Kajdanki?
Victoria spojrzała na Christophera z zaskoczeniem wymieszanym z rozbawieniem. Co on jej tutaj insynuował?
– Nie, ale to najmniejszy problem. Kajdanki zawsze można wyczarować – odparła tonem, jakby mówiła całkowicie poważnie, ale to była właśnie żartująca Victoria: trzeba było poznać ją nieco lepiej, by zacząć wyłapywać, kiedy mówiła faktycznie poważnie, a kiedy stroiła sobie żarty. Przez te jej minki, często mało się zmieniające, ludzie myśleli, że kobieta ma kija w dupie i nie zna się na żartach, ale to wszystko to była część jej specyficznego czaru. – Nie wiedziałam, że masz takie upodobania – palnęła jeszcze, mrużąc oczy. Taak, wszystko co powie, mogła wykorzystać przeciwko niemu, zdecydowanie.
– Ano… Widziały to osoby, które trzeciego oka nie odziedziczyły. To znaczy tę wizję – doprecyzowała. Ona też się nad tym zastanawiała. – Były za to w jakiś sposób związane z morzem, a wspomnienie dotyczyło właśnie morza, statku, czy coś w ten gust – trochę to dziwne, prawda? Czarne, osobliwe, piękne róże w ogrodzie i wspomnienie o morzu, z Londynu dość odległe, wszak mieli tutaj tylko śmierdzącą rzekę, która pozbawiona była życia, nawet roślin. I to mugole tak ją zanieczyścili, że nic nie było w stanie się w niej rozwijać. Wyrzucała na brzeg tylko śmieci i trupy. – Może zaklęcie… Trudno mi powiedzieć. Jeśli zaklęcie, to powinno się chyba już wyczerpywać i czemu wybierało sobie tak bardzo specyficznych ludzi? – zastanawiała się na głos, ale ostatecznie wzruszyła ramionami, bo wiedziała, że i tak nic nie wymyśli. Przekopała to w głowie już tyle razy… – Niee, nie przy łóżku – roześmiała się cicho. – Jeszcze mój kot wybrałby sobie jej donicę do spania. Nie, nie ma mowy. Nie trzymam jej nawet w sypialni – choć miała w niej kwiaty, jak można się było spodziewać, albo po prostu rośliny. Różne. Oczyszczały powietrze, tworząc w pomieszczeniu pewien klimat, w którym lepiej się odpoczywało. Miała zresztą pełno roślin w całym domu. A teraz zresztą była w trakcie przeprowadzki – kolejnej. Ale uważała, że potrzebnej. Żadnych bębnów, żadnych stuków. Tylko cisza i święty spokój. – Boisz się o konkurencję w postaci donicy? – zażartowała. – No zobaczę… – drażniła się z nim dalej. Ubrała zresztą na nowo rękawiczkę na dłoń i podniosła donicę z kwiatem, gdy Christopher zabrał już dłoń z jego płatków. – Tak naprawdę to chciałam go wcisnąć jakiemuś skrzatowi, zabrałabym ją sobie później – kontynuowała, gdy już szła z powrotem ku wyjściu z oranżerii. – Ale może powinnam ją zmniejszyć i nosić pod pachą jako drugiego partnera? To co, masz ochotę na to wino? – przypomniała mu o fontannie i nadal wirujących w powietrzu kieliszkach.