- Kto chce, ten chce - poprawił swoją dziewczynę, bo choć bez wątpienia byli parą to mówienie o nich jako o jednorodnym, jednomyślnym kolektywie działało wyłącznie w przypadkach, w których się ze sobą zgadzali a Ambroisowi było obecnie bardzo bardzo daleko do chcenia.
Chciał - a i owszem. Chciał wielu rzeczy. Wszystkie zdecydowanie wykluczały możliwość zgodzenia się z Geraldine w tym, że chcieli iść dalej zamiast na chwilę zatrzymać się w tym miejscu. Zresztą nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę, gdy powzięła decyzję o uczynieniu z jego życia tej chwilowej tortury. Całkiem przyjemnej, bo nie odebrała mu możliwości połykania wzrokiem wszystkich jej walorów, ale wciąż nie było to tak satysfakcjonujące jak mógłby sobie tego życzyć.
Uparła się, że niczego mu nie ułatwi i wiedział, że zamierzała przeciągnąć go do wieczora. Im bardziej by z nią o tym dyskutował, tym późniejsza pora miała wchodzić w grę. Co prawda to był pierwszy raz, kiedy jasno dała mu to do zrozumienia całą swoją miną (choć postawa mówiła zgoła odmiennie), że tak to miało wyglądać. Zazwyczaj ostatecznie nie musieli kończyć rozmowy w taki sposób, ale to nie była standardowa sytuacja. Nawet dla nich.
Greengrass może nie był mistrzem świata w psychoanalizie i odczytywaniu intencji. Nie miał cierpliwości do tego, żeby czytać z większości ludzi, jeżeli sytuacja tego nie wymagała. Zdarzało mu się dostrzegać więcej szczegółów niż sporą część ludzi z jego otoczenia. Szczególnie tych szemranych typów, którzy bawili się w gangsterów. Takich pokroju Zandera Traversa albo jego kuma Avery'ego. Zamiary tych ludzi były wypisane na twarzach nieskalanych żadną głęboką myślą.
Z innymi bardziej wprawionymi graczami bywało znacznie gorzej, tam musiał rzeczywiście zwracać uwagę na nawet najmniejsze mikroekspresje. W dalszym ciągu miewał z tym problem. Złożona obietnica, że będzie na siebie uważać i stanie się ostrożniejszy skłaniała go ku chłodniejszemu osądowi, jednakże bywało, że coś źle ocenił.
W przypadku ukochanej miał ułatwioną sprawę, bo zazwyczaj była dla niego otwartą księgą, która na szczęście tylko okazyjnie się komplikowała. Spędzanie ze sobą niemal całego czasu wolnego od zobowiązań zawodowych i rodzinnych sprzyjało odkrywaniu kart i poznawaniu się bardzo blisko nie tylko w czysto fizyczny sposób. Do tego stopnia, że Ambroise odnosił wrażenie, że Geraldine była go w stanie przejrzeć już z daleka.
Możliwe, że to on był uzdrowicielem dostrzegającym niemal wszystkie zmiany w ruchach, zadrapania, siniaki i obicia. Natomiast jakimś cudem dorównywała mu w tym tak bardzo, że od tamtego feralnego wieczoru nawet nie próbował ukrywać powagi sytuacji bądź też tego, że faktycznie nic mu nie było (więc korzyści z symulowania nie wchodziły w grę).
W związku z tym z całą pewnością, jaką mógł mieć zdawał sobie sprawę z tego, że była po prostu bezczelna. Nie ślepa na jego potrzebę zbliżenia się do niej tu i teraz. W żadnym wypadku. Każdy kolejny ruch był wyrachowany. Zarzucenie warkoczem przyciągające jego wzrok na miękką linię kręgosłupa. Nachylenie się, żeby nie uderzyć głową o nisko zawieszoną gałązkę, pod którą zaraz przechodził w pełni wyprostowany a nawet z zadartą głową. Ruch dłoni przy udzie, którego ciepło chciałby poczuć pod palcami, zdecydowanym ruchem rozsuwając jej długie nogi, które stawiała w taki sposób, żeby po prostu musiał zawieszać spojrzenie na pełnych, rozkołysanych biodrach.
Szelma wiedziała, co robi. Bezwiednie przesunął językiem po górnym rzędzie prostych zębów, mrużąc instynktownie rozszerzające się oczy i wzdychając po raz kolejny. Tym razem nie teatralnie. Odruchowo i z pełną świadomością tego, że przyłożył swoją rękę do stworzenia tego potwora. Co gorsza, gdyby mógł cokolwiek zmienić to wyłącznie zrobiłby to znacznie szybciej. Nie zmieniłby nic ponadto. Wszystko było idealne.
- Na szczęście? - Odezwał się chwilę za późno i trochę z nazbyt wyczuwalnym chrypnięciem, żeby rozwinąć temat w taki sposób, by mógł udawać, że nie ruszają go warunki, w których prowadzą tę rozmowę.
Mimo to faktycznie chciał wiedzieć, co miała na myśli, kiedy mówiła to na szczęście. Chodziło jej o Macmillanów? Mulciberów? Greengrassów? Potrzebował poznać odpowiedź, żeby na chwilę odsunąć inne palące myśli. Prócz tego w rzeczy samej usiłował dowiedzieć się czegoś więcej na swój temat w oczach Geraldine. Nigdy nie było tego zbyt wiele i wbrew pozorom nie chodziło mu o wysłuchiwanie komplementów. No. Nie zawsze chodziło mu o kadzenie. Czasami to było miłe. Czasem całkiem podejrzane, bo oznaczało, że miała do niego jakiś interes, który niekoniecznie mógł mu się spodobać.
W wypadku dzisiejszego dnia nie mógł już być czegokolwiek pewny. Szczególnie, że zaskoczyła go wpierw samą propozycją udziału w wyprawie. Później celem polowania a następnie tym, że...
...cholera. Chyba wytrąciła mu z ręki naczelny argument o strzelaniu z kuszy. Sam jej ją rzucił, tak swoją drogą. Wmanerwowała go we współudział.
- A kto umarł, ten nie żyje - nieznacznie prychnął, uśmiechając się niepoważnie. - W rzeczy samej. Bardzo trafny wniosek - nie zamierzał kwestionować opinii eksperta w tym temacie, choć prawdopodobnie mógłby pokusić się, żeby potwierdzić upragniony zgon.
Pewnie by to zrobił, gdyby nie tak ochoczo reakcja na to, co samowolnie opuściło jego usta, pomijając etap przemyślenia i przechodząc od razu do czynów. Zanim zdążył wyciągnąć rękę w kierunku kobiety, podniosła się z tą samą gracją, z którą chwilę wcześniej na jego oczach utłukła bardzo dużego, równie wkurwionego pająka. Nie mogła mu tym nie zaimponować. Nie próbował ukrywać, że go to kręciło.
Bez wahania puścił wszystkie trzymane torby, dbając wyłącznie o to, żeby upadły miękko w niskie krzaki, bo mieli tam zbyt dużo całkiem cennych rzeczy. Natomiast tyle byłoby z dalszego interesowania się czymkolwiek prócz głębokiego pocałunku, jakim odpowiedział Geraldine, przyciągając ją do siebie w talii. Niemal od razu zdecydowanie złapał ją za pośladki, ściskając je lekko przez materiał spodni. Parskając krótkim, przerywanym kolejnymi pocałunkami śmiechem, mógł z powodzeniem przyznać, że pierwszy raz w życiu poczuł się całkiem zadowolony z udziału magicznej bestii w czymkolwiek, co robił.
To było równie dobre, co kwiat paproci. Jeśli nie lepsze.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down