Wysokie mniemanie o sobie samym. Nie była to myśl krytyczna, która nawiedziła go po usłyszeniu, że Flynn uważa siebie za coś boleśnie autentycznego w nieznośnie zakłamanym życiu. Właściwie tak było. Co za różnica, w co zechcesz się z nim pobawić, co zechcesz zrobić, skoro w jego głodnym ciała spojrzeniu nie było słowa "nie"? Warte było grzechu poczuć jego palce na swojej szyi, nawet jeśli teraz bolała, bo wyniósł orgazm na zupełnie inny stopień doświadczeń. Dokładnie ten, za którym połamany umysł Laurenta zatęsknił. Tam, gdzie chciał się znaleźć, gdzie świętości się niszczyło i poniewierało po kątach. I tak bał się bólu i go nie chciał, a jednak go pożądał. W jakiej dawce? Najlepiej tej kontrolowanej. Najlepiej przy takim człowieku, który nie przekroczy granic. Granic... jakichś... granic. Tak, jakichś granic. Więc rzeczywiście - można być sobą przy Crowie... jak na niego w cyrku mówili? The Edge? Tak, tak to było. Rzeczywiście bardzo pasujący pseudonim go kogoś, kto rzucał nożami. Laurent nie mógł na to patrzeć, fatalna wizja tego, jak zaraz mogła zostać ta kruszyna, którą nazywał siostrą, skrzywdzona, bo akurat coś by źle poszło... Ludzie lubią uważać, że skoro tysiąc razy to zrobił i się udało to na pewno nic się już nie stanie. Nieprawda. Akurat za 1001 razem zdarzy się wypadek, którego wszyscy będą żałowali.
- Jesteś nienormalny. - Nie to, żeby zdarzało mu się obrażać ludzi - bo nie zdarzało. Niedowierzanie zabarwiło jego głos w pełni, to też odbiło się w jego oczach. Flynn był chyba tym rozbawiony, chyba żartował, ale wcale nie był pewien, jak i gdzie układała się granica jego postrzegania rzeczywistości, gdzie była linia tego, co brał za pewniki, gdzie czuł się pewny siebie, a gdzie już trzęsły nim niepewności i gdzie te żarty się kończyły, a zostawała tylko całkowicie poważna fasada. Dlatego jednak, że miał ten wyraz rozbawienia to Laurent lekko pokręcił głową z tego niedowierzania. Sam do siebie, nie do słów ciemnowłosego. - Zaciągnąłem cię tutaj, bo potrzebowałeś pomocy. - Tyle. Chcianej, niechcianej... już nie ważne. Nawet z perspektywą tego, że Fleamont po prostu nie potrafił utrzymać pozycji, w której nie zdzierał paznokciami z człowieka skóry, nie zmieniłby swojej decyzji. - Ależ to by było wielkie odkrycie... - Uśmiechnął się sam pod nosem. Że on? Okropnie zboczony? Ha... I Flynn tiwnkiem? Może bardziej fuck boy, bo określenie twinka by mu nie nadał. Pasowało jednak idealnie do całego kontekstu tych zdań, do tego pytania, do sytuacji. Choć kim był ten Widzący nie pytał. Pewnie jedna z tych genetycznych zmian w stylu aurowidzenia czy jasnowidzenia, z może okreslenie na ich zbiór. Nie skupił na tym skrawka myśli, bo te były za bardzo zajęte powrotem do słów, że przecież Crow ze swoimi skrzydłami, szponami i piórami był tą osobą, do której można było skierować słowa "duś mnie, bij mnie, rozszarp na strzępy", a on spełniłby chyba każdą... fantazję. Niemalże chciało się szukać granic tego człowieka i szukać nowych doznań, których sam jeszcze nie poznał. Przekonać się, czy w ogóle takie istniały. Laurent za mocno przesuwał swoją własną granicę, ale odczucie niebezpieczeństwa z tego płynące wcale go nie zatrzymywało. Odnajdywał w tym za mocny dreszcz emocji.
- Wystarczy tylko ruszyć głową, żeby to zauważyć. - Mało osób to robiło, a jeśli już zrobili to Laurent zwykł przepraszać i tłumaczyć się ze swoich małych manipulacji. Tłumaczył się w końcu przed samym sobą, usprawiedliwiał tym, że chciał dla innych dobrze, ale jeszcze lepiej wiedział, że chciał dobrze dla siebie. Że chciał karmić swoją próżność, swoją miłość do własnego ciała, żeby potem nienawidzić siebie i tego ciała jeszcze mocniej. Dlatego chciał, żeby traktowali go jak księżniczkę, jak najdroższą porcelanę, perłę wyciągniętą z morskich pian i chciał też, żeby przemocą doprowadzono jego ciało do drżenia. Chciał tego wszystkiego, a najlepiej - chciał tego wszystkiego pomiędzy. Miejsca, gdzie już nie musiałby tak mocno kochać, żeby potem nie musieć tak intensywnie nienawidzić. Pierwsza podniecenia przeszła i przez jego ciało wraz z naciskiem palców Flynna na jego nodze i przesunięciem jej. Ale teraz temu nie ufał. Nie ufał jego spojrzeniu. Nie ufał temu tonowi. Nie odrywał oczu od tego ciepłego brązu - i analizował. - Szczerze wątpię. - Czy nie byłoby jednak lepiej? Mógłby sobie znowu wybaczyć tak grzeszną pokusę i zadowolenie z tak wulgarnego doznania, jakiego tu doświadczył. Co za różnica jednak? Już i tak był zepsuty.
Zaskoczenie zadrżało w jego oczach, a oddech zmienił normę. Nie, nie spodziewał się tego, że ostre szpony wrony znowu wbiją się w jego skórę i przejdą do mięsa. Że dźwięk tego głosu znowu wtłoczy truciznę do jego serca. Bo tak, to brzmiałoby, tylko innymi słowami, jak coś, co chciałby usłyszeć, ale jednocześnie nie chciałby wcale. Co jest złego w tym, że się ślinią. Niech to robią. Niech podziwiają, bo z tym jednym by się zgodził. Był pieprzonym dziełem sztuki, więc NIECH PODZIWIAJĄ. Może to ton jego głosu, może to ten dotyk jego ust, a może poruszone szpilki wbite poprzedniego dnia. Bardzo felernego dnia, który miał być wspaniałą przygodą, a był osobistym dramatem. Wezbrała w nim fala ciepła, a mieszała ona okrutną gorycz podbijającą łzy w jego oczach z potrzebą tej bliskości. Przesunął nogę wyżej, żeby spleść ją z nogą Flynna, docisnąć się do niego jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Serce znowu uderzało mu rytmicznej wypełnione smutkiem i konkretną potrzebą. Słyszał wręcz ten tercet mięśnia sercowego przelewającego krew przez żyły w swoich uszach. Proszę... Zamknął oczy, spod powiek popłynęły mu łzy, a on zatopił się w tym pocałunku. Zabij mnie, zniszcz, utop, tylko nie zostawiaj w tej pustce. Uniósł na ramionach i naparł na ciało Flynna tak, żeby usiąść na nim i swoim ciężarem ciała (niewielkim) docisnąć go do łóżka. To nie było dobre, wcale nie było zdrowe. Chyba rzeczywiście było temu bliżej do koszmaru, albo... właśnie byli w rzeczywistości. Najprawdziwszej rzeczywistości, gdzie słodycz zawsze mieszała się z goryczą i nikt nie miał wyczucia zdrowej mieszanki w tym wszystkim. Zrób cokolwiek. Ujął jego twarz w swoje dłonie przyglądając mu się z góry, zatrzepotał rzęsami, żeby odzyskać ostrość widzenia od łez zbierających się pod powiekami, które zdobiły jego rumiane na nowo policzki. Przesunął czule kciukiem po kości policzkowej mężczyzny. Miał piękną twarz. Zniszczoną, ale piękną.
- Szkoda mi ciebie, Edge. - Może od początku było mu pisane to powiedzieć, żeby się nie udusił, kiedy teraz musiał nabrać nierównego wdechu od mieszanki emocji, która ściskała niebezpiecznie swoje szpony na jego sercu w znajomy i alarmujący sposób. Zamiast się jednak od Edga odsunąć i dać sobie przestrzeń - pochylił się do niego, żeby znów połączyć ich usta.