– Nie bardzo się na tym znam. Obstawiałabym, że trzy, ale nie jestem pewna. W kieszeni… w kieszeni bluzy jest kawałek skorupki. Zrobiłam też zdjęcie gniazda z daleka, ale z bliska nie zdążyłam.
Gdy już uświadomiły sobie, że to że pisklęta znikły, niekoniecznie oznacza, że ich matka także, Brenna nie bawiła się już w robienie dalszych fotografii. I dobrze, bo te kilka sekund, które by to pochłonęło, mogłoby zdecydować o być albo nie być ich obu – a przynajmniej Bren.
Miały zeznania dwóch osób, łuskę, zdjęcie i fragment skorupki. Oby to wystarczyło. Brenna zresztą mogła później spróbować tutaj wrócić i rozstawić krąg… Pierwotnie mieli tylko sprawdzić potencjalną lokalizację opuszczonego obozu i upewnić się, że taki istniał, a jeżeli tak, to że nic tu nie zostało – w tej chwili jednak sprawa robiła się ciut większa.
– Dzięki za zasłonięcie przed ogniem. Jestem ci dłużna – dodała, przyjmując pomoc i wstając. Szczerze, bo doskonale wiedziała, że gdyby nie Victoria, w najlepszym wypadku miałaby bardzo poparzone plecy i straciła sporą część włosów, a nie skończyła z obolałym bokiem, siniakami i skaleczeniami. – Carlson, specjalista ze Szwecji powiedział, że afrykańscy szamani lubią się z duchami. To znaczy nie dosłownie, ale że gdyby on miał czegoś szukać więcej o Limbo, to pewnie próbowałby w Afryce. Złożyłam podania o świstokliki, napisałam parę listów, szukam kogoś, z kim będzie można tam pogadać. Nawet jeżeli niczego się nie dowiemy, to cóż, podobno niebo nad pustynią wygląda naprawdę zajebiście, więc można sobie na nie popatrzeć, prawda? Poza tym może pogoni mnie jakiś lew. Jeszcze nie uciekałam przed lwami. Smoki właśnie odhaczam z listy, ale lwów dotąd nie było.