- Yeah, totalnie - powiedział dziwacznie, odetchnął głębiej i zaciągnął się jeszcze raz. - Wyglądałbym seksownie na wózku inwalidzkim? - Jeszcze na moment przeniósł na niego spojrzenie. - Bo mam wrażenie, że właśnie tam prowadzi mnie ta rozmowa. - A później gapił się już tylko na te ptaki, aż nie zdrętwiała mu szyja. Coś, co się ruszało, co wydawało dźwięki, w oczach człowieka, który nie widział żadnych kolorów, przyciągało wzrok. Jaskółki miały też tę jedną zaletę silnego kontrastu - zyskiwały dodatkowe punkty, plasując się nad niemal każdym ptakiem, jakie większość osób uznałaby za najpiękniejsze wśród tych występujących w Anglii. Sikorka? Sikorki dla niego wyglądały tak samo jak wróble. Naprawdę wątpliwe było, żeby je rozróżnił, gdyby go ktoś nie złapał za kark, nie docisnął do podłogi i nie kazał z uwagą analizować kształtu dzioba.
Otworzył usta, bo chciał coś powiedzieć. Konkretniej: chciał zadać pytanie „a co to jest właściwie za ptak”, ale odpowiedział sobie w głowie sam „kurwa, nie wiem, nie mam pojęcia”, bo to przecież był Bletchley. Nie przerwał więc tej ciszy, tylko zawinął się szczelniej w ten sweterek i wtulił w jego bok, zamykając oczy. Ciężko było doceniać drzewa w identyczny sposób co inni, ale wciąż przecież czuł - chłodny, letni wiatr i dźwięk, jaki wydawały w zetknięciu z nim liście. Śpiew ptaków go nieco irytował, bo tyle lat spędził pod ziemią, że nie był do nich przyzwyczajony, ale dostrzegał w nim coś dobrego. Coś, czego kiedyś nie mógł mieć. Spokój wśród przyrody, a nie śmierdzącego i wiecznie pędzącego miasta - kiedyś był jego marzeniem. Później stał się rzeczywistością. Może nie w takich okolicznościach, w jakich by chciał, ale wciąż - stał się częścią jego życia. Pierwsze noce po powrocie do Fantasmagorii spędził na dachu wozu Aleksandra, wpatrując się w morze gwiazd nad jego głową. To było tak cholernie dziwne nie widzieć tam sufitu. Teraz pewnie nie mógłby pogodzić się z powrotem do wiecznego czołgania się przez katakumby. O to chodziło? O przyzwyczajenie? Czy kiedyś to uczucie, że takie dobre chwile były jedynie przygotowaniem do ciężkiej lekcji... mijało?
Odkleił się od niego dopiero wtedy, kiedy skończył palić. Z przyzwyczajenia omal nie zgniótł kiepa gołą stopą, ale ostatni neuron rozbłysł na czas, pozwalając mu pochylić się w dół, przygnieść go dłonią do betonowego schodka i wrzucić do stojącego nieopodal słoika. Wróciwszy do Caina pocałował go w policzek i próbował ocenić, co właściwie powinien ze sobą zrobić.
- Zrobić ci coś do picia? - Nie przeszkadzało mu przebywanie na dworze, ale z lenistwa przywykł do przebywania w pozycji horyzontalnej.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.