też nie będzie łatwe. - Mówiła dalej, słowa wylewały się z niej same i wcale, ale to wcale nie uważała tego za głupie. - Problemów wykonawczych może pojawić się wiele, to prawda, nawet sobie nie wyobrażam, jak trudno jest montować mebelki do góry nogami, pani nietoperzowa wolałaby do tego kogoś zatrudnić, ale on sobie na to nie pozwoli. Skończy się na tym, że będzie musiał zawieszać ten żyrandol pięć razy, a i tak dostanie reprymendę, że źle to zrobił. - Widziała oczami wyobraźni biednego, wykończonego pana nietoperza i jego żonę, w różowej spódniczce, która krzyczała na niego niezadowolona. - Nie wiem, najprędzej wprowadzą się tu chyba we wrześniu, a czy w ogóle jest sens, skoro w grudniu czeka ich urlop i wyprowadzka do ciepłych krajów? - Czy całe to zamieszanie było tego warte, może łatwiej byłoby zacząć budować swoje nietoperze gniazdko za granicą.

- Wiele temperamentu, widać to w ich oczach, ciągle wyglądają, jakby chciały kogoś gryźć, buzie może mają słodziutkie, ale to oczy są zwierciadłem duszy. - Aloysius zawsze był idealnym kompanem do podobnych rozmów, jak nikt inny potrafił się angażować w tworzenie absurdalnych historii, najwyraźniej to nie zniknęło, nadal miał tę lekkość.

- Tak, zaczną zwodzić, że niby są takie przystępne, ale to będą tylko pozory, bardzo szybko skończy się to na zakazie wchodzenia do wieży astronomicznej, zostanie wyłączona z użytku i wszystkie lekcje astronomii zostaną odwołane. - Nie, żeby wydawało jej się, aby uczniowie byli z tego powodu niezadowoleni.

- Tak, jestem w stanie to sobie wyobrazić, tak samo jak te kolejki wkurzonych rodziców do gabinetu dyrektora, rodzina nietoperzy doprowadziłaby do upadku takiej szanowanej szkoły. - To brzmiało jak plan, całkiem sprytny plan dla nietoperzy na przejęcie władzy nad światem czarodziejów, kto wie, co siedziało w tych ich malutkich główkach.

Uśmiechała się do siebie, a może i do niego, dawno tego nie robiła. Kiedyś było to dla niej normą, łatwo było wrócić do starych nawyków i zdawała sobie sprawę, iż było to tylko chwilowe, ale dobrze było mieć koło siebie takiego jak kiedyś chociaż na moment. Nie musiała się przejmować tym, że wbije jej szpilę, mogła rozmawiać z nim jak dawniej, jakby naprawdę się lubili.

Zawiesiła się na moment, gdy nazwał ja w ten wyjątkowy sposób, nie pamiętała kiedy ostatnio się tak do niej zwrócił, jeszcze na drugim roku, może w którymś liście na trzecim? Chyba tak, chyba był to list. To było niezapowiedziane, coś w niej drgnęło, naprawdę zaczynały się w niej budzić dawne emocje, a przecież miała świadomość, że nic już nie jest i nie będzie jak dawniej, nigdy nie będzie, chociaż miało być zawsze.

- Od razu zaćmienie, być może oświecenie. - Nie mogła się nadziwić, jak bardzo próbował zaprzeczyć temu, że miał w sobie czasem opiekuńcze odruchy, miotał się przy tym strasznie, co ją bawiło, bo przecież wiedziała, że gdzieś tam w środku nie był wcale taki na jakiego się kreował. - Być może statystycznie nieistotna, ale w życiu chodzi o coś więcej niż statystykę. - Dodała jeszcze, żeby nie daj Merlinie nie miał ostatniego słowa, zawsze to wyglądało w ten sposób, on rzucał swój argument, ona odbijała go swoim, mogli tak dyskutować bez końca, przynajmniej kiedyś.

Później się nad nią nachylił, patrzył jej w oczy, więc nie miała jak uciec od niego spojrzeniem. Zrobiło się poważniej, jednak nadal nie nieprzyjemnie. - Dobrze, nie będę się z Tobą sprzeczać, bo faktycznie to Twoje przeprosiny, przyjmuję je, sprawa załatwiona. - Nie chciała się skupiać na jednym, niefortunnie wypowiedzianym słowu, nie dzisiaj, normalnie pewnie by mu tego nie odpuściła, najeżyłaby się okropnie, ale to nie był ten dzień, dzisiaj wszystko było inaczej.

Oparła się nieco wygodniej o wyrwę w ścianie, nadal nie odrywała od niego wzroku, znała ten ton, próbował mówić bardzo poważnie o rzeczach, które wcale tego nie potrzebowały, jakby chciał przemówić jej do rozsądku.

- No oczywiście, że moja krótkość jest mankamentem. - Przewróciła oczami, bo być może faktycznie była w tym prawda, ale to, że jego ręce były wyjątkowo długie również było prawdą. - No, chyba, że znalazłabym się na samym spodzie zaspy, wtedy mógłbyś mieć lekki problem. - Wypadało rozważyć każdą możliwość, czyż nie? Mieć rozwiązanie na wszystko, co miało się nigdy nie wydarzyć. Bardzo łatwo im przychodziło to całe gdybanie. Nie umknęło jej to zostaje, zawsze. Poruszyło wręcz dość mocno, chociaż nie powinno. Pamiętała tamte rozmowy, kiedy wydawało im się, że naprawdę relacja która ich łączyła przetrwa wszystko, dość szybko zderzyli się z rzeczywistością, mimo wszystko tamto podejście było zdecydowanie dużo przyjemniejsze od tego.

- Rodzice by się wkurzali, że dzieciaki nie chcą przyjeżdżać na Yule do domu, wezwaliby egzorcystę i tyle by mnie widzieli, podejrzewam, że szybko by się zakończył mój żywot jako ducha. - Tyle by ją widzieli, ale przynajmniej przez moment byłaby ciekawym okazem do obserwacji.

- Nie do końca, znikanie było zawsze trochę moim patentem, Twoim było pojawianie się znikąd, one są ze sobą kompatybilne, ale jednak się różnią. - Prue zawsze chowała się w cieniu, kiedyś pojawiał się przy niej zupełnie znienacka, dzięki tym swoim specjalnym umiejętnościom, to doskonale ze sobą współgrało, przynajmniej kiedyś, teraz doprowadzało ją do okropnej irytacji.

Nie umknęła jej ta duma, gdy wspomniał o tym, że jest wysportowany, nie, nie wydaje jej się, on był wysportowany. No przecież wiedziała, zdawała sobie sprawę z tego, jak doskonale latał na miotle i ile czasu poświęcał na to, by być w formie. To musiało powodować, że był wysportowany. - No tak, cały sezon spędzasz w powietrzu, więc myślałam, że zwisanie głową w dół nie będzie dla Ciebie szczególnie skomplikowane... - Podpuszczała go, rzucała mu wyzwanie i była pewna, że je przyjmie, nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Widziała ten błysk w jego oku, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, lubiła go w tej wersji.

Nie spodziewała się jednak tego, co miało się wydarzyć. Nie zdążyła zareagować, bo Loys postanowił zaprezentować jej swój brzuch, w całej okazałości. Zrobił to bez żadnego ostrzeżenia, tak po prostu podciągnął koszulę, najpierw fragment, tylko po to, by pokazać jej wszystko. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, jej wzrok mimowolnie skierował się na jego brzuch, Merlinie oglądała go bardzo dokładnie, chociaż nie powinna.

Jego skóra miała jeszcze złotobrązowy kolor, zapewne pamiątkę po poprzednim sezonie i czasie, który spędził w powietrzu na słońcu, nie mogła oprzeć się przed tym, aby podążyć wzrokiem za tą linią włosów, miała nadzieję, że nie widać było po jej twarzy, jak bardzo podobał się jej ten widok. Znowu przygryzła dolną wargę, zrobiła to jednak na tyle mocno, że poczuła krew pod językiem, to spowodowało, że się opamiętała, niewiele brakowało, a jeszcze zaczęłaby się tutaj ślinić. Prudence ogarnij się na Morganę.

Na samym końcu zwróciła uwagę na tego wspaniałego siniaka, zaprawdę niesamowity okaz, musiał mocno oberwać, albo ktoś mu przydzwonił, albo przeżył bliższe spotkanie z tłuczkiem, nieco skrzywiła się na ten widok. Mieli kiedyś umowę, że będzie ją informował o tym, kiedy coś go bolało, już ich nie dotyczyła, a szkoda, bo to naprawdę wyglądało, jakby bolało, miała ochotę natychmiast posmarować to maścią od ojca, dzięki temu mogłaby sprawdzić przy okazji, jak bardzo były twarde te mięśnie na jego brzuchu...

Mrugnęła, żeby odsunąć od siebie te myśli, zaczynało się jej robić ciepło, a przecież mury o które się opierała były chłodne, co właściwie się z nią działo... przydałoby się, aby ktoś jej wylał kubeł zimnej wody na głowę.

Odpowiedziała mu dopiero po chwili, kiedy koszula w końcu zakryła jego brzuch. Trochę brakowało jej słów, ale musiała być dzielna. - Faktycznie masz nie najgorsze predyspozycje. - Nie mogła przecież powiedzieć, że miał najlepsze, chyba spłonęłaby przed nim ze wstydu. - Wisz, nie wiem, czy byłbyś w stanie spełnić moje życzenia. - Odpowiedziała uśmiechając się przy tym delikatnie, oczy jej błysnęły, chociaż nie powinny. - Chodziło tylko o zwisanie głową w dół, ale możemy znaleźć jakąś inną aktywność, zastępczą, która chociaż odrobinę będzie przypominała tą nietoperzą. - Bo przecież ciągle rozmawiali o jego zastępstwie za te malutkie zwierzątka.

Miała wrażenie, że utknęli w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, z dala od wszystkich innych, byli tu tylko oni we dwójkę i doskonale bawili się w swoim towarzystwie, nie do końca wiedziała, co chciała im w ten sposób przekazać rzeczywistość, ale to nie było teraz za bardzo istotne, warto korzystać z tego, co los podsuwał pod nos, a teraz w tej chwili była to butelka soku dyniowego, którą jakimś cudem Aloysius przyniósł ze sobą, ten wieczór nie mógłby być lepszy, oczywiście nie miała zamiaru mu o tym powiedzieć.

- Więc powinnam czuć się wyróżniona? Rozumiem. - Najwyraźniej to, że dopuścił ją do swojej butelki było czymś wyjątkowym. Sięgnęła po nią, ich palce się dotknęły, co spowodowało, że poczuła dreszcz przechodzący przez całe ciało, szybko więc złapała szkło w dłoń i upiła z niego niewielki łyk, aby czymś zagłuszyć to uczucie. Ten łyk wcale nie był taki niewielki, bo była zamyślona, wypiła dużo więcej niż zamierzała. Nieco się skrzywiła, kiedy połknęła ten sok dyniowy, poczuła na języku ostry smak, chyba jeszcze nie piła soku dyniowego, który smakowałby w ten sposób. - Jest ostry, ale całkiem smaczny, trochę dziwny, ale nie przesadnie. - Ostrożnie oddała mu butelkę, na jej żołądku zrobiło się dziwnie ciepło, nie połączyła tego z tym, że właśnie zaczęła wlewać w siebie zupełnie nieświadomie alkohol.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
13.12.2025, 23:04  ✶  
Nie planowałem tego spotkania, Merlin mi świadkiem, gdybym planował, pewnie bym nie przyszedł. Albo przyszedłbym w zupełnie innym nastroju, z inną maską, z gotową ripostą, a tak złapała mnie znienacka, jak dawniej, i zanim zdążyłem włączyć tryb rywala, już rozmawialiśmy - jak przyjaciele - to było najgorsze i najlepsze jednocześnie. Dałem się zaskoczyć chwili, bo wieża astronomiczna o tej porze miała w sobie coś z miejsca wyjętego spod jurysdykcji rozsądku - to było najuczciwsze, co mogłem o tym powiedzieć. Po prostu miałem dobry wieczór, wpadłem na kogoś, kogo nie spodziewałem się spotkać, być może byłem przy tym lekko wstawiony, więc nim się obejrzałem stałem i gadałem, jakbyśmy znów mieli po kilkanaście lat, a świat nie zdążył nas jeszcze porządnie popchnąć w przeciwne strony. Słuchałem jej, oparty o mur, z czapką z głupimi rogami na głowie, i czułem, jak coś we mnie mięknie. Nienawidziłem tego uczucia, lubiłem je, tęskniłem za nim, tęskniłem za nią, chciałem tego i nie chciałem, wszystko na raz.
Całe szczęście, w rzeczywistości uśmiechałem się tylko połowicznie, jednym bokiem ust, nic nie mówiąc o tym, jak się właśnie czułem - nie dawałem po sobie poznać tego wewnętrznego kotła - oczywiście, że to było moim naturalnym schematem. Z zasady unikałem niektórych poważniejszych rozmów jak ognia, nie tylko dlatego, że wiedziałem, z kim teraz rozmawiałem, ale może po części również dlatego. Nie chciałem, by później wykorzystała przeciwko mnie moją własną słabość, a zrobiłaby to bez zawahania. Przecież znałem ten typ zachowania, aż za dobrze, może nigdy nie doświadczyłem go z ust Prudence, ale Alice… Alice nieustannie to robiła, szczególnie teraz, gdy już nie byliśmy razem. Gdybym tylko pozwolił sobie powiedzieć zbyt wiele,  za poważnie i szczerze, na pewno zostałoby to wykorzystane. Nie dziś, nie jutro, tylko w najbardziej newralgicznym momencie, Prudence zdecydowanie nie zapomniałaby mi mojej słabości, kobiety nigdy nie zapominały. Właściwie - prawdopodobnie powinienem opuścić wieżę w momencie, w którym dotarło do mnie, że zaczynam opuszczać gardę, a jednak z jakiegoś powodu postanowiłem kontynuować naszą rozmowę. Odepchnąłem od siebie te wszystkie natrętne myśli, przynajmniej na chwilę, skupiając się na tu i teraz, i czapce z rogami, która przenosiła uwagę Prudence z moich oczu na czubek głowy. Na szczęście, bo oczy były oknami duszy - prawda? Nie mogłem mieć pewności, co by w nich widziała.
Sam zauważyłem jej spojrzenie od razu - szybciej, niż zdążyła je ode mnie odciągnąć - nie dlatego, że byłem szczególnie spostrzegawczy, chociaż zdecydowanie się za takiego miałem, tylko dlatego, że zawsze wiedziałem, kiedy na mnie patrzyła. Te rogi na czapce poruszały się przy każdym moim słowie, a ja udawałem, że to przypadek, nie czuję ich, nie rejestruję każdego drobnego ruchu ze strony nas obojga. Prawda była prostsza i bardziej kompromitująca - powinienem krzywić się na przegrany zakład, ale lubiłem to, lubiłem, że patrzyła, lubiłem, gdy coś ją we mnie rozpraszało. Lubiłem być tym drobnym absurdem w jej uporządkowanej rzeczywistości, natrętną myślą w opanowanej, trzeźwej głowie. Może nawet aż za bardzo.
- Okej, po prostu mówię, co widzę, bo jeśli to eksperyment obserwacyjny, to uczciwie cię poinformować, że obiekt jest świadomy bycia obiektem. - Rzuciłem lekko, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, czując jej spojrzenie mocniej, niż powinienem. Chciałem wiedzieć, co myśli - gdybym wiedział, byłoby prościej, wiedziałbym, czy mogę zrobić krok bliżej, a pierwszy raz w życiu nie wiedziałem nic. Tym bardziej, gdy postanowiła skomplementować moje nakrycie głowy. Skinąłem, czując jak rogi czapki znów się poruszają, i wzruszyłem ramionami - trochę zbyt nonszalancko, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi.
- Okradanie mnie byłoby sportem ekstremalnym, to fakt. - Rzuciłem, wracając w lekkość po chwili milczenia. - Ale nie doceniasz się, Pruey, zawsze byłaś dobra w rzeczy niemożliwe. Poza tym… - Machnąłem ręką, zataczając okrąg w powietrzu, bardzo bagatelizujący. - Nie wszystko, co dobrze wygląda na mnie, musi źle wyglądać na tobie, tylko dlatego, że jesteśmy z innych światów. Niektóre rzeczy są uniwersalnie twarzowe.- Powiedziałem spokojnie, z tym półuśmiechem, który ćwiczyłem latami. Nie dodałem, że gdyby chciała, oddałbym jej ją bez wahania, bez słowa. Merlin był mi świadkiem, że jeszcze nigdy kawałek głupiej, świątecznej garderoby nie zrobił ze mnie takiego idioty.
Yule zawsze pachniało dla mnie świerkiem, woskiem, dymem z kominków, cudzymi oczekiwaniami i tą cichą tęsknotą, której nikt nie nazywał po imieniu, a jednak tej nocy wieża astronomiczna oddychała inaczej, jakby pamiętała nas oboje sprzed lat i postanowiła udawać, że nic się nie stało. Tego wieczoru była jak kapsuła czasu. Rozmawialiśmy normalnie, bez zadziorów, bez punktowania się, bez cięcia się spojrzeniami, bez tej rywalizacji, która zwykle rosła między nami jak wybujały, kolczasty krzew wymagający regularnego podlewania jadem. Słuchałem jej głosu i łapałem się na tym, że uśmiech przychodził sam, bez mojej zgody. To było niebezpieczne, zbyt łatwe i znajome - jak zakładanie starej, zakurzonej kurtki, która wciąż pasowała, chociaż przecież dawno powinna być za mała. To wszystko brzmiało mi w głowie znajomo - nie głos, nie słowa, tylko ten rytm, to, jak się rozkręcaliśmy, jedno zdanie pociągało za sobą następne, coraz bardziej absurdalne, coraz bardziej nasze.
Pozwoliłem sobie na ten uśmiech, ten dawny, trochę krzywy, który pamiętał jeszcze czasy, gdy siedzieliśmy na schodach i rozmawialiśmy o absolutnych bzdurach, przekonani, że świat jest większy niż nazwiska i ambicje. Teraz bzdury wróciły w postaci nietoperzy z wieży, w której nawet nigdy żadnych nie było i, na Morganę, byłem w to wciągnięty po uszy. Jeszcze moment temu byłem dorosłym facetem w skórzanej kurtce, ścigającym Hogwartu, z siniakiem po tłuczku obejmującym połowę żeber, a teraz stałem obok niej i rozkładałem przed sobą mentalne plany remontu nietoperzego M-2.
Fragmenty historii z prawnikami, stolarzami, sfrustrowanymi mężami i artystycznymi żonami, dom, w którym wszystko było odwrócone do góry nogami i właśnie dlatego miało sens - to było absurdalne, ale dorzucałem swoje cegiełki do tej opowieści, bo zawsze byłem całkiem niezły w kreowaniu światów, w których można było się schować. Kiedyś potrafiliśmy spędzić pół dnia na wymyślaniu dokładnie takich historii, leżąc na trawie albo siedząc na schodach gdzieś przy dziedzińcu. Tyle tylko, że wtedy to było niewinne, naiwne, dziecięce, teraz już nie. Mówiłem jednak, a jednocześnie obserwowałem ją kątem oka, pozwalając sobie płynąć - wystarczało, że poczułem jej obecność jak ciepło pod skórą, wbrew zimnym murom - ten śmiech, promienny i nieostrożny, wbił mi się w klatkę piersiową, i przez chwilę rzeczywiście pomyślałem, że dawno nie byłem tak blisko czegoś, co naprawdę chciałem zatrzymać właśnie w tej formie, bez zmian i poprawek.
- Nie, nie. To nie może być ekskluzywny zawód. Nietoperze mają skłonność do wybierania zabytkowych lokali, potrzebują zatem wielu prawników, bo ktoś musi pilnować tych wszystkich paragrafów, konserwatorów i wykonawców-partaczy, inaczej sufit by im spadł na głowy, wtedy dopiero byłby dramat. Pani nietoperzowa na pewno ma przynajmniej jednego prawnika w rodzinie, który zechce reprezentować ich stronę. - Rozmawialiśmy tak jak kiedyś, tok rozumowania sam wpadał na znajome tory, żarty składały się bez wysiłku, jakby nikt nigdy niczego nie zepsuł. Miałem wrażenie, że wystarczy zrobić krok w bok, żeby znowu mieć trzynaście lat i głowę pełną bzdur, tyle że ciało już było inne, cięższe od myśli, a spojrzenie nie było niewinne. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jest to samo uczucie, to było ostrzejsze, bardziej uparte, ale nie mniej ciepłe.
- Czyli mówisz, że pani nietoperzowa ma w domu kogoś zupełnie bez własnego zdania, który zgodzi się na wszystko, co zasugeruje mu żona? Nie uważasz, że to tyrania? Albo brak zaangażowania? Pan nietoperz zgadza się na wszystko, bo chce ją uszczęśliwić, uniknąć kłótni małżeńskich czy już ma po prostu serdecznie dosyć i zarobi tym sobie oskarżenia o to, że na wszystko leje z sufitu? - Uniosłem brew, domagając się wyjaśnień w sprawie domniemanego kryzysu małżeńskiego naszej pary. Zawsze uważałem, że rozmowa jest sportem kontaktowym. Z Prudence od wielu lat nie było to bezpieczne, towarzyskie spotkanie - nawet kiedy było neutralnie, pod spodem czaiło się to napięcie, drżące jak napięta cięciwa. Tyle tylko, że tego wieczoru cięciwa nie strzelała. Nasza rozmowa brzmiała cicho, równo, znajomo. Oparłem się wygodniej o kamień, chłód przeszedł przez materiał koszuli, ale nawet tego nie zauważyłem. Prychnąłem cicho i przesunąłem dłonią po karku. - Mają problemy z komunikacją, to zdecydowanie. Ten żyrandol - zrobiłem pauzę dla efektu - to będzie ich Waterloo, jeśli nic z tym nie zrobią. Pan nietoperz będzie miał mięśnie jak zawodowy sportowiec, energię do działania jak zawodowy sportowiec, motywację zawodowego sportowca, a i tak usłyszy, że wszystko jest krzywo. Pięć prób, sześć awantur, a na koniec i tak dostanie reprymendę od żony, jego teściowa stwierdzi, że światło jest za ciepłe, a teść powie, że zrobiłby to w pół dnia. To nie rokuje zbyt dobrze na przyszłość. Następnym razem naprawdę machnie na to skrzydłem, skoro już teraz machnął na resztę wyposażenia domu. Zupełnie przestanie się starać. Nie może być w ten sposób, to strasznie czarny scenariusz. Pani nietoperzowa nie może być pizdą, a pan nietoperz nie może mieć wyjebane. To konserwator jest tu czarnym charakterem. No, weź, Sun, jak mają potem wprowadzić nietoperzą dominację, skoro się nie dogadują? Oni powinni być zgodną parą. Po co im taka wielka chata, skoro są na pograniczu rozwodu? - Widziałem to wszystko oczami wyobraźni i przez moment zapomniałem, kim byliśmy teraz - zapomniałem o domach, nazwiskach, o tym, co wypada, a co nie, zostało tylko to dziwne poczucie lekkości, jakbyśmy znów siedzieli na krawędzi czegoś wysokiego i śmiali się, że przecież nie spadniemy. Metaforycznie, oczywiście, o ile nie pozbyła się tego wewnętrznego lęku przed wysokością, czego nie wiedziałem, bo jak mógłbym, skoro to była nasza pierwsza normalna rozmowa od dawna.
- Urlop w grudniu to klasyka, ich tradycja. - Kiwnąłem głową, wracając do bezpieczniejszych rozważań. - Więc tak, to inwestycja zupełnie nieopłacalna, logicznie rzecz biorąc, ale tu chodzi o prestiż. Wieża astronomiczna to jednak adres. Nie tak łatwo znaleźć się w elitarnym kręgu potencjalnych lokatorów, rodzice nietoperzowej pewnie przeznaczyli na to sporo komarów, chociaż osobiście podejrzewam, że ich córka wolałaby jakiś mniejszy strych na wsi, coś bardziej w ich stylu. Doszukuję się tu źródła kryzysu w ich małżeństwie. Pan nietoperz związał się nie tylko z panią nietoperzową, ale również z całą jej rodziną. Trudna sprawa, to bardzo duże wyzwanie, jak na kogoś, komu krew cały czas spływa do łebka i kto wolniej myśli, niż działa. - Stwierdziłem, jak prawdziwy znawca, tym bardziej, że to miało naprawdę wiele sensu, skoro już ustaliliśmy, że rodzina nietoperzowej była zamożna.
- Jedyna nadzieja w tym, że jest ssakiem z dużą motywacją. Na pewno widać to po jego ślepkach. Oczy nigdy nie kłamią. - Stwierdziłem spokojnie. - Niektórzy gryzą wzrokiem, zanim zrobią to zębami. Znam ten typ. - Przesunąłem dłonią po czapce, niby od niechcenia, ale tak naprawdę po to, żeby mieć co zrobić z rękami. Yule robiło ludziom dziwne rzeczy, albo to ona robiła dziwne rzeczy mnie, wolałem tej kwestii nie rozstrzygać, ale kiedy padło to imię, to dawne, dziecięce, poczułem je fizycznie - jakby ktoś stuknął mnie palcem w mostek, dokładnie tam, gdzie zwykle udawałem, że nic nie mam. Wish. Nikt inny tak nie mówił, nie powinno to mieć znaczenia, a jednak miało - ustawiło mnie w przestrzeni, cofnęło i pchnęło jednocześnie, brzmiało głupio, brzmiało ciepło, brzmiało jak coś, czego nie powinienem chcieć. Nie skomentowałem, uśmiechnąłem się tylko krzywo, chowając reakcję w półżarcie, bo to była moja sprawdzona zbroja. Mówiłem i mówiłem, wchodząc w ten absurd z całym zaangażowaniem, bo to było proste, bezpieczne, bo w tych historiach nie było miejsca na to, co działo się między nami naprawdę. Dawno nie byłem przy niej po prostu sobą, bez kalkulacji, bez tego ciągłego udawania, że wszystko mam pod kontrolą. A kiedy i ja nazwałem ją tym dawnym imieniem, które kiedyś przychodziło mi naturalnie, poczułem, jak coś we mnie znowu drgnęło, nie dając mi zapomnieć o tym, co powinno zostać zapomniane.
- Zaćmienie, oświecenie, semantyka. -  Mruknąłem, pochylając głowę. - Wiesz, że zawsze byłem sceptyczny wobec wielkich słów. Wolę te mniejsze, bardziej użyteczne. A może po prostu mam słabość do rzeczy, które są trochę nie na miejscu, ale jakoś idealnie pasują. To chyba jedno i to samo. - Odpowiedziałem spokojnie, chociaż głos miałem niższy niż zwykle. Bawiło mnie to, że mogłem być dla niej takim kompanem - bawiło i bolało jednocześnie, gdzieś głęboko pod skórą, bo kiedyś byłem nim bez konsekwencji, a teraz każda linijka dialogu ciągnęła za sobą cień pytania, którego nie zadawałem. Jej uwaga o statystyce sprawiła, że uniosłem brew. - Być może. - Przyznałem spokojnie. - Fakt, statystyka rzadko bywa łaskawa dla wyjątków. A my… Cóż, zawsze mieliśmy tendencję do bycia statystycznie niewygodnymi, prawda? - Parsknąłem, ale potem znów złapałem jej spojrzenie. Zacisnąłem szczękę, zaraz potem ją rozluźniłem, kiedy przyjęła moje przeprosiny, skinąłem głową. Świat powinien w tym momencie runąć, przypomnieć nam, że nie mamy prawa do takich chwil, ale nie runął, śnieg padał dalej, zasypując wszystko bielą, jakby odcinał tę wieżę od reszty świata. Przy wspomnieniu o „krótkości” uniosłem rękę w obronnym geście, ale w środku poczułem coś zupełnie innego - przecież wiedziałem, że to nie wada, wiedziałem to aż za dobrze. W innym świecie, w innym życiu, ta różnica wzrostu nie kończyłaby się na żartach o zaspach. W dalszym ciągu pasowałaby do mnie idealnie, do moich ramion, do tego, jak zawsze instynktownie stawałem pół kroku bliżej, żeby ją zasłonić. W tym świecie to przede mną się jednak zasłaniała, podczas gdy ja robiłem wszystko, żeby zapomnieć o tamtych przyzwyczajeniach z przeszłości.
- Krótkość nie jest mankamentem. „Mankament” to bardzo mocne słowo, używasz go niepotrzebnie. - Odparłem wbrew mojemu zwyczajnemu zachowaniu, niemal automatycznie. Miałem wrażenie, że ktoś poluzował śruby w mojej głowie i pozwolił myślom płynąć w kierunku, którego zwykle pilnowałem jak zakazanego korytarza. - To kwestia perspektywy. W razie potrzeby można ją obejść odpowiednią techniką. Albo długimi rękami. Jedno i drugie mam opanowane. - Uśmiechnąłem się krzywo, świadom podtekstu, nie umiałem się powstrzymać - to było jak lot tuż nad taflą jeziora - ryzyko, które uzależniało. „Zawsze”, to słowo prześlizgnęło się przez rozmowę i zadrapało mnie od środka, Wish, który kiedyś był jej Wishem, wrócił bez pytania, bez zaproszenia, po prostu wszedł do środka i zajął miejsce, jakby nigdy go stamtąd nie wyrzucono, pamiętałem te obietnice, rzucane jak kamyki do wody, z przekonaniem, że dno jest blisko - dorosłość nauczyła mnie, że bywa głęboko, zimno. Nie chciałem tego, to przyszło zbyt łatwo, tak samo jak każda kolejna naturalna reakcja na jej słowa.
- Egzorcysta? - Prychnąłem, unosząc brew. - Proszę cię. - Odepchnąłem się od ściany i stanąłem bliżej, niż planowałem, ale jeszcze w granicy rozsądku. - Jakbyś została duchem, to gwarantuję, że byłabyś najbardziej upartym przypadkiem w historii Hogwartu. Spokojnie, miałabyś całkiem długą karierę. - Kącik ust drgnął mi w półuśmiechu. Zawiesiłem na niej spojrzenie o sekundę za długo, potem je odwróciłem, patrząc w noc, w śnieg, w cokolwiek poza nią. Przesunąłem stopą po kamieniu, kreśląc bezsensowny półokrąg.
- „Kompatybilność” to złe słowo. To nie jest coś, co można połączyć we wspólny gigapatent. To raczej „niefortunne dopasowanie częstotliwości” pomiędzy dwojgiem ludzi niedopasowanych na wszystkich innych płaszczyznach, kosmiczny żart. - Pokręciłem głową z krzywym uśmiechem, ukrywając pod wyrazem twarzy to, że ta prawda zakłuła mnie od środka. - Być dopasowanym do osoby, która ma cię serdecznie dość, to nie kompatybilność, tylko przytyk od losu. - Dodałem, jakby to było oczywiste, przenosząc wzrok na okno. - Szczególnie komiczny, biorąc pod uwagę, że najchętniej zepchnęłabyś mnie z tej wieży, ale intensywność twojej nienawiści nie jest tożsama z siłą fizyczną potrzebną, by mnie pchnąć na jakikolwiek inny skraj, niż ten metaforyczny. Technicznie rzecz biorąc, to błąd we wszechświecie, coś w rodzaju niespełnialnego życzenia, żebym to ja zniknął, raz a dobrze korzystając z twojego patentu, albo najlepiej w ogóle się nie pojawił, jeśli mam zostać przy moim. - Skrzywiłem się lekko, ponownie opierając bark o mur, jakbym mówił o wadzie konstrukcyjnej rzeczywistości, nie o nas. Uśmiech zszedł mi na moment z twarzy, zastąpiony czymś bardziej zamyślonym, a potem wreszcie usiadłem na parapecie obok niej, pozwalając sobie wrócić do z pozoru luźniejszych tematów.
Przez moment siedziałem tak, jakby to było naturalne, jakbyśmy nadal mieli dwanaście lat i żadnych granic. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że ktoś cofnął wskazówki zegara, ale tylko do połowy - nie byliśmy już tamtymi dwoma wersjami siebie, tamci nie znali ciężaru spojrzeń, które teraz zawisały między zdaniami. Przez lata nauczyłem się reagować szybciej, ostrzej, z dystansem, jak przystało na kogoś, kto ma nazwisko, ród i wydeptaną ścieżkę, po której powinien iść. A jednak tego wieczoru rozmowa płynęła tak, jakbyśmy nigdy nie przestali być dzieciakami chowającymi się po korytarzach. Tylko że teraz wiedziałem już zbyt wiele, a ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Podciągnąłem koszulę bez słowa, gestem szybkim, niemal demonstracyjnym, jakby to był kolejny argument w rozmowie, a nie coś, co nagle zmieniało temperaturę powietrza między nami. Dystans był bezpieczny, dystans był rozsądny, ale rozsądek zawsze przychodził do mnie spóźniony albo wcale - zazwyczaj to drugie. Zauważyłem jej spojrzenie, ten moment zawahania, i instynktownie dotknąłem miejsca, gdzie był siniak, jakbym dopiero teraz sobie o nim przypomniał.
- To pamiątka po lataniu, nie po dramatycznym wypadku. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. - Zniknie, zanim ktoś zdąży się przejąć. Mam alergię na skrzydło szpitalne. - Rzuciłem półżartem. Czułem chłód powietrza na skórze i coś gorętszego pod nim, ślad po uderzeniu pulsował lekko, przypominając, że ciało zawsze pamięta. Zaciąłem się na ułamek sekundy, zanim opuściłem koszulę z powrotem, znów poczułem to dziwne ukłucie - nie niepokój, raczej dezorientację, jakby ktoś nagle zmienił zasady gry, a ja nie dostałem nowej instrukcji.
- „Nie najgorsze predyspozycje”? - Powtórzyłem z udawaną urazą, próbując wrócić do żartu. - Sun, rujnujesz mi reputację. Jako moja kumpela naprawdę mogłabyś być bardziej entuzjastyczna. - Uśmiechnąłem się krzywo, tym półuśmiechem, który zwykle ratował mnie z sytuacji, kiedy robiło się zbyt… Osobliwie. A robiło się. Zdecydowanie, bo sposób, w jaki na mnie patrzyła, nie był już tylko żartobliwy. Był uważny. Zbyt uważny. Czułem to fizycznie - jak napięcie pod skórą, jakby ktoś delikatnie, ale uparcie naciskał mi klatkę piersiową. Może dlatego kolejny raz powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić, nazywając ją kimś, kto wciąż był mi w jakimś stopniu bliski. „Kumpela”, tak? Nie byliśmy kumplami.
- No. - Chrząknąłem. - Predyspozycje są, papierów na nietoperza jeszcze nie mam, ale mogę się douczyć, jeśli właśnie tego sobie życzysz. - Odwróciłem wzrok tylko po to, by się nie uśmiechnąć zbyt szeroko. - Zawsze będę w stanie spełniać życzenia. - Powiedziałem bez wahania, to było niebezpieczne, bo łatwość zawsze prowadziła nas w miejsca, z których trudno było się wycofać bez strat, a jednak nie umiałem przestać. Śnieg szumiał i skrzypiał gdzieś daleko, wiatr ślizgał się po murach, a gwiazdy zakryte gęstymi chmurami wisiały nad nami jak obietnice, których nikt nigdy nie zamierzał dotrzymać. - Przynajmniej te, które da się spełnić. Spełnianie życzeń to ryzykowna sprawa, wiesz, czasem spełniają się w zupełnie innej formie, niż ktokolwiek zakłada. - Dodałem, zawieszając spojrzenie na jej oczach. - Nigdy nie wiadomo, co się komu marzy naprawdę. - Uśmiechnąłem się do niej, znów tym samym półuśmiechem, który miał wszystko uprościć, ale kiedy powiedziała, że możemy „znaleźć inną aktywność, nietoperzo-zastępczą”, aż mnie ręka zaświerzbiła, żeby ją chwycić za nadgarstek i pociągnąć do jakiegoś durnego eksperymentu z grawitacją. Ugryzłem się w język, wzruszając ramionami - nie mogłem zareagować jak kiedyś, nie mogłem przekroczyć tej granicy.
Czas w wieży zachowywał się dziwnie, jakby zegary zgubiły rytm, chociaż po prawdzie, nawet ich tu nie było - butelka soku dyniowego była kolejnym elementem tej nierealnej układanki, wyciągnąłem ją, nie pamiętając dokładnie, kiedy ją wziąłem. Sięgnęła po butelkę, a nasze palce się dotknęły, zbyt wyraźnie, cofnąłem dłoń sekundę za późno, jakby mój organizm potrzebował chwili, żeby sobie przypomnieć, że to granica. Patrzyłem, jak pije, jak marszczy nos na ten ostry smak, i czułem, jak robi mi się niespodziewanie ciasno w piersi.
- Ma charakter. - Skwitowałem, gdy oddała mi butelkę. - Jak większość rzeczy, które wydają się niewinne na pierwszy rzut oka. - Oparłem się mocniej o mur i spojrzałem w niebo za oknem, racząc się kolejnym łykiem i wyciągając butelkę w jej stronę, bez słowa ostrzeżenie przed tempem picia - z początku alkohol w soku był moim małym sekretem, kolejną głupią decyzją, o której nie zamierzałem wspominać, teraz jednak założyłem, że po prostu pierwszy raz od dawna nie miała nic przeciwko naszym wspólnym głupotom. W końcu były święta.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
15.12.2025, 21:45  ✶  

Liczyła na to, że będzie miała tutaj nieco spokoju, że spędzi ten wieczór w samotności, że uda jej się jakoś przetrwać to Yule, bo nie była szczególnie zadowolona z tego, że musiała zostać w Hogwarcie. Niby to rozumiała, niby wiedziała dlaczego musiała zostać, ale miała o to ogromny żal do rodziców. Nie zakładała jednak, że ten wieczór będzie wyglądał właśnie tak, nie spodziewała się zupełnie, że będzie po prostu miło, że zupełnie znienacka dostanie szansę, aby na tę krótką chwilę odzyskać swojego przyjaciela z dzieciństwa. Żadne z nich nie próbowało dzisiaj sobie niczego udowadniać, wręcz przeciwnie bardzo łatwo przyszło im wrócić do tego, co było dawniej, kiedy jeszcze nie zakładali tych masek w swoim towarzystwie, gdy nie próbowali sobie wbijać coraz to ostrzejszych szpilek.

Nie spodziewała, że jeszcze kiedyś będzie miała okazję otworzyć się przy nim w ten sposób, rozmawiać w ten sposób, że kiedykolwiek chociaż na chwilę wrócą do tego, co kiedyś mieli na co dzień. Było to naprawdę przyjemną odmianą, nie zastanawiała się zbytnio nad tym, co ją spowodowało, dlaczego w ogóle nadarzyła się ta okazja, być może to magia Yule, czy coś. Naprawdę przyjemnie było do tego wrócić, chociaż na ten krótki moment, wiedziała bowiem, że nie będzie to trwało wiecznie, już wiedziała, że nic w życiu nie jest na zawsze, że wszystko kiedyś musiało się skończyć, jednak nie chciała dzisiaj tego analizować, bo wieczór okazał się być dużo bardziej miły, niż zakładała.

Bardzo łatwo było jej się odnaleźć w tym nowym rytmie, łatwo było zapomnieć o tym, jak ewoluowała ich relacja, jak się teraz traktowali, kiedy był dla niej taki nic nie miało znaczenia. Chciała z nim rozmawiać, chciała podzielić się tym, co siedziało jej w głowie, szczególnie, że widziała, że jej słucha, nie nabijał się z niej, raczej podchodził do wszystkiego co mówiła z wcale nieukrywanym entuzjazmem, bez mniejszego problemu odnalazł się w tym wszystkim, jakby nie musieli się zupełnie przejmować tym, że któreś z nich kiedyś wyciągnie tę rozmowę i postanowi jej użyć przeciwko im. Chwilowe zawieszenie broni, jak zwał tak zwał, miło było zrezygnować z tego ostatnio zwyczajnego dla nich podejścia.

- Wiesz, gdyby mi zależało na tym, żeby obiekt nie wiedział, że jest obserwowany, to robiłabym to bardziej dyskretnie. - I na pewno miał świadomość, że potrafiła to zrobić. Nie miała jednak nic przeciwko temu, że przyłapał ją na tym, że się w niego wpatrywała. Robiła to w taki sposób, że trudno byłoby tego nie zauważyć. Zresztą te rogi, które dyndały na jego głowie prosiły się o to, aby na nie patrzeć, nie widziała go jeszcze w takim wydaniu. Wydawał się być dzięki nim jakiś taki bardziej przystępny, jakby wcale nie pochodzili z innych światów, jakby nie dzieliło ich tak wiele.

Chciała zapamiętać ten widok, skąd bowiem mogła wiedzieć, że to nie jest ostatni raz, kiedy stoi przed nią w takiej wersji, a mogła oszukiwać jego, ale siebie nie - naprawdę dobrze było widzieć go właśnie takim. Przypominał jej tego chłopca, który był jej przyjacielem kilka lat temu, a przecież nie powinna już tak na niego reagować, jednak niektórych uczuć nie dało się tak do końca pozbyć, czy usunąć z głębi siebie.

Zmrużyła oczy, gdy wspomniał o tym, że zawsze była dobra w rzeczy niemożliwe, nie wydawało jej się, że to zauważał, nie sądziła, że ma o niej takie mniemanie, to było całkiem przyjemną odmianą, znowu coś się poruszyło w jej wnętrzu, nie powinien do niej tak mówić, zbyt łatwo było do tego przywyknąć. - Być może nie jestem w to najgorsza, jednakże, nie zapominam o Twoich specjalnych umiejętnościach, trudno byłoby mi z nimi walczyć. - Na pewno wiele kosztowałaby ją taka kradzież, jednakże pewnie jakby się uparła to byłaby w stanie jej dokonać. - Twoim zdaniem ta czapka jest uniwersalnie twarzowa? - Pokręciła głową z niedowierzaniem, wolała tego nie sprawdzać, przynajmniej jak na razie, lepiej, aby została ona na jego głowie.

Zauważyła jego uśmiech, odruchowo go odwzajemniła, nie musiała już się pilnować, nie czuła, aby było to potrzebne tego wieczoru, rozmowa o nietoperzach, tak bardzo abstrakcyjna, że chyba bardziej się nie dało wciągnęła ich do reszty, zupełnie tak, jak te dyskusje, kiedy mieli dwanaście, czy trzynaście lat.

- Cóż, możesz mieć rację, na pewno potrzebują wielu prawników, zważając na ich gusta i przepychanki z konserwatorami zabytków. - Nie dało się ukryć, że nietoperze miały bardzo specyficzny gust, jeśli chodziło o wybór swoich domostw, zdecydowanie potrzebowali wielu prawników, skoro większość rodzin wybierała stare kamienice, których nie pozwalano sobie ot tak odrestaurowywać.

- Wiesz jak to jest, pani nietoperzowa pewnie ma spore wymagania, które pan nietoperz starał się spełniać, niby to on jest głową rodziny, ale tak naprawdę ona trzyma go w ryzach, na pewno ma swoje metody, aby wszystko było dokładnie tak, jak ona tego pragnie. - Czy była to tyrania? Być może, kto ich tak właściwie wiedział, miała świadomość jednak tego, że czasem trudno było dojść do konsensusu, ktoś musiał ustąpić, jej zdaniem tym kimś zdecydowanie był pan nietoperz. - Po prostu tak bardzo kocha Panią nietoperzową, że chce, żeby była szczęśliwa, przez co zgadza się na wszystko, bo jemu to właściwe obojętne, najważniejsze, żeby ich gniazdko podobało się jego żonie. - Szczęśliwa Pani nietoperzowa, to szczęśliwy Pan nietoperz, czy coś.

- Czyli wolisz tę wersję, w której Pani nietoperzowa udaje, że nie widzi, że jest krzywo i jej to zupełnie nie przeszkadza, a kiedy Pan nietoperz nie patrzy bierze sprawy w swoje ręce i robi to po swojemu, on nawet nie widzi różnicy i każde z nich jest zadowolone? To też ma jakiś sens, ona ma to, czego chciała, a on jest dumny z siebie, że sam osiągnął cel. Właściwie dzięki temu jedno i drugie będzie zadowolone, tylko czy nie prościej byłoby gdyby Pani nietoperzowa od razu sama to zrobiła? - Jasne, Pan mąż nietoperz mógł poczuć się potrzebny, dać coś z siebie. - Z drugiej strony faktycznie mogłaby nieco zmrużyć oko, jeśli go mocno kocha, to powinna to zrobić bez zająknięcia i docenić jego starania, wtedy dużo łatwiej byłoby im przejąć władzę nad światem, gdyby wspierali się podczas każdych niepowodzeń. Bez sensu, jakby ona chciała go zmieniać, skoro już byli małżeństwem, na pewno wiedziała za kogo wychodzić za mąż na swoim nietoperzym ślubie. - Ta wersja była chyba łatwiejsza do przyjęcia. - Nie jestem mistrzem dobrych zakończeń, jednak jako, że mamy święta, to może lepiej byłoby ich widzieć, jako szczęśliwą i zakochaną w sobie do szaleństwa parę, która jest w stosunku do siebie bardzo wyrozumiała, niech nasze nietoperze będą zadowolone. - Poszła na ustępstwo, chociaż naturalnie przyszło jej założenie, że ich zwierzątka miały mieć jakieś problemy małżeńskie, właściwie nie miała nic przeciwko temu, aby tym razem było nieco inaczej.

Okropnie łatwo przyszło jej gdybanie nad nietoperzym życiem, nie widziała w tym niczego złego, zresztą tak bardzo zaangażowali się w tę rozmowę, że naprawdę była w stanie uwierzyć w to, że niedługo znajdą tutaj nowych lokatorów.

- Może to dobry moment na to, by powiedzieć nietoperzowym rodzicom, że ma się swoje marzenia i wcale nie chce się mieszkać w tym prestiżowym miejscu, to może być trudne, ale jednak myślę, że Pani nietoperzowa mogłaby to zrobić dla swojego męża. Na pewno na początku nie przyjęliby tego zbyt pozytywnie, ale z czasem może by to zaakceptowali. W końcu to ich córka, na pewno chcieli jej szczęścia. - Wieża astronomiczna być może była prestiżowym lokum, ale czego nie robiło się dla swojego dziecka i jego szczęścia. - Nietoperze małżeństwo doczekałoby się szybko licznego potomstwa, dzięki czemu babcia i dziadek nietoperz zapomnieliby o dawnych niesnaskach, prosta sprawa. - Naprawdę była w stanie zobaczyć przed swoimi oczami tę całą, szczęśliwą nietoperzą rodzinę. - i żyliby długo i szczęśliwie, gdzieś w ciepłych krajach, bez tego niepotrzebnego remontu, który mógłby zrujnować ich małżeństwo. - Długo i szczęśliwie, coś, co w przypadku Prue wcale nie było taką naturalną koleją rzeczy, ale ten jeden raz mogła nieco zmienić przyzwyczajenia.

- Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy, więc nie mogą kłamać. - To nie brało się znikąd, doskonale wiedziała, że z nich można było wyczytać najwięcej, bez względu na to, czy mówili o nietoperzach, czy ludziach, czy nietoperze właściwie miały duszę? Nie, raczej nie, jednak to było prawie to samo, dało się z nich wyczytać znaki, które świadczyły o ewentualnych zamiarach.

To samo z niej wyszło, zupełnie naturalnie, tak jak kiedyś, nazwała go w ten sposób tak po prostu, jakby wcale nic ich nie podzieliło. Nie mogła tego roztrząsać, przestała trzymać gardę już na początku rozmowy o nietoperzach i nie była w stanie wrócić do tej niechęci, którą go ostatnio częstowała. Dużo łatwiej było jej, gdy mówili do siebie tak jak teraz, to był naprawdę bardzo przyjemny powrót do przyszłości, do tego, kiedy jeszcze byli dla siebie kimś, a później on nazwał ją w ten sposób, tak jak dawniej i już zupełnie przepadła w tym krótkim momencie, który wyrwali rzeczywistości, która ostatnio nie należała do najbardziej przyjemnych.

- Zawsze miałeś do nich słabość. - Powiedziała cicho wpatrując się w niego uważnie. Najwyraźniej to się zmieniło, miała wrażenie, że niewiele się zmieniło, chociaż przecież było zupełnie inaczej i powinna o tym pamiętać, jakoś jednak w tej chwili wolała o tym nie myśleć.

- Tak, zawsze byliśmy na swój sposób wyjątkowi, to pewnie nigdy się nie zmieni. - Bo dlaczego by miało? Każde z nich na swój sposób odstawało od narzuconych norm, nie mogła udawać, że tego nie widzi. Statystyka w ich przypadku nie do końca miała szansę cokolwiek udowodnić.

- Czy ja wiem, tylko stwierdzam fakt, nie powiesz, że to nie może zostać uznane za mankament, zależy kto patrzy. - Być może dla niego nie było to mankamentem, ale na pewno znalazłby się ktoś, kto by to za niego uznał. Wszystko zależało od osoby, która miała to ocenić. - Oczywiście, że masz opanowane. - Nie mogła się po nim spodziewać niczego innego, zawsze był przygotowany na wszystko. Nie umknął jej ten podtekst, próbowała udawać, że jej to nie ruszyło, ale wychodziło jej to raczej pokracznie, bo inaczej byłaby w stanie zapanować nad rumieńcem, który pojawił się na jej policzku, i nie bardzo miała na co zwalić tę reakcję.

- Wszystko zależałoby od umiejętności egozrycysty, jakby trafił się jakiś bardzo doświadczony, to mogłaby być trudna walka. - Nie brakowało jej upartości, jednakże miała świadomość, że nie zawsze była w stanie walczyć do końca. Tak jak teraz, wystarczyło, że mówił do niej innym tonem, spoglądał na nią w ten sposób, a zupełnie zapomniała o tym, jak wyglądała ich relacja jeszcze kilkanaście minut temu.

- Gdybym naprawdę chciała Cię zepchnąć z tej wieży to na pewno znalazłabym na to jakiś sposób. Ewentualnie inaczej bym się Ciebie pozbyła, a wiesz, że mam swoje metody. - Nie łatwo było tego słuchać, chociaż wiedziała, że ma rację. Kiedyś potrafili idealnie ze sobą współgrać, teraz? Teraz zupełnie im to nie wychodziło, raczej częściej nie mogli na siebie patrzeć, chociaż nawet wtedy kiedy miała ochotę wydrapać mu oczy zastanawiała się, czy przypadkiem nie wolałaby zamiast tego go pocałować. Wypełniały ją skrajne emocje i okropnie irytowało ją to, że nie była w stanie nad nimi panować.

- Musimy sobie jakoś jednak radzić z tym, że los postanowił nas postawić gdzieś niedaleko siebie z tymi naszymi dopełniającymi się patentami, wiesz, przynajmniej jesteśmy świadomi swojego istnienia i wiemy, że pomimo tej niefortunnie dopasowanej częstotliwości nie do końca potrafimy z niej korzystać. - Czasem tak bywało, że nie dało się nic z tego wyłuskać. - Zresztą, czy gdybym miała Cię tak serdecznie dość, to siedziałabym teraz obok Ciebie, zastanów się Wish. - Może nie powinna była tego mówić, ale to co o nim myślała nie było wcale takie jednoznaczne, jasne irytował ją jak nikt inny, jednak nie uciekała przed nim, nie chowała się po kątach, chętnie doprowadzała do ich konfrontacji, bo tylko one ostatnio wzbudzały w niej jakiekolwiek emocje. Skoro nie mogli być przyjaciółmi, to brała to, co jej dawał, mogła być jego wrogiem, istotne było to, że coś nadal ich łączyło.

Na moment przeniosła wzrok za szybę, spoglądała na płatki śniegu, które nie przestawały sypać się z nieba, to był naprawdę cudowny widok, można było się w nich zgubić, odpłynąć bardzo daleko, na moment też się tak stało. Wszystko byłoby prostsze, gdyby się wtedy nie poznali, gdyby go nie polubiła, gdyby nie mieli szansy poznać swoich ukrytych talentów, ale jednak to się wydarzyło, musieli sobie jakoś z tym poradzić, mimo tego, że nadal widziała tę kompatybilność, której nie mieli szansy już stosować, bo wszystko się między nimi zmieniło, bo nie byli już przyjaciółmi, tylko skoro jednak tak było to dlaczego nadal potrafili ze sobą rozmawiać, dlaczego nagle po tych wszystkich latach przychodziło im to z taką łatwością, jakby nic, nigdy się nie popsuło? Nie miała pojęcia, chyba nie chciała wiedzieć, bo odpowiedź pewnie by się jej nie spodobała.

Później podciągnął tę koszulę, i nie mogła odwrócić od niego wzroku. Podziwiała jego brzuch, chociaż nie powinna tego robić, zdecydowanie nie ułatwiał jej przebywania w swoim towarzystwie. Nie miała pojęcia, czy wiedział, co robi, na pewno wiedział, oby tylko nie zauważył, jak na to reagowała, przecież nie była jak te wszystkie dziewczyny, które za nim biegały, czy jednak na pewno? Skoro nie mogła się oprzeć temu, żeby na niego patrzeć, to chyba nie do końca.

- Oczywiście, że po lataniu, po czym innym. Wiesz tylko, że podczas latania też może dochodzić do dramatycznych wypadków? To wcale się nie wyklucza, nie zaszkodziłoby Ci gdyby ktoś spojrzał na to fachowym okiem. - Nadal nie mogła pogodzić się z tym jego lekkomyślnym podejściem do stanu zdrowia, niby nie powinno jej to obchodzić, ale jednak ją ruszało, nadal się o niego martwiła, tym bardziej, że ich umowa już nie do końca obowiązywała. Skąd mógł wiedzieć, że pod tym siniakiem nie działo się coś poważniejszego? - Jak bardzo bolało? Ósemka? Wygląda na ósemkę. - Postanowiła wrócić do tego momentu, podczas którego kiedyś dyskutowali na temat jego obrażeń.

- Jako Twoja kumpela powinnam racjonalnie oceniać sytuację. No, masz nienajgorsze predyspozycje, na pewno odnalazłbyś się w tej roli, chyba nie oczekujesz ode mnie większego entuzjazmu? - Na pewno nie zamierzała powiedzieć mu, że jego predyspozycje należały do tych najlepszych, chociaż widać to było w jej spojrzeniu. Nie spodziewała się, że pokaże jej dzisiaj, aż tyle, zresztą chyba wolałaby go nie oglądać bez koszuli, to znaczy był to bardzo przyjemny dla oka widok, ale właśnie nie powinna myśleć o nim w ten sposób i spoglądać na niego, jakby był kawałkiem mięsa.

- Byłbyś w stanie dla mnie zrobić papiery na nietoperza? Nieźle, naprawdę nieźle, chciałabym to zobaczyć, to musiałby być niezapomniany widok, jak będziesz próbował wisieć do góry nogami, mogłabym Ci kibicować. Chętnie potowarzyszę Ci podczas zdobywania tych papierów. - Mogłaby go dopingować, tak jak kiedyś to robiła podczas jego meczy quidditcha, tylko że nie byli już przecież na tym etapie znajomości, to było za nimi. Rozmawiali jednak o papierach na bycie następcą nietoperza, mogła mu to zaproponować.

- Na pewno będziesz w stanie spełniać czyjeś życzenia. - Dodała spoglądając mu w oczy, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, wiedziała, że kiedy na kimś mu zależało, to zrobi dla tej osoby wiele, tak już miał, kiedyś miała szansę być przecież w tym miejscu, pamiętała, że nic nigdy nie było dla niego problemem, każda jej głupota.

- Tak, trudno jest spełniać życzenia, kiedy nie są wypowiedziane na głos, zresztą nawet te wypowiedziane mogą nie być do końca prawdziwe. Mało kto chyba ma odwagę przyznać się do tego, czego pragnie. Legilimenci mają z tym nieco łatwiej, jednak nie sądzę, że ktoś opanowuje tę umiejętność po to, aby spełniać czyjeś marzenia. - Próby uszczęśliwiania innych były dość ryzykowne, mogło się wydawać, że doskonale wiemy, czego oczekuje druga osoba, a tak naprawdę mogło być to błędnym myśleniem.

- Nie da się zaprzeczyć temu, że ma charakter, ale całkiem przyjemnie rozgrzewa, a to dobrze. - Skoro mieli spędzić tutaj jeszcze trochę czasu, to zdecydowanie lepiej, aby coś grzało ich od środka, mury były chłodne, wiatr wdzierał się do wieży przez bardzo drobną szczelinę w tym oknie, przy którym siedzieli. Nie było jej jednak chłodno, tak właściwie to ten wieczór obudził w jej ciele ciepło, którego już dawno nie czuła. Gdy ich palce się zetknęły poczuła iskrę, chociaż przecież nie było szansy, aby jakaś mogła między nimi przeskoczyć.

Gdy podał jej butelkę po raz kolejny nie odmówiła mu, upiła z niej kolejny łyk, robiło jej się naprawdę przyjemnie, nie miała jednak pojęcia, że wlewa w nią alkohol, a może celowo ignorowała ten posmak na języku, Prue nie pozwoliłaby sobie na coś takiego, a skoro oficjalnie jej o tym nie powiedział, to mogła udawać, że nie ma pojęcia, że spożywała nielegalne substancje.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
16.12.2025, 04:01  ✶  
Nie planowałem tej rozmowy w takim kształcie, wydawało mi się raczej jasne, że Prue także nie - liczyła na spokój, wiedziałem to, zanim jeszcze to do mnie dotarło wprost, nim złożyłem fakty w coś, co dało się nazwać myślą, było w tym, jak siedziała przy oknie, w tym, jak jej ramiona na moment zesztywniały, gdy mnie zobaczyła, a potem powoli odpuściły, jakby uznała, że nie ma już sensu się bronić. Wieża astronomiczna była jej schronieniem, a ja wpadłem tu jak kamień wrzucony do wody, robiąc fale tam, gdzie miała być gładka tafla, tylko że zamiast mnie odprawić, zamiast zmarszczyć brwi i wyciągnąć całą listę powodów, dla których powinniśmy się nienawidzić konsekwentnie i do końca, została. A ja zostałem razem z nią.
Rogi na czapce poruszyły się, gdy poruszyłem głową. Udawałem, że tego nie zauważam, chociaż prawda była taka, że rejestrowałem każdy jej ruch, każdy moment, w którym jej spojrzenie wracało do mnie z tą niebezpieczną uwagą, od której robiło mi się za ciasno w klatce piersiowej. Wyglądała na zaskoczoną, ale też na… Zadowoloną, to było najbardziej dezorientujące. Nie spodziewała się, że będzie miło, ja też nie, a jednak rozmawialiśmy, jakby nikt nigdy nie wbił klina między nas, jakby ideologie nie miały zębów, jakby ojcowie nie rzucali cieni dłuższych niż korytarze Hogwartu. Słuchałem jej, naprawdę słuchałem, i łapałem się na tym, że entuzjazm przychodził mi naturalnie, bez tej zwyczajowej kalkulacji, czy aby na pewno nie dam jej amunicji na później. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że nie przyszła tu po to, żeby mnie spotkać, ale niemal od razu znaleźliśmy wspólny język, rozmowa sama się składała, i może właśnie dlatego to spotkanie było tak niebezpiecznie dobre. To było najbardziej zdradliwe, ten sam rytm, co kiedyś, który pojawił się niespodziewanie między nami - to samo tempo, to samo poczucie, że dyskusja sama się niesie, bez wysiłku, i nie trzeba niczego udowadniać, nie trzeba wygrywać.
- Wiesz, raczej nie mogę się z tym zgodzić. Masz fatalny nawyk patrzenia na obiekty tak, jakbyś chciała je rozebrać na czynniki pierwsze. To czuć na milę. - To nie był przytyk, to było coś, co wypowiedziałem z uśmiechem na ustach, ale też w oczach. Pomyślałem, że gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze godzinę wcześniej, czy możliwe jest, żebym tak stał, w tej czapce z idiotycznymi rogami, obok Prudence Bletchley i czuł się… Dobrze, parsknąłbym śmiechem. Teraz nie było mi do śmiechu, teraz było mi miękko.
Zmrużyłem oczy dokładnie w tym samym momencie co ona, jakbyśmy nadal mieli po trzynaście lat i odbijali od siebie gesty bezwiednie, zanim jeszcze zdążyliśmy je nazwać. Jej reakcja mnie rozbawiła, bo nie, nie mówiłem tego na kredyt ani z kurtuazji - zawsze wiedziałem, że była dobra w rzeczy niemożliwe, po prostu kiedyś łatwiej było mi to przyznać, a potem przyszły czasy, w których lepiej było udawać, że niczego nie zauważam.
- Nigdy nie mówiłem, że byłoby łatwo. - Rzuciłem z rozbrajającą swobodą. - Zresztą, walka z moimi „specjalnymi umiejętnościami” to sport dla ambitnych. Ty zawsze miałaś ambicje. - Uśmiech sam wpełzł mi na twarz, zanim zdążyłem go zatrzymać. - I tak. - Dodałem bez wahania, stukając palcem w róg czapki, który znów się poruszył. Rozmowa w tym tonie składała się sama, bez szarpania, bez tej gry w rywali, którą ostatnio uprawialiśmy z uporem godnym lepszej sprawy. - Absolutnie twierdzę, że jest uniwersalnie twarzowa. To kwestia postawy, nie cech wizualnych, ty też, gdybyś ją założyła, wyglądałabyś, jakbyś robiła to ironicznie. - Nie powiedziałem, że na niej wyglądałaby obłędnie, zostawiłem to w domyśle, tam, gdzie było bezpieczniej. Uśmiechnąłem się tylko, kiedy odwzajemniła uśmiech, i pozwoliłem rozmowie popłynąć dalej, w stronę nietoperzy, prawników i małżeńskich dramatów, które wcale nie były o nietoperzach - nie do końca, wiedzieliśmy to, prawda, w pewnym momencie te rozważania przestały być zupełnie bezsensowne, ale nie przestawaliśmy ich snuć. Słuchałem jej teorii z uwagą, kiwając głową, jakbym naprawdę rozważał każdy wariant.
Tak - gdy mówiła, słuchałem jej naprawdę, bez tej zwyczajowej kalkulacji, bez układania w głowie ripost, które mogłyby się przydać później, kiedy znów będziemy po przeciwnych stronach barykady. Oparłem się mocniej o kamień, chłodny, jakbyśmy byli na zewnątrz, nawet przez grube warstwy muru, i miałem absurdalne wrażenie, że ktoś na chwilę wyciągnął mnie z właściwego czasu, postawił obok niej w miejscu, gdzie wszystko było prostsze, jakbyśmy znowu byli tymi dzieciakami, które spotykały się bez planu, bez konsekwencji, bez lęku, że jutro ktoś zapamięta za dużo. Rozmowa o nietoperzach płynęła dalej, a ja pozwalałem sobie na ten luksus, żeby nie wracać myślami do tego, kim dla siebie jesteśmy na co dzień. Śmieszyło mnie, jak bardzo potrafiliśmy się w to wkręcić, jakby od tego zależały losy świata, a nie wyimaginowanego małżeństwa z problemami komunikacyjnymi.
- Prawnicy są absolutnie kluczowi.  Przyznałem z powagą, której sam się po sobie nie spodziewałem. Opierałem się o mur, kiwając głową z namysłem, jakbym naprawdę rozważał każdy punkt tej nietoperzej odysei. - Nietoperze mają fatalny gust do nieruchomości. Zawsze zabytki, zawsze obiekty chronione, zawsze miejsca, w których każdy gwóźdź wymaga siedmiu pozwoleń i trzech pieczątek, większych niż one same, to nie jest życie dla kogoś o słabych nerwach i bez zaplecza prawnego. - Uśmiech sam wrócił mi na usta, kiedy zaczęła opisywać panią nietoperzową. Zbyt znajomy obraz, zbyt dobrze narysowany, jakby widziała ją wyraźnie przed sobą. - Widzę to. - Mruknąłem. - Egzekutywa. Metody miękkie, ale skuteczne. Pan nietoperz nawet nie zauważa, kiedy podejmuje decyzje, które od początku były jej pomysłem. Cóż, to klasyk. On myśli, że jest głową rodziny, a tymczasem jest szyją. Bardzo zaangażowaną, bardzo oddaną szyją. - Wzruszyłem ramionami, trochę bezczelnie. Pokręciłem głową, jakby naprawdę widział przed oczami tę całą scenę, i przez moment zapomniałem, że to tylko metafora. Uśmiechnąłem się krzywo, bo w tej wizji było coś boleśnie znajomego. Ten motyw starania się dla kogoś tak bardzo, że zgadzasz się na wszystko, nawet jeśli nie do końca wiesz, czy to jest też twoje. Wiedziałem, jak to działa, wiedziałem aż za dobrze.
- Zmienianie kogoś po ślubie to słaby plan. To trochę jak narzekać, że miotła nie pływa, kiedy od początku było wiadomo, że służy do latania. Poza tym święta sprzyjają amnestiom fabularnym. - Wzruszyłem ramionami, zadowolony z tego, że w to weszła, jej wersja „przymknięcia oka” rozbawiła mnie bardziej, niż chciałem. - Ta alternatywa ma pewien sens. To bardzo sprytne. Każde czuje się wygrane, wszyscy zadowoleni, żyrandol wisi prosto, a ego pana nietoperza pozostaje nietknięte. Pasuje do modelu „wszyscy są szczęśliwi, bo nikt nie musi przyznać, że coś było nie tak”, ale masz rację, to rozwiązanie tymczasowe. Udawanie ma krótkie nogi, nawet u nietoperzy. To działa wyłącznie wtedy, kiedy oboje grają w tę samą grę. Inaczej wciąż kończy się cichą wojną domową i pasywno-agresywnym trzepotaniem skrzydeł. To by się mogło udać. - Przyznałem. - Na chwilę, ale ja jednak wolę wersję, w której pani nietoperzowa zmruży oko nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce. A pan nietoperz nie udaje, że zrobił wszystko sam, tylko wie, że robią to razem. Wspólna dominacja świata brzmi znacznie stabilniej. Prawdziwa siła tkwi w tym, żeby ktoś spojrzał na krzywy żyrandol i powiedział „jest krzywo, ale to nie koniec świata”. - Zaśmiałem się cicho, ale zaraz spoważniałem, bo gdzieś między słowami usłyszałem coś więcej. Przesunąłem dłonią po karku, mimowolnie myśląc o tym, jak często ludzie próbują zmieniać siebie nawzajem, zamiast nauczyć się żyć z tym, co już jest.
- To byłaby odważna pani nietoperzowa. -  Pokręciłem głową, wyobrażając sobie tę panią nietoperzową, o której mówiła, i nie umknęło mi, jak bardzo była w tej opowieści konsekwentna, jak bardzo logiczna w swoich założeniach. Zawsze taka była, nawet w bajkach potrzebowała spójnej struktury. - Powiedzieć „mam swoje marzenia” ludziom, którzy już je zaplanowali za ciebie. Trudna rozmowa, ale czasem jedyna, która ma sens. - Powiedziałem. - Czasem trzeba powiedzieć, że prestiż to nie wszystko, adres nie ogrzeje w nocy. - Roześmiałem się krótko, parsknięciem. - Chociaż znam takich, którzy woleliby marznąć w złotym pałacu, niż być szczęśliwi w byle czym. - Nie musiałem dopowiadać, o kim myślałem - nazwiska wisiały w powietrzu jak kurz, i chociaż tego nie chciałem, podejrzewałem, że Prudence dopisywała mnie do tej listy, nawet jeśli przecież żadne z nas nigdy nie było „statystycznie typowe”. Skrajności zawsze były naszą specjalnością - albo wszystko, albo nic. Albo przyjaźń, albo wojna. Nigdy nic pomiędzy. A teraz tkwiliśmy dokładnie w tym „pomiędzy”, nieumiejętnie, nieporadnie, jakby nikt nas nie nauczył, jak się w nim poruszać. Słuchałem jej dalej i nagle dotarło do mnie coś, co było oczywiste od dawna, tylko zazwyczaj skutecznie to ignorowałem - te konfrontacje, te spięcia, to wzajemne drażnienie się nie były przypadkiem. To była jedyna forma kontaktu, na jaką sobie pozwoliliśmy, odkąd zabraliśmy sobie wszystko inne. Lepiej było się kłócić niż nie rozmawiać wcale.
- Klasyczny manewr dyplomatyczny. -  Stwierdziłem. - Dzieci jako broń masowego rozczulania. Nikt nie pamięta starych uraz, kiedy musi pilnować, żeby maluchy nie latały głową w dół nad kominkiem. - Machnąłem ręką, by to zademonstrować, jednocześnie obserwowałem, jak śnieg za oknem wiruje w świetle, jakby świat próbował nas odgrodzić od reszty. Biały puch zasypywał świat za szybą, odcinając go od nas grubą, białą kurtyną. Przez moment miałem wrażenie, że ta wieża naprawdę nie należała do Hogwartu, że była jakimś bocznym pokojem rzeczywistości, w którym nie obowiązują normalne zasady.
- Mankament to wada konstrukcyjna. - Odparłem. - To, co opisujesz, to różnica perspektyw. A z perspektywą da się pracować. Czasem wystarczy zmienić kąt. - Przełknąłem ślinę, ale na moich ustach pozostał ten mój firmowy półuśmiech. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, bez pośpiechu, pozwalając sobie na ten jeden moment zbyt bezczelnej szczerości, zanim znów schowałem się za uniesieniem brwi.
„Gdybym naprawdę chciała Cię zepchnąć z tej wieży…”
Nie zaśmiałem się od razu - to było pierwsze, co zauważyłem, więc parsknąłem krótko, bez wesołości. Zazwyczaj reagowałem szybciej, odruchem, żartem, półuśmiechem, czymkolwiek, co zdejmowało ciężar z powietrza. Tym razem jednak słowa zdążyły we mnie osiąść, ciężkie i znajome, jakby ktoś położył mi dłoń dokładnie tam, gdzie zawsze udawałem, że nic nie ma. Oczywiście, że miała swoje metody, nigdy w to nie wątpiłem. Sunny nie była typem, który pchał ludzi z wież w przypływie emocji. Ona planowała, analizowała, wybierała moment. A jeśli już kogoś by się pozbywała, to raczej w sposób, który pozwoliłby jej spać spokojnie, z czystym sumieniem i doskonale logicznym uzasadnieniem. Z drugiej strony, przy sobie nawzajem nigdy nie byliśmy całkowicie przewidywalni, ta świadomość zawsze działała na mnie… Trzeźwiąco. I trochę pociągająco, jeśli miałem być uczciwy, a byłem, przynajmniej we własnej głowie.
- Wiem. - Odpowiedziałem w końcu spokojnie, bez kpiny. - I właśnie dlatego nie prowokuję cię bardziej, niż to absolutnie konieczne. Samozachowawczość to moja najbardziej niedoceniana cecha. Bardzo głęboko ukryta. - Uniósłem brew i zerknąłem na nią spod rzęs, pozwalając sobie na ten ułamek sekundy zbyt długiego spojrzenia. Jej pytanie… Nie, stwierdzenie, że gdyby naprawdę miała mnie serdecznie dość, nie siedziałaby obok mnie, trafiło dokładnie w punkt, którego starałem się nie dotykać. Przez ułamek sekundy spojrzałem na nią uważniej, zbyt uważnie, jakby próbując zapamiętać ten moment, zanim znów się rozpadnie na coś ostrzejszego.
- „Radzić sobie” brzmi, jakbyśmy mieli na to instrukcję obsługi. - Rzuciłem lekko. Poruszyłem stopą po kamiennej posadzce, kreśląc kolejny bezsensowny łuk po to, żeby nie stać całkiem nieruchomo. - Albo chociaż broszurę ostrzegawczą. A tymczasem wszystko, co mamy, to intuicja i dość kiepskie wyczucie momentu. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była zwykła obserwacja, nic znaczącego, a nie coś, co układało mi się w głowie w zbyt spójny wzór.
Tak, te słowa utkwiły mi pod skórą, to „siedziałabym teraz obok ciebie” było zbyt konkretne, zbyt trafione, żeby je zbyć jednym żartem - to było zbyt osobiste, nawet jak na metaforę, więc oczywiście zrobiłem dokładnie to, co zawsze. Oparłem stopę o mur, skracając dystans o tyle, żeby było to jeszcze akceptowalne, a już wyraźnie zauważalne.
- To bardzo przekonujący argument. - Potrząsnąłem głową z tym rozbawieniem, które zawsze przychodziło mi zbyt łatwo w jej towarzystwie, jakbyśmy znów stali po tej samej stronie planszy, nawet jeśli plansza była krzywa, a zasady dawno się rozmyły. - Siedzenie obok mnie nie należy do twoich ulubionych aktywności, jeśli dobrze pamiętam. Masz raczej talent do strategicznego odsuwania się, a jednak wiesz, faktycznie, to zabawne. - Powiedziałem, przeciągając słowa leniwie. Uniosłem brew i zerknąłem na nią z boku, tym spojrzeniem, które pojawiało się samo, zanim zdążyłem je powstrzymać. Flirt? Być może. Wtedy jeszcze bym się z tym nie zgodził. - Ludzie, którzy naprawdę kogoś nienawidzą, robią wszystko, żeby się nie spotykać. Ty natomiast… Regularnie lądujesz dokładnie tam, gdzie ja. - Powiedziałem to swobodnie, bez nacisku, bez wielkich słów, jakby to była czysta obserwacja, statystyka, suchy fakt. - Powiedz mi coś, Sunny. - Rzuciłem niby od niechcenia, głosem lekkim, prawie rozbawionym. - To, co właśnie powiedziałaś… Tobie też to nie brzmi przypadkiem jak przyznanie się do tego, że może trochę lubisz naszą częstotliwość? Dla mnie, na przykład, to brzmi jak bardzo skomplikowany sposób powiedzenia „tak, Wish, jesteś irytujący, ale bez ciebie byłoby monotonnie”. - Rzuciłem lekko, opierając się wygodniej o mur. Nie planowałem flirtować - Merlin mi świadkiem, to też nie było w planie wieczoru - chciałem tylko utrzymać ten ton, tę równowagę, w której żadne z nas nie musiało się bronić. Tylko że z Prue nigdy nie istniała wersja „neutralna”, była tylko bliskość albo tarcie, a tarcie zawsze generowało ciepło.
- W każdym razie - podsumowałem lżej, odwróciłem wzrok, jakbym dopiero wtedy zorientował się, że zrobiło się… osobliwie - jeśli to jest radzenie sobie, to całkiem nieźle nam idzie. Jak na dwoje ludzi, którzy teoretycznie powinni trzymać się od siebie jak najdalej, jeszcze się nie pozabijaliśmy. - Na sekundę znów spojrzałem w śnieg za oknem, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi, chociaż doskonale wiedziałem, że pod skórą zrobiło mi się nieprzyjemnie ciepło.
Śnieg za oknem padał gęsto. Patrzyła na niego, a ja - nim się zorientowałem - znowu patrzyłem na nią, znowu przyszło to uczucie, że wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy nigdy się nie poznali, tak, prostsze, ale też uboższe.
Podciągnięcie koszuli było impulsem, decyzją podjętą szybciej, niż rozsądek zdążył zaprotestować - to był ten sam gest, który wykonywałem setki razy w szatni, po meczach, bez myślenia, bez znaczenia. Tylko że tutaj, w tej wieży, pod jej spojrzeniem, nagle przestał być neutralny. Czułem chłód kamienia na plecach i coś zupełnie przeciwnego pod skórą, jakby powietrze zgęstniało za bardzo. Sun zawsze była zła w kłamaniu ciałem, właśnie dlatego nie odwróciłem wzroku od razu, chociaż rozsądek krzyczał, że powinienem. Zamiast tego pozwoliłem sobie na ten jeden, niepotrzebny moment, w którym byłem boleśnie świadomy, że to - czymkolwiek to było tego wieczoru - przez ten moment działało w obie strony. To spojrzenie było inne niż wszystkie inne, przy kimkolwiek innym byłoby paliwem, przy niej było dezorientujące. Przesunąłem dłonią po krawędzi parapetu, czując pod palcami chłód kamienia. Siedzieliśmy obok siebie, bliżej, niż powinienem był dopuścić, i doskonale o tym wiedziałem, gdyby to była jakakolwiek inna dziewczyna, już dawno bym się pochylił, sprawdził granice, przesunął rozmowę w inną stronę. Prudence jednak była wyjątkiem, zawsze była, wbrew pozorom, przy niej nie chodziło o to, żeby wygrać, tylko żeby zrozumieć, dlaczego w ogóle gramy w tę samą grę. Nigdy bym się do tego nie przyznał, przed sobą też było to trudne, ale prawdziwe - ja też pojawiałem się w jej przestrzeni, też to robiłem, też nie byłem odporny na nasze spotkania, może nie zawsze, ale czasami rzeczywiście ich chciałem - tej uwagi, zainteresowania, błysku w oczach Prue, choćby nawet był on poirytowany. To obojętności nie chciałem, nawet jeśli jednocześnie drażniło mnie moje własne wybijanie się przy niej z rytmu.
- Dramatyczne wypadki są wpisane w pakiet. Gdyby Quidditch był bezpieczny, połowa Gryffindoru straciłaby sens istnienia. - Pokręciłem głową, jej troska była wyczuwalna, nie powinna była być, a jednak była, i to właśnie drażniło mnie najbardziej, bo uruchamiało kolejne stare mechanizmy, których nie chciałem dziś włączać. - Fachowe oko już na to patrzyło. - Dodałem z nonszalancją. - Moje własne. I uznało, że nie ma sensu robić z tego dramatu. - Przesunąłem dłonią po miejscu, gdzie siniak był najbardziej czuły, bardziej po to, żeby mieć co zrobić z rękami, niż z potrzeby. Dopiero wtedy opuściłem koszulę, powoli, jakby przeciąganie tej chwili było rozsądne, chociaż doskonale wiedziałem, że nie jest. Materiał przyległ do skóry, a ja poczułem ulgę i coś na kształt rozczarowania jednocześnie, klasyka. Pokręciłem głową, parskając cicho, ale spojrzenie uciekło mi na bok, bo jej ton był zbyt znajomy.
- Ósemka? To pięć na dziesięć. Może pięć z kawałkiem. Ósemka to byłaby przesada. Wiesz, że mam wysoką tolerancję na ból. Obiecuję, że nie umrę w wieży astronomicznej. To byłoby strasznie melodramatyczne, nawet jak na mnie. - Odpowiedziałem, dziwnie na jednym wydechu, zanim zdążyła mnie naprawdę zbesztać. Chociaż teoretycznie już nie powinna mieć do tego prawa, ta część ustaleń między nami już dawno wygasła, ale z jakiegoś powodu miałem wrażenie, jakby wcale tak nie było. Widziałem to w jej oczach, zanim jeszcze przestała mówić - ten rodzaj skupienia, który pamiętałem z czasów, gdy oboje mieliśmy brudne kolana i za dużo wolnego czasu. To nie było spojrzenie rywalki, to było spojrzenie kogoś, kto wracał do rytmu, który ciało pamiętało lepiej niż głowa. I cholera, moje ciało też pamiętało to aż za dobrze. Zamilkłem na moment, pozwalając, by cisza zrobiła swoje. Śnieg dalej padał, a ja miałem wrażenie, że pod tą całą lekkością coś we mnie osiada ciężej, niż bym chciał przyznać. Nie było we mnie strachu, była nieostrożność podszyta czymś, co zbyt łatwo mogło zmienić się w pragnienie. Oparłem się wygodniej o mur, jakby rozmowa faktycznie dotyczyła wyłącznie abstrakcyjnych „predyspozycji”, a nie tego, że jej wzrok zdradzał znacznie więcej, niż chciała przyznać - widziała mnie. Nie w sensie fizycznym, chociaż i to było aż nadto oczywiste, ale w tym bardziej niebezpiecznym, tym, który zawsze sprawiał, że traciłem grunt pod nogami.
Uniósłem brew z wyraźnym rozbawieniem, kiedy padło to „nienajgorsze predyspozycje”, jakby właśnie wręczyła mi dyplom z bardzo oszczędną pieczątką uznania. Półuśmiech przyszedł mimowolnie, ten sam, który zwykle maskował fakt, że jej spojrzenie robiło ze mną rzeczy, których wolałbym dziś nie analizować. Było w tym coś więcej, cienka nić ciągnąca się od tamtych meczów, od jej obecności na trybunach, od momentów, w których robiłem rzeczy tylko dlatego, że wiedziałem, że patrzy.
- Wiesz, że to brzmi jak plan. Absurdalny, kompletnie niepraktyczny, czyli dokładnie taki, w który normalnie bym wszedł bez wahania, no, ale i… Wiem, że mamy święta i tak dalej, ale z tą racjonalnością to bym aż tak nie przesadzał. To dosyć długofalowy plan, co nie? I raczej skazany na porażkę z perspektywy czasu. Mógłbym chwilę powisieć, ale co dalej? To góra godzina, może dwie, wiszenia, nawet dla kogoś tak przystosowanego, jak ja. A egzamin końcowy na pewno trwa z dziesięć, dwanaście godzin. - Stwierdziłem z udawaną powagą. - Potem byłoby „Rookwood, Aloysius B. Stan: lekko zdezorientowany. Pozycja: kompletnie nieergonomiczna. Wnioski: nie stworzony do wiszenia głową w dół, ale uparcie próbuje”. - Machnąłem ręką, jakbym już widział ten raport końcowy. - Poza tym nie udawaj, przyszłabyś w nadziei, że spadnę i rozwalę sobie głowę, a nie po to, by być moim kibicem. To też w porządku, wiesz, może nie trzymanie kciuków za mój upadek, ale upadki są śmieszne - dodałem swobodnie - jak będę naprawdę liczył na entuzjazm, pójdę po opinię do trybun Gryffindoru. Tam zawsze będę legendą. - Uniosłem podbródek, triumfalnie, chociaż nie tego bym sobie tak naprawdę życzył.
A potem przeszliśmy do dalszych życzeń, wciąż w ten sposób, który wzbudzał we mnie wszystkie możliwe reakcje, chaotyczne i mieszane.
„Na pewno będziesz w stanie spełniać czyjeś życzenia.” Parsknąłem cicho, kręcąc głową, jakbym właśnie usłyszał coś rozbrajająco logicznego, a nie zdanie, które powinno mnie natychmiast postawić do pionu - coś zabawnego, a nie zdanie, które bezceremonialnie wsadziło palce pod żebra i nacisnęło dokładnie tam, gdzie zwykle udawałem, że nic nie ma. To był ten moment, w którym żart przestawał wystarczać, a ja i tak próbowałem go użyć jak plasterka na złamaną kość.
- Ostrożnie z takimi opiniami. - Rzuciłem półżartem. Uśmiech był na miejscu - wyuczony, dokładnie ten sam, którym zwykle gasiłem podobne komentarze, ale tym razem poczułem pod nim coś zupełnie innego. Odwróciłem wzrok, niby bezwiednie, ale jej spojrzenie nie było lekkie, było uważne, pewne, jakby naprawdę widziała mnie takim, jakim byłem wtedy, kiedy komuś zależało mi za bardzo, a ja to pamiętałem aż za dobrze. - Jeszcze ktoś uwierzy, że robię to z czystego altruizmu, a nie z chronicznej nieumiejętności odpuszczania. - Nie spojrzałem na nią od razu. Bałem się, że zobaczy w moich oczach coś, czego wcale nie chciałem wypowiadać na głos. Życzenia, nawet te niewypowiedziane, miały zbyt długą pamięć, a ja dobrze wiedziałem, że przy Sunny zawsze byłem niebezpiecznie skłonny brać je za swoje lub - co gorsza - nasze.
- Widzisz, problem z życzeniami polega na tym, że brzmią pięknie tylko do momentu, w którym zaczynasz je realizować. - Powiedziałem spokojniej, nie wiedzieć, czemu zagłębiając się w temat, zamiast go zmienić albo olać. Nie miałem pojęcia, czemu to robiłem. - Potem nagle okazuje się, że były skrótem myślowym. Albo kompromisem. Albo czyjąś próbą, żeby nie powiedzieć prawdy wprost. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, to był odruch stary jak ja sam, zawsze tak robiłem, kiedy coś zaczynało mnie uwierać - tak samo jak zawsze miałem tę cholerną skłonność do robienia z cudzych pragnień własnej misji, do brania na siebie rzeczy, o które nikt wprost nie prosił, ale które wydawały się oczywiste. Spełnianie życzeń brzmiało jednak romantycznie tylko w opowieściach, w rzeczywistości to była raczej gra w ciemno. Zwłaszcza te niewypowiedziane… One były najgorsze, zmiennokształtne, potrafiły wyglądać na coś zupełnie innego, niż to, czym były w środku. Przesunąłem dłonią po karku - kolejny stary gest - zupełnie niepotrzebny, a jednak konieczny, żeby gdzieś ulokować napięcie. Pod skórą wcale nie było mi lekko, bo wiedziałem aż za dobrze, że kiedyś była dla mnie tym życzeniem, i że właśnie dlatego teraz wolałem udawać, że to tylko filozoficzna rozmowa w wieży, a nie coś, co wciąż potrafiło zachwiać moją równowagą.
- Legilimencja to - przeciągnąłem językiem po zębach, jakbym szukał właściwego słowa, a potem wzruszyłem ramionami - oszustwo. Skrót, by zajrzeć komuś do głowy i udawać, że rozumie się jego pragnienia. A pragnienia nie działają wprost. Czasem to, co ktoś myśli, że chce, jest tylko bezpieczną wersją prawdy. Najbardziej niebezpieczne pragnienia są schowane głębiej. Tam, gdzie nawet właściciel nie chce zaglądać. - Oparłem łokcie o kolana, nachyliłem się odrobinę do przodu, jakbym rozważał to czysto teoretycznie, a nie dotykał miejsca, które nadal było zaskakująco czułe. Zamilkłem na moment, pozwalając, by cisza zrobiła to, czego ja nie chciałem robić słowami. Spojrzałem na nią spod rzęs, bez tej całej teatralnej nonszalancji, tylko na krótką sekundę. To ostatnie zdanie zawisło między nami niebezpiecznie blisko prawdy, więc od razu je obudowałem ironią, jak zawsze.
- Poza tym. - Dodałem, znów trochę lżej. - Spełnianie marzeń to kiepski pomysł na hobby. Ludzie mają tendencję do zmieniania zdania. Albo do żałowania tego, co dostali. A ja naprawdę nie potrzebuję kolejnych powodów, żeby ktoś patrzył na mnie z pretensją, dlatego celuję tylko w te spełnialne życzenia i jestem w tym zajebiście skuteczny, masz rację, życzenia właściwych ludzi spełniam bezapelacyjnie skutecznie. - Tyle że wiedziałem, że to nie cała prawda. Prawda była taka, że kiedyś spełniałem jej życzenia bez pytania, bez wahania, bez kalkulacji. I zrobiłbym to znowu, gdybym tylko pozwolił sobie na ten jeden krok za daleko, a potem… No, właśnie. To już nie było takie proste, jak kiedyś, przegapiliśmy ostatni moment na to, by cokolwiek naprawić. Wyprostowałem się z powrotem i znów wróciłem do półuśmiechu, jakbym zamknął klapę nad tym, co właśnie wypłynęło, po czym sięgnąłem po butelkę. Odchrząknąłem, opierając się mocniej o mur, jakbym potrzebował fizycznego oparcia, a gdy nasze palce się zetknęły, cofnąłem dłoń sekundę za późno - zbyt późno, by udawać, że nic się nie stało, zbyt wcześnie, by zrobić coś głupiego, nie w czas, jak zawsze w naszym przypadku, to było aż ironicznie wymowne - zawsze byliśmy w niewłaściwym punkcie w czasoprzestrzeni. To, że się spotkaliśmy, na chwilę nawiązując tamtą jedyną dobrą relację, było tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. „Zobacz, co stracisz, nim będzie za późno i za wcześnie, zarazem.”
Poprawiłem się na parapecie, czując pod palcami chłód kamienia i, wraz z łykiem soku, odpychając tę myśl, by na nowo pozwalając sobie tę dziwną, niemal zapomnianą swobodę, która przychodziła tylko w jej obecności - taką, która nie miała nic wspólnego z miotłą ani z prędkością, raczej z tym, że przez chwilę nie musiałem być niczyim synem, reprezentantem nazwiska, rywalem, Gryfonem z krwi i kości. Mogłem być Wishem - tym, który kiedyś przynosił jej głupie pomysły zamiast sensownych odpowiedzi, tego wieczoru pijąc z nią sok dyniowy z wkładką, z jednego naczynia, jakbyśmy wcale nie byli sobie obcy. Sięgnąłem po butelkę, upiłem łyk i podałem ją Prue z powrotem, nie tłumacząc się z niczego. Czułem, jak alkohol rozlewa się przyjemnym ciepłem, kontrastując z zimnem kamienia i tym wszystkim wewnątrz mnie, co czułem, a czego nie chciałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa