• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[noc z 20/09/1972 na 21/09/1972] Escape from reality, come with me

[noc z 20/09/1972 na 21/09/1972] Escape from reality, come with me
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#11
26.07.2026, 12:26  ✶  
Ścisnął dłonie, próbując powstrzymać ich drżenie. Pozostałości paniki, która zaczęła mijać w momencie, w którym Han zaczął do niego mówić, wracały do niego falami. W ciągłym zerkaniu znad ramienia, w ciągłym podskakiwaniu, kiedy gdzieś pękła gałązka, w śnie, który wcale nie dawał wypoczynku, ale był przerywany przez najcichszy odgłos, nie widział czujności. Widział początki paranoi. Hannibal był cały czas przy nim, zatrzymując wokół nich resztki normalności i nadziei, że kiedyś… Może kiedyś…

Wrócił do przyjaciela tak, jak obiecał, również samemu nie mogąc znieść dłuższej samotności. Cały czas czuł na swoich plecach czyjeś spojrzenie, ale wciąż nie był w stanie odróżnić, czy była to jedynie jego panika, czy ktoś faktycznie ich obserwował.

-Spokojnie, to tylko ja- powiedział cicho, kiedy jego palce we włosach Hannibala wywołały dźwiękową reakcję. -Możesz odpocząć.

Obudź mnie za dwie godziny.

Jessie odetchnął powoli, cały czas powolnym ruchem przeczesując włosy Hana. Dwie godziny. Czy w ogóle będzie w stanie odczuć, kiedy minie sto dwadzieścia minut? Pulsowanie w skroni nie było jeszcze dokuczliwie bolesne, ale było irytująca obecne. Podobnie jak pojawiające się pieczenie na plecach i uczucie łaskotania, towarzyszące spływaniu cieczy.

Przepraszam… Przepraszam, że musisz to znosić… Przepraszam, że musisz ze mną uciekać…

Za pustymi oknami czaiła się cisza, jakby nawet zwierzęta bały się wydawać dźwięki. Gdzieś tam mógł błąkać się Benji. A może choroba zdążyła już pozbawić go oddechu? Może ktoś zdołał wykazać się większą odwagą, niż Jasper, i zakończył jego tortury?

Biedny, kochany Benji… Kiedy Jessie widział go ostatnim razem, a było to może tydzień, może dwa po rozpoczęciu tego szaleństwa, Benji nie był już sobą. Nie był już tym kochanym pieskiem, który sprawdzał, czy wszyscy byli w domu, który cieszył się nawet na widok Charlotte, który był najsłodszym pieskiem na ziemi. Jego przekrwione oczka nie patrzyły już z tą psią miłością, zmatowiałe, splątane futro nadawało mu wygląd bestii, a piana, tocząca się z pyszczka, nie pozostawiała złudzeń. Jessie nie był w stanie zmusić się do zakończenia jego cierpienia, nawet wtedy, kiedy jego kochany pupil stał się obcym i obnażał na nich kły.

Jessie, oczywiście, zawalił. Nie potrafił ochronić swojej rodziny - a przecież tyle razy powtarzał, że zrobi dla nich wszystko - nie potrafił nawet ochronić swojego psa.

Zamrugał kilka razy, powstrzymując napływające do oczu łzy, i przeniósł wzrok na odpoczywającego Hannibala.

Gdybyś wtedy mnie posłuchał i uciekł… Może teraz mógłbyś spać spokojnie w wygodnym łóżku… W bezpiecznym miejscu…

Z dala od… tego wszystkiego…

Kroki… Równomierne kroki… Jeszcze na zewnątrz, ale za blisko, by mieć nadzieję, że ominął to miejsce.

-Han… - potrząsnął ramieniem drugiego chłopaka. -Obudź się. Musimy zwiewać.

Palce owinęły się ciasno wokół trzonka różdżki. Widząc powstałą dookoła pustostanu barierę, z jego ust wyrwało się siarczyste "Kurwa". Nie mógł teraz panikować. Myśl Jessie… Weź coś, kurwa, wreszcie ZRÓB!

-Możemy… - powiedział na bezdechu, szeptem słyszalnym, oby, tylko dla Hannibala. -Możemy spróbować przebiec… Użyć Zaklęcia Kameleona… I deportować się za barierą…

Ilu było śmierciożerców? Na razie mówiło dwóch, ale czy na zewnątrz czekali na nich jeszcze inni? Plan może nie był idealny, ale jeżeli Matka będzie im sprzyjać… Może uda im się uciec… Nazwijcie go tchórzem, ale chciał, żeby przynajmniej Hannibal miał szanse na przeżycie.

-Chodź - chwycił Hannibala i pociągnął go za sobą, blisko siebie, blisko ścian.

Cicho… Ostrożnie… Za ścianką zamajaczył ciemny kształt…

Przesuwali się powoli, bo każdy niewłaściwie postawiony krok mógł wszystko zniszczyć. Każdy dźwięk mógł ich wydać.

Jessie za szybko pozwolił sobie na nadzieję, bo kiedy byli już coraz bliżej wyjścia, a z zewnątrz nie dochodziły żadne głosy, strumień magii uderzył w podłogę, zaraz obok nogi Jessiego.

-Mam gówniarzy!
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#12
01.08.2026, 11:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2026, 11:56 przez Hannibal Selwyn.)  

Ucieczka i widok (kolejny raz) ran Jessiego, i kolejna ucieczka, kiedy już myśleli, że znaleźli bezpieczne schronienie na noc, atak paniki Jessiego i jedna chwila upragnionego spokoju jakby przypadkiem wydzielona przez los, a teraz najwyraźniej znów trzeba było uciekać - wszystko to wyczerpało wolę i umysł Hannibala, ale jego ciało pozostało na swoim miejscu, nauczone przełamywać dyskomfort, zmęczenie i ból, i wszystkie emocje, jakie targałyby właścicielem, pierwsza i ostatnia rzecz, na której mógł polegać na scenie, w łóżku, w życiu, a teraz również w tym pełnym obłędu polowaniu, w którym obaj grali rolę zwierzyny.

Nie zaprotestował wobec planu Jessiego. Nie dyskutował. Z ulgą przyjął decyzję podjętą przez kogoś innego, proste instrukcje, którym mógł się poddać. Czasami to - nie musieć myśleć, nie musieć chcieć albo nie chcieć - było łatwiejsze.

Hannibal nigdy nie kłócił się z tym, że jest łatwy.

Dlatego teraz podniósł się bez słowa, pytająco spojrzał na przyjaciela, zanim sięgnął po różdżkę, chociaż nie wiedział, czy znajdzie w sobie moc, by rzucić jakiekolwiek zaklęcie, do tego trzeba było czegoś więcej, niż posłusznego ciała.

Dał się prowadzić. Stąpał lekko, nie wzbudzając nawet obłoczków kurzu, miękkie podeszwy butów nie wydawały żadnego odgłosu, podobnie jak wymuszenie spokojne oddechy.

Mimo to ich znaleźli.

Hannibal pociągnął Jessiego, niemal tanecznym ruchem zamienił ich miejscami tak, żeby samemu znaleźć się bliżej miejsca, w które uderzyło zaklęcie atakującego. Wyciągnął własną różdżkę w przód, ale w połowie zaklęcia przypomniał sobie wcześniejszą reakcję przyjaciela i zawahał się - nie potrzebował trzęsącego się Jessiego, potrzebował kogoś, za kim mógłby teraz iść, nawet, jeżeli jego umysł był jak posklejany na ślinę i mugolską taśmę klejącą, bo Hannibala własny był wypełniony jedynie lękiem i to wcale niekoniecznie przed zbliżającymi się nieubłaganie śmierciożercami.

Nie dam rady tego zrobić drugi raz.

Opuścił różdżkę, ale nie po to, by się poddać. Zamiast efektownego strumienia ognia w napastnika, posłał w podłogę silny podmuch wiatru, który podniósł tuman kurzu i pchnął go (jak miał nadzieję) w twarz wroga.

Zobacz, mogę się przydać. Nie zostawiaj mnie.

Nie czekał na efekt.
- Spieprzamy - mruknął do Jessiego i popchnął go w stronę ciemnego korytarza. Zakręt, prosta, jeszcze jeden zakręt, schody. Podejrzanie nie niepokojeni wydostali się na chłodne, nocne powietrze i wcisnęli między ścianę a jakiś kontener, starając się dyszeć jak najciszej. Hannibal spojrzał na w górę, na gwiazdy, a potem na nierealnie bladego Jessiego. Z tyłu głowy, za oczami, za strachem i zmęczeniem, i uporczywym czepianiem się tego jednego człowieka, który mu pozostał, zaczęła kiełkować przerażająca konkluzja, tak bolesna, że kiedy spróbował ubrać ją w słowa, w oczach stanęły mu łzy. Zamrugał i udało mu się wepchnąć je z powrotem do środka, ale słowa znalazł dopiero w następnym, nierównym oddechu. Nie patrząc na Kelly’ego, zaczął mówić:

- Pobiegnę pierwszy. Zrobię hałas, pójdą za mną i wtedy ty… w drugą stronę… - urwał, bo plan który ostatecznie oznaczał rozdzielmy się, przestał przechodzić mu przez gardło. To było coś, czemu uparcie się przeciwstawiali, czego próbowali uniknąć, priorytet w tym kalejdoskopie chaosu, którego każdy obrót odsłaniał nowe cierpienie i nowe straszliwe wybory.

Ten mógł być ostatni.

Podniósł obolały wzrok na przyjaciela. W mdłym świetle księżyca, na wpół ukryci w cieniu blaszanego kontenera, nie powinni być w stanie widzieć ze szczegółami swoich twarzy, a jednak widzieli. Hannibal ścisnął różdżkę.
- Jess… - szepnął błagalnym tonem.

Powiedz nie. Powiedz tak. Nie zostawiaj mnie. Pozwól mi naprawić tamto.

Ostatni, przynajmniej dla jednego z nich.

Hannibal zgłaszał się na ochotnika.
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#13
09.08.2026, 11:14  ✶  
Los ewidentnie śmiał się im w zniszczone horrorem twarze. Los, Matka, jakaś zbłąkana część duszy Merlina, która wydostała się z jego grobu, spiknęła z Irytkiem, i sensem jej nierealnego istnienia było prześladowanie ludzi. Coś, co miało władzę nad światem, grało sobie z nimi w kotka i myszkę, w kijek i marchewkę. Inaczej nie był w stanie wytłumaczyć sobie, dlatego sprawy znowu się spieprzyły, kiedy w końcu, W KOŃCU, znaleźli moment, żeby odsapnąć.

Zauważył wahanie na twarzy Hannibala, kiedy ten podniósł różdżkę. Zaklął w myślach. To była jego wina. Gdyby był silniejszy i wcześniej… Wyciągnął swoją różdżkę i posłał zaklęcie w drugiego Śmierciożercę. Może Han zrozumie… Nie musiał się martwić. W momencie, w którym przeciwnik dmucha ci w twarz, twój umysł przestawia przekładki. Han nie musiał się martwić, że Jessie spanikuje. Nie musieli się martwić, że ogień czy magia ogólnie zdradzi ich kryjówkę, bo… Bo i tak zostali już znalezieni.

Zasłona z kurzu była tym, czego potrzebowali, i wystarczyło jedno słowo Hannibala, żeby nogi same ruszyły, wynosząc ciało z pustostanu. Za nimi Śmierciożercy kaszleli, krzyczeli i klęli, ale kto by zwracał na nich większą uwagę? Mieli szansę uciec.

Zakręt, prosta, jeszcze jeden zakręt, schody.

Nocne powietrze uderzyło w ich twarze, chłodząc rozgrzaną skórę i Jessie chętnie zatrzymałby się, żeby nacieszyć tym uczuciem, ale obecnie mieli na ogonach swoich potencjalnych zabójców, i jeśli nie chcieli zginąć tak szybko, musieli biec.

Jessie chciał biec dalej - gdziekolwiek, w las, gdzie drzewa osłoniłyby ich przed oczami - ale Hannibal się zatrzymał. A potem zaczął mówić. Jessie go słuchał, słowo po słowie, ale po każdym z nich Jasper miał ochotę wykrzyczeć mu w twarz "Czyś ty, kurwa, zwariował?". Ale nie potrzebowali krzyków. Nie tylko dlatego, że w tym wszystkim, jak bardzo zmęczeni, przerażeni i złamani byli, krzyki jedynie pogorszyłyby sprawę, ale również dlatego, że niedaleko wciąż byli Śmierciożercy. Krzyki by ich zdradziły.

Hannibal chciał się poświęcić. Zwrócić na siebie uwagę, żeby Jessie mógł uciec. I nie, nie było tutaj szans, że spotkaliby się później. Że Han zdołałby uciec. Żadne udawanie jednego z nich nie przekonałoby już nawet dziecka. Jeśli zgodzą się na ten plan, Jessie może być jedynym, którzy przeżyje.

-Nie - głos mu się załamał, ale nie było w tej odpowiedzi wahania. -Nie ma, kurwa, mowy. Idziemy razem i nie obchodzi mnie, że możesz pomyśleć, że rozdzielenie się zwiększy nasze szanse. Nie zwiększy. Jeśli tam pobiegniesz, zginiesz. Zabiją cię. Więc nie, nie pobiegniesz tam i nie zrobisz hałasu.

Jego oczy szkliły się, ale policzki wciąż były suche.

-Nie zostawiaj mnie, Han. Nie ty.

Musieli podjąć decyzję, w którą stronę pójdą. I to szybko, zanim w zasięgu wzroku pojawią się czarne peleryny.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#14
10.08.2026, 22:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 09:33 przez Hannibal Selwyn.)  

Powiedział “nie”.

Jessie - poraniony, uparty, zbyt lojalny dla własnego dobra, piekielnie dzielny Jessie - powiedział “nie”.

Hannibal nie powinien się z tego cieszyć, ta decyzja mogła zgubić ich obu, a jednak - a jednak… pożegnanie, które miał na końcu języka zgasło w urwanym, gęstym oddechu, który nie miał nic wspólnego z szaloną ucieczką sprzed chwili. Zamrugał, patrząc na przyjaciela - nie kokieteryjne, przerysowane trzepotanie rzęsami, tylko autentyczne, zaskoczone mrugnięcie kogoś, kto nie dowierza, chociaż może powinien.

Ostatecznie każdy z nich był ostatnim, co pozostało drugiemu.

Umysł tym razem nawet nie osunął się w wygodną, uspokajającą fantazję o scenie do odegrania i Hannibal czuł wszystko boleśnie realnie. Jak wtedy. Przełknął głośno i skinął głową, zbyt słaby, zbyt mimo wszystko wczepiony w życie, by się nie zgodzić.
Wiesz, że możemy tu zginąć.
- Razem. Ja osłaniam, ty rozbijasz to gówno wokół - zaproponował szeptem, mając na myśli uniemożliwiające teleportację pole, słabo opalizujące w ciemnościach, niczym wielka mydlana bańka zajmująca niemal cały plac - W którą stronę?
Być może doświadczenie klątwołamacza mogło pomóc wybrać najdogodniejsze miejsce, by przełamać barierę.

Przestąpił z nogi na nogę, ustawiając się i przygotowując do biegu. Wolną, lewą ręką odnalazł prawą Jessiego.
Nie zostawię cię.
Odwrócenie od niego wzroku było najtrudniejszą rzeczą w jego życiu. Spojrzał na pusty plac. Gdzieś tam czaili się napastnicy

Palec Hannibala stuknął rytmicznie w wierzch dłoni Kelly’ego, trafiając w knykcie.

Raz.

Dwa.


Nie musieli się specjalnie umawiać, ich porozumienie było odruchowe, wypracowane tygodniami wspólnej ucieczki, a może latami przyjaźni.

Trzy.

Wystartowali jednocześnie i trzech kroków trzeba było, by za nimi rozległy się krzyki. Czterech, by rozpoczął się pościg. Potem Hannibal przestał liczyć, a potem zaczęły śmigać zaklęcia.
Rzucił strumieniem ognia przez ramię, przeklinając własną głupotę, bo mógł przecież zawczasu ukształtować tarczę. W biegu powtórzył swój wcześniejszy manewr z korytarza. Chmura piachu zasłoniła ich i uniemożliwiła celowanie tym z tyłu, ale nie z lewej, od strony wyjścia z budynku, skąd dobiegł nowy rozbłysk magii.

Był zielony, upiornie, znajomo zielony, ale z takiej odległości nie było szans, biegli szybko i może gdyby odbili w prawo, to-

Jessie wydał z siebie cichy, nieprzystający do sytuacji odgłos, potknął się i nagle stał się martwym ciężarem uwieszonym na wciąż zaciśniętej dłoni Hannibala. Selwyn poczuł zalewające go przerażenie.
- Nie! - sapnął, nie dbając nawet o posłanie jakiejś odpowiedzi w stronę śmierciożercy. Wyhamował wzniecając kurz, opadł na kolana, coś przemknęło mu nad głową.
- Nie! Jess! - zawołał, ignorując fruwające zaklęcia, które wciąż chybiały, bo Jessie leżał bez ruchu, wrogowie z jakiegoś powodu nie zbliżali się, ale Jessie się nie ruszał, nie ruszał się i chyba nie oddychał…
- JESS!!!


________________________



Hannibal usiadł gwałtownie, z walącym sercem i niejasnym wrażeniem, że obudził go krzyk. Wczorajsze burze oczyściły niebo i zbliżający się do pełni księżyc zaglądał przez okno do obcego pokoju, obcego łóżka, w którym Selwyn był sam.

Krzyk musiał być jego własny.

Przypomniał sobie, gdzie jest.

- Jess - niemal zakrztusił się własnym szeptem. Wyskoczył z pościeli i ostrożnie, by nie narobić więcej hałasu, podszedł do drzwi. To był sen, tylko sen i świadomość, że tamta rzeczywistość się nie stała, wyszarpnęła mu z piersi jakiś totalnie żałosny, niekontrolowany dźwięk. Jego oddech wciąż był nienaturalnie szybki, a pod powiekami tkwił odprysk wizji przyjaciela, leżącego bez życia twarzą w dół na ziemi i Hannibal musiał sprawdzić, upewnić się, jeżeli jeszcze w ogóle miał tej nocy zasnąć.

Tylko na chwilę, przekonywał sam siebie, wciąż jeszcze nie do końca przytomny,  rzucę tylko okiem, zobaczę, czy oddycha.

Jessie zajmował sąsiedni pokój. Hannibal gorączkowo otworzył drzwi na korytarz.
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#15
Wczoraj, 11:21  ✶  
Powiedział "nie". Oczywiście, że powiedział "nie". Nawet w tym całym szaleństwie - w świecie, w którym przetrwanie wydawało się o wiele ważniejsze, niż cokolwiek innego - Jessie nie mógł pozwolić, by jego najlepszy przyjaciel, jedyna osoba, która mu została na tym świecie, tak się poświęcił.

Przetrwali do tej pory. Przetrwają i teraz.

Ta myśl nie brzmiała tak pewnie nawet w jego własnej głowie, przyćmiona smętnymi wspomnieniami i zagłuszana głosami, przypominającymi o losie każdego, kto próbował w to wierzyć.

Jessie wciąż chciał wierzyć, że im się uda. Że zdołają przekroczyć granicę, gdzie Śmierciożercy mają władzę. Może ktoś organizował jakiś transport, drogę ucieczki? Może zdołaliby dostać się na jakiś statek, który by ich stąd zabrał? Może… Może mieli jeszcze szansę na powrót do normalności?

Lekkie przytaknięcie, zgoda na plan. W którą stronę? Jessie rozejrzał się w pośpiechu i wybrał kierunek. Może nie idealny, może nie do punktu, w którym pole było najcieńsze i najłatwiej byłoby je rozbroić, ale nie mieli w tym momencie czasu na perfekcję, a wybrane miejsce było bliskie i cienkie, by nie sprawiało większych problemów. Jego palce ścisnęły mocniej dłoń Hannibala.

Na trzy.

Raz.

Dwa.

Trzy!


Głosy wrzeszczących za nimi Śmierciożerców niemal do niego nie docierały - nie były głośniejsze niż jego własny oddech, ani oddech Hannibala. Powinni wyczarować tarczę, mówił irytujący głosik w głowie, który zawsze wytykał błędy. Jessie podniósł różdżkę, ale Han zdołał już zareagować, rzucając zaklęciem w ziemię, wzbijając kurz.

Inkantacja wsunęła się gładko na jego język, gotowa zyskać dźwięk, a wraz z ruchem ręki - nabrać mocy.

Zaklęcie nadleciało z lewe - z cholernej lewej - i może gdyby zauważyli je wcześniej, mieliby szansę zareagować, ale zaklęcie uderzyło Jessiego w pie-

________________________

Sen. To był zwykły sen.

Koszmar.

Cholerne senne piekło.

Jessie przez kilka przeciągających się sekund nie mógł się jeszcze ruszyć. Leżał w łóżku, które od pożaru nazywał swoim, z oczami wbitymi w sufit, z urywanym oddechem, drżącymi rękoma i uczuciem, że jego twarz była mokra. Kiedy w końcu mógł się podnieść, na chwilę zakręciło mu się w głosie i zapiszczało w uszach, a w jego piersi rozlało się nieprzyjemne zimno, jakby zaklęcie ze snu faktycznie go trafiło, ale nie zadziałało tak, jak powinno.

-To był tylko sen… To nie była prawda.

Jego własny głos brzmiał, jakby należał do kogoś innego.

-Han.

Pościel zaplątała mu się w nogach, kiedy zeskoczył z łóżka, przez co omal się nie przewrócił. Na całe szczęście Benjiego nie było w jego pokoju - widząc panikę swojego właściciela, z pewnością obudziłby cały dom swoim szczekaniem.

Jessie musiał zobaczyć Hannibala. Musiał się upewnić, że Selwyn wciąż tu był. Że oddychał. Że nie był ranny. Że wszystko było z nim w porządku.

Z duszą na ramieniu wybiegł ze swojego pokoju, a kiedy dotarł do drzwi pokoju, zajmowanego przez Hannibala, drzwi otworzyły się same, kiedy Jessie sięgał już po klamkę. Nie zdążył jednak odchylić się wczas i wcale nie musiał - zderzenie czołowe zrobiło to za niego.

-Ugh… Kur… - mruknął, masując się po czole.

Dwie sekundy na oddech. Ogarnięcie sytuacji.

Hannibal stał przed nim, w wejściu do swojego pokoju. Cały i zdrowy. Może trochę blady, ale nie tak, jak w śnie. Nie był wychudzony. Nie był brudny.

-Han - głos Jessiego zadrżał, kiedy wyciągnął ręce, by go do siebie przyciągnąć.

Jego serce waliło w jego piersi, jakby chciało połamać żebra, przedrzeć się przez skórę i uciec. Z ulgi znowu zaczęło mu się kręcić w głowie.

-Jesteś tu… Jesteś cały… Dzięki Matce… Nic ci nie jest… Nic nam nie jest.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Hannibal Selwyn (3127), Jessie Kelly (3522)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa