• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue

[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
08.10.2026, 18:03  ✶  
Nie znałem wielu osób, które potrafiłyby przez tyle czasu prowadzić ze mną podobną wojnę słowną, bez trwałej utraty cierpliwości, chociaż nie zamierzałem dawać jej satysfakcji z tego, że uważałem to za całkiem imponujące, wręcz przeciwnie, miałem zamiar korzystać z każdej okazji, żeby przypominać jej, że sama zdecydowała się zostać. Nasze wzajemne doprowadzanie się do irytacji miało w sobie coś uzależniającego, chociaż na tym etapie najchętniej nazwałbym to po prostu „zdrową rywalizacją”, zdrową oczywiście wyłącznie w tym sensie, że jeszcze żadne z nas nie skończyło z klątwą albo niczym równie paskudnym, bo mimo napiętych relacji, oziębłych stosunków i wzajemnych animozji, dotychczas żadne z nas nie przekroczyło pewnej niepisanej granicy. Co więcej, dzisiaj weszła ze mną w tę całą farsę z takim zaangażowaniem, że momentami zapominałem, iż jeszcze chwilę wcześniej najchętniej uciekłaby przez najbliższe okno.
Słysząc odpowiedź, sam również zerknąłem na butelki ustawione na stole, ale nie zastanawiałem się przy tym nad niczym szczególnym - moje myśli nie kłębiły się nad żadnym związkiem pomiędzy ilością alkoholu z czymkolwiek innym, bo w mojej opinii ludzie pili podczas wesel z tego samego powodu, dla którego robili wiele innych głupich rzeczy, czyli skoro nadarzała się okazja, należało ją wykorzystać - niektóre rzeczy robiło się dlatego, że inni też je robili, to była chyba najbardziej podstawowa zasada większości przyjęć, jeśli już, to alkohol pełnił tu swoistą funkcję ochronną, bo chronił wspomnienia. Przejechałem wzrokiem po butelkach, potem zerknąłem na prowizoryczny barek i pokiwałem głową z uznaniem.
- To wesele, nie zebranie klubu abstynentów. - Wskazałem kieliszkiem na stół z alkoholem i znajdujących się przy nim gości, którzy bardzo gorliwie uzupełniali swoje szklanki. - Poza tym spójrz na nich. Gdyby alkohol był ograniczony, połowa tej sali musiałaby ze sobą rozmawiać na trzeźwo. To dopiero byłby dramat. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, wzruszywszy ramionami, bo taka była prawda, nie istniało prostsze stwierdzenie, jakim mógłbym skwitować słowa o „dużych zasobach”.
Przez chwilę analizowałem za to jej teorię dotyczącą tortu, który miałby być nawet lepszą rzeczą niż pudding i alkohol, wszystko brzmiało dobrze, dopóki nie zaczęła wymieniać kolejnych możliwości tego, z czym postanowiono go zamówić - „jest lato, na pewno wybrali coś z truskawkami, albo malinami, czy innymi owocami” sprawiło, że nieznacznie zmarszczyłem nos - nie przepadałem za tym, co ona, może nigdy nie dałem tego po sobie poznać, ale miałem ku temu swoje powody i niezależnie od tego, jak śmiesznie i żałośnie by to teraz nie brzmiało, gdy miałem okazję poinformować Prudence Bletchley o swoich preferencjach, nie zrobiłem tego, żeby nie sprawić jej przykrości. Teraz była to już wyłącznie kwestia honoru oraz dumy, bo nie zamierzałem wręczać argumentów komuś, kto potem wyciągnąłby je przeciwko mnie w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
- Nie. Nie po to ryzykujemy wykrycie, żeby dostać tort, który smakuje jak kompot na talerzu. - To była najbardziej stanowcza opinia, jaką zamierzałem wygłosić na ten temat, odnotowałem również w pamięci, aby przy pierwszej możliwej okazji postarać się zobaczyć, jaki tort weselny przygotowali Młodzi, bo nie zamierzałem spędzać połowy nocy na cudzym weselu tylko po to, żeby dostać kawałek ciasta, który zawierał dowody złej woli cukiernika.
Rozumiałem tok myślenia, jakim zapewne musiała się kierować, gdy pytała mnie o standardowe godziny oczepin - Rookwood, czysta krew, rodzinne przyjęcia, liczni krewni, pewnie setki podobnych uroczystości, coś w ten deseń - w rzeczywistości moja wiedza na temat wesel była znacznie mniej imponująca, niż mogła sugerować pewność, z którą prowadziłem tę rozmowę, ale na szczęście potrafiłem jeszcze używać języka w gębie. Nie potrzebowałem dalszych instrukcji, złapałem pierwszą przechodzącą obok osobę, która wyglądała na wystarczająco trzeźwą, żeby rozumieć pytanie, chociaż sam nie zrozumiałem odpowiedzi. „No cóż”.
- Nie analizuj tego. - Pokręciłem głową. - [n]To ślub. Ludzie tutaj jedzą, piją, tańczą i próbują przekonać siebie nawzajem, że właśnie przeżywają najlepszą noc swojego życia. Nie potrzebujesz do tego teorii.[/b] - Wskazałem na najbliższego mężczyznę, który właśnie próbował wyciągnąć do tańca jakąś kobietę siedzącą sztywno przy stole, wykonując w jej kierunku coś w rodzaju pawiego tańca godowego, na widok czego nawet mnie przeszły ciary żenady. - Północ czy pół godziny. Warto będzie na nie czekać. Wystarczy spojrzeć. - Zawiesiłem głos, po czym uśmiechnąłem się szerzej, jej uśmiech był tak nieszczery, że aż musiałem odpowiedzieć podobnym.
Wyciągnąłem do niej rękę, ponieważ skoro już mieliśmy zawrzeć tę absurdalną umowę, należało przynajmniej zrobić to porządnie, a kiedy sceptycznie spojrzała na moją dłoń, pokręciłem głową z niedowierzaniem i przyzezowałem na własne palce, sugerując jej, żeby mi je wreszcie uścisnęła, i żebyśmy po prostu mieli to za sobą.
- „Dziesięć, nie piętnaście”? Zaczynamy tworzyć bardzo stabilne narzeczeństwo. - Celowo użyłem tego określenia, ponieważ widziałem, jak natychmiast reagowała na podobne sugestie, po czym uniosłem kieliszek, by odłożyć go na pustą tacę niesioną przez kelnera.
Spojrzałem na nią, potem na stół z jedzeniem.
- No, weź. To nawet nie musi być nic dużego. - Wskazałem głową w stronę pater z przekąskami. - Jeden pasztecik, kawałek ciasta, może butelka czegoś, czego i tak nikt nie dopije. - Nie uważałem tego za kradzież, tylko za rozsądne gospodarowanie nadmiarami, które następnie miały trafić do kogoś, kogo tu niestety nie było, a kto niewątpliwie by je docenił, ale nie zamierzałem się z nią o to teraz kłócić, bo i tak planowałem zrobić swoje. Zamiast tego wzruszyłem ramionami.
- No dobrze, skarbie. Mamy przed sobą kilka godzin. Jak chcesz je spożytkować? - Ponownie zmierzyłem salę wzrokiem - muzyka przyspieszyła, ktoś właśnie porwał jedną z kobiet do tańca, przy barze zrobiło się jeszcze tłoczniej, zaś gdzieś z końca sali dobiegł śmiech tak donośny, że kilka osób zaczęło się oglądać - wszystko wskazywało na to, że noc dopiero się rozkręcała, do oczepin zostało zdecydowanie za dużo czasu, lecz skoro już zawarliśmy umowę, nie zamierzałem się wycofywać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
08.10.2026, 19:55  ✶  

Prudence całkiem nieźle dostosowywała się do sytuacji, w których się znajdowała. Niby najchętniej wtapiałaby się w ścianę, nie rzucała w oczy, ale nie działo się tak, kiedy znajdowała się obok niego, nie przeszkadzało jej wtedy zupełnie to, że znajdowała się w samym centrum wydarzeń. Zresztą zazwyczaj nikt nie obserwował tych momentów, były tylko ich, mało kto wiedział jak bardzo lubili się ze sobą spierać i utrudniać sobie życie. Jakoś tak się składało, że w większości wpadali na siebie właśnie wtedy, gdy byli zupełnie sami, dzięki czemu ich relacja (czy w ogóle można było to nazwać relacją?) była raczej tajemnicą. Nie wydawało jej się, aby tak jak i ona dzielił się z kimkolwiek tym, że doprowadzają siebie nawzajem do szału i próbują pokazywać, kto ma rację. Nie sądziła, aby to był dla niego powód do dumy, ona zaś niekoniecznie miała się tym z kim dzielić.

- Właśnie, jak sam słusznie zauważyłeś to wesele, a nie spotkanie koneserów najróżniejszych alkoholi. - Najwidoczniej i tutaj byli po przeciwnych stronach barykady. Prue niby rozumiała, że dla rozluźniania można było sobie wypić lampkę, czy dwie wina, ale tyle? Jej zdaniem to było grubą przesadą. - Czy ja wiem, czy dramat, być może uświadomiliby sobie, że naprawdę się nie lubią i nie ma sensu tracić czas na takie spotkania? - Prue ceniła sobie szczerość, a najwyraźniej zdaniem Rookwooda obecni tutaj ludzie nie do końca mieli chęć po nią sięgać. Nie widziała sensu w spędzaniu czasu z ludźmi za którymi nie przepadała… no, chyba, że chodziło o jedną, wyjątkową osobę, ale w tej chwili o tym nie myślała, aby nie wyjść na hipokrytkę, no i co najważniejsze nie musiała wcale pić alkoholu, by wytrzymywać w towarzystwie Aloysiusa.

Jej własna teoria na temat tortu, którą przed chwilą wysnuła wydawała się dla niej mieć naprawdę wiele sensu. To było oczywiste, że cukiernicy w okresie letnim sięgali po owoce, które były na wyciągnięcie ręki. Od zawsze przecież postępowano w ten sposób, korzystano z owoców i warzyw na które akurat był sezon. Nie umknęło jej to, że zmarszczył nos, jemu chyba to co powiedziała nie do końca przypadło do gustu. Teraz naprawdę, bardzo, ale to bardzo by chciała, żeby tort jej nie rozczarował.

- Spodziewałam się, że ktoś taki jak Ty ma raczej dobre doświadczenia z jedzeniem. Naprawdę porównujesz tort z owocami do kompotu? - Nie mieściło jej się to w głowie. - Nie jadłeś najwyraźniej dobrego tortu. - To była jedyna z możliwych opcji. Owoce idealnie przełamywały słodki smak swoją kwasowością, dodawały równowagę, której takie wypieki potrzebowały.

- Za późno. - Już dawno zaczęła to analizować. Pół godziny, północ, to była naprawdę spora różnica, chociaż w tej chwili nie powinno jej to obchodzić, bo zgodziła się tutaj z nim zostać do tych całych oczepin, z drugiej strony lubiła mieć jednak jakąkolwiek kontrolę nad tym, co jej dotyczyło, chciałaby wiedzieć ile jeszcze potrwa ta cała farsa, na którą sama się zgodziła.

Odwróciła wzrok krzywiąc się przy tym, gdy zobaczyła tego mężczyznę, który właśnie próbował wyciągnąć kobietę na parkiet, a to dopiero początek, nie wątpiła, że będzie tu jeszcze kilka momentów, o których zdecydowanie lepiej by było, aby zapomniała, tyle, że to się nie wydarzy. Będzie pamiętała wszystko… czasem było to naprawdę zupełnie niepotrzebne. Nie mogła jednak sobie wybierać, co zostanie w jej pamięci na dłużej, a co nie. - Nie mam wątpliwości co do tego, że warto będzie na nie czekać, naprawdę. - Było wręcz przeciwnie, ale już się na to zgodziła, więc trudno.

- Zobaczysz jak stabilnym narzeczeństwem będziemy koło północy. - To nie miał być dla niej łatwy czas, zdecydowanie zdawała sobie z tego sprawę, zwłaszcza, że jak zawsze grał bardzo bezpośrednio, wiedziała, że użył tego słowa, aby ją zirytować, starała się nie dać po sobie znać, że faktycznie mu się to udało.

- Ciekawa jestem, gdzie to wszystko schowasz. - Nie byli przygotowani na wynoszenie fantów z wesela, a na pewno nie chciałaby zostać przyłapana na takiej czynności przez kogoś z rodziny pary młodej.

Kilka godzin. Mieli tu spędzić jeszcze kilka godzin i faktycznie nie wyobrażała sobie, żeby teraz zaczęła zapoznawać się z innymi ludźmi. Musiała zostać przy nim, zgodziła się na to. Widziała, że robi się coraz większe zamieszanie, muzyka grała coraz głośniej, coraz więcej osób tańczyło i oni powinni znaleźć swoje miejsce. - Może poszukamy czegoś słodkiego? - Alkohol nie wydawał się być czymś czego potrzebowała, a nie wątpiła w to, że gdzieś tutaj mogła znajdować się góra słodkości, na które mogła się skusić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
09.10.2026, 12:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2026, 07:25 przez Benjy Fenwick.)  
Nie mogłem nie zauważyć, że Audacia zaskakująco szybko przestała wyglądać, jakby chciała zapaść się pod podłogę, nadal była spięta, nadal co jakiś czas zerkała na tłum z miną osoby, która najchętniej znalazłaby niewielki, pusty kąt, lecz nie mogłem już powiedzieć o niej tego samego, co mówiłem na zewnątrz, podczas tamtej rozmowy z weselnikami. Nie był to zresztą pierwszy taki moment, z czasem zacząłem snuć podejrzenia, że Prudence Bletchley wcale nie była tak nieprzystosowana do podobnych sytuacji, jak lubiła sprawiać wrażenie - w końcu była całkiem skutecznym prefektem naczelnym, nawet jeśli robiłem wszystko, by nie spostrzegła, że mogłem ją tak oceniać - owszem, tłum ją męczył, hałas wyraźnie działał jej na nerwy, do obcych odnosiła się z ostrożnością, lecz wystarczyło, że znalazła się na naszym polu walki, żeby cała ta niechęć do pozostawania w centrum wydarzeń zeszła na dalszy plan i pozostała tylko czysta zjadliwość. Było w tym coś wyjątkowego, bo przecież przez większość czasu zachowywała się tak, jakby najchętniej zniknęła za najbliższą kotarą, tymczasem potrafiła wejść ze mną w sam środek zaciętej wymiany zdań tylko po to, żeby udowodnić mi, że się mylę - właśnie dlatego nasze spotkania tak często kończyły się podobnie - ona próbowała zachować spokój, ja robiłem coś, co ten spokój skutecznie niszczyło, ona odpowiadała, ja odpowiadałem i po kilku minutach oboje byliśmy już zbyt zaangażowani, żeby pamiętać, od czego właściwie zaczęła się sprzeczka. Nie był to może najlepszy rodzaj komunikacji, przynajmniej z pewnej neutralnej perspektywy, ale wolałem już to niż kolejną rozmowę o pogodzie, interesach czy tym, kto ostatnio dostał nowego egzotycznego pupila, co na salonach uchodziło za fascynującą wiadomość przez mniej więcej trzy minuty. Nie zamierzałem również informować środowiska, szczególnie tego bliskiego mojej rodzinie, że osoba, którą odruchowo określiłbym mianem „najbardziej irytującej dziewczyny w moim otoczeniu”, potrafiła przyciągnąć moją uwagę skuteczniej niż większość dziewcząt, które spotykałem podczas przyjęć - o zgrozo - szczęśliwie nie wiedział o tym prawie nikt. W szkole każdy mógłby pewnie pomyśleć, że po prostu się nie lubimy, co zresztą było całkiem wygodnym wyjaśnieniem, lecz prawda była znacznie bardziej skomplikowana - przez większość czasu nasze sprzeczki odbywały się gdzieś na uboczu, bez świadków, więc nikt nie miał pojęcia, jak łatwo potrafiliśmy doprowadzić się nawzajem do szału, tutaj natomiast mieliśmy pełną publiczność, mogła więc udawać moją tymczasową ukochaną, jednocześnie próbując mnie słownie zamordować - brzmiało to jak wyjątkowo dobra zabawa, może nawet lepsza od samego wesela… Potrafiliśmy kłócić się o rzeczy zupełnie nieistotne przez absurdalnie długi czas, lecz właśnie to sprawiało, że nigdy nie brakowało nam tematów.
Nie chodziło nawet o to, że koniecznie musiałem mieć rację, chociaż oczywiście w mojej głowie dokładnie tak przedstawiała się sytuacja, tylko o sam fakt, że potrafiła potraktować najzwyklejsze chlanie na przyjęciu weselnym jako zagadnienie wymagające niemalże rozprawy filozoficznej - alkohol był dla niej problemem, tłum był problemem, głośna muzyka była problemem, oczepiny były problemem, mój pomysł pozostania do końca był problemem, a mimo tego wszystkiego nadal stała obok mnie i prowadziła tę rozmowę z zaangażowaniem, którego nie okazywała przecież byle czemu - nie zamierzałem jej tego wypominać, bo byłoby to zbyt łatwe, lecz sam fakt sprawiał mi sporą przyjemność.
- Ludzie tutaj celebrują. - Zerknąłem na mężczyznę, który właśnie próbował nalać sobie alkoholu do kieliszka stojącego do góry dnem, po czym zrezygnował z zadania i wypił zawartość prosto z butelki, co niekoniecznie zadziałało za moim argumentem, więc odwróciłem wzrok. - To wciąż znacznie bliższe spotkaniu klubu koneserów. - Wzruszyłem ramionami - przecież nie przyszliśmy tutaj po to, żeby prowadzić analizę społeczną zachowań weselnych, tylko dlatego, że przypadkiem wpadliśmy na przyjęcie, na które nikt nas nie zaprosił, następnie bezczelnie wmówiliśmy wszystkim, że jesteśmy znajomymi pary młodej - uważałem, że w takich okolicznościach należało korzystać z możliwości, które właśnie otworzyły się przed nami, szczególnie kiedy na stole stały rzeczy, które prosiły się, by je spożyć, nie rozkładać na czynniki pierwsze. - Poza tym nie możesz oceniać całej imprezy przez pryzmat kilkuset butelek. To nie ilość alkoholu jest tutaj problemem. Problemem jest to, że niektórzy nie mają odpowiedniego przygotowania do jego spożywania. - Powiedziałem to z całkowitą powagą, chociaż sam miałem osiemnaście lat i właśnie rozważałem, ile kieliszków byłem w stanie wypić, żeby nadal móc bez większego problemu prowadzić rozmowę - wychowanie w rodzinie, która regularnie urządzała przyjęcia, przynajmniej uczyło pewnych rzeczy znacznie lepiej niż szkolne podręczniki - wiedziałem, jak zachować się przy stole, jak rozmawiać z dorosłymi, jak nie obrazić gospodarza, jak odmówić kolejnego kieliszka bez robienia z tego wydarzenia. Wiedziałem też, że na weselu alkohol był częścią całego przedstawienia, podobnie jak muzyka, tańce oraz ludzie, którzy po kilku godzinach zaczynali zdradzać rzeczy, których na trzeźwo pilnowaliby znacznie uważniej.
Przywykłem do przyjęć, kolacji, bankietów i całej tej otoczki, w której kolejne osoby przez pół wieczoru zapewniały się wzajemnie o sympatii, nawet jeśli jeszcze tego samego ranka miały ochotę potraktować się zaklęciem niewybaczalnym, tak funkcjonowały salony, tak wyglądała większość spotkań rodzinnych, tak utrzymywało się znajomości, które trwały przez pokolenia, nie widziałem w tym nic szczególnie dziwnego.
- Nie po to spędzają ze sobą całe życie, żeby nagle zacząć mówić sobie prawdę. - Spojrzałem na nią z ukosa, po czym przesunąłem wzrok po sali i wskazałem kieliszkiem grupę starszych czarodziejów, którzy właśnie prowadzili ożywioną dyskusję. - Spójrz na nich. Jestem pewien, że połowa od pięćdziesięciu lat nie znosi drugiej połowy. Mimo to spotykają się na każdym weselu, pogrzebie, zaręczynach oraz kolacji organizowanej przez kogoś, kto ma odpowiednie nazwisko. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „życie towarzyskie”. - Nie zamierzałem pozwolić jej wygrać tej rozmowy samym argumentem o szczerości, ponieważ szczerość była piękną rzeczą, dopóki nie zaczynała przeszkadzać w funkcjonowaniu hierarchii społecznej i nie zaburzała kalendarza wydarzeń socjety podczas sezonu - czasami znacznie wygodniej było wypić kieliszek, uśmiechnąć się do kogoś, kogo nie znosiło się od lat, po czym następnego dnia zachować się tak, jakby wszystko przebiegło idealnie - ludzie robili to od pokoleń, nie zamierzałem być pierwszym Rookwoodem, który uznałby tę zasadę za wadliwą, bo „szczerość była dobra”. Nie była, szybko nauczyłem się jednej rzeczy, największe katastrofy zaczynały się zazwyczaj od zdania wypowiedzianego przez kogoś, kto zapewniał, że „przecież wszyscy jesteśmy rodziną i możemy sobie ufać”.
Nie zamierzałem pozwolić, żeby jej uwaga o torcie przeszła bez odpowiedzi, szczególnie że zdawała się być skłonna naprawdę uwierzyć w swoją teorię.
- „Ktoś taki jak ty?” - Powtórzyłem, bo chociaż mogło to zabrzmieć niczym pochlebstwo, z pewnością nie to było intencją Prue, przyłożyłem zatem dłoń do piersi w teatralnym geście urażonej dumy i przechyliłem głowę, przyjmując to po prostu za kolejny uszczypliwy komentarz. „Za dużo żresz”, „łatwiej cię ubrać niż wykarmić”, „wy bogaci”, takie tam. - Cia, wychowałem się w domu, w którym ciasto z owocami oznaczało, że ktoś próbował oszczędzić na czekoladzie. Wiem, co dobre. - Oczywiście była to przesada, lecz brzmiała wystarczająco przekonująco. - Poza tym nie porównuję dobrego tortu do kompotu. Porównuję tort, który mógłby być dobry, do tortu, który ktoś postanowił obciążyć owocami, żeby potem móc powiedzieć, że jest „wykwintny”. - Przesunąłem wzrok na stojącą nieopodal paterę z jakimiś tartaletkami. - I dlatego nigdy nie powierzę ci wyboru deseru na nasze wesele. - Nie zamierzałem ustąpić ani o krok, sama świadomość, że tak bardzo zależało jej na obronie owocowego tortu, sprawiała, że miałem coraz większą ochotę przy każdej kolejnej okazji twierdzić coś przeciwnego - była to kwestia honoru - jeśli zaczęłaby wygrywać ze mną nawet w sprawach tak fundamentalnych jak ciasto, moje życie straciłoby wszelki porządek. Nie widziałem najmniejszego powodu, żeby się z nią zgodzić, skoro mogłem się z nią nie zgodzić, była to zresztą jedna z tych sytuacji, w których samo podważenie jej argumentu wydawało mi się niemal obowiązkiem. - Każde ciasto z owocami może udawać coś wyszukanego, potem dostajesz kawałek pełen - „truskawek” - rozpaćkanych malin albo innych owoców, które akurat są w sezonie i mają udawać dekorację, podczas gdy w rzeczywistości tylko próbują uratować przesłodzoną masę. - Zrobiłem krótką pauzę. - To właśnie dlatego istnieje belgijska czekolada. Jest ponad sezonami. - Nie zamierzałem jej pozwolić wygrać kwestii tortu, bo w mojej głowie sytuacja była już rozstrzygnięta - powinien być odpowiednio słodki, kremowy i pozbawiony połowy dóbr sadowniczych wsadzonego pomiędzy warstwy - to była kwestia podstawowego dobrego smaku.
Spojrzałem na nią z udawanym współczuciem, słysząc „za późno", nie potrafiła po prostu pozwolić sytuacji płynąć własnym rytmem, potrzebowała znać godzinę, plan, kolejność wydarzeń oraz prawdopodobnie liczbę osób stojących między nią a wyjściem, i mieć wszystko co najmniej trzykrotnie przeanalizowane, to było… Przykre. Raczej. Była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem zastanawiać się, czy moje kolejne słowo zostanie odebrane jako żart, i tak zakładała najgorsze, więc przynajmniej oszczędzało mi to sporo zachodu.
- Wiedziałem. - Przesunąłem spojrzeniem po sali, tym razem faktycznie próbując ustalić, ile jeszcze mogło potrwać wesele, ale nadal nie dostrzegłem zegara. - W takim wypadku masz przed sobą dokładnie tyle czasu, żeby spróbować pogodzić się z losem. - Nie czekałem na odpowiedź, tylko odwróciłem się w stronę parkietu. - Tylko musimy popracować nad tym twoim spojrzeniem. Narzeczona nie powinna patrzeć na przyszłego męża tak, jakby rozważała zakopanie go pod różą. Przynajmniej zanim pojawią się dzieci. - Zerknąłem na nią kątem oka, z perfidnym uniesieniem kącika ust, doskonale wiedząc, że słowo „mąż” było kolejną rzeczą, którą mogłem wykorzystać do drażnienia jej bez żadnego wysiłku, natomiast „dzieci” były wisienką - czy tam malinką - na torcie.
Przy okazji zerknąłem na parkiet, na którego samym brzegu jeden z gości próbował przekonać kobietę do tańca, podczas ona najwyraźniej próbowała przekonać jego, że jednak nie chce - obserwowanie ich wymiany było prawie tak interesujące jak rozmowa z moją najdroższą - faktycznie, robiło się coraz weselej, co w praktyce oznaczało, że coraz więcej osób traciło nie tylko jakiekolwiek poczucie godności, lecz także czujność, przez co sam nabierałem bezczelności do dalszego działania.
- Nie wiem. - Rozejrzałem się demonstracyjnie i oparłem rękę na boku kolumny obok nas, pochylając się nieco w jej stronę. - Może pod ubraniem. Może w kieszeniach. Może zrobię to tak elegancko, że nawet nie zauważysz. Przecież nie zamierzam wyjść z paterą pod pachą. - Zlustrowałem wzrokiem jej sukienkę, zatrzymując się o ułamek sekundy dłużej, niż wymagała sytuacja, po czym natychmiast wróciłem spojrzeniem do jej twarzy. - Ty masz większy problem. - Przechyliłem głowę i uśmiechnąłem się do niej z niczym niezmąconą pewnością siebie, kiedy jednak zaproponowała, żebyśmy poszukali czegoś słodkiego, natychmiast skierowałem wzrok na stoły - to była pierwsza propozycja tego wieczoru, której nie zamierzałem zwalczać wyłącznie dla sportu - nie zastanowiłem się zbyt długo, zanim wyciągnąłem ku niej ramię, lekko przyciągając ją do siebie, ponieważ coraz trudniej było udawać, że byliśmy parą, jeżeli każde z nas stało po innej stronie sali. Musieliśmy iść pod rękę, nie, przynajmniej wtedy z odpowiedniej odległości mogliśmy uchodzić za parę, która po prostu szła znaleźć coś do jedzenia.
- Spróbuj tylko nie wyglądać, jakbyś planowała udusić mnie papilotką. - Zerknąłem na nią z ukosa - mogliśmy ruszyć na misję.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
11.10.2026, 20:20  ✶  

- Cóż, najwyraźniej każdy ma różne podejście do celebrowania. - Jej zdecydowanie nie wyglądało w ten sposób. Jeśli jednak inny potrzebowali właśnie w taki sposób świętować - to zasadniczo była ich sprawa. Ona niekoniecznie widziałaby siebie w podobnej sytuacji. Nie bawiło ją upijanie się na umór, robienie z siebie idioty, samo to, że zobaczyła niektóre z zachowań to było dla niej naprawdę wiele. Nie przywykła do podobnych widoków. Nie ma się co oszukiwać, Prudence nie lubiła tłumów, nie lubiła podobnych spędów, ale i tak postanowiła tutaj zostać. Nie przyznałaby sama przed sobą, że zrobiła to tylko i wyłącznie dlatego, że Aloysius znalazł się tutaj z nią. Jego towarzystwa nie mogła zignorować, nawet jeśli w większości wzbudzał w niej negatywne emocje, to nie mogła tak po prostu odwrócić się na pięcie i sobie pójść. Ta sytuacja była nieco inna od tych, w których znajdowali się zazwyczaj, bo tym razem otaczało ich naprawdę wielu ludzi, a on wymyślił tę śmieszną bajkę o tym, że byli narzeczeństwem, co mogło wznieść na wyżyny ich grę. Chciała zobaczyć, czy uda im się przetrwać ten wieczór i sprawdzić, jak właściwie się zakończy. Nie zamierzała nawet na krótką chwilę tracić czujności, bo miała świadomość, że może to wykorzystać, mimo wszystko dobrze było się sprawdzić w zupełnie innych warunkach niż do tych, do których przywykła.

- albo nie potrafią oceniać swoich możliwości, nie wydaje mi się, że do tego trzeba się jakoś specjalnie przygotowywać. - Sama nie miała zbyt wielkiego doświadczenia, jednak była w stanie przewidzieć ewentualne konsekwencje wlania w siebie połowy butelki jakiegoś trunku. Ci niby starsi od niej, doświadczeni ludzie nie mieli najwyraźniej takiej autorefleksji. Gdy na nich spoglądała wiedziała, że raczej nie będzie powielać takich zachowań. Nie było nic przyjemnego w oglądaniu ich, wzbudzało to raczej zażenowanie.

- Tylko jaki to ma sens? Na co komu życie towarzyskie, które jest obłudą? - Przeniosła spojrzenie w stronę, którą wskazał jej Rookwood. Faktycznie ludzie tam między sobą dyskutowali, nie wydawało się jednak aby darzyli się sympatią. Czy był sens w spędzaniu czasu z kimś za kim się zupełnie nie przepadało? Nie zamierzała iść tą drogą, gdy będzie już dorosła. Naprawdę wierzyła w to, że uda jej się do minimum ograniczyć czas spędzony z osobami, które nie będą wzbudzać w niej zbyt pozytywnych emocji. Jeśli będzie to oznaczało, że nie będzie miała życia towarzyskiego, cóż - była gotowa na podobne konsekwencje.

- No taki jak Ty. - Machnęła przy tym ręką, jakby chciała pokazać, że chodzi jej o niego całego. Na pewno miał szansę spróbować wyrobów od najlepszych cukierników, w końcu rodziny jak jego nie oszczędzały na takich rzeczach. Nie wątpiła w to, że miał możliwość spróbować jakichś wybitnych wyrobów, w których skład wchodziły owoce, chociaż ona dałaby się pociąć nawet za szarlotkę babci Ellie. Niewiele potrzebowała do szczęścia.

Przewróciła jeszcze oczami, gdy wspomniał o tym, że nie pozwoli jej wybrać tortu na ich weselu. Na szczęście nie musieli się o to kłócić, nie skomentowała tego w żaden sposób, bo wiedziała, że powiedział to tylko dlatego, żeby znowu ją zirytować. Wykorzystywał sytuację w której się znaleźli.

- Czekoladą też można się zbytnio zasłodzić. - Nie była jej wielką fanką, zdecydowanie wolała owoce, może tu był pies pogrzebany, bo właśnie to była jej ulubiona część ciast, czy innych wypieków.

- Nie wydaje mi się, żeby istniała taka ilość czasu, która pozwoliłaby mi się pogodzić z obecną sytuacją. - odpowiedziała jeszcze, chociaż w zasadzie już chyba się z tym oswoiła. Starała się jakoś w tym odnaleźć, chociaż trudno było stwierdzić, że było to dla niej komfortowe. Samo to, że znajdowali się wśród ludzi to było sporo, a do tego z zewnątrz inni powinni wziąć ich za parę, co w ich sytuacji było naprawdę trudne. - To nie róża, prędzej kalina, czy lilak, nie zmieściłbyś się pod różą. - Nie zaprzeczyła temu, że mogłaby rozważać podobną ewentualność. - Czyli po dzieciach już można? - Starała się nie pokazywać, że coraz bardziej te komentarze wyprowadzały ją z równowagi, mąż, dzieci - na pewno.

- Nie spodziewałam się, że będziesz miał taką silną potrzebę wyniesienia coś stąd. - Fakt, jego ubranie pewnie nadawało się do tego dużo bardziej od tego jej. Miała na sobie tylko czarną sukienkę, jeśli chciałaby coś stąd wynieść, to musiałaby się pewnie odrobinę nagimnastykować. Zmierzył ją wzrokiem, poczuła na sobie jego spojrzenie, odwdzięczyła mu się tym samym. - Nie mam problemu, bo nie zamierzam niczego stąd wynosić. - Dodała w końcu. Nie zamierzała żerować na parze młodej.

- Myślę, że nikt nie będzie się skupiał na wyrazie mojej twarzy, zawsze można powiedzieć, że po prostu tak już mam, na pewno wzbudziłbyś uznanie, gdyby uznali, że i tak się mną zainteresowałeś, bo raczej nikt nie chce mieć nic wspólnego z kimś, kto wygląda, jakby ciągle chciał kogoś zabić. - Nie było innego wyjścia, przysnęła się do niego, wsunęła mu rękę pod ramię, starała się przy tym nie skrzywić, bo przecież właśnie znaleźli dla siebie misję do wykonania, a że mieli udawać parę, to powinna znaleźć się przy jego ramieniu. W sumie tak naprawdę nie było to dla niej szczególnie kłopotliwe, kiedyś przecież często się dotykali i nie było to niczym dziwnym.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
12.10.2026, 15:49  ✶  
Spojrzałem na Prue z ukosa, obracając kieliszek między palcami, przez moment zastanawiałem się, czy naprawdę uważała, że ludzie powinni świętować ważne okazje w sposób, który nie pozostawiałby im żadnych interesujących wspomnień - czy z jej punktu widzenia wystarczyłoby kilka uprzejmych rozmów, porządny deser, ewentualnie odrobina muzyki, po czym wszyscy mogliby wrócić do domów z godnością i z przekonaniem, że wieczór upłynął zgodnie z planem? Ja sam wychodziłem z założenia, że jeśli po przyjęciu nikt nie miał chociaż jednej historii, której nie powinien opowiadać przy młodszych krewnych, gospodarze prawdopodobnie nie wykorzystali pełnego potencjału okazji, ale czy moja towarzyszka rzeczywiście była z tych nudnych i poprawnych? Wątpiłem, nawet jeśli starała się świecić przykładem, przyjąłem jednak jej uwagę o różnych podejściach do świętowania z takim przejęciem, jakby właśnie oznajmiła mi, że woda bywa mokra, po czym upiłem kolejny łyk ze swojego kieliszka i rozejrzałem się po sali, wzruszywszy ramionami - nie byłem szczególnie przywiązany do myśli, że każda uroczystość powinna wyglądać właśnie tak, chociaż zdecydowanie wolałem przyjęcia, na których goście po kilku godzinach przestawali pilnować każdego słowa, ponieważ wtedy nawet najbardziej sztywni przedstawiciele szlachetnych rodów zaczynali zdradzać, że pod warstwą wydumanych tytułów, nienagannych manier i wyuczonych uprzejmości kryło się całkiem sporo materiału na interesujące anegdoty. Prue patrzyła na to wszystko z rezerwą, której nie potrafiłem uznać za szczególnie zaskakującą, ale nie zamierzałem też udawać, że w pełni rozumiałem i na swój sposób doceniałem jej podejście, bo wtedy równie dobrze mógłbym się z nią zgodzić, a wtedy jeszcze zaczęłaby wierzyć, że potrafiła prowadzić ze mną rozmowę bez konieczności stawiania ostatniego słowa.
Oczywiście zresztą, że każdy miał własne podejście do podobnych uroczystości, ale istniał zasadniczy problem z teorią Prudence Bletchley, mianowicie zakładała ona, że wszyscy powinni zachowywać się rozsądnie nawet wtedy, kiedy nikt nie wymagał od nich rozsądku, co wydawało mi się wyjątkowo męczącym i nudnym sposobem spędzania wolnego czasu. Sam nie miałem najmniejszej ochoty upijać się do stanu, w którym potrzebowałbym pomocy trzech osób, żeby wstać, wyjść na dwóch nogach albo mógłbym mieć trudność z przypomnieniem sobie własnego nazwiska, lecz nie zamierzałem również spędzać imprezy na ocenianiu zachowań każdego gościa, który wypił o kieliszek za dużo, bo niektóre rzeczy należało po prostu obserwować z odpowiednim dystansem, najlepiej z talerzem pełnym jedzenia w ręku.
- Właśnie dlatego jesteś taka trudna do zabrania gdziekolwiek. - Oznajmiłem, jakbyśmy obecnie mieli okazję planować wspólne wyjścia gdziekolwiek, bo chociaż rzeczywiście część obecnych gości zdawała się nie rozumieć, kiedy należało odłożyć kieliszek, nie uważałem, żeby stanowiło to szczególnie interesujący problem natury filozoficznej. - Większość ludzi potrafi przynajmniej udawać, że dobrze się bawi, kiedy znajdzie się w miejscu, które nie do końca im odpowiada. Ty natomiast wyglądasz, jakbyś przyszła tutaj przeprowadzić inspekcję i za chwilę miała zamknąć lokal za uchybienia w behapie. - Zerknąłem w stronę parkietu, gdzie widziana już przeze mnie wcześniej para próbowała wykonać taniec, który również najwyraźniej wymagał znacznie większej koordynacji, niż oboje wspólnie posiadali. - Nie twierdzę, że musisz robić to samo. Chociaż byłoby miło, gdybyś przynajmniej raz spojrzała na coś bez zastanawiania się, co poszło lub jak może pójść nie tak. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, szukając oznak, że moja uwaga trafiła w czuły punkt, ale przecież to była Prue - uosobienie czarnowidztwa i nieoficjalna księżniczka osób przygotowanych zupełnie na wszystko, prócz dobrej zabawy, niestety…
- Trudno, nie można mieć wszystkiego. - Zerknąłem na nią, dostrzegając, że jej spojrzenie znów zaczęło nabierać tego szczególnego wyrazu, który zwykle oznaczał, że jeszcze jedno zdanie z mojej strony mogło doprowadzić do drastycznego pogorszenia naszych stosunków.
Rozmowa z nią bez wzajemnego podszczypywania była jednak jak deser bez cukru - niby dało się przełknąć, lecz po co właściwie się męczyć - poza tym chciałem zobaczyć, ile jeszcze podobnych widowisk zdołamy obejrzeć, zanim postanowi, że jednak woli wrócić do domu.
- Obłuda? - Powtórzyłem, unosząc brwi. - Ciekawe, że akurat to nazywasz „obłudą”… - Wypchnąłem policzek językiem, po czym nieznacznie pokręciłem głową i odchrząknąłem, jakbym właśnie musiał wyjaśniać jej podstawowe zasady funkcjonowania świata. - Nie, moja droga. To się nazywa „takt”. To dość podstawowa umiejętność, szczególnie jeśli nosisz nazwisko, które zobowiązuje cię do pojawiania się w miejscach, w których wolałabyś nie spędzać nawet pięciu minut. - Mówiłem z doświadczenia, bo od najmłodszych lat obserwowałem, jak zgrabnie dorośli potrafili prowadzić rozmowę z kimś, kogo najchętniej wyrzuciliby za drzwi, po czym z uśmiechem zapraszali tę samą osobę na kolejne przyjęcie, nie uważałem tego za szczególnie szlachetne, ale nie zamierzałem też udawać, że świat działa według zasad, które Prue uznałaby za uczciwe. - Na szczęście ci to nie grozi, ale uważaj, nie każda rozmowa musi prowadzić do przyjaźni, nie każde spotkanie musi kończyć się deklaracją dozgonnej sympatii. Czasami wystarczy, że obie strony wiedzą, jak się zachować i żadna nie próbuje publicznie udowodnić drugiej, że jest skończonym kretynem. - Uśmiechnąłem się do niej znacząco - było coś przewrotnie przyjemnego w tym, że poczuwałem się do tłumaczenia jej zalet towarzyskiej dyplomacji, skoro większość naszych spotkań kończyła się zwykle na tym, że któreś z nas musiało mieć ostatnie słowo - nie zamierzałem jednak udawać, że nasza skłonność do kłótni oznaczała, iż nie potrafiliśmy funkcjonować wśród innych, przeciwnie, gdybyśmy oboje nie mieli choć odrobiny wyczucia, już dawno zostalibyśmy wyrzuceni z połowy miejsc, w których zdarzało nam się spotykać. Prue, co prawda, nie należała do osób, które potrafiły z łatwością odnaleźć się w każdej rozmowie, a już szczególnie nie wtedy, kiedy musiała spędzać czas z kimś, kto nie wzbudzał w niej sympatii, tyle że w jej przypadku istniała pewna osobliwa prawidłowość - im bardziej nie chciała ze mną rozmawiać, tym więcej miała mi do powiedzenia - nie próbowałem oczywiście wyciągać z tego żadnych pochopnych wniosków, chociaż sam fakt, że wciąż prowadziła ze mną dyskusję zamiast znaleźć pretekst do odejścia, wydawał mi się całkiem absorbujący.
- Istnieje różnica między powiedzeniem komuś, że nie znosisz jego towarzystwa, a pozwoleniem mu, żeby sam doszedł do tego wniosku. - Wzruszyłem ramionami, zanim zdążyła mi odpowiedzieć, przy czym spojrzałem w stronę najbliższego ze stołów, przy którym dwóch starszych czarodziejów właśnie wstało i uścisnęło sobie dłonie, z entuzjazmem godnym długoletnich przyjaciół, chociaż jeszcze chwilę wcześniej jeden z nich bardzo głośno i wyraźnie próbował przekonać drugiego, że jego syn nie miał żadnych szans na przyjęcie do prestiżowego klubu. - Widzisz… Pierwsza metoda sprawia, że zyskujesz wroga. Druga daje ci szansę, że sam zacznie cię unikać. - Nie mogłem jednak odmówić jej pytaniu pewnej logiki, nawet jeśli sama logika nie stanowiła dla mnie wystarczającego powodu, żeby zmienić zdanie, szczególnie będąc na takiej, nie innej, pozycji w naszej relacji.
„No taki jak ty” usłyszałem zresztą chwilę później, kiedy wróciliśmy do tematu jedzenia, przez co natychmiast w pełni odwróciłem ku niej głowę - sam gest, w którym machnęła ręką, jakby chciała wskazać całą moją osobę, rozbawił mnie niemal równie mocno jak jej słowa.
- Doprawdy? Nie wiedziałem, że jestem osobną kategorią. - Przesunąłem dłonią po przodzie szaty, poprawiając materiał przy mankiecie, ponieważ nie miałem zamiaru zaprzeczać, że w moim domu oprawa kateringowa stanowiła sprawę niemal równie ważną jak nazwisko, odpowiednie znajomości i umiejętność prowadzenia rozmowy, która potrafiła ciągnąć się przez całe popołudnie bez wypowiedzenia choćby jednej rzeczywiście interesującej i szczerej myśli.
- Można się zasłodzić wszystkim, jeśli nie ma się umiaru, Ptysiu. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z wyraźnym uśmieszkiem, po czym odwróciłem się twarzą w stronę bufetu, bo dalsze dyskutowanie o deserach bez możliwości ich spróbowania zaczynało wydawać mi się stratą czasu. Poniekąd dobrze zakładała, musiałem jej to przyznać, przynajmniej wewnątrz, na moich rodzinnych przyjęciach pojawiały się desery przygotowywane przez cukierników, których nazwiska znały nawet osoby niemające najmniejszego pojęcia o gotowaniu, a ja od dzieciństwa przywykłem do tego, że na stole można było znaleźć kilka rodzajów ciast, kremów i wypieków, z których każdy miał wyglądać tak, jakby jego przygotowanie wymagało co najmniej kilku konsultacji. Jadłem desery przygotowywane przez mistrzów cukiernictwa, którzy potrafili wyczarować z czekolady rzeczy tak piękne, że szkoda było wbijać w nie łyżeczkę, miałem również okazję próbować tortów, które wyglądały jak dzieła sztuki, lecz smakowały jak słodka dekoracja stołu, mimo to nie zamierzałem oddać jej racji, ponieważ najwyraźniej uznała, że moje doświadczenie kulinarne stanowiło doskonały argument w sporze, który sama sprowokowała. Nie miałem zamiaru więc przyjmować jej teorii, jakie by nie były, na wiarę tylko dlatego, że mówiła je tonem kogoś, kto właśnie odkrył najważniejsze prawo magii, zwłaszcza że jeszcze nie doszliśmy do, na przykład, kwestii oprawy muzycznej na sali…
Cóż, trudno było mi wyobrazić sobie lepszy dowód na to, że nadal doskonale odnajdywaliśmy się w naszym ulubionym sporcie, czyli wzajemnym doprowadzaniu się do szału, nie miałem zamiaru przegrywać, nawet jeśli oznaczało to konieczność spędzenia reszty wieczoru na udowadnianiu jej, że życie towarzyskie nie jest ani tak proste, ani tak tragiczne, jak próbowała je przedstawiać.
- Biedna Audacia. Wciągnięta w miejsce w hierarchii, zmuszona do jedzenia deserów i skazana na oglądanie ludzi, którzy mają czelność dobrze się bawić. - Rozłożyłem ręce. - Nie wiem, jak to przetrwasz. - Było to irytujące, lecz zarazem trudne do zignorowania, bo na ogół całkiem nieźle trafiała ze swoimi opiniami.
„Nie zawsze. Oczywiście. To byłoby za mało skomplikowane…”
- Czyli jednak rozważałaś możliwość zakopania mnie pod krzewem. - Dopiero w momencie, w którym te słowa opuściły moje usta, uświadomiłem sobie, na jak bardzo zadowolonego zabrzmiałem, jednak ani trochę mnie to nie zmieszało, wręcz przeciwnie, uniosłem dodatkowo kącik ust, lekko wypiąwszy pierś, bo przecież oboje wiedzieliśmy, co to mogło znaczyć. - Powinienem być wdzięczny, że w ogóle bierzesz pod uwagę rośliny ozdobne? Spodziewałem się raczej czegoś trującego, bardzo kolczastego, najlepiej w miejscu, do którego nikt nie zagląda. - Widziałem, że jej cierpliwość zaczynała się wyczerpywać, lecz właśnie dlatego nie zamierzałem rezygnować z dalszego drażnienia lwa - nie zamierzałem pozwolić, by ostatnie słowo należało do niej, szczególnie gdy tak łatwo było wykorzystać jej własną uwagę.
- Oczywiście. - Byłem niemal pewien, że wolałaby w tej chwili wrócić do rozważań o pogrzebie, ale skoro sama otworzyła temat, nie zamierzałem rezygnować z okazji. - Po dzieciach, po kupnie domu, ale przed tym, jak uświadomisz sobie, że musisz nadal udawać, że nie potrafisz znieść mojego widoku, gdy tak naprawdę go wypatrujesz. - Zrobiłem krótką pauzę, jakbym właśnie wyliczył wszystkie najważniejsze etapy naszego przyszłego życia, po czym wzruszyłem ramionami. - Właściwie, jeśli chcesz mieć pewność, że wszystko zostało załatwione zgodnie z planem, możemy się o nie postarać jeszcze przed końcem roku. Potem może być ci znacznie trudniej, chociaż nie wątpię, że gdybyś się zaparła, pewnie dałabyś radę spróbować. - To ostatnie zdanie wypowiedziałem z pełną świadomością, że właśnie wystawiałem się na jej kolejną ripostę, ale przecież nie mogłem pozwolić, żeby rozmowa stała się zbyt poważna - była to oczywiście kpina, nic więcej, a jednak przez krótką chwilę wyobraziłem sobie Prudence stojącą obok mnie w zupełnie innym miejscu niż zatłoczona sala weselna, bez konieczności udawania czegokolwiek przed obcymi ludźmi - złote, piękne czasy - ta myśl przemknęła przez moją głowę tak szybko, że zdążyłem ją zignorować, zanim mogła nabrać jakiegokolwiek znaczenia.
- Nie powiedziałem, że zamierzam za wszelką cenę obrabować gospodarzy. Nie jestem aż tak zdesperowany. Mam tylko świadomość, że skoro gospodarze przygotowali tyle jedzenia, część z niego prawdopodobnie nigdy nie zostanie tknięta. - Zerknąłem na oddalony od nas stół z przekąskami. - Po prostu uważam, że skoro już tu jesteśmy, należy odpowiednio wykorzystać możliwości, jakie daje nam sytuacja. Nie widzę powodu, żeby pozwolić, by zmarnowało się coś, co mogłoby poprawić komuś humor następnego dnia. W końcu nie codziennie trafia się na wesele, na którym nikt nie pyta o nazwisko gościa. - Wyjaśniłem, chociaż sam nie byłem pewien, czy rzeczywiście potrzebowałem wyjaśniać jej cokolwiek, spojrzałem na nią, po czym dodałem z uśmieszkiem. - Okej. Jeżeli zdecyduję się zabrać kawałek ciasta dla twojego bliźniaka, nie będę cię prosił o pomoc. Nie zamierzam narażać twojej nieskazitelnej reputacji. - Rzuciłem, a kiedy wreszcie przysunęła się do mnie i wsunęła rękę pod moje ramię, przez krótką chwilę skupiłem uwagę na samym geście - nie dlatego, że było w nim coś niezwykłego, w pewnym sensie zupełnie przeciwnie - w przeszłości zdarzało nam się być znacznie bliżej, niż pozwalałaby na to nasza obecna niechęć, więc sam kontakt nie stanowił dla mnie żadnego zaskoczenia, mimo to poczułem osobliwe zadowolenie, że nie odsunęła się, kiedy wyciągnąłem ku niej ramię, lecz zdecydowała się podjąć grę do końca. Rzecz jasna, natychmiast przykryłem to uczucie rozbawieniem, ponieważ znacznie łatwiej było mi potraktować jej zachowanie jako kolejny element naszego przedstawienia niż zastanawiać się, dlaczego jej obecność potrafiła poprawić mi humor nawet wtedy, gdy przez większość wieczoru groziła mi śmiercią.
- Cóż, fakt. Otoczenie już pewnie doszło do wniosku, że jestem jedynym mężczyzną na sali, który zdecydował się związać z banshee. Wypadałoby więc, żebym zachował się odpowiednio do swojej reputacji. - Odparłem, zadowalając się porównaniem jej do zwiastunu śmierci, nie do czegoś, co faktycznie byłoby zainteresowane mordem, bo przecież musiałem dziś wierzyć w dobre intencje mojej narzeczonej - prawda?
W moim świecie niektóre rzeczy były oczywiste, inne należało przemilczeć, a jeszcze inne najlepiej było obrócić w żart, zanim zdążyły nabrać jakiegokolwiek znaczenia, dlatego kiedy znów spojrzałem na nią, poprawiając ułożenie jej dłoni na moim ramieniu, zrobiłem to z tą samą bezczelną swobodą, z jaką przez cały wieczór zamierzałem udawać jej narzeczonego.
- Życzysz sobie również coś do picia? Jakieś bombelki? - Nie było w tym nic szczególnie trudnego, wystarczyło odpowiednio często zwracać się do niej z przesłodzoną czułością, z umiarem, od czasu do czasu pochylić się w jej stronę, pamiętać o trzymaniu jej za rękę i nie pozwolić, żeby ktokolwiek zorientował się, że oboje traktujemy tę farsę jak kolejną okazję do sprawdzenia, kto pierwszy straci cierpliwość. Problem polegał na tym, że z jakiegoś powodu coraz bardziej podobało mi się to, jak łatwo wchodziliśmy w te role, kiedy już przestawała myśleć o tym, że powinna uciec.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#16
12.10.2026, 21:23  ✶  

Interesujące wspomnienia… tak właściwie Prue pamiętała wszystko, co wydarzyło się w jej życiu. Czy tego chciała, czy nie, jej głowa zapisywała każdą sytuację, która jej się przytrafiła. Naprawdę miała do czego wracać, nie potrzebowała kolejnych wspomnień, które jeszcze powodowały, że wszystko byłoby bardziej wyraźne, tak właściwie to chyba nie dało się i tak sprawić, aby one się wyostrzyły. Pamiętała wszystko dokładnie, tak, że nie dało się lepiej, naprawdę nie potrzebowała mieć w swojej głowie jakichś specjalnych wspomnień. To było dość mocno skomplikowane, ale w sumie pewnie nikt, kto nie cierpiał na taką przypadłość nie byłby w stanie tego do końca zrozumieć. Zresztą nigdy nie przyznała się Rookwoodowi dlaczego czasami zdarza się jej w ten sposób zamyślać, nigdy też jej o to nie zapytał, więc nie było czego wyjaśniać. Bardzo dobrze, wolałaby się nie dzielić z nim tym, w jaki sposób działał jej umysł.

- Och daruj sobie, mówisz tak, jakbyś kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, gdzie mógłbyś mnie zabrać i dlaczego lepiej tego nie robić. - Na pewno znalazłyby się miejsca, w których czułaby się dużo bardziej komfortowo, gdzie być może i ona byłaby się w stanie bawić w sposób, jaki wolał Aloysius, jednak wesele pełne obcych ludzi zdecydowanie nie należało do tego typu miejsc. Nie czuła się tutaj do końca pewnie, nie wiedziała, czego może się spodziewać. Niekoniecznie bawiło ją bycie na rauszu wśród tylu ludzi, co to właściwie była za przyjemność? Ludzie lubili plotkować, opowiadać o tym, co widzieli, a ona lubiła mieć kontrolę nad tym, co widzieli inni, jak na nią spoglądali. Wolała być odbierana jako ta rozsądna, bo wtedy przynajmniej nikt nie zadawał pytań, nikt nie interesował się tym, co robiła w wolnym czasie, bo przecież Prudence zawsze przestrzegała reguł. Dzięki temu nie musiała się nikomu z niczego tłumaczyć, bo nie nadużywała zaufania, co było dla niej bardzo dobre. Mogła mieć swoje dziwne hobby i nikt nawet nie wpadł na pomysł, że pewne rzeczy mogą interesować kogoś takiego. To było naprawdę wygodne. Miała świadomość, że Rookwood niestety wiedział o niej więcej, bo nie zawsze udawało jej się przy nim utrzymywać maskę.

- Po co udawać? Żeby robić komuś przyjemność? W jakim celu? - Nie była zadowolona, że znalazła się w tej chwili właśnie w tym miejscu, nie wyszła stąd jednak, nadal tutaj tkwiła. Gdyby, aż tak jej się nie podobało to przecież by wyszła, jeszcze brakowało, żeby zaczęła się do wszystkich uśmiechać. W sumie mijała ich właśnie pewna para, postanowiła więc spróbować to zrobić. Uśmiechnęła się do nich - ten uśmiech wyglądał jednak bardziej, jakby coś ją właśnie mocno zabolało. - Nie umiem, widzisz? - Powiedziała jeszcze do swojego towarzysza. - To nie jest takie proste, jeśli przez całe życie wszystko analizujesz. - Dodała jeszcze, całkiem szczerze, może zupełnie niepotrzebnie, nie było w tym jednak ani krzty złośliwości, powiedziała to, co faktycznie myślała i wspomniała o swoich realnych problemach, nie wydawało jej się, aby mógł to zrozumieć.

- Ty na pewno wiele o tym wiesz, bo jesteś jedną z osób o takim nazwisku, czyż nie? - Przeniosła wzrok na jego twarz i spojrzała mu w oczy. Wcale nie musiał podkreślać tych różnic, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pochodzą z zupełnie innych środowisk. Jego rodzina była w końcu czystokrwista, na pewno spodziewano się po nich tego, że będą taktowni. U niej? Wyglądało to nieco inaczej, w sumie to głównie w przypadku babci Ellie, która uczyła ją, że nie warto jest się dostosowywać i lepiej od razu mówić to, co się myśli na dany temat. Starała się podążać tą drogą, chociaż nie zawsze jej się udawało, wbrew temu co mówiła była naprawdę dobrze ułożona, ale trochę nie wyobrażała sobie tego, aby wśród najbliższych, z którymi miałaby celebrować podobne wydarzenie miałaby szczypać się w język.

- Tak, na szczęście mi to nie grozi. - Powtórzyła jeszcze za nim, a na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Nie musisz się o mnie martwić, skąd wiesz, że nie sprawia mi przyjemności udowadnianie tego, że stoi przede mną kretyn, najlepiej, kiedy sam sobie nie zdaje z tego sprawy. - Prue potrafiła prowadzić bardzo celne dyskusje, nie zawsze osoby, które z nią rozmawiały miały świadomość, że same się przed nią kompromitowały.

- Co jeśli niespecjalnie przejmuję się posiadaniem wrogów? - Czy faktycznie było to takie złe? Lepiej jasno stawiać sytuację, przynajmniej w niektórych przypadkach.

- Jesteś, nie mieścisz się w żadnych normach, nie uznawałabym tego jednak za komplement. - Dodała jeszcze, wypadało to przecież podkreślić. Nikt nie sprawiał jej tyle kłopotu, nikt nie był taki. Naprawdę mogłaby go określić wieloma epitetami, jednak mieli w tej chwili udawać parę, więc niekoniecznie wypadało to robić w tym momencie.

- Spokojnie, nie każdy ma tak wyrobione podniebienie na gorycz jak Ty. - Skrzywiła się nieco, niekoniecznie podobało jej się to w jaki sposób się do niej odezwał, musiała jednak jakoś się trzymać i nie dać po sobie znać, jak celnie trafiał. Naprawdę, ale to naprawdę mocno ja irytował.

- Nie takie rzeczy udało mi się przetrwać, jakoś sobie poradzę Dick. - Zmarszczyła nos, kiedy się odezwała. Starała się jakoś trzymać, ale odruchowo zacisnęła dłoń w pięść i poczuła, jak paznokcie zaczynają jej się wbijać w skórę, zawsze reagowała w ten sam sposób. To było nieuniknione.

- Tak naprawdę powinieneś się cieszyć, że padło na zakopanie, bo to jedna z wielu możliwości, stać mnie na dużo bardziej kreatywne. - Istniało naprawdę wiele sposobów na pozbycie się kogoś niechcianego, Prue znała wiele z nich, poniekąd śmierć, morderstwa, zbrodnie od zawsze wzbudzały w niej zainteresowanie, ale nie do końca wypadało o tym rozmawiać w takim miejscu, ktoś jeszcze mógłby ich podsłuchać.

- Jeszcze przed końcem roku? Po co to odsuwać w czasie, lepiej zająć się tym od razu, wtedy będę mogła się szybciej Ciebie pozbyć. - Odpowiedziała jeszcze na jego komentarz, nie podobało jej się to, że on prowadził tę rozmowę, że nie udało jej się jeszcze wybić go z rytmu, cóż - noc miała być długa, na pewno znajdzie chwilę, w której będzie mogła błysnąć.

- Nie do końca wierzę w te Twoje dobre zamiary, jeśli odczuwasz taką silną potrzebę wyniesienia stąd czegoś, to nie będę Ci stawać na drodze, tylko mnie w to nie mieszaj. - Nie zamierzała przypadkiem dać się złapać. Prue zresztą nie do końca potrafiła reagować w takich sytuacjach i raczej zakładała, że od razu będzie po niej widać, że coś knuje. Za dobrze znała siebie.

Później zbliżyła się do niego, bo przedstawienie musiało trwać i wcale nie poczuła się z tą bliskością nieswojo, mimo, że nie znajdowali się w podobnych sytuacjach zbyt często. Raczej atakowali się z dystansu, ale pewnych rzeczy się nie zapominało.

- O gustach się ponoć nie dyskutuje, nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto negowałby Twoje preferencje. Niektórzy lubią życie na krawędzi. - Porównanie do banshee nieszczególnie ją ruszyło, ba pewnie uznałaby to raczej za komplement, w końcu od lat pracowała nad swoją reputacją, czy coś.

- Żadnych bombelków. - Odezwała się jeszcze, starała się nie przewrócić przy tym pytaniu oczami, ale chyba jej to nie wyszło. - Nie miałabym jednak nic przeciwko czemuś cierpkiemu, aby się przypadkiem zbytnio nie zasłodzić. - Dodała jeszcze.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
13.10.2026, 16:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2026, 20:40 przez Benjy Fenwick.)  
Nie mogłem powiedzieć, żebym szczególnie żałował, że los postanowił skrzyżować nasze drogi akurat na weselu, na którym nie mieliśmy najmniejszego prawa się znaleźć, ponieważ im dłużej przebywałem w towarzystwie tej dzisiejszej odsłony Prudence, tym wyraźniej przekonywałem się, że wieczór zapowiadał się znacznie ciekawiej, niż początkowo zakładałem. Owszem, muzyka była ogłuszająca, alkohol lał się strumieniami, zaś część zgromadzonych najwyraźniej uznała, że godność osobista była czymś, co można było bez większego żalu zostawić w szatni, lecz miałem obok siebie osobę, która z każdym kolejnym komentarzem udowadniała, że potrafiła dotrzymać mi kroku w tej wyjątkowo idiotycznej odświętnej rywalizacji. Wystarczyło, że rzuciłem jakąś uwagę, żeby natychmiast próbowała znaleźć w niej słaby punkt, a kiedy już go znalazła, wbijała szpilę z precyzją, której nie powstydziłaby się zawodowa szermierka. Z innymi ludźmi nie musiałem się szczególnie wysilać, wystarczało kilka dobrze dobranych słów, odpowiedni uśmiech i odrobina pewności siebie, żeby rozmowa potoczyła się po mojej myśli, natomiast Prue, choćby czując się nieswojo w tłumie obcych ludzi, zdecydowanie nie zamierzała ułatwiać mi życia nawet wtedy, kiedy oboje udawaliśmy zakochanych narzeczonych. Starałem się sprawiać wrażenie kogoś, kto niekoniecznie przykładał się do tego, by słuchać jej z należytą powagą, co niestety wymagało ode mnie znacznie więcej wysiłku, niż powinno, ponieważ ilekroć zaczynała wyjaśniać, dlaczego moje zachowanie było niewłaściwe, niemal natychmiast pojawiała się we mnie nieodparta potrzeba sprawdzenia, ile jeszcze podobnych uwag potrafiła zmieścić w jednej rozmowie. Właściwie należało jej za to podziękować, chociaż prędzej połknąłbym własną różdżkę, niż przyznał jej tę rację bez odpowiedniego komentarza. Nie chodziło nawet o to, że nie rozumiałem kierowanych do mnie argumentów, ponieważ większość z nich była całkiem logiczna, tylko o to, że Audacia potrafiła przedstawiać swoje opinie z taką powagą, jakby właśnie powierzono jej zadanie naprawienia wszystkich wad świata, począwszy od mojego stosunku do alkoholu, skończywszy na sposobie wybierania deserów. Słuchałem jej więc, obracając w palcach kieliszek, od czasu do czasu zerkając na salę, gdzie zabawa rozkręcała się coraz bardziej, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie dostrzegała komizmu tej sytuacji, czy może dostrzegała go doskonale, tylko za nic nie zamierzała dać mi satysfakcji.
- Och, nie udawaj, że naprawdę w to wierzysz. Mam przecież doskonałą wyobraźnię, kochanie. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z wyjątkową starannością, wyłącznie po to, żeby przypomnieć jej, jaką rolę odgrywaliśmy tego wieczoru. - Możesz się oburzać, ile chcesz. Fakty pozostają faktami. - Spojrzałem na nią z ukosa, poprawiając mankiet koszuli. - Nie mogę jedynie pozwolić, żebyś nabrała przekonania, że potrafię być taki przez cały czas. Miałabyś później nierealistyczne oczekiwania wobec innych mężczyzn, a ja nie chciałbym ponosić odpowiedzialności za twoje przyszłe rozczarowania. - Powiedziałem to z pełną powagą, chociaż kąciki ust drgnęły mi zdradziecko, kiedy przypomniałem sobie, jak łatwo potrafiła przejść od względnego spokoju do wyraźnej chęci skręcenia mi karku.
Nie wystarczało, że wprosiliśmy się na cudze wesele, uniknęliśmy pytań o zaproszenia i zyskaliśmy dostęp do jedzenia, którego nie musieliśmy kupować - nadal kręciła zadartym nosem i przewracała oczami - więc tym bardziej nie widziałem większego powodu, żeby ekscesywnie zaprotestować, przyznawszy tym samym, że znałem co najmniej kilkanaście miejsc, w których mogłaby poczuć się znacznie swobodniej, ponieważ nie zamierzałem pozwolić jej uwierzyć, że poświęcałem szczególną uwagę upodobaniom kogoś, kto w gruncie rzeczy był mi tylko jednodniowym sojusznikiem. Prawda była taka, że mogłem wymienić całkiem sporo lepszych scenerii, od cichych zakątków ogrodów po księgarnie, w których można było zniknąć między regałami na całe popołudnie, ale nie zamierzałem teraz przedstawiać katalogu potencjalnych wycieczek.
Przez większą część życia byłem przekonany, że w gruncie rzeczy, poza celowo nie respektowanymi przeze mnie jednostkami, tak naprawdę istniały dwa rodzaje ludzi - ci, którzy potrafili docenić moje towarzystwo oraz ci, którzy potrzebowali odrobiny czasu, żeby zrozumieć, co tracili, kiedy próbowali mnie unikać - Prudence Bletchley z uporem godnym lepszej sprawy zaliczała się do trzeciej kategorii, której istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem, ponieważ nie tylko nie doceniała moich zalet, lecz także traktowała każdą kolejną okazję do przebywania ze mną tak, jakbym osobiście odpowiadał za wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały ją od chwili narodzin. Co gorsza, nie potrafiłem nawet stwierdzić przed sobą, że jej niechęć była całkowicie bezpodstawna, bo jeśli ktoś regularnie pojawiał się w najmniej odpowiednich momentach, zadawał niewygodne pytania i nie przepuszczał żadnej okazji do wygłoszenia złośliwego komentarza, to… Tak, rzeczywiście mogłem mieć coś wspólnego z jej problemami, nie zawsze świadomie chcąc zrobić dziewczynie na złość, czasami po prostu będąc sobą, nie zamierzałem jednak składać żadnych wyjaśnień odnośnie tego, dlaczego działo się w ten sposób, ponieważ etap na to mieliśmy już dawno za sobą, minął bezpowrotnie, gdy nasze relacje zaczęły wyglądać właśnie w ten sposób.
Przez chwilę przyglądałem się jej z namysłem, ponieważ pytanie o cel było całkiem sensowne, chociaż odpowiedź wydawała mi się równie oczywista, co irytująca dla kogoś o usposobieniu mojej tymczasowej narzeczonej. W gruncie rzeczy uważałem, że w pewnych okolicznościach należało po prostu pozwolić ludziom mamić sobie oczy - no i nie miałem zamiaru zgadzać się z wyznawanymi przez nią poglądami tylko dlatego, że wypowiadała je z przekonaniem, szczególnie że w kwestii salonowych uprzejmości uważałem się za znacznie lepiej przygotowanego od niej - nie oznaczało to jednak, że zamierzałem bronić każdego zachowania, które widzieliśmy na sali, bo nawet ja miałem swoje granice. Sam wychowałem się w towarzystwie, w którym nikt nie musiał specjalnie tłumaczyć, dlaczego na przyjęciu wypadało wypić kieliszek z gospodarzem, drugi z jego ojcem, trzeci z krewnym, którego nazwisko należało skwitować uśmiechem, chociaż rozmowa z nim była karą dla duszy, więc cała ta uroczystość nie robiła na mnie szczególnego wrażenia. Widziałem zresztą naprawdę spektakularne sceny podczas eleganckich kolacji, na których wszyscy byli trzeźwi, mieli nienagannie zawiązane krawaty i potrafili obrazić się nawzajem jednym zdaniem o pochodzeniu, majątku albo perspektywach matrymonialnych swoich dzieci.
- Sens polega na tym, że nie musisz lubić wszystkich, żeby czerpać korzyści z ich obecności. - Odpowiedziałem, opierając się o filar. - Wyobraź sobie, że kiedyś będziesz potrzebowała przysługi od kogoś, kogo dzisiaj uznałaś za nieznośnego i potraktowałaś adekwatnie do własnego osądu. Co wtedy zrobisz? Pójdziesz do niego, stwierdzisz, że miałaś rację, nie znosząc go, ale i tak poprosisz go o pomoc? - Przechyliłem głowę. - Nie, Audacia. Zachowasz wnioski dla siebie, a w momencie potrzeby uśmiechniesz się, zapytasz o zdrowie jego matki, pochwalisz jego ostatnie osiągnięcia i dopiero potem przedstawisz swoją prośbę. Jeśli zrobisz to dobrze, nawet nie zauważy, kiedy zgodzi się ci pomóc. - Tak, było to obrzydliwie fałszywe, ale świat nie był szczerym miejscem dla dobrych ludzi, nietrudno było dojść do tego wniosku. - Nie udajesz dla nich, kochanie, udajesz dla siebie, żeby nie musieć spędzać reszty wieczoru na tłumaczeniu, dlaczego powiedziałaś coś, co można było równie dobrze przemilczeć. - Stwierdziłem, wzruszając luźnym ramieniem. - No, przynajmniej większość osób tak właśnie robi. - Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak męczące musiało być przeżywanie każdej drobnej interakcji w taki sposób, ponieważ sam zwykle mówiłem, co chciałem, dopiero później zastanawiałem się, czy powinienem był zachować większą ostrożność - najczęściej dochodziłem wtedy do wniosku, że nie, ponieważ przeprosiny były nudne, zaś możliwość sprowokowania kolejnej kłótni miała swoje niewątpliwe zalety.
Właśnie wtedy Prue postanowiła udowodnić mi, że jej zdolność do uśmiechania się na zawołanie była równie imponująca, co moje umiejętności gry na oboju - zacisnąłem usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem, lecz kiedy odwróciła się do mnie i oznajmiła, że nie potrafi, przegrałem tę walkę niemal natychmiast i głośno parsknąłem, bo wyglądała, jakby dostała udaru.
- O rany, widok wart miliony, ale, na Merlina, Bletchley, nie rób tego więcej. Wystarczy, że uniesiesz kąciki ust. Nie wszystkie mięśnie twarzy muszą uczestniczyć w przedstawieniu. - Pokręciłem głową, zagryzając wargi i wciągając policzki, aby się nie śmiać - widziałem już portrety rodzinne, które wyglądały na szczęśliwsze od niej - po czym pochyliłem się odrobinę w jej stronę. Szczere wyznanie, że ciągłe analizowanie wszystkiego utrudniało jej takie drobne gesty, sprawiło jednak, że na moment przestałem się uśmiechać, ponieważ po raz pierwszy tego wieczoru usłyszałem od niej coś, co nie stanowiło ani zaczepki, ani próby odbicia mojego żartu. Nie zamierzałem robić z tego wielkiej sprawy, więc jedynie krótko skinąłem głową - nie uważałem, żeby jej niechęć do tłumów była czymś, co należało zawsze wyśmiewać, nawet jeśli jej reakcje w takich sytuacjach potrafiły dostarczyć mi materiału do żartów na kilka następnych tygodni - zauważałem więcej, niż jej się wydawało, przede wszystkim dlatego, że Prudence była jedną z niewielu osób, przy których naprawdę chciało mi się zwracać uwagę na szczegóły, zamiast po prostu zająć się czymś ciekawszym.
- W takim razie przestań analizować, czy robisz to dobrze, po prostu rób to po swojemu. Świat się nie zawali, jeśli ktoś uzna, że jesteś nieco dziwna. - Spojrzałem na nią znacząco, nie był to szczególnie subtelny sposób okazania wsparcia, ale subtelność nigdy nie należała do moich największych zalet, zwłaszcza kiedy próbowałem udawać, że wcale się o kogoś nie troszczyłem. - Poza tym, skoro przez całe życie wszystko analizujesz, powinnaś wiedzieć, że większość ludzi jest zbyt zajęta sobą, żeby zwracać uwagę na to, jak długo patrzysz im w oczy. Ten koleś przed chwilą prawdopodobnie zapomniał już, że nas minął. Jego żona może pamiętać cię nieco dłużej, ale tylko dlatego, że wyglądasz lepiej od niej. - Wypowiedziałem to z taką swobodą, jakbym właśnie wyjaśniał zasady gry w eksplodującego durnia, chociaż doskonale wiedziałem, że te słowa w naszej sytuacji stanowiły wyjątkowo wdzięczny materiał do dalszych prowokacji.
Nie umknęło mi, że kiedy mówiła o nazwisku Rookwood, w jej głosie pojawiła się ta szczególna nuta, którą zwykle rezerwowała dla rzeczy uznawanych przez siebie za przesadnie wystawne, sztuczne albo pozbawione sensu - nie mogłem mieć do niej pretensji, ponieważ wychowałem się w środowisku, w którym nazwisko otwierało drzwi, ale jednocześnie nakładało na noszącego je obowiązki, których nikt nie zamierzał wyjaśniać wprost - od dziecka słyszałem, że należy wiedzieć, kiedy mówić, kiedy milczeć, komu podać rękę, kogo zaprosić do tańca i w jaki sposób odmówić, żeby rozmówca przez następne trzy dni zastanawiał się, czy właśnie został obrażony. W naszym świecie istniały całe pokolenia osób, które potrafiły spędzić godzinę na rozmowie, nie mówiąc ani jednej rzeczy, którą naprawdę myślały, to wymagało talentu, praktyki i znacznej odporności psychicznej, lecz o tym już mało kto mówił.
- Nie mogę zaprzeczyć, moja rodzina od pokoleń zajmuje się podtrzymywaniem pewnych tradycji. - Skinąłem głową, przyjmując jej uwagę z właściwą sobie dumą. - To przekazuje się z pokolenia na pokolenie, zaraz obok rodzinnych sreber i umiejętności rozpoznawania, który z krewnych próbuje cię wykorzystać. - Drgnął mi kącik ust, ponieważ nie pierwszy raz zdarzało mi się słyszeć podobną uwagę, choć zwykle wypowiadali ją ludzie, którzy próbowali ustalić, czy rzeczywiście byłem taki z natury, czy może po prostu wychowano mnie w przekonaniu, że nazwisko Rookwood zwalniało z obowiązku przepraszania za własne poglądy.
Osobiście uważałem, że lepiej było mieć kilku interesujących przeciwników niż tuzin znajomych, którzy przez całe życie będą ci mówić dokładnie to, co chcesz usłyszeć - wrogowie byli zresztą znacznie bardziej lojalni i kreatywni niż znajomi - znajomy mógł zapomnieć o twoich urodzinach, ale wróg zawsze pamiętał, kiedy ostatnio go obraziłaś, przyjaciel przynosił ci zupę, kiedy zachorowałeś, nieprzyjaciel mógł sprawić, że przez następne trzy tygodnie będziesz zastanawiał się, dlaczego twoja miotła skręcała wyłącznie w lewo.
- Jeśli niespecjalnie przejmujesz się posiadaniem wrogów, przynajmniej upewnij się, że są to wrogowie warci twojego czasu. Nie ma sensu tracić energii na kogoś, kto potrafi jedynie obrazić się i wyjść z pokoju. - Zaznaczyłem, choć znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie należała do osób, które bez powodu wdawały się w konflikty, szczególnie z kimś, kogo mogły po prostu zignorować, więc fakt, że wciąż poświęcała mi tyle uwagi, traktowałem jako osobiste osiągnięcie. Przy Bletchley przynajmniej wiedziałem, na czym stałem, nawet jeśli co kilka minut próbowała mnie zepchnąć z tego miejsca - potrafiła doprowadzić mnie do szału, lecz przynajmniej nigdy nie musiałem zgadywać, czy rzeczywiście uważała mnie za idiotę, czy tylko próbowała zrobić mi przyjemność swoimi pyskówkami - nie próbowałem dociekać, czy wynikało to z czystej niechęci, przywiązania do ostatniego słowa, czy może z tego, że zwyczajnie brakowało jej lepszego zajęcia, ponieważ każda z tych możliwości działała na moją korzyść, nie planowałem również przyznawać, że jej bezpośredniość miała w sobie coś odświeżającego, szczególnie po całym dniu spędzonym w towarzystwie osób, które potrafiły przez godzinę rozmawiać o niczym, nie wypowiadając ani jednego zdania, które rzeczywiście miało znaczenie. Nie zamierzałem przyznać jej racji w żadnej kwestii, nawet jeśli czasami wypowiadane przez nią argumenty były na tyle celne, że przez moment musiałem szukać odpowiedzi, ale właśnie na tym polegała cała zabawa, bo gdybyśmy się ze sobą zgadzali, prawdopodobnie nie mielibyśmy sobie nic do powiedzenia, nie miałbym najmniejszego powodu, żeby stać tutaj właśnie z nią.
- Mhm. Wiem, że twoim ulubionym sposobem spędzania czasu jest stanie przy ścianie, ocenianie wszystkich obecnych i zapamiętywanie ich błędów na wypadek, gdybyś kiedyś potrzebowała odpowiednich argumentów w sporze. - Pokiwałem głową, nie miałem świadomości, jak wiele rzeczy rzeczywiście przechowywała w głowie z dokładnością, która musiała być dla niej czasami naprawdę uciążliwa, ale widziałem, jak sprawnie potrafiła wracać do dawnych rozmów, przypominać sobie słowa wypowiedziane przed tygodniami i wyciągać z nich wnioski, których wolałbym nie oglądać na własnym przykładzie. W moim przypadku taka zdolność mogłaby okazać się katastrofalna, ponieważ niektóre rzeczy mówiłem wyłącznie dlatego, że w danej chwili wydawały mi się zabawne, nie zaś dlatego, że zamierzałem później bronić ich przed sądem, ale właśnie w tym tkwił cały pikuś - doskonale wiedziałem, kiedy się kompromituję, po prostu nie zawsze uważałem to za problem, czasami warto było powiedzieć coś głupiego, żeby zobaczyć, jak bardzo ktoś będzie się starał udowodnić, że był mądrzejszy.
Nie zdążyłem nawet dodać wiele więcej, ponieważ zaraz potem nazwała mnie osobą niemieszczącą się w żadnych normach, zastrzegając przy tym, że nie powinienem traktować tego jako komplementu. Uniosłem brwi, udając głębokie zaskoczenie.
- Nie uznawałabyś? To doprawdy przykre. Przez chwilę miałem nadzieję, że zaczynasz dostrzegać moje zalety. - Przyłożyłem dłoń do piersi i westchnąłem teatralnie. - Nie musisz się tłumaczyć. Przyjmuję. - Rozłożyłem ręce, jakbym właśnie akceptował nagrodę, której nikt inny nie chciał. - Nie uznajesz tego za komplement, ponieważ nie potrafisz przyznać mi racji. - Spojrzałem na nią z ukosa. - Ale wiesz… Gdybyś powiedziała, że jestem nieznośny, nie miałbym z tym problemu. Gdybyś powiedziała, że jestem bezczelny, również bym się zgodził. Ale kiedy próbujesz wmówić mi, że nie mieszczę się w normach, muszę zapytać, jakie dokładnie „normy” masz na myśli i czemu niby miałbym się w nie wpisywać. - Wzruszyłem ramionami, jakby cała sprawa była zupełnie oczywista, bo przecież nigdy nie próbowałem się wpasowywać w cudze wydumane „normy”, a przynajmniej takie miałem o sobie mniemanie.
Zauważyłem, że zacisnęła dłoń w pięść, zapewne tylko dlatego, iż znałem go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie próbowała powstrzymać się przed zrobieniem czegoś, czego mogłaby później żałować - nie zamierzałem jej w tym przeszkadzać, skoro sama tak dzielnie pracowała na własne nieszczęście - z tego punktu widzenia nasza znajomość była wyjątkowo wygodna, oboje doskonale wiedzieliśmy, na czym stoimy, nie musieliśmy się zastanawiać, czy drugie z nas właśnie knuło coś za plecami, ponieważ zwykle robiliśmy to sobie prosto w twarz.
- Wiesz… Gdy tak to obiecująco ujmujesz… - Uśmiechnąłem się szeroko, słysząc o istniejących bardziej kreatywnych sposobach pozbycia się mnie, po czym uniosłem brwi, udając, że rzeczywiście zacząłem się nad tym zastanawiać. Zawsze ceniłem kreatywność, w mojej rodzinie to była jedna z najważniejszych cech, szczególnie kiedy trzeba było rozwiązać problem, którego nie dało się załatwić zwyczajną rozmową, pochyliłem się więc ku niej, tak żeby tylko ona mogła usłyszeć kolejne słowa. - To interesujące, że masz już w przygotowaniu całą listę możliwości. Czy powinienem się martwić, czy raczej potraktować to jako dowód, że poświęcasz mi znacznie więcej uwagi, niż chciałabyś przyznać? - Zmierzyłem ją stanowczo zbyt zadowolonym spojrzeniem. - Czy mam rozumieć, że jeśli nie przestanę cię drażnić, następny raz zobaczę cię dopiero wtedy, kiedy będziesz stała nad moim grobem i zastanawiała się, czy epitafium powinno być napisane po łacinie? - Przechyliłem głowę. - Tylko proszę, nie zdradzaj mi szczegółów. Chciałbym czuć choć odrobinę napięcia, kiedy wreszcie postanowisz zrealizować swój plan.
Nie miałem pojęcia, dlaczego tak łatwo przychodziło mi wyobrażanie sobie podobnych scen, skoro jeszcze chwilę wcześniej uważałem, że Prudence byłaby ostatnią osobą, z którą chciałbym dzielić cokolwiek poza kolejną kłótnią, może dlatego, że wyobraźnia nie wymagała ode mnie podejmowania żadnych decyzji, a więc mogłem potraktować całą tę rozmowę jako kolejną okazję do drażnienia jej bez ponoszenia rzeczywistych konsekwencji.
- Skoro tak to przedstawiasz… - Przesunąłem spojrzeniem po sali, celowo zatrzymując je na schodach prowadzących w kierunku części, gdzie nie gromadzili się goście. - Może masz rację. Nie musimy się nawet martwić o dyskrecję. Wystarczy znaleźć spokojne miejsce, zamknąć drzwi i przestać udawać, że nie potrafimy znieść własnego towarzystwa. Przy tej muzyce na dole nikt nie usłyszy, jak bardzo się staramy. - Zerknąłem na jej sukienkę, po czym na własne ubrania, ponownie unosząc brwi, lecz nie skwitowałem już wątpliwej zgody na to, aby wynosić coś w kieszeniach.
- Widzisz? Jednak potrafisz powiedzieć coś miłego. - Nie musiała mówić, że tendencje do życia na krawędzi nie były w jej oczach niczym wartym komplementowania, lecz jednocześnie nie dało się zaprzeczyć, że w grę wchodził teraz również jej przeuroczy charakter, który był raczej podchwytliwym wyzwaniem dla przeciętnego absztyfikanta. - Na szczęście jesteśmy dla siebie na wyciągnięcie ręki. - To, że właśnie w tej chwili stała tak blisko mnie, było oczywiście doskonałym argumentem na poparcie moich słów, więc kiedy wsunęła dłoń pod moje ramię, pozwoliłem sobie na lekki uśmiech - przez krótką chwilę miałem wrażenie, że coś w tej sytuacji przestało być wyłącznie żartem, nie potrafiłem tego nazwać, więc skupiłem się na tym, co znałem najlepiej, czyli na brylowaniu na salonach…
Ruszyłem z nią w stronę stołu z deserami, dopasowując krok do jej tempa, chociaż nie zamierzałem pozwolić, żebyśmy utknęli w jednym miejscu, szczególnie że coraz więcej gości zaczynało tańczyć po upojeniu się procentami, przez co przejście między stolikami przypominało teraz tor przeszkód zaprojektowany przez kogoś, kto szczerze nienawidził własnych bliźnich.
- Jak sobie życzysz, kochanie. Na razie żadnych bombelków. Chociaż nie obiecuję, że nie wrócę do tematu, kiedy będziemy mieli trochę więcej czasu i mniej świadków. - Spojrzałem na nią z przekornym uśmiechem, gdy podkreśliłem ostatnie słowa. - A jeśli chodzi o coś cierpkiego, mogę ci zaproponować kieliszek wina z agrestu. - Dodałem, rzuciwszy wzrokiem w kierunku pobliskiego stołu, ignorując przekaz kryjący się pod spodem.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12805), Prudence Fenwick (6004)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa