• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[20.06.1972] Wielkie pranie

[20.06.1972] Wielkie pranie
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#21
12.09.2023, 13:19  ✶  

- Jestem hodowcą, a pragnienie zrobienia czegoś lepszego dla tego świata powiodła mnie w kierunku założenia rezerwatu, o którym ci wspominałem. - Tak, to nie było pytanie, nie było to z jej strony w ogóle zobowiązujące w zasadzie. Spostrzeżenie - idealne słowo na wypowiedziane przez nią zdanie. - Kusiło mnie nauczenia się tej sztuki transmutacji, niestety doba jest nieco za krótka i jak na złość jeszcze nie wynaleziono sposobu na jej wydłużenie. - Koniec końców mógł zmieniać formę, tylko nie było to związane per se z magią, jaką opanowała Guinevere. Właściwie działało to trochę na odwrót - selkie opanowały zdolność przemiany w człowieka z foki. A że on był jedną nogą tu, drugą tam to tak się... miotał między światami, zdolny do przybrania innej formy tylko wtedy, gdy miał przy sobie futro matki. Było to na pewien sposób chore, kiedy się o tym myślało, ale nie dla niego. Dla niego to była najcenniejsza pamiątka, jaka mu została po matce. Jedyna rzecz, jaką mu po sobie zostawiła. To, co łączyło go z nią i z morzem. - To bardzo ciekawe, że zmysły dostosowują się do formy animaga. - Bardzo niezwykłe nawet. Dostosowanie się do nowej ilości bodźców musiało być czymś, z czym należało się oswoić, a tym bardziej kiedy, tak jak mówiła, tych bodźców pojawiał się natłok. - Pięknego kota wybrałaś na swoją przemianę. Nie przypominam sobie, żebym widział takiego na oczy. - Nie to, żeby akurat koty były centrum jego zainteresowań, nie, nie. Znał zwierzęta, ale nie potrafiłby wymieniać ras psów czy kotów. Bardziej w zasadzie mógłby wymieniać rasy psie, z uwagi na to, że czasami tworzył jarczuka dla kogoś to miał krąg ras, którymi był zainteresowanych, spośród których wybierał miot do całego rytuału.

Och, oczywiście, że liczył na historie! To w końcu one świadczyły o cenności tych kamieni i innych pamiątek, jakie miała! Szczególnie właśnie dla osoby, która po prostu się na takich rzeczach nie znała. On się nie znał. Nie był takim ignorantom, by nie wiedzieć, że kamień kamieniu nierówny, potrafiłby niektóre od siebie odróżnić, bo po prostu liznął tę wiedzę gdzieś po drodze w nauce o przyrodzie, ale nie było tutaj mowy o żadnym błyskaniu wiedzą. Już nią dzisiaj zabłysnął, wystarczy! Zresztą i nie na dzisiaj planował tę wycieczkę do jej skarbca, nie planował tutaj zabawiać niewiadomą ilość czasu.

- Zboczenie zawodowe? - Słychać było jego zdziwienie w głosie, tak i widoczne one było w jego spojrzeniu, gdy skierował je na nią. Wiedział, że kobieta jest archeoloszką, ale co jej słowa miały z tym wspólnego? - Zgadzam się z tym, co powiedziałaś, jestem tego świadom i sam próbuję przekazywać to ludziom, tylko o wiele łatwiej jest wiedzieć i mówić niż rzeczywiście coś zrobić w tym kierunku. - W swoim własnym wydaniu przede wszystkim. Chociaż się starał. Starał się wszystko dawkować i dawać sobie odpowiednią przestrzeń, brać oddechy, kiedy była taka potrzeba. Bo to było potrzebne. I nawet nie chodziło o samo ciało, bo to jakoś dawało sobie radę. W większości. Bardziej właśnie o to, żeby mentalnie i duchowo dźwigać wszystko, co miało się na swoich barkach. Żeby te barki się nie załamały pod tymi ciężarami.

Skinął głową ze zrozumieniem na tę opowieść. Tak, zapewniła, że jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, a teraz właściwie dokładała tylko kolejne klocuszki do tego zapewnienia. No i praca pracą, ale rodzina, osoby, które cię otaczają, które tworzą z tobą miejsce i przestrzeń, w jakiej przebywasz. Praca, nawet ta, za którą nie przepadasz, potrafiła być fantastyczna, jeśli tylko miałeś do niej odpowiednie osoby. Więc w pełni rozumiał, że ta decyzja wcale nie była tak trudna, na jaką wyglądała. Zastanawiał się, czy dla niego trudną by była. Wyprowadzić się gdzieś... ale tka, jak ona - gdzieś, gdzie miałby znajomych. Nie, nie miałby problemu. W końcu uciekł od swojego domu prawie na drugi koniec kraju (dalej się nie dało), by założyć tam nowy. Tam, gdzie jak sądził, będzie miał spokój. A jednak popadł nad tym w lekkie zamyślenie. Nawet do samego klimatu trzeba było się przyzwyczaić, chociaż jego namiastkę już miała, skoro tutaj przyjeżdżała.

- Przypuszczam, że jesień może być dla ciebie ciężka. - Chmury, deszcz, deszcz, chmury - zupełnie inaczej niż na rodzimych ziemiach. Ludzie wtedy potrafili wpadać w melancholię - albo i gorzej. Ale zaraz się uśmiechnął ciepło i szeroko, ponieważ kobieta gładko podchwyciła kolejny żarcik. Miała naprawdę piękny śmiech. Jak dzwoneczki na wietrze, których słodkie brzmienie rozlewało się po uszach. - Kto by się chciał od ciebie odczepić, Guinevero? Twoja uroda ustępuje tylko miejscu twojemu ciepłu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#22
12.09.2023, 16:27  ✶  

- I hodujesz tam niuchacze? – oczywiście, że teraz po prostu się z nim droczyła, jednocześnie gładko ciągnąc go za język. Jakoś nie wyglądał jej na człowieka, który założył hodowlę niuchaczy. Ależ miałby wtedy młyn na głowie, jeden potrafił zrobić zamieszanie (jak widać na załączonym obrazku), a co dopiero kilkoro z nich. - Wymaga to sporo czasu, to prawda. I talentu zresztą też – albo predyspozycji… a może jednego i drugiego. - Wiem, że w Hogwarcie nie ma na to czasu i inaczej patrzy się na nauczanie, ale w Uagadou kładzie się nacisk na… hmm… magię pochodząca z wnętrza, w swojej pierwotnej formie. Zmianę w zwierzę ćwiczą tam wszystkie dzieci, ale nie każdemu się udaje, to nadal mały odsetek. To taki swojego rodzaju test. I kiedy się uda, to dzieciak dostaje indywidualne nauczanie, już nie z resztą klasy. Z tego co mówiła ciocia Minerwa, to w Hogwarcie w ogóle tego nie ćwiczycie? W sensie zamiany w zwierzę – zderzenie dwóch światów i dwóch podejść do nauczania zawsze było ciekawe. W Wielkiej Brytanii robiono całą listę animagów, trzeba było być wpisanym na listę, cuda na kiju (o tym akurat wiedziała, Minerwa ją uczuliła, i to była pierwsza rzecz jaką zrobiła po przyjeździe do Anglii – zgłoszenie, że jest animagiem)... - Więc ja się nauczyłam kiedy jeszcze miałam na to dużo czasu. A na pewno więcej niż teraz. Jednak, mój drogi Laurencie, dla chcącego nic trudnego. Tylko trzeba zwolnić – zwolnić tempo życia. Albo sobie ustalić że każdego dnia i tej i o tej godzinie się ćwiczy, i nie robić od tego odstępstw. Chodziło o dyscyplinę. - To fakt. To bardzo fascynująca dziedzina magii, żeby dało się zmienić cechy nie tylko przedmiotów, ale i organizmów żywych – ale nie zamierzała tego podważać. Magia była najwyraźniej mądrzejsza niż ludzie i sama wiedziała co ma zostać zrobione i w jaki sposób. - To kot rasy abisyńskiej, występują w Egipcie. Wiedziałeś, że starożytni Egipcjanie czcili koty? Każdy, kto skrzywdził kota, był karany, czasami nawet śmiercią. Nie ważne z jakiej był kasty, jakie miał wpływy, ile pieniędzy… koty były bogami i mogły robić co tylko chciały – ot… miejsce na ciekawostkę. Nie wiedziała jaka Laurent miał wiedzę o Egipcie, a już zwłaszcza tym starożytnym. Ona z kolei jako archeolog wiele razy natknęła się na ślady czci okazywane tym dumnym zwierzeciom.

Uśmiechnęła się delikatnie do Laurenta. Teraz właśnie wychodziło jak bardzo słabo się znali.

- Tak. Jestem magimedykiem – stwierdziła pogodnie. Ludzi zawsze to dziwiło, wyobrażali sobie, że archeolog koniecznie musi się znać na starożytnych runach, na klątwołamaniu… a nie na tym, by leczyć ludzi, albo być w stanie ich opatrzeć. Ale paradoksalnie starożytni lubili zastawiać różne zmyślne i paskudne pułapki… albo ktoś nadział się na narzędzia, bo nie posłuchał przestrogi wyczytanej a filiżanki kawy. Ale być historykiem i magimedykiem na raz? A do tego wróżbitą – to dopiero było szalone połączenie. Ale działało. Ludzie w zamierzchłych czasach częściej polegali na wróżbach i przepowiedniach niż teraz. Symbolika była skryta wszędzie. - Pewnie trudno w to uwierzyć, ale naprawdę jestem lekarzem – powiedziała po chwili pauzy i roześmiała się przy tym. - Ginevra McGonagall, lekarz, historyk, wróżbita – biznesmen, przedsiębiorca, filantrop. Ginny parsknęła, bo doskonale wiedziała jak absurdalnie to brzmi, a przy tym była bardzo serio ze wszystkim co robiła, była poważnym człowiekiem na poważnym stanowisku. Również poważnie wróżbiarskim! - No wiem. Przekazałam ci prawdę życiową, a prawda jest taka, że choć lekarz da ci zalecenia, to najpewniej sam się do nich stosować nie będzie – a byli tylko ludźmi. Sama kiedy wpadała w ciągu pracy to robiła sobie małe przerwy, nie umiała się oderwać. - To taki paradoks. Ale uważam, że najlepiej jest słuchać siebie, nie swojego rozumu tylko swojego organizmu. Bo on nam przekazuje różne rzeczy tylko trzeba się wsłuchać – bo czasami da się radę wycisnąć więcej, a czasami zupełnie mniej od normy. Zaś psychika… mocno wpływała na kondycję fizyczną – to były połączone ze sobą sprawy.

- Jesień… nooo… najbardziej się boję zimy. Czasami przyjeżdżaliśmy w okresie Yule i to nie było łatwe – ale ludzie tak żyli, znaczy że można się było przyzwyczaić… A później roześmiała się jeszcze bardziej. - Och Laurent, mnóstwo ludzi by chciało – się od niej odczepić. Nie żeby była jakas upierdliwa, po prostu nie dało się lubić wszystkich i nie dało się być lubianym przez wszystkich. Charakterna Guinevere nie każdemu musiała przypaść do gustu. - Ale uroda to nie wszystko. I nie muszę się podobać wszystkim – nie była tak próżna by uważać że jest pięknością, która musi być wielbiona przez wszystkich. Wręcz sądziła, że ma znacznie więcej do zaoferowania niż przemijająca uroda.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#23
12.09.2023, 17:38  ✶  

Roześmiał się ciepło, kiedy usłyszał pytanie o niuchacze. Dobrze wiedział, że to nie było pytanie całkowicie na serio, na poważnie. Ginny była osobą, która lubiła upraszczać pewne rzeczy, udawać, że czegoś nie zrozumiała, albo w ogóle trochę obracać na swoich ustach, zanim to wypowiedziała. I robiła to z pełną celowością, pozwalając się drugiej stronie domyślić, czy rzeczywiście była poważna, czy może jednak tylko zaczepiała. Miała niezwykle lotny i bystry umysł, rozmowa z nią nie była leniwym przepływem po spokojnym jeziorze. To było jak spływ wartkim strumieniem górskim, gdzie należy uważać na zakrętach. Na szczęście dawała taką łódź, że nawet zderzenie z głazami nie przynosiło niczego innego poza śmiechem i odrobiną adrenaliny we krwi. Mogłeś się czuć w tej łodzi bezpiecznie. Przy niej można było poczuć się bezpiecznieć.

- Nawet jeśli miałbym tam niuchacze to nie jako hodowlę. Hoduję jedynie abraksany. - Zapewnił ją, chociaż w sumie nie tylko je. Natomiast jarczukami nie zajmował się na co dzień, nawet sobie tego nie wyobrażał. To było skrajnie wyczerpujące, a i nie każdemu był gotów powierzyć takie zwierzę. Było zbyt niebezpieczne, żeby byle pierwsza lepsza persona mogła się nim zająć. Więc tak - hodował głównie je. - Rezerwat nie różni się wiele od tego miejsca. - Przesunął spojrzeniem po łąkach. To jest - nie różnił wiele pod względem samej idei, natomiast pod względem terenów już różnił bardzo. Natomiast nie wiedział, jakie trzymali tutaj dokładnie zwierzęta. Skoro to była taka ostoja dla zwierząt to... cóż, formalnie rezerwatem określano miejsca, gdzie żyły niebezpieczne gatunki. A tutaj wszystko było zupełnie sielskie i Ginny bez problemu zabrała go na te łąki i proponowała oglądanie koni. - Fascynujące. - To, co opowiadała o swojej szkole. Zupełna właściwie odwrotność do tego, co było w Hogwarcie, gdzie ścisła dyscyplina kładła nacisk na różdżki i nikt nikogo nie uczył posługiwania się nią bez tych patyków. Co dopiero mówić o aktywnej nauce animagii. - W Anglii animagia nie jest zakazana, ale każdy animag zobowiązany jest do rejestracji. Z tego co się orientuję ma to związek z uciekającymi więźniami. - I ogólnie jeśli Ministerstwo nie miało wiedzy, że dana osoba włada tą sztuką to łatwiej było przestępcy chociażby uciec z miejsca zdarzenia. Znikały po nim ślady. Nie przeszkadzało to niektórym się nie rejestrować. - To prawda, tylko priorytety są czasem inaczej poukładane, by było to takie proste. - Uśmiechnął się. To było jedno z takich życzeń, takich marzeń, które były możliwe dla niego do osiągnięcia. Po prostu zawsze było coś ważniejszego do zrobienia i koniec końców zostawało to jako coś z boku, coś na "może kiedyś". Chyba każdy miewał takie rzeczy. Laurent wolny czas chciał w dużej mierze poświęcać znajomym, jeśli akurat nie wciągnęła go opieka nad niektórymi stworzeniami czy ostatnio w ogóle inny temat - Ministerstwa. - Nie miałem o tym pojęcia. - Otworzył nieco szerzej oczy, z ciekawością słuchając tego nietypowego podejścia do zwierząt od strony Egipcjan. - Koty mają w sobie coś królewskiego, prawda? - Ta ich niewymuszona pewność siebie zazwyczaj, to, jak układały swój świat... choć koniec końców musiały go dopasowywać do drapieżników silniejszych od nich. Chociażby człowieka. Tym nie mniej ich gracja była podziwiana przez wielu - przez niego również. A kot, w którego przemieniła się Ginny wyglądał naprawdę przepięknie.

- Nie wiedziałem, że swoje upodobania pokładasz nie tylko w historii i jej skarbach, ale również skarbach ludzkiego ciała i umysłu. - Czy może jednak tylko ciała? Ponieważ jednak magimedyk, a magipsycholog to dwie różne sprawy. Tym nie mniej powiedział tak, ponieważ bez względu na konkretny zawód kobieta dbała o drugą osobę. I to pokazywała na niemal każdym kroku, a zdanie, jakie wypowiedziała z podążającym za to wszystko przeproszeniem, że to zboczenie zawodowe też do myślenia dawało. - Haha, nie, nie tak trudno... natomiast mnie zaskoczyłaś. - Ludzie potrafili zajmować się naprawdę różnymi rzeczami i niektórzy mieli przedziwne hobby. Nie da się wykonywać dwóch czy trzech zawodów, w tym przypadku, jednocześnie na pełen etat, ale nie było dla niego problemem wyobrażenie sobie, że właśnie na miejscu wykopalisk potrzebny jest medyk, albo że na przykład kobieta dorabia na prywatnych wizytach. Chociaż tak - brzmiało to całkiem zabawnie i Laurent się zaśmiał. - Przepraszam... zazwyczaj ludzie nie łączą tak, hm... rzeczowych dwóch zawodów z mistycznym wróżeniem. - Laurent miał okazji doświadczyć w akcji jasnowidzenia nie raz, może to dlatego nigdy nie nauczył się lekceważyć tej sztuki. - Czy na wróżby trzeba się do panienki umawiać prywatnie? - Zapytał pół żartem, bo nie wiedział w zasadzie, czy to też był jej zawód wyuczony, czy po prostu hobby. - To prawda... - Dodał już trochę lakonicznie na koniec, na tę informację o tym, że organizm przekazuje problemy. Owszem, bo od czasu tego napadu miewał przy stresie mocne problemy z napadami paniki, a w tym - ogromne kłopoty z oddychaniem. Na szczęście coraz bardziej się to uspokajało... a przynajmniej takie miał wrażenie.

- Nie jesteś jedną z tych osób, które oskarżałbym o próbę przypodobania się wszystkim. - Potwierdził. To by jakoś do niej pasowało, gryzłoby się. Nawet mimo tego, co powiedział - że jej dobroć wyprzedzała jej urodę. Bycie dobrym nie oznaczało jednak bycia miękkim i bez charakteru. Pokazywało to wiele osób wokół niego.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#24
12.09.2023, 20:43  ✶  

No, ostatecznie sam dał jej nóż do ręki; ona pochwaliła jego wiedzę o niuchaczach, a on zaczął gadać o hodowli i rezerwacje. Przyznajcie: aż samo się prosiło. Oczywiście, że to spłyciła i udała, że nie wie jak wygląda sytuacja, no ale… bardzo przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać. To znaczy mogłam, ale nie chciałam. Tutaj trzeba było uważać na słówka, bo rzeczywiście mogły zostać wykorzystane przeciwko. Albo wyciągnięte za dziesięć minut i zrobione tyknięcie niemalże pod żebra.

– Chciałabym zobaczyć jak taki hodowca niuchaczy sobie z nimi radzi – rzuciła, już sobie wyobrażając ten piękny chaos. I stado niuchaczy zabierające sobie nawzajem skarby. Wyobraźnia pracowała aż miło; siatka tuneli, poukrywane kosztowności, ani się obejrzy i nagle nic nie ma. A może wszystkie spały na jednej górze złota? Jak te smoki w bajkach, bo na pewno nie te prawdziwe. – Naprawdę? Hodujesz abraksany? – zainteresowała się. Oczywiście, że wiedziała co to za zwierzę. O pegazach chyba wszędzie uczono, tak jej się wydawało. No i istniały w wierzeniach bardzo wielu różnych starożytnych ludów. – I robisz to sam? – dodała, konfrontując ze sobą słowa, które powiedział chwilę wcześniej; że robi wszystko sam i słyszy, że ma więcej odpoczywać. Samemu hodować abraksany… No, zdziwienie na twarzy Guinevere było całkowicie szczere. – W jakim sensie się wiele nie różni? – nie była pewna kontekstu, bo można było to zrozumieć na naprawdę wiele sposobów.

– Tak, wiem, że jest. Ciocia mnie uczuliła już dawno – rzecz jasna nie rejestrowała się wcześniej, bo uważała to za stratę czasu, skoro przyjeżdżała tylko w odwiedziny. Natomiast teraz, skoro zdecydowała się na dłuższy pobyt (a kto wie jak bardzo się przedłuży… bo Guinevere nie mogła niczego wykluczyć), to nie chciała sobie robić problemów. Natomiast… zgłosiła tylko jedną formę: kota. – Jeśli cię to interesuje to owszem, zarejestrowałam się w Ministerstwie, jestem całkowicie legalnym animagiem – mmm… raczej nikt nie podejrzewał, że mogłaby mieć dwie formy. I póki co zamierzała to tak zostawić, przynajmniej jeśli chodziło o Ministerstwo. To nie tak, że miała coś do ukrycia, ale różnie się w życiu przecież działo. Głupio byłoby wykładać wszystkie karty. – To nie jest proste. Wymaga po prostu dyscypliny i rezygnacji z kawałka innych rzeczy, to wszystko. Natomiast nie zamierzam cię namawiać, chociaż to bardzo przydatna umiejętność. Widzieć świat z innej perspektywy, naprawdę można się w taki sposób wiele nauczyć – albo gdzieś się łatwiej dostać… Albo jeszcze inne rzeczy.

Ach, padło i słowo klucz: królewskie. Ginevra zaśmiała się cicho, ale był to żart, którego Laurent pewnie nie zrozumiał.

– O, mają. Dryg, majestat, wyniosłość i dużo czasu na leżenie w słonku – lubiła koty. Były miłe w dotyku, przyjemnie mruczały – co potrafiło w pewien sposób oddziaływać na ludzi i ich na swój sposób „leczyć”. Były cieplutkie, czyste, a swoje przywiązanie pokazywały na różne sposoby lecz w sposób bardzo oczywisty. No i były po prostu śliczne.

– Mam dużo różnych zainteresowań – jak na przykład… legendy arturiańskie. Największy powód jej braku zawahania na przyjazd do Wielkiej Brytanii i dołączenie do ekipy archeologicznej właśnie tutaj. – I talentów – dodała po chwili, caaałkiem z siebie dumna, że udało jej się Laurenta zaskoczyć. Ale to prawdziwe zaskoczenie miało dopiero nadejść. Było w tym trochę satysfakcji dla McGonagall – to, że nie była dla ludzi tak oczywista, że nie była dla nich jak otwarta księga i miała czym się pochwalić i zainteresować. Na prywatnych wizytach mogłaby dorabiać… gdyby ludzie o tym wiedzieli, ale nie prowadziła gabinetu lekarskiego – chociaż mogłaby, jak najbardziej. Tutaj mało kto ją znał, więc ludzie zwyczajnie nie mieli pojęcia, że jest magimedykiem. Rodzina – oczywiście, wiedziała. W ekipie była uzdrowicielem, ci ludzie też mieli świadomość kim jest. Ale poza tym…? No kto miał wiedzieć. Teraz to Laurent. Który się roześmiał: reakcja zupełnie oczekiwana. Dlatego tak ją to napawało zadowoleniem. – Tak, dokładnie tak. Trzeba się umawiać prywatnie – i powiedziała to przepełniona pewnością siebie i zadowoleniem, dumą. I o ile usług lekarskich w gabinecie nie świadczyła, to wróżenie… już owszem. To łatwiej było zareklamować – i było to jej drugie źródło dochodu, w ten sposób sobie dorabiała. Tak w Egipcie, jak i tutaj. No bo jak babcia swoim koleżankom opowiada, że ma wnuczkę wróżbitkę z Egiptu, to brzmiało to dużo lepiej niż wnuczka lekarka z Egiptu – to mogło brzmieć jak jakiś scam, którym nie było. – Moja matka jest niepocieszona tym faktem, ale trudno. Świat potrzebuje mnie w innych miejscach – w magimedycynie… wykopach… A nie w jasnowidztwie. – A co, potrzebujesz wróżby? Wcisnę cię gdzieś w grafik – dopowiedziała z szelmowskim uśmieszkiem.

Guinevere kucnęła, uznawszy, że pięć minut jednak już minęło i wystarczy tego sterczenia z niuchaczem na ręce. Brylancik dość niechętnie, ale tym razem jednak puścił jej przedramię i pozwolił się odstawić na ziemię. Nie trzeba było długo czekać, a niuchacz wbiegł do norki.

– To dobrze, bo nie chciałabym być o to oskarżona – mówiła, kiedy już prowadziła ich z powrotem na łąki, ale z nieco innej strony, właśnie po to, by mogli zobaczyć konie – to dzikie stado. Guinevere po drodze wyrzucała w trawę świecidełka, które zostawiła jej babcia. Właśnie dla niuchaczy, żeby miały co zbierać po drodze. – Tym niemniej… dziękuję za komplement. Bardzo mi miło, że tak o mnie uważasz.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#25
12.09.2023, 21:50  ✶  

Jej słowa postawiły przed nim film odtwarzany - nie potrzebował wiele, żeby pobudzić swoją wyobraźnię. Odpowiedział śmiechem na tę wizję, bo rzeczywiście widział to samo, co ona - stado niuchaczy, które robiły absolutne pobojowisko z domu w poszukiwaniu jakichkolwiek kosztowności. Nawet nie wiedział, czy taka "hodowla niuchaczy" istniała, pewnie taak, na pewno był jakiś fanatyk tych zwierzątek, który tak je kochał, że musiał mieć swoje stadko. Tylko raczej wyglądało to tak, jak tutaj - niekoniecznie że trzymał je w domu, jak każdy hodowca.

- Oj tak, ja również. Byłoby to jedno z niezapomnianych widowisk. - Mocno zapadające w pamięć, wręcz wtłaczające się w nią. Na tyle mocne, że nawet ciężko by to było skomentować. Śmiech byłby jedynym komentarzem. - Moja rodzina zajmuje się abraksanami od pokoleń. Mój ojciec rości sobie do nich wręcz wyłączność. - Nie to, żeby żadna konkurencja nie istniała... ale to był człowiek, który bardzo nie lubił, jak mu się cokolwiek psuło w biznesie. Jasne, nikt nie lubił, chciało się powiedzieć! Sęk w tym, że kiedy Edward czegoś nie lubił to zostawało to zazwyczaj szybko przez niego zweryfikowane. W jeden czy drugi sposób. I dlatego tak nie lubił Longbottomów, oni żyli zupełnie swoim życiem. Za co znowu Laurent ich szanował i podziwiał. - Och nie, nie! Nie jestem sam jeden na całą hodowlę, jeśli o to pytasz, broń cię Merlinie... - Miał nadzieję, że to nie zabrzmiało aż tak, przecież te konie wymagały mnóstwa pracy, jeszcze więcej niż zwykłe zwierzę domowe. A nie mówimy tu o psie, to były magiczne stworzenia! W dodatku całe stado magicznych stworzeń! - Oczywiście, że zatrudniam osoby do pracy przy dbaniu o wybiegi czy stajnię... Mam nawet jednego pracownika, któremu... czasem... powierzam bardziej odpowiedzialne zadania. - Powiedzenie, że zawsze byłoby kłamstwem. Powiedział to jakby się bronił albo usprawiedliwiał, ale z uśmiechem na ustach, doskonale sobie zdając sprawę z tego, jak to brzmi. Bo to nie tak, że było wymuszone. I nie tak, że nie mógłby sobie darować czy powiedzieć tego normalnie. - Ostatnio szukam pracownika do zastąpienia mnie przy rezerwacie, bo doba mi się naprawdę kończy przy wszystkich zajęciach. - Stety czy niestety. A tak jak mówiła Ginny - należało zwolnić. Dać sobie żyć. - Rezerwat to miejsce, w którym żyją magiczne stworzenia. Ja tylko kontroluję, czy panuje tam balans i czy niektóre z nich nie potrzebują pomocy. Niektóre te stworzenia są jednak niegroźne. Na przykład lubanalla czy mermotki. - One sobie tam żyły, egzystowały, prowadziły własny, mały świat. Fakt, niuchaczy tam jeszcze nie było, ale właśnie - jakoś nie sądził, żeby mimo swojej miłości do tych stworzeń miał po prostu czas poświęcić na ich niepohamowane żądze złota.

- Nie podejrzewałem, żeby było inaczej. - Z tym zarejestrowaniem. Czego za to nie podejrzewał to właśnie tego, że kobieta miała aż dwie formy. O czymś takim jeszcze nie słyszał. Przyjeżdżała tu często, znała pewne zwyczaje, jej rodzina była z Anglii, jej ojciec mieszkał tutaj dostatecznie długo - innymi słowy wszystkie potrzebne elementy do tego, żeby ktoś przestrzegł kobietę przed tym, że tu to łamanie prawa. Widział jej zadowolenie i dumę z siebie i aż uśmiechnął na myśl, że tka bardzo jej to pasowało. Kochała zaskakiwać - ameryki ten wniosek nie odkrył, ale jej reakcja była jak pieczątka na tym prostym stwierdzeniu. Jak każda istota - lubiła, kiedy haczyk był chwytany i ciągnięty, kiedy mogła łowić. Nie wszyscy robili to po prostu świadomie. Zazwyczaj nikt się nad tym nie zastanawiał, dopóki nie zanurzył się w salonach londyńskich, gdzie królowała obłuda i kolorowe maski. - Proszę mnie w takim razie gdzieś wcisnąć w kalendarz, panno McGonagall. - W zasadzie to było ciekawe, czy w Egipcie inaczej podchodzono do małżeństw? - Jesteś naprawdę kobietą wielu talentów. Będę się teraz zastanawiał, czy to dlatego, że lubisz zaskakiwać innych czy może samą siebie z pytaniem, gdzie są twoje granice. - Oczywiście to też trochę zaczepnie, bo Ginny ewidentnie była kobietą, która po prostu nie chciała zatapiać swojego życia w nudzie i szarości. - Znam wiele osób, dla których byłabyś lekiem na szarość codzienności. Jesteś naprawdę barwną osobistością. - I ciekawą. Taką, która miała wiele do powiedzenia i mogła z tobą zarówno pożartować jak i poradzić dobrym i szczerym słowem. Ewentualnie poradą lekarską - za pół darmo! Musiałeś tylko wywiesić pranie! - Rozumiem, że talent do wróżenia jest dziedziczny od strony twojej matki? - Nie było to trudne do załapania w tej całej rozmowie, a to też było interesujące. Ginny wydawała się wręcz nierealna swoją osobą, jakby była chodzącą doskonałością pozbawioną wad przeciętnego śmiertelnika. Zaczęła się jawić jak rozkładający skrzydła anioł - jednak ten splot słońca z Egiptu naprawdę nie był koroną. To była po prostu aureola.

- Czy to dla ciebie drażliwy temat? Kwestia decyzyjności człowieka, tego, kogo lubi, kogo nie lubi, że ten świat nie jest bajką, w której to takie proste, by każdy zachowywał się sprawiedliwie wobec drugiej osoby? - Przez moment się zastanawiał nad jej dwoma ostatnimi reakcjami i różniły się od całej reszty. Dlaczego?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#26
12.09.2023, 23:38  ✶  

Tylko, że tutaj nikt nie nazywał siebie szumnie hodowcą, nikt nie mówił, że zwierzęta do kogokolwiek należały. Były sobie same panami, sterem i okrętem. Natomiast nic nie stało na przeszkodzie, by zwierzę sobie kogoś wybrało. Jak… nie przymierzając – Brylancik. Natomiast stado koni, które Guinevere chciała pokazać Laurentowi… kto wie. Może jakiś koń też uzna, że Laurent jest godzien. Ale Laurent. Nie jego ojciec. To nie były przedmioty, które można było sobie przekazywać w prezencie z rąk do rąk.

- Ach, to wiele wyjaśnia. Więc to taka rodzinna tradycja i powinność któregoś członka rodziny, by cała spuścizna nie przepadła? – to nie było nic złego, tak przynajmniej uważała Ginny; tak długo, jak nie było do tego żadnego przymusu, a po prostu wybór, może nawet zamiłowanie jeśli nie pasja. Laurent natomiast mówił, że ma to szczęście – więc chyba wszystko było na swoim miejscu? Nie wyglądał, by był niezadowolony. Owszem, wspominał, że nie ma tyle czasu ile by chciał… i umówienie się na spotkanie zajęło im półtorej miesiąca – a Guinevere nie była paranoiczką by sądzić, że to były tylko wymyślone na poczekaniu wymówki. Natomiast opowiadał o magicznych stworzeniach sam i z chęcią, rzucał ciekawostki o niuchaczach, których wcale nie hodował… więc musiał temat przynajmniej lubić. To dobrze wróżyło. - Mówiłeś, że jesteś – teraz już przystanęła i przyjrzała mu się uważniej, czy przypadkiem nie próbuje jej tutaj oszukać, bo dowiedział się że właśnie rozmawia z lekarzem. - Musimy uzgodnić ostateczną wersję, Laurencie – i aż znowu można było zobaczyć błysk w jej jasnobrązowych oczach. - To jak, przyłapałam cię czy to taka tam… pomyłeczka i przejęzyczenie? – przymruzyla oczy, ale nie był to w żadnym razie groźny wyraz twarzy. Uśmiech docierał aż do kącików jej dużych oczu. - A czy jednym z tych zajęć jest beztroskie leżenie na świeżym powietrzu i patrzenie w obłoki, by zobaczyć jakie kształty przyjmują? – ton jakim to powiedziała mógłby sugerować, że to żart, ale dłonie które właśnie położyła na ramionach Laurenta (a była prawie tak wysoka jak on!) mówiły wszem i wobec, że to caaałkiem poważne pytanie. A ten uśmieszek jednym kącikiem ust… nooo. Trudno było powiedzieć. Żartuje? Nie żartuje? - W chmurach też można zobaczyć przyszłość – to była bardzo mało popularna wersja wróżenia, ale nazywało się to aeromancją.

- Ooch, rozumiem. To rzeczywiście coś podobnego. Ale tutaj nie zbytnio groźnych gatunków, a przynajmniej mi nic na ten temat nie wiadomo – uśmiechnęła się, rozglądając się po morzu trawy. Łąka była w rozkwicie. Mnóstwo kwiatów, latały tutaj pszczoły, grały gonili polne. To było jak taka barwna pierzynka, do tego ładnie pachnąca. - Luna..bale? Co to są lunaballe? To coś z księżycem? – tylko tyle zrozumiała. Memortki na oczy widziała, więc nie pytała o te ptaki, ale to drugie… no cholery nie wiedziała.

Ha, dwie formy. A to było jeszcze nic! Jeśli chciała mogła przemienić tylko ręce w skrzydła, albo nos w dziób, albo uszy w locie sterczące, mięciutkie i dużo słyszące na głowie. Albo oczy w kocie by lepiej widzieć w ciemności. Wiedziała, że większość animagów jednak nie potrafiła robić takich cudów ze swoim ciałem. To, co ona potrafiła, wchodziło na zupełnie inny poziom iluminacji*. Z tym swoim charakterkiem (a był on niemały!), z historiami jakie miała do opowiedzenia, z zabawą słowem i psotą pewnie bardzo prędko by się na londyńskich salonach odnalazła, zaśmiecając w duchu do rozpuku z co poniektórych.

- Wyślę do ciebie sowę, na pewno znajdziemy dogodny termin, panie Prewett – jej kalendarz nie pękał w szwach, ale musiała się zgrać ze swoimi innymi zajęciami. Czy zaś w Egipcie mieli inne podejście do małżeństw… zapewne zależało kogo się pyta i co dokładnie chciano się dowiedzieć. Pytanie jednak nie padło. - Mogłabym ci odpowiedzieć, bo to bardzo proste, ale po co tak od razu rzucać na talerz wszystkie odpowiedzi, a? – czy lubiła zaskakiwać innych czy siebie? Odpowiedź była faktycznie bardzo prosta: lubiła wygrywać. I lubiła pewne ryzyko – ale nie w każdej sferze swojego życia. Po prostu lubiła popsocić, pobawić się chociaż troszkę i lubiła jeśli ktoś zwracał na nią uwagę, jeśli uważał za wartą swojego czasu – tak długo jak i ona za wartościową daną osobę uważała. - O to chodzi. Życie jest zbyt piękne, zbyt cenne, żeby przeżyć je jedynie wyglądając przez okno, spoglądając na wszystko z oddali. Jeśli mogę trochę tych kolorów komuś przychylić, to bardzo mnie to cieszy. Uśmiech to życie. Życie to śpiew. To wszystko co nas otacza, to miłość – może i gadała jak natchniona i pomylona, ale w każdym życiu dostrzegała iskry, ogień, wolę. Ten ogień czasami trzeba było podsycić. - Haha, tak. Moja matka jest jasnowidzką na pełen etat. Nie jakąś tam wariatką w kolorowych fatałaszkach obwieszoną łańcuchem korali. Mama naprawdę ma dar Oka Horusa, wiele razy widziałam i słyszałam jak wieszczy – wyjaśniła mu. - Ma to wyćwiczone tak, że może w Oko zerkać kiedy tylko zechce. I uważa, że ja swój dar marnuję. Też go odziedziczyłam, tylko że nigdy go nie ćwiczyłam, nie umiem więc ot tak spojrzeć klarownie w czyjąś przyszłość. Zdarzało mi się że wieszczyłam, tylko zazwyczaj tego nie pamiętałam. Pamiętali za to wszyscy wokół – roześmiała się i wyglądała jak ktoś, kto zupełnie bez żalu zrezygnował z czegoś tak unikatowego. - Za to od dziecka uczyłam się zwracania uwagi na symbole, szepty losu, znaki. Mama przygotowywała mnie nim jeszcze poszłam do szkoły. Więc tak. Talent do wróżenia mam od strony matki. Ale wróżenie i jasnowidzenie to nie to samo. Wróżenia można się do pewnego stopnia nauczyć, chociaż to nie będzie to samo co naturalny talent. A jasnowidzenie wygląda zupeeełnie inaczej – żadne tam gapienie się w kulę. Jasnowidzenie wymagało spojrzenia w przyszłość. Przepowiednie bywały mętne, ale też zabójczo konkretne, jasne. Wróżenie było tylko liźnięciem czubka góry. Gdy ktoś miał dar, talent i był wyczulony na dostrzeganie znaków, potrafił dojrzeć więcej. Guinevere potrafiła. Ale to nadal nie było tak precyzyjne. Natomiast wcale nie musiało być. - Pewnie cię zaskoczę, ale to mi się przydaje przy wykopaliskach. Starożytni dużo większą wagę przykładali do przepowiedni i wróżb, można być sobie specjalistą od starożytnych run, ale jak nie dostrzegasz, to zupełnie źle odczytasz wiadomość. To są często subtelności, ale niosą sobą dużą wagę – więc trzy kompletnie oderwane od siebie zawody… ale jakże pięknie się łączyły. Również z byciem animagiem. Tu nie było miejsca na przypadki, a Ginny w nie nie wierzyła.

- Skąd. Nie jest drażliwe ani trochę. Natomiast… nie chcę nikomu niczego narzucać, po to mamy wolną wolę, by dokonywać swoich wyborów niezależnie od drogowskazów jakie widzimy po drodze. Chciałabym żeby wszystkim żyło się na świecie dobrze, pomogłabym każdemu kto by o to poprosił… ale nie każdemu da się pomóc. Nie każdy tego chce. Na siłę to nie ma nawet sensu. A ja nie jestem po to, by zadowolić wszystkich, tak się po prostu nie da. I nawet bym nie chciała, jak się wszyscy lubią to znaczy że gdzieś po drodze został popełniony błąd, że nie ma się charakteru... Bo jak wiadomo wszem i wobec, to co jest do wszystkiego, jest do niczego, dlatego że w niczym nie błyszczy – może dlatego wydawało się, że inaczej zareagowała, że drażliwie. Ale to była tylko złuda zresztą zupełnie niezamierzona. Guinevere naprawdę była ze sobą pogodzona. Znalazła swoją drogę i to nią podążała, nie rozglądając się na boki czy może tam byłoby lepiej. Nie. Wiedziała że nie będzie. - A ja lubię błyszczeć – i puściła do Laurenta perskie oko.


*iluminacja – tak w Uagadou nazywa się transmutację

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#27
13.09.2023, 10:17  ✶  

Powinność któregoś członka rodziny, żeby ta spuścizna nie przepadła... Ginny nie mogła sobie zdawać sprawy z tego, jakim chłodem te słowa wdarły się do jego serca i jakie spustoszenie tam siały. Niby się do tego przygotowywał. Niby gdzieś w kącie swojej głowy miał tę świadomość, że chyba to wszystko naprawdę w którymś momencie przejdzie na niego. Że zajęta swoim życiem Pandora, oczko w głowie rodziców, będzie latała po wykopaliskach, szczęśliwa, doraźnie wracając, by pomóc, bo przecież on całe życie starał się wyjść naprzeciw temu oczekiwaniu. Ale to go przytłaczało. To było za dużo. Czuł się jak zgnieciony robak pod butem świata, kiedy myślał o ciężarze korony, jaką była spuścizna Prewett. Głównie jednak sądził, że do tego nie dojdzie. Że zostawią go tam z boku, niech sobie żyje, a wszystko zostanie przekazane w ręce dzieci brata Edwarda. Jakże naiwnie - bo w końcu Edward mógł kochać brata, ale jego ambicja nie pozwoliłaby tak po prostu oddać złotej korony, która jego ojcu nie ciążyła - ona go zdobiła. I co z tego, że miał wiele jego cech, że nie mógłby się go wyrzec, jak czasami mówił, skoro nie miał najważniejszej - jego siły.

- Tak. - Bardzo duża spuścizna, w której hodowla była dumą i pasją, a cała reszta pralnią brudnych pieniędzy. Z abraksanami niekiedy włącznie. Te zwierzęta, które były żywymi stworzeniami i które, jak uważała Ginny, nie można było traktować jak prezent - cóż... ludzie zwierzęta kupowali. I płacili za nie fortunę. Zaśmiał się na jej stwierdzenie, że mówił, że jest. - Wydaje mi się, że nie rozumiemy się w skali. Ja nie prowadzę stajni z trzema końmi na krzyż. - Więc to nie była żadna pomyłka ani przejęzyczenie, szczególnie, że hodowla abraksanów nie była jedyną rzeczą, jaką robił. Zatrzymał się, kiedy tak sięgnęła do jego ramienia i obróciła się, żeby spojrzeć mu w oczy. Całkowicie poważnie. - Raczej nie. Wolę oglądać morze i patrzeć, jakie kształty przyjmują fale. - Odparł spokojnie, rozczulony sielankową wizją spoglądania w obłoki podczas leżenia na trawie. To było romantyczne, a romantyzm sprawiał, że jego serce rozkwitało i ciągnęło do pragnienia zaznania takich chwil z... problemem było: z kim, skoro nie pozwalał sobie na miłość. - Znam osobę, która jest jasnowidzką. Czasem lepiej nie próbować zgadnąć, co przyniesie przyszłość, żeby nie dotrzeć do punktu samospełniającej się przepowiedni. - Laurent nigdy nie prosił Florence, żeby spojrzała dla niego w przyszłość i Ginny również nie prosił o to z uwagi na to, że chciał ją poznać - tę przyszłość i skutki swoich decyzji. Chciał za to poznać Ginny, zobaczyć, jak pracuje, zobaczyć, jak wróży. Cała reszta miała być dodatkiem. - Lunaballa to niewielkie, parzystokopytne stworzenie, przypominające trochę... lamę? Tylko bez futra godnego owiec, mają bardzo krótkie i aksamitne włosie. Takiego wzrostu. - Wysunął rękę, żeby pokazać. - Wychodzą zazwyczaj tylko podczas pełni księżyca. - Więc tak, dobrze zgadła, że chodzi o księżyc, nazwa była zupełnie nieprzypadkowa.

Ginny była taką osobą, że przy niej nie trzeba się było starać. Jakkolwiek to nie brzmiało to nie chodziło o negatywny wydźwięk! Zabierała dla siebie cały spotlight, żeby być na pierwszy miejscu, ale nie robiła tego w sposób, w jaki zazwyczaj tacy ludzie to robili - Nie mówiła tylko o sobie, nie była zainteresowana tylko swoimi potrzebami, swoją osobą. Jego ego nie przygniatało człowieka do ziemi, nie dając miejsca dla niego samego. Jeszcze tego, że lubiła wygrywać, nie miał okazji zobaczyć. Za to widział bardzo wyraźnie, że lubiła być numerem jeden. Tworzyła z siebie otwartą książkę w tak ekspresywny sposób, że wszystkie sztuczki, jakie Laurent na innych używał w codziennych kontaktach używała sama i to z wielkim zadowoleniem i uśmiechem na ustach. To się nazywało właśnie działanie z premedytacją z tym, że w tym rozumieniu nie na czyjąś szkodę. Naprawdę jeszcze takiego rodzynka nie spotkał, połączenia tak specyficznych cech, które w ostateczności tworzyły tego Kolorowego Ptaka, tego kocura, jakim Ginny była. Oj tak, gdyby wiedział, że jej imiona były zlepkiem iście królewskich imion to powiedziałby, że niezwykle do niej pasują. Idąc przez tę murawę była jak królowa na swoich włościach z dostateczną ilością wolnego czasu, by schodzić do swych maluczkich poddanych. Przy czym to nie ona tych poddanych za maluczkich uważała, tylko przy niej bardziej oni siebie. A kontakt z tą królową był jak nagroda dla spragnionego, który uciekł z objęć pustyni. Zabawnie było spoglądać, jak ktoś tak tańczy i bryluje słowem, jak zazwyczaj robił to on. A teraz się temu poddawał i grał w tę grę. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.

Co jeszcze było ciekawe to usłyszeć, jak duża różnica była między jednym a drugim. I nie zdawał sobie sprawy z tego, jak unikalny talent miała Florence - aż do dzisiaj. Wydawało mu się to takie normalne, takie naturalne, przez to, że miał z tym styczność od dzieciaka. A to się okazywało, że... nie. To nie jest wcale aż takie normalne, że został przyzwyczajony do czegoś naprawdę niezwykłego. To i teraz widać było po jego minie, kiedy słuchał, kolejną dawkę zdumienia i jednocześnie głębokiej fascynacji.

- Zdaję sobie sprawę, że religia i symbolika były kiedyś o wiele bardziej istotne, niż są w dzisiejszych czasach. Choć nie znam się ani na wróżeniu, ani na starożytnych runach, żeby być tutaj sędzią. Mogę ci więc tylko wierzyć na słowo. - Powiedział to w podobnym tonie, co ona - z lekką zaczepką w uśmiechu, ale jednocześnie tonem całkiem poważnym. Tak, że można się było domyślać, co w zasadzie artysta miał na myśli. Laurent nie miał powodu, by jej nie wierzyć, oczywiście, że to miało sens i było niezwykle ciekawe.

Jej kolejne słowa też go zakuły, ale uśmiechnął się z sympatią na jej perskie oko, zamiast to okazać. Wdarły się do jego umysłu jak brzydka, czarna plama, która regularnie mu przypominała, że jest do niczego. Atelophobia. Strach przed byciem niewystarczająco dobrym. Bardzo szybko przegonił tę ponurą chmurę znad swojej głowy. Nie była tu i teraz potrzebna.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#28
13.09.2023, 21:25  ✶  

Rzucała oczywistościami, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że trafia w czułe punkty. A wszystko dlatego, że Laurent powiedział jej, że jest zadowolony z tego, co robi, że sprawia mu to radość. Znali się też zbyt krótko, by potrafiła zauważyć i wyłapać subtelne zmiany w mimice, różnice w atmosferze i nastroju rozmówcy. Była bardzo empatyczną i ciepłą osobą, z kimś takim jak ona to tylko kwestia czasu, tym bardziej, że słuchała uważnie… może nawet zbyt uważnie. Na razie jednak negatywne uczucia, jakie w Laurencie nieświadomie i całkowicie niecelowo wzbudziła, były dla niej niewidoczne.

Ginny nie chodziło o to, że zwierząt nie można kupić, bo można było i ludzie to robili. A hodowcy poświęcali mnóstwo czasu, by zwierzaki doprowadzić do perfekcji – i w porządku. Raczej chodziło jej o to, że więź jaka potrafi się pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem narodzić, była ponad pieniędzmi. W idealnym świecie zwierzęta nie byłyby towarem, a w tym mniej idealnym kupowane i sprzedawane były tylko wtedy, jeśli obie strony wybrały się wzajemnie. Temu światu daleko było jednak nawet do tej mniejszej idealności i Guinevere doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

- Rozumiemy się w skali doskonale. Po prostu najwyraźniej wyolbrzymiłeś, a ja nie czytam w myślach i nie wiem co dokładnie miałeś na myśli – no bo skąd ona ma wiedzieć czy faktycznie nie ogarnia WSZYSTKIEGO całkiem sam, skoro brakuje mu doby? Skąd ma wiedzieć ile dokładnie ma na głowie abraksanów? Nie, nie wyobraziła sobie trzech. Tylko jakieś… piętnaście. Może dwadzieścia. Ale ile ich było? Jakie obowiązki miał Laurent? Nie wiedziała. Nie była specjalistą w tej dziedzinie i nawet nie zamierzała do tego aspirować. Ale też tego nie kryła, więc żadną czarną magią nie było domyślnie się tego. - To może powinieneś. Obłoki też przepływają po niebie, jak statki po morzu. Wiatr goni je po nieboskłonie, niebo może być spokojne, ale też zupełnie wzburzone. A to co pod nim, jest jego odbiciem. Morze i jeziora nawet tym doskonalszym – było w tym sporo poetyckości, ale tak po prawdzie… Może nawet coś w tym było? Niebo przybierało różne odcienie niebieskiego, tak jak woda. Gdy świeciło słońce i nie dął wiatr, chmury przesuwały się leniwie – tak jak leniwie falowało morze. Gdy niebo ciemniało, szarzało, a chmury robiły się ciężkie, morze też było niespokojne. Jedno bez drugiego ewidentnie nie mogło żyć, było wręcz w idealnej harmonii, krzywe odbicie w lustrze świata. – Polecam spróbować. Możesz nawet patrzeć w niebo i jednocześnie słuchać szumu morza.

Guinevere uśmiechnęła się delikatnie do Laurenta, kiedy opowiedział o tym, że zna jasnowidzkę i jakie jest jego podejście do przepowiedni.

– To nie do końca tak. Przepowiednie wywieszczone przez jasnowidza… – zawahała się na moment, szukając odpowiednich słów. – Jasnowidz widzi fragmenty przyszłości, zamiary ludzi. To nie są samospełniające się przepowiednie. Te rzeczy po prostu się wydarzą w taki czy inny sposób, chociaż większość przepowiedni może się wydawać z początku niejasna. To nie to samo co wróżba, bo wróżba nie jest przepowiednią – różnica była dość wyraźna, ale dla większości ludzi, zwłaszcza tych, którzy nie byli za znajomieni z tematem, to wszystko się zlewało i myliło. – Wróżbiarstwo należy traktować jak… Drogowskaz. Jak poradę. Zadajesz pytanie co się stanie, a wróżbita może zobaczyć jedną z możliwych dróg, a nie cel podróży. To nigdy nie jest coś, co opisze ci całe twoje życie – nie chciała mu kadzić, po prostu chciała, by zrozumiał różnicę pomiędzy jednym i drugim. Ludzie bali się wróżb – zupełnie niepotrzebnie. – Wróżba może być ostrzeżeniem, podpowiedzią, zwróceniem uwagi na konkretną rzecz… To nie jest wyrocznia i nie należy tego tak traktować. Czasami może zastąpić konsultacje z magipsychiatrą, bo zagląda w głąb drugiego człowieka. Tylko nie należy wpadać w pułapkę tego, że to co zostanie wywróżone na pewno się ziści, nie. Niekoniecznie. Może, jeśli nie podejmie się innych kroków, ale to nie jest przepowiednia – podkreśliła to, bo ludzie myśleli, że wróżbita to jasnowidz, stawiali pomiędzy tym znak równości. Nie. Jasnowidz to jasnowidz, wróżbita to wróżbita. Mogli być jednym, ale mogli być też czymś osobnym. Guinevere była jednocześnie dwoma przypadkami na raz. – Wróżb nie ma się co bać, naprawdę. Chętnie odczaruję dla ciebie tę dziedzinę – uśmiechnęła się teraz całkowicie miło, bez tym złośliwych błysków i krzywych uśmieszków. Ludzie bali się prawdy o sobie, a wróżby ją ze sobą niosły. Ich słabości, lęki, ich mocne strony, niepowodzenia… Ale można było się dowiedzieć jak przekuć słabości w siłę, jak walczyć z lękiem, by osiągnąć sukces. McGonagall tego nie wiedziała, ale to było dokładnie to, czego obecnie potrzebował Laurent. Pewnie nawet on nie wiedział, że miał obok siebie kogoś, kto mógł mu pomóc ze sobą samym. Nie potrzeba było mieć do tego dyplomu, „wystarczyło” być empatą wyczulonym na znaki.

– Lama? – Ginny aż się zamyśliła. Chyba nigdy nie widziała lamy. W Egipcie nie występowały. – Chyba będę musiała o te księżycowe kulki zapytać dziadka. Może ma w jakiejś książce – opis zaserwowany jej przez Laurenta był mało precyzyjny, chociaż już zrozumiała, ze to jakieś łagodne zwierzaki, które prowadziły lunarny tryb życia.

– Mam nadzieję, że cię nie zanudziłam tym moim gadaniem. Wiem, że jakby mi pozwolić, to zagadałabym drugą osobę na śmierć – przy czym nie peplała trzy po trzy o w wszystkim, a po prostu… Wychodził z niej historyk, teoretyk, osoba o pasji i wiedzy, którą chętnie przekazywała dalej.[ – Ja na starożytnych runach też niewiele się znam, ale, hehe. Mam od tego ludzi – i roześmiała się w głos. A tak naprawdę to kierownik grupy się na tym znał. I za grosz nie wierzył we wróżby. – Czekaj – zatrzymała Laurenta wyciągając przed niego rękę, by go zatrzymać. – Patrz. Tam – i nie wiedzieć dlaczego, ale nieco się skuliła, wyciągając do przodu rękę, wskazując palcem jakiś punkt.

I były tam. Co najmniej trzy konie skubały sobie w spokoju trawę i koniczynę, dwa kolejne leżały w kwiatach. Jasnobrązowe umaszczenie doskonale było widoczna na tle tej całej płachty zieleni.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#29
14.09.2023, 11:33  ✶  

Nie, ta kobieta nie należała do osób, które coś takiego rzucały celowo, a i ciężko było się jakoś nad tym zreflektować, kiedy od drugiej strony nie przychodziła wiadomość zwrotna. Były osoby, przed którymi Laurent potrafił się otworzyć naprawdę szybko, albo stanowczo zarysować swoją granicę, ale były i takie osoby, jak Ginny. Przy których pilnował się, żeby nie otworzyć się za bardzo. I teraz pytanie - dlaczego? Skąd to wynikało? Bez sensu - tak by można było powiedzieć. Zupełnie bez sensu, bo to nie była kobieta, która źle chciałaby dla jakiejkolwiek istoty, chciała dobrze. Na pewno dałaby mu parę dobrych słów, pomogła pewne rzeczy przeprocesować, tak... tylko że szkopuł tkwił właśnie w tym, że nie znali. I jeszcze trochę głębiej - tam, gdzie Laurent nie radził sobie z mocno charakternymi osobowościami i się wycofywał, żeby robić im odpowiednio dużo miejsca. Tam, gdzie nie miał zaufania do osób, które zachowywały się do pewnego stopnia podobnie do niego - manipulowały słowem i gestem, żeby dostać zamierzony efekt, albo zostać jakimś nagrodzonym. Czy to było złe, czy dobre - można się zawsze sprzeczać. Moralnie chyba szare, ale przecież w życiu nie chodziło o to, żeby szukać bieli i czerni. Kiedy robisz coś w dobrej intencji to ta moralność nagle miała barwne walory i jakoś przychylnym okiem się na nią spoglądało. Czy tak być powinno? - nie wiem. Laurent też o tym nie wiedział, nie będąc wcale przekonanym, że te zagrywki były takie w pełni szlachetne. Bo jego zdaniem - nie były. Nawet jeśli chciałeś sprawić komuś przyjemność, to zupełnie tak, jakbyś był pasożytem, który owszem, da ci coś w zamian, ale pobierze swoje. Właściwie pasożytnictwo było tutaj ponurym ujęciem, bo tak naprawdę bliżej temu było do symbiozy. Bardzo poprawnej w relacjach, bo nie można było żyć tak, by tylko brać czy dawać. To znaczy - można było, wiele osób tak funkcjonowało.

To prawda, że niektóre rzeczy wcale nie były takie oczywiste, jak nam się wydawało. Ponieważ dla nas oczywistość to tworzyło, ale druga osoba nie musi mieć pojęcia o tym, jak ta praca wygląda, wokół czego się to obracało. I tak dalej, i tak dalej... Więc Laurent zaczął jej w sporym ogólniku opowiadać, jak wyglądało funkcjonowanie hodowli i że jeszcze miał rezerwat do opiekowania się. Że były prace, które musiał siłą rzeczy rozdzielać pracownikom, bo był odpowiedzialny za finanse, dotacje, za opiekę nad wszystkimi stworzeniami w rezerwacie, za tresurę abraksanów, za kontakt z klientami, za wszystkie formalności w Ministerstwie, że jeszcze zajmował się badaniem magicznych stworzeń, szczególnie tego, co działo się w Kniei... dużo. ZA DUŻO. Stanowczo za dużo jak na jednego człowieka, więc Laurent od jakiegoś czasu uczył się powierzać niektóre swoje zadania na ramiona swojego zaufanego pracownika i w końcu - szukał kogoś, kto go odciąży. Dzięki komu będzie mógł trochę bardziej odpocząć, bo naprawdę dobra mu się w tym rozjeżdżała. Nie wspomniał jednak o problemach związanych z chociażby morderstwami.

- Powiedziałem, że raczej nie. Nie powiedziałem, że w ogóle tego nie robię. - Sprostował, bo może to nie było jasne. A i owszem - Ginny brzmiała jak poetka, ale to doskonale uderzało w ton Laurenta, który podobnymi słowami potrafił opisywać ludziom widzianą przez siebie rzeczywistość. - Koniec końców to właśnie morze i niebo zlewają się w jedno. - Oczywiście, że była to jedynie ułuda oczu, ale ten punkt był najbardziej magiczny. Jakby świat nie miał swojego końca, jakby był bezkresem, przez który można się przesuwać. Może nawet z tymi chmurami, które krążyły nad głowami ludzi? Albo i z mewami, które przemierzały firmament.

- Bardzo ciekawe. - Słuchał z wielkim zainteresowaniem, bo rzeczywiście do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy. - Nigdy nie czułem potrzeby sięgania po zaglądanie w przyszłość, żeby radzić sobie ze swoim życiem. Odpowiedź na pytania, czy coś się uda, czy może zawiedzie, prawdopodobnie czasem oszczędziłaby kłopotów czy problemów, ale człowiek się na nich bardzo dużo uczy. W moim zainteresowaniu tą sztuką leży chęć poznania jej. I zobaczenia ciebie w swoim żywiole. - Dodał na końcu z filuternym uśmiechem na ustach.

- Hahaha nic nie szkodzi, bardzo przyjemnie się ciebie słucha. Promieniejesz ciepłem. - Zgadza się, Ginny należała do tych, którym należało wręcz przerywać, żeby nie zapominała o drugim człowieku i że dialog to jednak dialog, a niekoniecznie musi to być monolog. Przynajmniej kiedy weszło się na temat, który ją absolutnie absorbował, ale Laurentowi to zupełnie nie przeszkadzało. On za to nie zaliczał się do osób, które by rzeczywiście przerywały. Miło się jej słuchało, miała wiele do opowiedzenia i wiele do podzielenia się. I wtedy ich Ginny zatrzymała i pokazała konie.

Żyjące na wolności konie były rzadkością w dzisiejszych czasach, a nawet jeśli żyły to były kontrolowane przez ludzi. I nie było w tym niczego złego. Świat się rozwijał, ludzie posiadali coraz więcej ziem, coraz więcej budowało się domów i miejsc pracy. Rozwój niszczył świat zwierząt. Dlatego człowiek był wyjątkowo niewdzięcznym tworem Matki Ziemi. Rumaki nie zachwycały tak, jak rasowe konie wychodzące spod rąk hodowców, one miały całkowicie inny urok. Ten urok wolności i swobody. Tchnienie życia i spokoju. Piękno, które prezentowane było w najczystszej formie. Spojrzał na Ginny z lekkim zdziwieniem, kiedy ta kucnęła z jakiegoś powodu i trochę automatycznie kucnął za nią. Choć naprawdę nie wiedział, dlaczego to robili. Jak dzieci chowające się w krzakach - i samo to porównanie wystarczyło, żeby poczuć się zupełnie lekko.

Nie spodziewał się, że wizyta u Guinevere zaprowadzi go na tak kwieciste łąki.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (10820), Laurent Prewett (11237)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa