08.10.2024, 03:30 ✶
Dawał jej swoją obecność. Choć czuł bezkresną głębinę, mrok czający się w nim samym, nad którym nie miał kontroli. To jednak był tu dla niej, a może i też dla siebie? Może wcale to nie był taki przypadek, że znaleźli się w tej sytuacji. Zawsze był tym, który mimo pochłaniającego go smutku i lęków krzesał z siebie te energię potrzebną do rozganiania mroku w innych. Thomas był osobą, której mogła bez pytania wypłakać się na ramieniu, a on nie zadawałby pytań, za to zrobiłby wszystko żeby zaśmiała się z jego żartów - żeby rozgonić mrok, który ją nęka, choć jednocześnie wiedział, że sam w sobie ma go coraz więcej. Gdyby mógł to zabierałby przyjaciołom ich mrok i upychał go w sobie, tłumiąc niemy krzyk.
Czy to faktycznie był tylko sen? Ułuda wywołana przez napar krążący w ich organizmie, czy faktycznie mogło się to spełnić? Że wypłyną na powierzchnię, zejdą na brzeg i powita ich świt emocji. Samotność odejdzie w zapomnienie, pojawi się miłość tak jasna i gorąca, że odmęty samotności będą jedynie nikniejącym wspomnienie koszmaru minionych lat. A może faktycznie gdzieś czekała taka przyszłość i musieli po nią sięgnąć, pozwolić, żeby sen stał się prawdą.
Płynny i bezwolny niczym woda dał się jej dowolnie kształtować według upodobań Ziemi czyniąc jej wolą swoją i nie stawiając żadnego oporu. Był wodą, Stawem, który dbał o nią, nie mógł pozwolić jej wyschnąć na wiór i rozwiać się na wietrze. Był tu dla niej, był tym któremu zależało, tym który znał i rozumiał pustkę. A co najważniejsze był tu, żeby ją powstrzymać, żeby pokazać że się myliła i wciąż coś dobrego może na nią czekać. Że życie to nie tylko cierpienie ociekające zawiścią i samotnością. Że cmentarzysko drzew w niej jest możliwe do ożywienia, że każda emocja może na nowo zapuścić korzenie i odżyć jeśli tylko dopuści do siebie życiodajne wody.
Może i nie była faraonem, jednak sprawiła, że jego życiodajne wody wzburzyły się niczym Nil w pierwszych wiosennych podrygach. Powoli i delikatnie objął ją swoimi dłońmi, wciąż przemoczonymi i pokrytymi mułem, znacząc nimi ślady, jakby rzeki żłobiące koryta w ziemi. Czuł jej ciepło pod swoim dotykiem, czuł przyjemny ciężar na sobie informujący go, że to nie jego wymysł wyobraźni, że faktycznie jest przy nim, a nie jego świadomość okrutnie zabawia się z nim. Wtulił twarz w jej włosy, chłonąc zapach, pachniała mokrą trawą, jak ten cudowny, bezpieczny zapach ziemi zaraz po deszczu i czymś jeszcze czego nie potrafił zidentyfikować ale wiedział, że ten zapach będzie go "prześladować" już zawsze.
Pozwoli fali swoich uczuć wylać się z brzegów i skierować ku niej - potrzeba już nie potrafił stwierdzić w którym miejscu ona jest Ziemią, a gdzie on jest Wodą - nie był w stanie rozdzielić ich od siebie, czuł jak ich dusze splatały się ze sobą.
- Będę - szepnął natychmiast w odpowiedzi - Będę cie chronił... Wytrę ci łzy z powiek... Obronię przed kimkolwiek, a gdy powiesz słowo zobaczysz mnie przy sobie - słowa jego choć ciche jak poprzednie spływały z dziwną mocą niczym szalejąca woda spływająca w dół strumienia z niespotykaną siłą i niepozwalająca aby cokolwiek stanęło jej na drodze. - Bieda tym, którzy spróbują cie skrzywdzić. Choć jestem jeno stawem porwę ich i zatopię w głębokich odmętach z furią wzburzonego oceanu - zakończył przymykając oczy, nagle nie było tej wszechogarniającej pustki. I choć gdzieś tam nadciągały echa wojny to był pewien swoich słów, gotów poświęcić się, sprawić, że ochroni ją - wszystko za choćby jeden uśmiech. Czuł się jakby właśnie po długich latach osiagnął powierzchnię, nabrał powietrza w płuca i stał się tak lekki, że nie musiał obawiać się ponownego spadnięcia w dół. Była ona, Ziemia i on. A sztorm, który zazwyczaj targał jego sercem uspokoił się. Nic nie miało znaczenia, w tym momencie tylko Ziemia i jej obecność.
Czy to faktycznie był tylko sen? Ułuda wywołana przez napar krążący w ich organizmie, czy faktycznie mogło się to spełnić? Że wypłyną na powierzchnię, zejdą na brzeg i powita ich świt emocji. Samotność odejdzie w zapomnienie, pojawi się miłość tak jasna i gorąca, że odmęty samotności będą jedynie nikniejącym wspomnienie koszmaru minionych lat. A może faktycznie gdzieś czekała taka przyszłość i musieli po nią sięgnąć, pozwolić, żeby sen stał się prawdą.
Płynny i bezwolny niczym woda dał się jej dowolnie kształtować według upodobań Ziemi czyniąc jej wolą swoją i nie stawiając żadnego oporu. Był wodą, Stawem, który dbał o nią, nie mógł pozwolić jej wyschnąć na wiór i rozwiać się na wietrze. Był tu dla niej, był tym któremu zależało, tym który znał i rozumiał pustkę. A co najważniejsze był tu, żeby ją powstrzymać, żeby pokazać że się myliła i wciąż coś dobrego może na nią czekać. Że życie to nie tylko cierpienie ociekające zawiścią i samotnością. Że cmentarzysko drzew w niej jest możliwe do ożywienia, że każda emocja może na nowo zapuścić korzenie i odżyć jeśli tylko dopuści do siebie życiodajne wody.
Może i nie była faraonem, jednak sprawiła, że jego życiodajne wody wzburzyły się niczym Nil w pierwszych wiosennych podrygach. Powoli i delikatnie objął ją swoimi dłońmi, wciąż przemoczonymi i pokrytymi mułem, znacząc nimi ślady, jakby rzeki żłobiące koryta w ziemi. Czuł jej ciepło pod swoim dotykiem, czuł przyjemny ciężar na sobie informujący go, że to nie jego wymysł wyobraźni, że faktycznie jest przy nim, a nie jego świadomość okrutnie zabawia się z nim. Wtulił twarz w jej włosy, chłonąc zapach, pachniała mokrą trawą, jak ten cudowny, bezpieczny zapach ziemi zaraz po deszczu i czymś jeszcze czego nie potrafił zidentyfikować ale wiedział, że ten zapach będzie go "prześladować" już zawsze.
Pozwoli fali swoich uczuć wylać się z brzegów i skierować ku niej - potrzeba już nie potrafił stwierdzić w którym miejscu ona jest Ziemią, a gdzie on jest Wodą - nie był w stanie rozdzielić ich od siebie, czuł jak ich dusze splatały się ze sobą.
- Będę - szepnął natychmiast w odpowiedzi - Będę cie chronił... Wytrę ci łzy z powiek... Obronię przed kimkolwiek, a gdy powiesz słowo zobaczysz mnie przy sobie - słowa jego choć ciche jak poprzednie spływały z dziwną mocą niczym szalejąca woda spływająca w dół strumienia z niespotykaną siłą i niepozwalająca aby cokolwiek stanęło jej na drodze. - Bieda tym, którzy spróbują cie skrzywdzić. Choć jestem jeno stawem porwę ich i zatopię w głębokich odmętach z furią wzburzonego oceanu - zakończył przymykając oczy, nagle nie było tej wszechogarniającej pustki. I choć gdzieś tam nadciągały echa wojny to był pewien swoich słów, gotów poświęcić się, sprawić, że ochroni ją - wszystko za choćby jeden uśmiech. Czuł się jakby właśnie po długich latach osiagnął powierzchnię, nabrał powietrza w płuca i stał się tak lekki, że nie musiał obawiać się ponownego spadnięcia w dół. Była ona, Ziemia i on. A sztorm, który zazwyczaj targał jego sercem uspokoił się. Nic nie miało znaczenia, w tym momencie tylko Ziemia i jej obecność.