• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus

[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#21
19.05.2025, 17:46  ✶  

Cóż, zaklęcie, które próbowała rzucić chyba jej nie wyszło. Nic się nie wydarzyło, wszystko nadal wyglądało tak samo, a może po prostu naprawdę nic takiego niespotykanego się tutaj nie działo? Łatwiej byłoby to zweryfikować, gdyby Romulus zabrał ze sobą swoją różdżkę, albo nie zgubił jej w lesie. Zresztą nie znaleźliby się tutaj, gdyby jej nie szukali. On był winny temu wszystkiemu, tak - nie zamierzała zmienić swojej opinii w tym temacie. Gdy nie on, to znajdowałaby się w zupełnie innym miejscu, z kimś, z kim naprawdę chciałaby teraz być, zamiast tego utknęła chuj wie gdzie z osobą, której obecności nie mogła znieść. To było tragiczne, ale powinna się spodziewać tego, że coś pokrzyżuje jej plany. Nie mogło być zbyt kolorowo, zawsze coś musiało się odwalić, kiedy czuła, że w końcu wszystko zaczyna się układać, że ma szansę na to, aby chociaż na chwilę wprowadzić jakieś pozytywne zmiany do swojego życia. Rzeczywistość musiała to zweryfikować i udowodnić jej, że nie może być tak lekko.

Potter nie był idealnym kompanem na podobną wędrówkę, nic z siebie nie dawał, miała wrażenie, że zupełnie ignorował to, co się wokół nich działo. Jak zawsze był skupiony tylko na sobie, niezmiernie ją to wkurwiało. Nie chciała już dłużej tutaj być, a najgorsze było to, że nic nie mogła z tym zrobić. Nie mogła się teleportować, nie mogła zniknąć, niby mogła wbiec w las, ale on był ciemny, mogły czaić się w nim potwory... Czuła się beznadziejnie i kurewsko nie wiedziała, co powinna zrobić, irytowała ją ta bezsilność, która jej towarzyszyła. To wszystko wzbudzało w niej najgorsze z możliwych emocji, jakby nie wystarczało to, że znalazła się tutaj w towarzystwie Romulusa, bo przy nim zawsze była tą najmniej przyjemną wersją siebie.

Mrugnęła dwa razy, może nawet trzy, kiedy jej towarzysz się odezwał. Czy naprawdę sądził, że ona zamierza zrobić coś tak głupiego? że ona postanowi skoczyć tak po prostu w eter, szczególnie z tym, jakie miała podejście do wysokości? No nie, Merlin go opuścił, całkowicie. Ocipiał do reszty.

Mógł się jednak na coś przydać, skoro tak bardzo podobał mu się ten pomysł, to stwierdziła, że może warto go spróbować, gdyby coś mu się stało, to przecież będzie mogła go stamtąd wyciągnąć, prawda? Miała różdżkę, nie pozwoli mu się utopić, nie dopuści do tego, żeby tutaj zginął, alee ale mógłby faktycznie sprawdzić, czy jak skoczy to coś się zmieni.

- Oke. - Powiedziała jedynie cicho, a później. Cóż, może była drobna, może nie miała nie wiadomo ile siły, ale skoro tego chciał, zapewne nie spodziewał się w ogóle, że może to zrobić. Prudence dość szybko ruszyła w jego kierunku, aby popchnąć mężczyznę ze skarpy, przynajmniej spróbowała to zrobić, z całej siły, jaką jeszcze w sobie miała. Sajonara Romulusie.



Rzut N 1d100 - 2
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 38
Akcja nieudana

AF ◉◉○○○


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#22
19.05.2025, 20:26  ✶  
Na poważnie rozważałem, czy jednak nie pójść w ślepą dal za Cyganką. Miała potencjał, spooory potencjał. Miała też towarzysza, a ten, mimo że wyglądał na gościa z plakatu propagandowego o tolerancji międzygatunkowej, najpewniej mógłby urwać mi rączki jak zabawce z odpustu. A ja swoje rączki lubiłem. I potrzebowałem. Do kawy, do papierosów. Do życia. Nie chciałem wiedzieć, jak to jest patrzeć na swoje dłonie z perspektywy osoby, która już ich nie ma. A do tego na oczach kobiety z takimi nogami? Nie, dzięki. Wolę pęknąć z zazdrości, niż z bólu i zranionego ego. W dodatku moje ego było już na granicy wygłodzenia i zaczynało halucynować luksusy, jak miękki fotel i espresso podane przez skrzata w smokingowej kamizelce.
Więc nie poszedłem. Wróciłem. Wróciłem do rzeczywistości w glorii i chwale człowieka, który nie ma już siły, jedzenia, ani zapalniczki. A wtedy Prudence zaprowadziła mnie nad skraj i spojrzała w dół.
– Nie mów, że boisz się skoczyć – rzuciłem z teatralnym niedowierzaniem, zerkając na nią kątem oka. Stała blisko. Zbyt blisko. Jakby się chciała przytulić. Albo mnie zepchnąć.
Ale przecież nie mogła mnie zepchnąć. Prawda? Znaliśmy się. Przeszliśmy razem las. Podzieliła się ze mną ostatnimi papierosami. To tworzy więź. Więź głębszą niż niejedno małżeństwo w Ministerstwie. Może się bała? Może liczyła, że ją poprowadzę? Że będę silnym, zdecydowanym, heroicznym mężczyzną, który powie „trzy-cztery” i pociągnie ją ze sobą w otchłań błotnistego jeziora? Może potrzebowała tylko impulsu? Tym delikatnym pchnięciem... chyba zachęcała mnie do tego?
– Dobra. Zróbmy to razem. Na trzy. Jeden... dwa... – powiedziałem szybko i objąłem ją mocno, niemal serdecznie, jakbyśmy właśnie wchodzili razem do świętej wspólnoty... albo w odmęty piekielne. I skoczyłem. Z nią.
Czemu? Bo jeśli to ona miała wiedzę, rozum i te swoje przemądrzałe argumenty w stylu: to bezpieczne, statystyczne, że głęboko, że kąpały się tu elfy, to najwyraźniej nie był to taki szalony pomysł. Skoro ona się zgadzała, to znaczyło, że nie umrę. Przynajmniej nie od razu.
Poza tym? Kto nie skakał z klifu jako dzieciak? Ja, wypindorzony dziedzic z odpowiednim rodowodem i chroniczną alergią na błoto, też miałem swoje momenty. Fakt, wtedy lądowałem raczej w bardziej sympatycznych i nierozważnych klimatach niż w jeziorze pełnym nieokreślonej brei, ale liczy się intencja, czyż nie?
Wziąłem głęboki wdech.
Jeśli woda okaże się lodowata, może wreszcie przestanie mnie boleć wszystko inne. A jeśli nie, to przynajmniej umrę czysty. Woda wypłucze ze mnie kurz, zmęczenie i resztki godności, które jeszcze gdzieś się plątały między kieszeniami płaszcza. Może tak naprawdę zjedzą mnie ryby i nikt nie będzie patrzył na mojego opuchniętego trupa? Byłoby najlepiej.
I, cóż, wtedy zderzyliśmy się z taflą wody...?

| Rzucam na AF, bo nie wiem, czy powinnam w takiej sytuacji. Na skok? Albo przytulanie Prudence... Zobaczymy, czy robię to lepiej ; )

Rzut N 1d100 - 48
Slaby sukces...


Rzut N 1d100 - 53
Sukces!
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#23
20.05.2025, 03:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2025, 03:54 przez Paracelsus.)  
Mężczyzna pierwszy odwrócił wzrok od zapory, ale to kobieta ruszyła przodem w stronę największego budynku. W powietrzu zawisło coś ciężkiego. Żaden podmuch wiatru nie poruszał liśćmi. Cisza wokół zapory była nienaturalna. Zbyt głęboka, zbyt jednorodna. Zupełnie tak, jakby wszystkie dźwięki zostały z niej wysączone wraz z przepływem wody w wodospadzie.
Tym sprzed chwili. Teraz już nie. Nie było słychać jego dźwięku. Teraz zniknęły niemal wszystkie odgłosy. Wszystkie, prócz głosów tych dwojga. Te nadal były głośne i wyraźne. Bardzo klarowne, nawet jeśli niezrozumiałe ze względu na język, w jakim wybrzmiewały.
W momencie, w którym Prudence postanowiła podjąć próbę rozproszenia ewentualnej iluzji, psy wydały z siebie głuchy, gardłowy pomruk, ale nie ruszyły się z miejsca. Zaklęcie nie zadziałało. Nic się nie zmieniło, jednak nieznajoma przystanęła i poruszyła się niespokojnie.
Nerwowym ruchem otuliła szalem ramiona, choć wiatr był ledwie wyczuwalny. Błysk przeciął powietrze, gdy przesunęła palcami po metalowym pierścieniu, który nosiła na serdecznym palcu. Jej spojrzenie zbłądziło ku początkowi ścieżki na dziedziniec.
- C'è di nuovo - powiedziała cicho, niespokojnie mrużąc oczy. - Tra i rami, vicino alla pietra spezzata. Guarda... ...dietro la nebbia. Ci osserva - to mówiąc, zrobiła pół kroku w kierunku dwójki przybyszów, jednak moment później na nowo zatrzymała się w miejscu. - Lo vedi anche tu, vero? Quel bagliore... ...dietro i rami. Non appartiene a questo lato - przekręciła głowę lekko w bok.
Przez chwilę wydawało się, że spojrzała dokładnie w miejsce, gdzie stali Prudence i Romulus. Ale nie zatrzymała tam wzroku. Raczej… zawahała się, jakby coś mogło tam być, ale było zbyt głęboko ukryte pod osłoną zapadającego zmierzchu, żeby to widziała.
Natomiast blondyn, dotąd nieruchomy jak posąg, wychylił się we wskazanym kierunku, unosząc dłoń. Spojrzał wpierw na ciemnowłosą, później na psy, gestem dając do zrozumienia, że nasłuchuje. Palce drugiej dłoni zacisnął przy tym na rzemyku zawieszonym na szyi, powoli przymykając oczy i kiwając głową.
- Sì. Sta spiando… ...come se cercasse il momento giusto per passare - blond loki nieznajomego poruszyły się lekko, jakby coś (niekoniecznie powietrze; to nie był zwykły podmuch wiatru, bowiem ten zamilkł) przeleciało między nim a jego towarzyszką.
- Non dovrebbe essere qui. Non ancora - rzucił przez zęby, moment później biorąc głęboki, wymuszony wdech.
Jego głos był niski, aksamitny. Nie przypominał gardłowych dźwięków ani syczenia, jakiego można byłoby spodziewać się po sposobie, w który zabrał głos. Nadal brzmiał zadziwiająco miękko.
Przez chwilę oboje milczeli. Nawet psy nie wydawały dźwięku. W końcu kobieta znów otworzyła usta, odzywając się. Teoretycznie cicho, niemal bezdźwięcznie, jednak dla dwojga zbłąkanych te słowa wciąż zabrzmiały tak, jakby stała obok.
- Forse ci guarda perché ha paura - uśmiechnęła się smutno.
Gdzieś w lesie coś jakby westchnęło... ...a może to był tylko wiatr przelatujący przez szczelinę, która nigdy nie powinna była powstać?
Na ten dźwięk, kobieta splunęła jednak przez ramię. Bardziej rytualnym niż odruchowym gestem. Potem nachyliła się i położyła dłoń na ziemi, jakby uspokajała coś ukrytego pod powierzchnią.
- Finché la tela tiene, non toccherà il nostro tempo... ...ma trema - skinęła lekko głową, jakby potwierdzała coś, co wiedziała już wcześniej.
Jej towarzysz spojrzał na nią kątem oka. Ujął w dwa palce róg szala kobiety, poprawiając go niedbale, bardziej z nawyku niż z czułości. Być może chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie zabrał głosu. Zamiast tego ponownie ruszył ku drzwiom.
Cyganka jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Moment później ruszyła za nim. Bokiem, z twarzą zwróconą w stronę drzew, jakby nie chciała odwrócić się zbyt nagle, nazbyt pewnie. Spojrzała jeszcze raz w stronę drzew.
Tam, gdzie mrok był już wyjątkowo gęsty, praktycznie nocny, nie wieczorny, przez ułamek sekundy coś się poruszyło. Płynnie, zbyt cicho. Potem znowu nic. Ruch ustał. Nic się nie stało.
Kobieta odwróciła się pierwsza. Otworzyła ciężkie drzwi do budynku, które zaskrzypiały przeciągle. Nie zgrzytem stali, tylko jakby... ...głębokim westchnieniem. Wchodząc, odezwała się niemal z rezygnacją:
- Andiamo - mruknęła. - Qualsiasi cosa sia, non è ancora tempo per incontrarla - słowa miękko przecięły ciszę, rozpraszając ją jak kamień wrzucony w gładką taflę.
Mężczyzna ruszył za nią, jeszcze przez sekundę zerkając przez ramię. Jego spojrzenie prześlizgnęło się dokładnie po miejscu, gdzie  (ukryci w cieniu) stali Prudence i Romulus. Nie widział ich. Ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że czuł.
Psy wbiegły do budynku, gospodarze również zniknęli w środku. Nie odwracając się, nie czekając. Drzwi przymknęły się za nimi same. Nie gwałtownie, lecz jakby powietrze postanowiło je domknąć. Zapadła cisza.
To był ten moment. Perfekcyjna chwila na to, co oboje zagubieni planowali zrobić. Tyle tylko, że każdy w swoim zakresie i na swój indywidualny sposób. Efekt końcowy teoretycznie nie miał być od siebie wyjątkowo różny. Wykonanie? A jakże.
Romulus nie wahał się ani chwili. Nie było w tym żadnej wielkiej logiki, żadnej rozwiniętej strategii ani choćby pozoru planu. Była decyzja. Szybka, impulsywna, może nawet lekkomyślna. Z tych, które podejmuje się nie głową, lecz całym pozostałym ciałem.
Zanim Prudence zdążyła zapytać, co kombinuje (bowiem ona kombinowała wiele), chwycił ją w ramiona jak bohater tandetnego romansu i skoczył. Jego ciało z zaskakującą gracją wygięło się w powietrzu. Zdecydowanie miał w sobie coś z konika polnego albo dobrze wytrenowanej żaby. Może to przez nieco przydługie kończyny, może przez wyraz twarzy, który tak często balansował na granicy błyskotliwej czujności i nieobliczalnego szaleństwa.
Faktem pozostawało jedno: skok był naprawdę dobry. Nie była to elegancja godna arystokraty, lecz sprężysty zryw istoty, która zna ciężar własnego ciała i wie jak z odpowiednim impetem przerzucić go nad krawędzią.
Dobrze wycelował. Teoretycznie. Ale rzeczywistość miała wobec nich inne plany.
Bo zgodnie z wszystkimi prawami fizyki, jakie obowiązywały od tysięcy lat (i jakich nawet magia nie łamała bez konsekwencji) powinni wylądować z pluskiem w ciemnej toni.
W teorii ich ciała powinny rozbić się o chłodną taflę, zniknąć na moment pod powierzchnią, po czym wynurzyć się z pluskiem i serią przekleństw. Tyle tylko, że w momencie, w którym ich ciała powinny spotkać się z lodowatą wodą, wydarzyło się coś zgoła innego.
Nie spadali. Wynurzali się.
Przynajmniej metaforycznie, choć towarzyszyło temu wrażenie wilgoci i zimna. Jednak ich ciała były zupełnie suche. Co bardziej szokujące, nagle znaleźli się nie w toni, lecz pośród gęstych krzaków jeżyn. Ich ciała, zamiast opaść w wodę, osunęły się w plątaninę cierni, liści i twardej ziemi. A może były tam od dłuższego czasu?
Zamrugali niemal w tym samym momencie, zsynchronizowani przez to dziwne wyrwanie z rzeczywistości. Choć może wręcz przeciwnie?
Nie było już zapory, nie było wodospadu, nie było nawet śladu po wodzie. Zamiast mokrej skały i zimnego jeziora, znaleźli się w niewielkim zagajniku. Ciemność była gęsta, zaledwie nieznacznie rozświetlana migotliwym światłem ogniska, którego nie widzieli, ale którego pomarańczowe odbicia igrały na liściach jeżyn.
Szybko mogli zorientować się, że siedzą w czymś, co przypominało klatkę splecioną z ich kolczastych pędów. Na tyle grubych, że trudno byłoby je przebić. Na tyle elastycznych, że zaklęcie musiałoby być naprawdę solidne, aby je rozwalić.
Prudence trzymała przy dłoni coś, co z pozoru mogło uchodzić za różdżkę, ale przy bliższym spojrzeniu było tylko zwykłym kawałkiem gałęzi. To tłumaczyłoby, dlaczego wcześniejsze zaklęcie nie zadziałało. Romulus nadal nie miał swojej.
Zza jeżyn, od strony czegoś, co prawdopodobnie było drugą polanką, dało się słyszeć poruszenie. Liście zaszeleściły, coś chrupnęło pod czyjąś łapą lub kopytem. Zdecydowanie nie pod butem. Dźwięk nie brzmiał ludzko.
Sekundy potem do więźniów dobiegły także inne odgłosy: cmokanie, pstryknięcie zapalniczki i charakterystyczny odgłos kaszlu. W nozdrza obojga uderzył zapach. Znajomy. Tytoniowy. Papierosowy. I nie byle jaki: pachniało dokładnie tą marką, jaką paliła Prudence. Czymkolwiek albo kimkolwiek były tamte osoby, ewidentnie jarały szlugi.
Szelest. Ktoś się podniósł albo przynajmniej przeciągnął. Liście za klatką poruszyły się, ale nie rozchyliły. Oczy obojga dopiero zaczynały się przyzwyczajać, kiedy zza jeżyn dobiegły pierwsze głosy. Piskliwe, chropowate, na skali dźwięku brzmiące gdzieś między skrzekiem a chrobotaniem łopaty o beton.
Brzmiały tak, jakby ktoś postanowił wziąć dwóch drobnych rzezimieszków z Nokturnu i odjąć im po sto centymetrów wzrostu.
- Kurrr...wa - wychrypiał jeden z nich, tonem typowym dla kogoś, kto raczył struny głosowe co najmniej kilkudziesięcioma latami wdychania dymu papierosowego i najpewniej ze dwoma wiekami głośnych narzekań.
- No przecież mówiłem ci, że tamte miały inny filtr. Inny smak - drugi głos był bardziej piskliwy, zdyszany, ale też brzmiał, jakby należał do kogoś, kto od dzieciństwa jara wszystko, co da się wypalić. - Dlatego nigdy nie kupuję byle gówna - zachrypnięty głos zaciągnął się głęboko powietrzem, zacharczał i splunął; odgłos był tak ludzki, że aż absurdalny.
- Ty nic nie kupujesz, ty kradniesz - ten pierwszy brzmiał teraz na lekko obrażony, jakby jego właściciel właśnie przypomniał sobie o dawnej niesprawiedliwości.
- No jasne, bo ty masz sakiewkę wypchaną galeonami, nie? - Zadrwił głos, po czym zapadło chwilowe milczenie.
Nie byli w stanie stwierdzić, ile minęło, gdy dźwięki znów wypełniły powietrze.
- Poza tym - - zawahał się. - W sumie, skoro już mamy tu... ...to... ...może... ...może by tak...? - - Tym razem głos był bardziej rechoczący, brzmiała w nim niemal dziecięca ekscytacja.
- Zjeść ich? - Drugi zawtórował mu niemal z przesadnym entuzjazmem. - No nie gadaj, że też o tym pomyślałeś! - Roześmiali się prawie jednocześnie.
Najwidoczniej był to żart wysokich lotów. Przynajmniej dla nich.
- Kurrr...wa, ale Szef - westchnął ten pierwszy...
...a może drugi? Cholera wiedziała. Któryś z nich. Jeśli był jakiś trzeci, milczał. Szefa najwyraźniej też nie było.
- To może tylko nadgryźć? Tak trochę? Testowo? Czy już są mięciutcy? Czy są pyszni? - - Zapytał jego rozmówca z wyraźną nadzieją.
Ognisko strzeliło iskrami. Krzaki poruszyły się delikatnie na wietrze. Gdzieś ponad głowami Romulusa i Prudence przemknął nietoperz.
Zapadła cisza, przynajmniej na teraz. Odpowiedzi nie było, więc testowy gryz chyba nie wchodził w grę. A może był właśnie rozważany w porozumiewawczym milczeniu?
Tak czy siak, od strony krzaków dobiegał tylko trzask palonych gałęzi i lekki, ostry zapach tytoniu. Liście poruszały się w chłodnych podmuchach, ale stworzenia milczały. Oczekiwanie zawisło w powietrzu jak dym: ciężkie, lepkie, nieprzyjemne. Zimno nocy zaczęło się wciskać między pędy jeżyn i wsiąkać pod ubrania. Klatka pozostawała zamknięta. Równie dobrze mogła być zbudowana z żelaza.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#24
20.05.2025, 13:38  ✶  

Nieznajomi dyskutowali o czymś, o czym? Cóż, Prue nie miała pojęcia, mimo, że te słowa do niej docierały, jednak mówili w języku, którego nie znała. Nie mogła więc zbyt wiele wyciągnąć z tej rozmowy, tak w zasadzie to nie zrozumiała zupełnie nic. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, jednak niczego to zmieniało w ich położeniu, przynajmniej jak na razie. Miała wrażenie, że kobieta znowu spoglądała w ich kierunku, jednak albo dobrze się ukrywali, albo po prostu nie chciała ich zauważyć, jedno z dwóch, bo w końcu tajemnicza para zniknęła im z oczu, oddaliła się. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Nie miała pojęcia, czy powinni do nich podejść, czy to by coś zmieniło? Lepiej jej zdaniem póki co było się nie wychylać. Nie wiedziała bowiem, jakie mogą mieć zamiary wobec intruzów, którymi byli i ona i Romulus. Może nie znaleźli się tutaj celowo, jednak tamci mogli przyjąć różne założenia. Nie wiedziała, czy byliby w stanie sobie z nimi poradzić, gdyby doszło do ewentualnego starcia, szczególnie, że Potter gdzieś zgubił swoją różdżkę, co wcale nie ułatwiało ich obecnej sytuacji.

Postanowiła spełnić marzenie Romulusa, chciała pomóc mu skoczyć w otchłań, sama pozostając na skarpie. Tyle, że oczywiście nic nie poszło po jej myśli. Gdy próbowała go popchnąć, złapał ją w ramiona, naprawdę sądził, że chciała się do niego zbliżyć w ten sposób? FUJ? Wszystko potoczyło się szybko, razem runęli w stronę jeziora.

Bletchley zamknęła oczy, z jej ust wydobył się pisk, krzyk, sama nie umiała tego nazwać, okropnie bała się wysokości, a znajdowali się właśnie nad ziemią, skoczyli w otchłań i czuła, że tego nie przeżyją. Bała się, kurewsko się bała tego, co się działo. Liczyła na to, że szybko opadną na ziemię, wodę, nie do końca bowiem była pewna, czy trafią do jeziora, cóż miała nadzieję, że śmierć nadejdzie szybko, że nie poczuje zbyt wielkiego bólu, że to się po prostu skończy. Nie wątpiła w to, że poczuje chłód, bo przychodził on zawsze ze śmiercią, najwyraźniej jej żywot miał się zakończyć właśnie dzisiaj. Trochę szkoda, że trafiło na moment, w którym akurat zachciało jej się żyć, kiedy ledwie dzień wcześniej poczuła coś więcej niż przez ostatnie kilka lat. Chichot losu, czy coś, życie lubiło być bardzo przewrotne, powinna się tego spodziewać.

Moment uderzenia o wodę jednak nie chciał nadejść, miała wrażenie, że ten lot trwa zbyt długo, że coś jest nie tak, że zatrzymali się w czasoprzestrzeni, naprawdę była gotowa umrzeć, dlaczego więc nie chciało się to skończyć szybko? Nadal miała zamknięte oczy, nie chciała patrzeć, nie chciała widzieć tego, co się z nimi działo, nie była na to przygotowana.

W końcu to poczuła, bardzo dziwne uczucie, jakby wracała do rzeczywistości. Nie do końca wiedziała, czym było to spowodowane, bo nie wpadła w trans, a jednak odczucia były podobne. Bała się otworzyć oczy, do jej nozdrzy dochodził zapach lasu, ziemi, co sugerowało, że wcale nie znaleźli się w ciemnej toni jeziora. Otworzyła oczy, bardzo powoli - bała się tego, co zobaczy. Chyba żyli, zamrugała kilka razy i dostrzegła światło, bardzo delikatne, musiało dochodzić z ogniska, które płonęło kilka metrów dalej.

Ścisnęła mocniej różdżkę w dłoni, przeniosła wzrok na swoją rękę, wtedy do niej dotarło, że to nie była jej różdżka, to był patyk, nic więcej. Zaniepokoiło ją to, tak samo jak to co zobaczyła chwilę później. Byli zamknięci w klatce. Ktoś musiał ich złapać, oczy miała otworzone szeroko, zaczęła dygotać, panikowała. Nie mogła jeszcze pozbyć się lęku związanego z wysokością, bo przecież ledwie przed chwilą skoczyli razem w otchłań, to było dla niej za dużo, dużo za dużo. Usiadła przy jednej ze ścian klatki, nie opierała się o nią, bo dostrzegła kolce, które mogłyby zranić jej ciało, przysunęła kolana do brody, objęła je ramionami i zaczęła dygotać. Zupełnie nie zwracała uwagi na Romulusa. Zamknęła się w swoim własnym świecie, rzeczywistość okrutnie ją przytłaczała.

Nie ignorowała dźwięków, które dochodziły do niej z okolicy, albo jej się wydawało, albo słyszała tętent kopyt. Nie wróżyło to niczego dobrego, najwyraźniej ktoś postanowił ich złapać, zamknąć w klatce, tylko co dalej? Nie będą ich tu trzymać wiecznie. Prędzej, czy później się ich pozbędą. Bletchley była blada jak ściana, nie miała pojęcia, co właściwie się wydarzyło, ani co się teraz działo.

Tamci zaczęli swoją dyskusję, wolałaby chyba nie mieć możliwości jej usłyszeć, bo właśnie sugerowali, że zamierzają ich zjeść, chociaż czy właściwie to cokolwiek zmieniało, tak, czy siak, byli skazani na ich łaskę, nie mieli szansy się stąd wydostać, nie mogli zrobić nic. Prudence chyba zaczęła się poddawać, jej oczy stały się matowe, jakby pogodziła się z tym, że nie wyjdzie z tego lasu, że koniec się zbliżał. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku, miała w dupie, że Potter zobaczy to, że się rozkleja, że się boi, była tylko człowiekiem i chyba właśnie zostały przekroczone wszystkie jej granice.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#25
20.05.2025, 18:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2025, 18:20 przez Romulus Potter.)  
Miałem wrażenie, że wpadłem do świata rodem z opowieści moich pacjentów. Zaskakujące. Może właśnie dlatego tak dobrze się w nim odnajdywałem? Znałem go z historii, tych wariackich opowieści, które na pierwszy rzut oka przypominały plątaninę losowych obrazów, ale w rzeczywistości mogły być utkane z konkretnych nici powiązań.
Nie spadliśmy do wody. Wypłynęliśmy z niej do... realizmu? Chociaż nie byłem pewien, tak patrząc na klatkę, w której siedzieliśmy. Niezbyt realistyczną. Raczej baśniową. Wymyśloną. Jak wszystko wokół, oczywiście z wyjątkiem papierosów. Ich zapach... ten nęcący aromat dumy, był jak najbardziej realny. Obudził mnie. Pchnął do działania. A nie do siedzenia na tyłku.
Wspomnienie o galeonach, rzucone od niechcenia przez nieznajomych, również było jak zatrzaskujący się zamek w mojej głowie. Przypadek? Może. Ale równie dobrze jedno z nas mogło o tym śnić. W moim życiu było mnóstwo galeonów. Zawsze się wokół nich kręciłem. Może więc śniliśmy razem ten sam koszmar? Szczególnie że z Pru zaczęło się dziać coś niedobrego?
Nie uszło to mojej uwadze. Znałem tę ciszę. Ciszę przed... nie, nie przed deszczem. Przed płaczem. Przed totalnym załamaniem. Kurczę, nie mieliśmy na to czasu. Dym nikotynowy rozjaśnił moje myśli, które w tej chwili krążyły wokół dwóch koncepcji – rozważnej i szalonej. Szalona już raz nam pomogła, bowiem wyrwała nas z wiecznego błądzenia, może więc i teraz wyrwie nas z klatki?
Najgorzej, gdyż biorąc aktualne nasze położenie, powinienem być teraz rozważniejszy. Ale może właśnie nie o to w tym wszystkim chodziło? Oni przecież... chcieli nas zjeść! Kto o zdrowych zmysłach jada czarodziejów?! W całym moim błyskotliwym życiu nie spotkałem nikogo takiego. Może gdzieś daleko, w jakimś mniej cywilizowanym kraju, ale w Anglii? Nie, to by nie przeszło.
Może więc lepiej było być wariatem? Szaleńcem? Kimś kompletnie niepoczytalnym? Ale wiedziałem, że to akurat nie miało pomóc Prudence. Obawiałem się, że potrzebowała teraz silnej ręki, która poprowadzi nas dalej, a nie rozbawionego błazna, który będzie wykrzykiwał dziwne rzeczy w eter.
Ale czułem w kościach, że będzie dobrze. Musiałem tylko stworzyć sobie bezpieczną przestrzeń dla mojego performensu.
Zbliżyłem się powoli do Prudence. Nie chciałem, by zamknęła się jeszcze bardziej, więc każdy mój ruch był ostrożny. Usiadłem obok niej i powstrzymałem się przed przytuleniem. Jeszcze. Potrzebowałem wyczuć odpowiedni moment. Nawet nie stykałem się z nią ramieniem. Bezpieczna strefa. Zero dotyku. Sama wcześniej to podkreślała, więc to było ważne. Tym razem i dla mnie.
– Pru, jestem tutaj. Nie musisz sobie z tym radzić sama. Oddychaj ze mną, dobrze? Jeszcze nie czas na koniec – wyszeptałem tak, by tamci nas nie słyszeli. Nie mogli się zorientować, że jestem w pełni sił psychicznych. – Jeśli ktoś ma cię zjeść, to na pewno nie zanim ja skończę gadać. A zamierzam mówić długo, więc jesteśmy bezpieczni – dodałem pół-żartem, w swoim stylu. Może poczuła się przez to choć odrobinę bardziej swojo? Romek był znanym złem, więc Romek był Romkiem. Znane zło znanym złem, czyż nie?
– Powiedz mi, co się dzieje? Mogę ci jakoś pomóc...? - zapytałem łagodnie, już bez śmieszków.
Niestety, nie było z nią żadnego kontaktu. Wciąż wpatrywała się uparcie w czubki swoich butów. Zamknęła się totalnie. Potrzebowała więcej czasu dla siebie, a ja potrzebowałem jeszcze więcej czasu dla niej, żeby jakoś ją stamtąd wydostać.
Cóż, może więc wcale nie przerazi jej to, co zamierzałem zrobić? Prawdopodobnie nawet tego nie zarejestruje swoim umysłem. I dobrze. Kiedy już stąd wyjdziemy i wrócimy do domu cioci Ulki, nie opowie nikomu o tym, co tu zaszło. A ja? Wolałem nie stać się jedną z tych dziwacznych anegdotek, którymi raczyliśmy się w naszym hermetycznym, przyjacielskim gronie przy ognisku i alkoholu.
Huh.
Odsunąłem się powoli od Prudence, wracając na swoje wcześniejsze miejsce. Położyłem się tak, jak leżałem, gdy się przebudziłem. Wziąłem głęboki wdech… i długi wydech. Byłem władcą wszechświata, niezruszonym zdobywcą ludzkich i nieludzkich umysłów – z wyjątkiem tych wampirzych, blech – ale cała reszta należała do mnie, więc…
– EUEUEUEUEUEUEUEUEUE! — ryknąłem nagle, wydzierając się jak kompletny wariat. Usiadłem gwałtownie i zacząłem się śmiać. Głośno. Histerycznie. Dźwięcznie. Kaszląc przy tym jak stary wroni czarodziej, którego gardło próbowało się zemścić za każdy wypalony papieros. Kaszel był prawdziwy. Zaschnięte gardło i suchy śmiech robiły swoje, ale brzmiało to wyjątkowo realistycznie. –
HAHAHAHAHAHAAAAAHAHAHAHA! EKHE! EKHE! ARGH! HA! HA! MWOHOHHO!
Dawałem z siebie wszystko, chcąc zwrócić na siebie uwagę tych dwóch... mężczyzn? O ile jeszcze tam stali. Przez chwilę miałem nawet ochotę zaproponować im galeony, ale wiedziałem, że je po prostu wezmą, a potem zrobią to, co i tak zamierzali zrobić. A tak? Kto chciałby jeść wariata?! Może mam wściekliznę! Może mam robaki pod skórą! Może jestem zakaźny, niepoczytalny, niehigieniczny, nie do strawienia! – EUEUEUEUEUE! ŚMIERĆ PRZYCHODZI NA CHRUPKACH!!! — zawyłem, nie wiadomo czy do księżyca, czy do Matki Natury, czy bezpośrednio do tych dwóch gości. Może do wszystkich naraz? Nikt tego nie wiedział. Oprócz mnie. A Matka Natura... zapewne właśnie się zastanawiała, czy nie przepisać mojego przeznaczenia na nowo.
Pochyliłem się i zacząłem szeptać do własnych palców. Szeptem podniesionym, teatralnym, ledwo powstrzymując się przed śmiechem. A potem... cyk. Szarpnąłem klatką. Zaszamotałem nią z całych sił, zapewne raniąc się o kolce i ciernie, ale co z tego? Warto było. Bawiłem się przednio. Spektakl trwał.
– PAMIĘTAJ! ZABIERZ TO DO CIEPŁA! INACZEJ SIĘ WYKLUJE! – wykrzyczałem ostrzegawczo, w stronę losu, świata lub tych dwóch potencjalnych kanibali. Niech się martwią. Może pomyślą, że noszę w sobie jajo zagłady, zarazę, tajemnicę, której nie da się pogryźć. – ZABIERZ TO DO CIEPŁA! ZABIERAJ!!! - wrzeszczałem w najlepsze, jak gdyby już mnie kroili.
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#26
21.05.2025, 02:04  ✶  
Cisza, która zapadła w klatce miała w sobie coś sennego. Milczenie, jakie ogarnęło całą najbliższą okolicę przypominało ten moment tuż przed zaśnięciem, zawieszenie między jawą a snem. Być może to była właśnie ta krótka chwila, w której dałoby się coś ustalić, zrozumieć, poskładać, złapać myśl.
Romulus zadecydował pierwszy. Miał plan, czyż nie?
Jaki?
Kurwa, sprytny.
Bez żadnego ostrzeżenia zaczął krzyczeć, po czym rzucił się na klatkę, na ściany z cierni, na pędy jeżyn grubsze niż jego przedramię. Wydał z siebie dziki wrzask, tak niepasujący do tej ciszy, że powietrze zdawało się reagować nań niemal w fizyczny sposób.
Zrobiło się cięższe, bardziej duszne, nieprzyjemne, ale nie z uwagi na swąd dymu, zapach papierosów czy temperaturę, która nadal była bliska późnojesiennych nocy. Nie zafalowało, tylko zadrżało a potem stało się niemal gęste, lepkie.
Kiedy mężczyzna gołymi rękami złapał za pędy jeżyn, ich ciernie przecięły skórę z obrzydliwą łatwością. Wbiły się w nią miękko, z mlaśnięciem, jak nóż przechodzący przez miąższ dojrzałej, niemal przejrzałej gruszki. Gdy spróbował oderwać dłonie, puszczając rośliny, z jego dłoni pociekła krew, jednak jej barwa nie była całkiem naturalna.
Była ciemniejsza, prawie jeżynowa. I pachniała. O, jak bardzo pachniała. Słodko. Za słodko. Nie jak krew. Jak dojrzałe jeżyny, które leżą za długo na słońcu i zaczynają fermentować, tylko z może jeszcze trochę słodziej, z nutą cukru. Jak likier owocowy albo jak owocowe perfumy z orientalnego bazaru.
Sam płyn również był gęstszy od ludzkiej posoki, bardziej lepki. Spływał po dłoniach Pottera, lepił się do cierni, które (choć może to było tylko złudzenie spanikowanej Prudence, jeżeli na niego spojrzała, on tego nie widział) zaczęły na niego reagować. Wibrować.
A potem pojawiło się coś jeszcze. Jeśli Bletchley w którymkolwiek momencie uniosła głowę i przeniosła wzrok na kolegę, mogła dostrzec, że jego skóra nie jest już arystokratycznie biała, jasna i nieskazitelna. Nie jest też brudna. Została skażona. Wpierw ledwo zauważalnie, szczególnie że wokół nich wciąż panował półmrok, jednak już po chwili zaczęły pojawiać się na niej ciemniejsze linie biegnące od obojczyków w górę szyi.
Im mocniej Potter ciągnął za jeżyny, im więcej kolców wbijało mu się w ciało, tym bardziej sieć tych ciemnych żyłek rozszerzała się. Nawet, kiedy puścił, na jego szyi i tak pojawiały się nowe linie. Nieregularne, grube i cienkie, lekko pulsujące. Podobne do żył, ale nie do końca. Wyglądały bardziej jak anatomiczno-trybalne tatuaże. Były ciemne, ale nie czarne, na logikę bardziej brązowe albo ciemnozielone. W półmroku nie dało się tego stwierdzić.
Zresztą żadne z nich nie miało czasu na szczegółową analizę. Nie, gdy krzyki mężczyzny zdecydowanie rozmyły resztki złudnego spokoju. W krzakach nastąpiło poruszenie. Liście zaszeleściły, gałązki chrupnęły. Moment później usłyszeli długie, przeciągłe westchnienie zakończone kaszlem głośniejszym od tego u Pottera. Westchnienie było zmęczone, głębokie, bardziej ludzkie niż powinno być. Kimkolwiek był jego inicjator, nie odezwał się. Nie musiał.
Świat, który znali (jeśli tak można było nazwać klatkę z cierni, cichy półmrok i nieznaną obecność) przeskoczył bez ostrzeżenia. Bez szarpnięcia, które mogłoby zapowiadać zmianę. Bez trzasku, bez eksplozji. Za to ponownie z wrażeniem wilgoci. Tym razem ciepłej i lepkiej. Jak palec włożony do stygnącego rosołu.
Klatka zniknęła. Prudence i Romulus stali w prześwicie między wysokimi drzewami. Nie siedzieli, nie leżeli, stali. Nie wiedzieli jeszcze, gdzie dokładnie. Było ciemno, ale nie przeszkadzało im to w stwierdzeniu, że nadal znajdowali się w lesie. Ot, jedna rzeczywistość kolejny raz zlała się z drugą.
Jednak nie był to ten gąszcz, do którego już w pewnym sensie przywykli. Nie była to chłodna, pachnąca wilgocią i żywicą głusza znana z prób znalezienia drogi do domu. To był las tropikalny, choć to też nie byłaby do końca właściwa klasyfikacja.
Tak, to były tropiki, ale nie jak z obrazka, nie niczym wyjęte z katalogu podróży. Nie było tu zieleni. Nie w tradycyjnym sensie. Wszystko było ciemnozielone, prawie czarne i ciemnofioletowe a jedynym światłem były nieustannie świecące punkty na krawędziach obcych im liści i pni. Zupełnie tak, jakby żyły i naczynia roślin wytwarzały fluorescencyjną poświatę. Świeciły trochę niczym grzyby i porosty na Podziemnych Ścieżkach.
Z tym, że tu nie śmierdziało stęchlizną. Nie było tu woni ziemi, przestrzeń pachniała słodko. W dalszym ciągu czuli tę nutę przypominającą fermentujący sok owocowy, ale jakby spotęgowaną przez temperaturę, przez wilgoć, przez duchotę.
Było gorąco. Nieprzyjemnie parno. Ciężko. Krople potu pojawiały się natychmiast. Osiadały na karkach, w zgięciach łokci, pod kolanami. Każdy oddech wymagał wysiłku a każde poruszenie stopą, przeniesienie ciężaru ciała, niemal każdy ruch kończył się dźwiękiem... ...chrupania.
Grunt pod ich stopami nie był ziemią. Nie był też liśćmi, torfem, piaskiem. Chrupiący dźwięk przypominał coś bardzo konkretnego. Zupełnie tak, jakby stali na po grubej warstwie kukurydzianych chrupek... ...albo na zeschniętych kokonach, albo wysuszonych owadzich odwłokach. Może lepiej było nie przyglądać się temu z bliska?
W tej głuszy nie było ptaków. Nie było owadów. Nie było szumu wiatru, odgłosu wodospadu, szumu wody. Tylko ten dźwięk, kiedy ktoś z nich się poruszył. To i ich własne głosy. Mogli rozmawiać. Pytanie, czy chcieli to robić? Czy Bletchley chciała? Bowiem jej towarzysz nie wyglądał już jak on sam.
Ciemne linie wciąż znaczyły szyję Romulusa, jednak teraz zaczęły łączyć się z tymi na twarzy i... ...jak absurdalne by to nie było... ...z żyłkami pojawiającymi się w jego oczach. Sięgały od obojczyków aż ku jego kościom jarzmowym a później wiły się na białka, które stawały się coraz ciemniejsze. Wzory przypominały tatuaże członków plemion natywnych, z tym, że nie wyglądały w żaden sposób znajomo. Nie układały się w nic, co Prudence mogłaby rozpoznać.
Mimo to, oboje mogli domyślić się, że czas nie sprzyjał już ich dwójce.
Zresztą... ...czas? Jaki czas?
Czas chyba nie istniał. Tu nie było nocy ani dnia. Nie było nadchodzącego wschodu słońca, nie było światła księżyca. Była ciemność, która nie znikała, tylko oddychała razem z lasem, z fluorescencyjnym pulsowaniem roślin. Wibrowała jak tamte pędy jeżyn w zetknięciu z krwią Romulusa.
Jego ramiona były napięte. Dłonie wciąż zakrwawione, ale nie splamione tylko krwią. Ta lepka ciecz wciąż tam była, ściekała wzdłuż palców i nadgarstków Pottera. Gęstsza niż wcześniej. Ciemniejsza. Mogli widzieć jak krople spadają na grunt, jak kapią na to, co chrupało i...
...wsiąkają.
Nie zostawiają śladu.
Nie rozpryskują się.
Znikają, jakby ziemia była spragniona właśnie tego.
Byli pyszni? Ależ byli.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#27
23.05.2025, 21:01  ✶  

Prudence niekoniecznie potrzebowała silnej ręki, niekoniecznie też potrzebowała błazna. Musiała się po prostu ogarnąć, pozwolić emocjom opaść. Wysokość od zawsze była dla niej problemem, a że nałożyło się to z nagłym znalezieniem się w klatce (co w tej chwili wcale nie wydało jej się dziwne), to po prostu zaczęła się zagłębiać w swoich myślach. Może to i lepiej, prędzej, czy później powinno bowiem przynieść spokój, opanowanie, może w końcu trzeźwość umysłu. Potrzebowała przede wszystkim odrobiny czasu, na przetrawienie tego wszystkiego, co się wydarzało.

Romulus niestety jej tego nie ułatwiał. Odetchnęła głęboko, kilka razy. To nie był pierwszy raz kiedy panikowała, zdarzało jej się już wcześniej przeżywać coś podobnego.

Docierały do niej słowa Pottera, ale zupełnie je ignorowała, były niczym echo - dochodzące gdzieś z oddali. Nie chciała się skupiać na tym, co do niej mówi. W głowie odliczała sobie od dziesięciu do jednego. Uwielbiała cyfry, one przynosiły jej spokój. Powoli, bardzo powoli wracała do rzeczywistości, tylko czy faktycznie to była rzeczywistość. Znajdowali się w klatce, z pnączy, znaleźli się w niej? Jak? Przypadkiem. Skoczyli z wysokości, do jeziora, teraz nie było już jeziora, była klatka, tętent kopyt, zapach fajek, i Romulus dalej przy niej, niczym wrzód na dupie.

- Nie możesz, już jestem. - Odpowiedziała w końcu, gdy była na to gotowa. Jej twarz nadal była śnieżnobiała, ale oddychała już spokojnie, przestała panikować. W końcu. Poczęła się rozglądać więc po okolicy nieco dokładniej, nie zdążyła jednak praktycznie nic zrobić, bo Romulus postanowił rozpocząć swoje przedstawienie. Bletchley otworzyła nieco szerzej oczy, nie do końca tego się spodziewała, nie wiedziała, co to był za plan, ale chyba kurwa nie był sprytny. Wydawał z siebie bardzo dziwne dźwięki, jeśli ktoś zamierzał ich zjeść, to teraz miała pewność, że na pewno nie postanowi zeżreć jego - ona by go nie zjadła, bałaby się tego, że mogłaby ją dopaść podobna przypadłość. Pozostawała więc jedynym, ostatnim, ewentualnym posiłkiem dla tych głodomorów - wspaniale. Romulus zawsze dbał tylko o siebie, chyba tym razem zrobił to samo. Może nie celowo... ale najwyraźniej jakoś tak już działał, nawet nieświadomie.

Przyglądała się swojemu towarzyszowi - a jakże, nie miała nic lepszego w tej chwili do robienia. Widziała, że się zranił, krew powinna pojawić się za chwilę, nie dało się tego uniknąć. Wpatrywała się w Romulusa dłuższą chwilę, nadal dziarsko trzymała w dłoni ten śmieszny patyk, z którym przy sobie się obudziła, przenosiła wzrok to z mężczyzny, to na patyk. Kto wiedział, co strzeli mu do łba.

Na jego ciele zaczęły pojawiać się te linie, jeszcze nie wiedziała, co to oznacza, ale miała świadomość, że nie mogą zbyt długo zwlekać. Cóż, to nie było normalne. Już miała wstać, kiedy obraz ponownie się zmienił, sam. Stała, a chwilę temu siedziała, nie byli już w klatce, znajdowali się? Nie w lesie, znaczy nie w tym lesie, w którym byli jeszcze przed chwilą.

Nie teleportowali się, nie poczuła tego charakterystycznego uczucia towarzyszącego temu sposobowi przemieszczania się, a jednak klimat w którym się znaleźli był inni. Było parno, duszno, nie powinno tak być w tym lesie, w którym byli przed chwilą, jakim cudem flora mogła się tak zmienić ledwie w kilka sekund?

Prue widziała, że Potter nie wyglądał do końca jak on, jego oczy... były przerażające, ale jej rzadko towarzyszył strach, no chyba, że chodziło o wysokości. Nie zastanawiała się szczególnie długo nad swoim zachowaniem, ścisnęła mocniej patyk w swojej dłoni i ruszyła w jego kierunku - chcąc wbić mu ten patyk w linię, która ciągnęła się po obojczyku. Nie chciała zadać mu śmiertelnego ciosu, co to to nie, tylko sprawdzić, co właściwie się pod nimi kryje, może jak poczuje fizyczny ból, to coś się zmieni, taki zadany przez nią, a nie znikające krzaki, które pozostały gdzieś indziej.



Rzut N 1d100 - 24
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 97
Sukces!

AF ◉◉○○○ na wbicie patyka w Romka


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#28
25.05.2025, 12:37  ✶  
Wciąż nie byliśmy naprawdę. Miałem jeżynową krew, słodką krew, krew z soku... Czy to tak właśnie czuły to wampiry?
Ugh. Nie chciałem nawet przez ułamek sekundy utożsamiać się z nimi, ale... jeśli naprawdę odbierały to tak, jak coś miękkiego, ciepłego i lepko-apetycznego, to... Nie. Nie, nie, nie. Nie zamierzam myśleć pozytywnie o krwiopijcach. Nawet o tym, pożal się Matko Natura, wampirycznym bracie Geraldine. I choć był zamknięty, choć trzymano go z dala, to samo jego istnienie wystarczyło, bym chciał spalić całą piwnicę, w której pomieszczeniu mieszkał.
Odrzuciłem myśl. Jak niepotrzebny rekwizyt w sztuce, którą sam reżyseruję. Oddałem się aktorstwu – jedynej rzeczy, którą miałem jeszcze pod kontrolą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo może to wszystko tylko ślizgało się po powierzchni? Może już dawno powinienem krzyczeć o pomoc? Albo płakać?
Nie wiem. Niczego nie byłem już pewien.
Trochę mnie zemdliło. To uczucie... przeskoku. Mdłe, lepkie. Jakby ktoś przestawił rzeczywistość o jeden bok i zostawił nas pomiędzy. Jakby świat zadrżał, ale nie zdążył się ustabilizować. Było wilgotno. Było duszno. Było cicho. Cisza nie była ciszą. Była czymś. Jakby coś czekało...?
Czy byliśmy w lesie? Może. Czy byliśmy w czymś? Bardziej prawdopodobne. Mogłem przysiąc, że słyszę swój puls. Nie w głowie. Nie w klatce piersiowej. W ziemi. Pod stopami. Jakby ziemia oddychała. Albo coś pod nią.
Zacząłem mieć paranoję. Ale z paranoją było mi do twarzy, czyż nie?
Działo się ze mną coś dziwnego. Z nami coś dziwnego. Coś... czego nie mogłem nazwać. A ja byłem przecież specjalistą od nazywania rzeczy. To było moje narzędzie. Ale to coś wymykało się słowom. I, co gorsza, próbowało się dobrać do mnie od środka...? Od strony mojej głowy. Chciało sprawić bym oszalał, stracił całkowicie zmysły.
Nie chciałem porównywać zapachu mojej krwi do czegoś kuszącego, ale... Nie mogłem go zignorować. Był słodki. Miękki. Jak mleko i miód. Jak... NIE! Skupiłem się na otoczeniu. Na gruncie. Na chrzęstach. Uparcie nie chciałem wpatrywać się w swoje pokaleczone dłonie.
– Jesteśmy w pułapce. Schematy nie pomagają. Brak schematów również – powiedziałem głośno. Sam do siebie? Do Prudence? Do tej rzeczy, która nas może słuchała? Nie miałem pojęcia. Może do drzew? A może drzew tu nie było?
Spojrzałem na nią. Prudence. Moje towarzystwo w tej nienazwanej otchłani. Usłyszałem te dziwne chrzęsty pod jej nogami. Zbliżające się do mnie.
Za szybko.
Zbyt rytmiczne.
Zbyt gwałtowne, by były przypadkiem.
Jakby coś już nas widziało. Już wybrało. Już planowało... Coś było nie tak. Podpowiadał mi to instynkt magipsychiatry. Było za cicho, za spokojnie.
Kątem oka dostrzegłem jej sylwetkę, zbliżającą się z różdżką. Szła na mnie. Zdecydowanie nie miała dobrych zamiarów.
– O nie, tylko nie dzisiaj – mruknąłem pod nosem i spróbowałem się uchylić, zanim jej intencje zdążą nabrać kształtu. Może to był ruch w moją stronę? Może nie? Może coś mi się przywidziało? Ale lepiej żyć z paranoją niż nie żyć wcale, prawda?
I wtedy coś do mnie dotarło. To miejsce nie miało kierunku. Nie miało podłogi. Ani sufitu. Nie miało czasu. Ani dnia, ani nocy.
Było jak czyjeś gardło. Jakbyśmy weszli do wnętrza stworzenia, które jeszcze nie zdecydowało, czy nas strawi, czy tylko obejrzy.
Jeśli jeszcze mogłem, postanowiłem dodać:
– On nas chyba zjadł... – Co miało zabrzmieć naprawdę abstrakcyjnie. Chociaż... nigdy przecież nie miałem okazji zostać zjedzonym. Nie wiedziałem, jakie to uczucie. Od tego specjalistą już nie byłem.

| Rzucam na AF, by się uchylić przed atakiem Pru

Rzut N 1d100 - 66
Sukces!

Rzut N 1d100 - 20
Akcja nieudana
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#29
27.05.2025, 20:03  ✶  
Być może Prudence daleko było do wojowniczki zapalonej w bojach, jednak w tym wypadku najwyraźniej postanowiła zrobić wszystko, żeby dopiąć swego. A jak wiadomo: motywacja czasami rzeczywiście wystarczała. Szczególnie, jeżeli była dostatecznie gwałtowna i mocna, i częściowo zabarwiona obawą.
Co prawda, Bletchley była niższa, zdecydowanie drobniejsza od Romulusa, którego niańki w dzieciństwie ewidentnie poiły eliksirem na przyrost wzrostu. Tyle tylko, że zdecydowanie nie miało to korzystnego wpływu na jego zwrotność i szybkość reakcji. Może miał kilkumetrowe członki, ale co z tego, skoro przez to miał też większą powierzchnię ciała, w którą można było go uderzać? No właśnie.
Zanim zdążył zrobić unik, oddalając się od Prue na tych swoich długaśnych żabich nogach na dostateczną odległość, aby dziewczyna nie była w stanie dźgnąć go w linię nieopodal obojczyka...
...jej niezbyt długie ramię już wykonało ruch godny miniaturowego asasyna. Być może marnowała swój potencjał, pracując dla Ministerstwa? Bez dwóch zdań byłaby wyborowym płatnym zabójcą, bowiem z chwilą, w którą jej patyk wbił się w jego skórę, wykonując cięcie, Romulus...
...zniknął. Nie wyparował nagle z głośnym puff. Nie trzasnęło, nie huknęło. Prudence nie usłyszała żadnego świstu ani nie dostrzegła błysku. Potter po prostu wyparował. Zupełnie bezszelestnie, całkowicie bezdźwięcznie. W jednej chwili stał tuż przed nią, w kolejnej już go tam nie było. Dokładnie tak samo jak prowizorycznej broni, jaką go zaatakowała.
Ręka Prudence w dalszym ciągu tkwiła uniesiona wysoko w powietrzu, ale była pusta. Palce dziewczyny zaciskały się na całkowitej nicości. Nie były splamione ani krwią, ani tym dziwnym, słodko pachnącym sokopodobnym czymś, co zaledwie kilka chwil wcześniej (choć, czy to naprawdę były chwile?) wyciekało Potterowi z ran zadawanych mu przez jeżyny. Były czyste, być może nadal lekko drżące, ale nie wyglądały tak, jakby przed chwilą próbowały popełnić co najmniej próbę napaści, naruszenia nietykalności cielesnej towarzysza.
Zresztą, jakiego towarzysza? Przecież nie było po nim nawet najmniejszego śladu. W miejscu, w którym stał, nie znajdowały się żadne odciski stóp. Na ziemi nie było krwi. Nie pozostały po nim nawet włókna szalika, pojedynczy włos, zupełnie nic.
Prudence została zupełnie sama w tej gęstej wilgotnej ciemności, która zdawałoby się, że pulsowała wokół niej coraz bardziej i bardziej. Cokolwiek zrobiła Romulusowi, ewidentnie jej życzenie właśnie się spełniło: odczepił się od niej, dał jej święty spokój. Nie oddychał już tym samym powietrzem, co ona. Nie robił tych wszystkich głupot.
Za to Bletchley? Nie mogła być zupełnie pewna, czy właśnie jednej nie zrobiła. Tak czy inaczej, była teraz zdana tylko i wyłącznie na siebie i na swoje kolejne kreatywne decyzje.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#30
27.05.2025, 20:30  ✶  

Może Prue nie była typową wojowniczką, ale o swoje akurat potrafiła walczyć. Była zawzięta - no, czasami, gdy jej na czymś zależało, a w tej chwili naprawdę bardzo chciała ranić Romulusa. Nie, żeby zakładała, że ma szanse to zrobić, jej próba zepchnięcia go do wody zakończyła się w końcu tym, że sama z nim spadła, choć wcale tego nie chciała. Spodziewała się, że tym razem będzie podobnie, bo nie miała w zwyczaju przeceniać swoich możliwości, jednak zamierzała spróbować.

Nie zastanawiała się nad konsekwencjami, nie tym razem. Po prostu ruszyła przed siebie, jakoś do niego doskoczyła, nie wywinął się jej. To chyba był cud, pierwszy podczas tej nie do końca przyjemnej nocy.

Poczuła jak patyk, który trzymała w dłoni zaczął wbijać się w jego ciało, tyle, że ledwie to zrobiła nie tylko patyk zaczął znikać w jego wnętrzu, ale sam Romulus również przepadł.

Została tutaj sama. W tym dziwnym lesie, który nie miał nic wspólnego z florą Wielkiej Brytanii. Nadal miała uniesioną rękę, nie było w niej jednak ani patyka, a pod ręką brakowało Romulusa. Ekstra.

W sumie pozbyła się części swojego problemu, nie powinna myśleć w ten sposób, prawda? Przez chwilę jednak poczuła ulgę, zwłaszcza po tym, jak wyglądał przed chwilą. Nie mógł zapaść się w powietrzu, no nie dało się tego zrobić ot tak, chyba, że się teleportował, ale nie mogli się teleportować, więc to musiało być coś innego.

Ta dziwna maź, którą miała na dłoniach też zniknęła. Wszystko zaczęło znikać, może i ona zniknie? Miała świadomość, że często by wybudzić się ze snu należało się uszczypnąć, tylko, czy spała? Czy to było jeszcze coś innego. Skoro Potter przepadł po tym, jak wbiła w niego patyk, to może i ona powinna była zrobić coś podobnego?

Nie zastanawiała się nad tym szczególnie długo. Zaczęła rozglądać się po ziemi, szukać pod butami krzemienia, który byłby dość ostry. Zajęło jej to dość długą chwilę, ale krzemienie były wszędzie, prawda? I tutaj udało jej się znaleźć odpowiedni kamyk. Nachyliła się po to, aby go podnieść, przez chwilę obracała zdobycz w dłoniach, po czym podjęła decyzję. Nie była to szczególnie skomplikowana czynność.

Zbliżyła minerał do nadgarstka lewej dłoni, zacisnęła zęby - wiedziała, że będzie szczypać, ale chyba nie miała innego wyjścia. Zaczęła wbijać sobie kamień w skórę ostrą stroną tak, aby zrobić sobie krzywdę. Chciała zobaczyć krew, przynajmniej kilka kropel, które prędzej, czy później musiały się pojawić. Nie przerażał jej ten widok, nie miała szczególnego problemu z tym, aby ranić samą siebie. Nie był to w końcu jej pierwszy raz.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Pan Losu (40), Paracelsus (7251), Prudence Fenwick (8210), Romulus Potter (6465)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa