— Życie podobno pisze najlepsze scenariusze — wymruczał tylko w odpowiedzi. — Ale smok nie brzmi tak źle, zastanowię się na tym — dodał jeszcze łaskawie, a kąciki ust drgnęły ku górze. Sam niespecjalnie przepadał za romansami, a jego wiedza została nabyta nie przez własnoręczne ich kartkowania, a raczej przez słuchanie co inni mieli do powiedzenia na ten temat. — Szczerze to nie wsłuchiwałem się zanadto co z nimi, po tym jak zerwaliśmy naszą więź — wzruszył ramionami. W momencie kiedy przestał to być jego problem to stracił zainteresowanie wątkiem. Nie było to nic, co aurorzy mogliby wziąć na tapetę, a do zajęcia się tematem właściwsi byli klątwołamacze. — Juliette z Biura Aurorów — odpowiedział bez mrugnięcia okiem. — Ale będzie dym, bo połowa biura zastanawia się, z kim się zaręczyła po Beltane, a nie chce się przyznać — zaśmiał się nawet, bo według niego był to całkiem ciekawy scenariusz. Co prawda Everlight pewnie nie byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw, ale na pewno by mu wybaczyła. Kiedyś.
Widać było, że jego myśli gnają w stronę tego, co najbardziej mogłoby namieszać i zwrócić uwagę, co stanowiło kontrast do tego, jak skulił się w sobie na swój sposób, nagle jakby zmęczony i potrzebujący jakiegoś wsparcia, którego nie wiedział u kogo innego szukać.
Milczał przez dłuższą chwilę, czując jak palce przeczesują jego włosy i jednocześnie będąc absolutnie przekonanym, że przygląda mu się teraz nieco uważniej. On nie chciał patrzeć, chyba trochę obawiając się, że ucieknie w swój dar. Otworzy szeroko oko i dostrzeże tam coś, czego wcale nie chciał. Czy było to uzasadnione? Pewnie nie. Na pewno nawet, bo zdążył poznać Brennę na tyle, by wiedzieć czego się po niej spodziewać. Gdyby było inaczej, pewnie nie przyszedłby tutaj, układając głową niby na poduszce i oplatając jej nogi przedramieniem.
— Napisał w nim jedną rzecz… i ta jedna rzecz jest gorsza od wszystkiego innego — powiedział wreszcie, czując jak ściska go nieco w gardle. — Napisał, że gdyby mógł powtórzyć całe swoje życie od początku, to znowu by się ze mną zaprzyjaźnił. Znowu czekałby w Ministerstwie, znowu znosiłby te durne docinki… — zacisnął na moment zęby, czując jak jakaś mieszanka żalu wzbiera w nim na nowo, ale teraz mieszała się w większej ilości z rezygnacją, niż złością. Może przywalenie Rosierowi faktycznie pomogło, a może nie miał już siły. — Nie przeprosił, nie miał zamiaru się usprawiedliwiać, po prostu napisał, że chciałby wierzyć, że kiedyś mu wybaczę.
A potem zamilkł na nowo, nie trzymając już kostek lodu, bo te wylądowały na podłodze, tylko ją. Wtulając się nieco mocniej i nie bacząc na to, że może nie powinien bo na nowo czuł ukłucie bólu. Ten typ był jednak o wiele bardziej znajomy. Posiadał źródło, zamiast rozsadzać od środka i rozrywać na kawałki.
— Wiem, że powinienem go za to wszystko nienawidzić. Wiem, że tak byłoby lepiej. Chcę tego, ale… ja chyba nie mogę.