Skrzaty? Czyli była bogata. Dobrze. Stać ją na wyżywienie dodatkowej osoby.
— Co lubię jeść? — Wpatrywał się w dziewczynę dziko. Nikt nigdy go o to nie spytał. Nawet on sam. — Nie wiem... Lubię... Hm... Pomarańcza. Hm. Hm?
Zamrugał tylko gdy chciała porzucić formalności. Zdecydowanie nie miał zamiaru nazywać po imieniu dziewczyny, którą dopiero co poznał. Nawet nie pomyślał o tym, że tym bardziej ona powinna nazywać go "panem", skoro mógłby być jej... dziadkiem. Ale oczywiście, umysł Marqueza nie pojmował jeszcze w pełni obecnego stanu rzeczy.
Poczłapał za Wood do jej mieszkania. Chodzenie po schodach mogło wydawać się dla niego trudniejsze, lecz obecność poręczy sprawiła, że było inaczej. Wdrapał się posłusznie za Heather. Po czym został samemu w jej pokoju. Była to tylko chwila, ale Ururu poczuł potężną niezręczność z tym związaną. Oczywiście nie miało to związku z naturalnym wstydem czy czymś takim. Po prostu tak był wychowany, że wchodzenie do pokojów dam to wielkie NIE. A oto on, potężny rebel, właśnie przebywał w sypialni dopiero co poznanej dziewczyny. Cóżby powiedziała matka!
Matka?
Ururu oderwał się od myśli, gdy podarowano mu ubranie.
— Dziękuję.
Z ulgą udał się do łazienki. Dopiero wtedy odłożył różdżkę, którą do tej pory kurczowo ściskał w dłoni. Kończyna była mu za to wdzięczna. Położył ubrania na stołku i rozpinając płaszcz bezwiednie odwrócił się w stronę lustra.
Gdyby już nie był siwy, to z pewnością osiwiałby w tym momencie. Nigdy nie widział czegoś tak przerażającego, jak swoje własne odbicie. Gdy ocknął się, że to nie jakiś potwór się w niego wpatruje, tylko on sam, zbliżył się do zlewu.
Ze szklanej tafli spoglądał na niego wychudzony, siny chłopak o podobnym kolorze oczu i tych samych niesfornych kudłach. Czy to naprawdę był on? Waga Ururu zawsze mieściła się w granicach jakichkolwiek norm, jego policzki swą pucołowatością odbierały mu status pełnoletniego czarodzieja. A teraz wyglądał jak dwudziestopięcioletni poeta nękany nałogami.
Dotknął swojej skóry. Zaczął oglądać się w lustrze. Wiele mu to nie dało, gdyż nigdy nie poświęcał uwagi swojej cielesności. Mimo tego było oczywistym, że do okazu zdrowia mu daleko. Skóra była sina, nieco bladsza niż zazwyczaj. Oczy podkrążone, jak gdyby wcale nie obudził się dopiero z kilkuletniego snu.
Przysiadł chwilę na toalecie. Nie, wcale nie miał ochoty by z niej skorzystać, co również wydało mu się dziwne. Czyli przez te wszystkie lata nic nie jadł, ani nie pił. Utrzymywany był przy życiu w jakiś magiczny sposób.
Wysapał powietrze przez usta jak zawsze, gdy był rozbawiony. Postanowił się ubrać. Musiał coś zjeść, nawet jeśli nie czuł głodu. A może czuł? Trudno było stwierdzić. Nie pamiętał już, czym jest głód.
Ururu wyszedł z łazienki. Ubranie ojca Heather zwisało z chłopaka jak z wieszaka. Podwinięte rękawy i nogawki bujały się cudacznie przy każdym kroku. Różdżkę wcisnął za szlufkę, a ukradziony płaszcz trzymał pod prawą ręką.
Wysłuchał dziewczynę uważnie.
— Rozumiem. Dziękuję za ostrzeżenie.
Jego wdzięczność była szczera. Wiedział, że jest wrogiem publicznym numer jeden dla ludzi takich jak "Czarny Pan". Nad wyraz powiększał istotę swojego problemu. Sądził, że nękanie w szkole wynikało w większej mierze z jego pochodzenia, niż z tego, że po prostu był dziwakiem i notorycznie tracił punkty dla domu. Wyobrażał sobie, że samo jego pojawienie się na ulicy ściągnie czystokrwistych rasistów, by go zlać. Sądził, że status krwi można łatwo wydedukować po samym wyglądzie.
— Czyli konflikt jest teraz otwarty, jawny i oficjalny, tak? Ministerstwo w końcu robi coś, żeby to zwalczyć?
Nawet jeśli uważał Czarnego Pana i jego ziomków za głupków, nie umniejszał zagrożenia, jakie stanowili. Tacy ludzie byli nawet gorsi niż gdyby mieli jakiś rozum — w końcu do czego im przemówić, jak nie do rozsądku, którego ewidentnie nie mają?