Ponownie: nie uważał, że nie ma żadnego szacunku do Geraldine, mimo że jej to poniekąd sugerował. Wręcz przeciwnie. Miał dla niej respekt, ale równie dużo innych emocji przysłaniało mu wspomnienia ich pierwszych kontaktów. Na początku było całkiem przyzwoicie. Mieli solidne podstawy, żeby zbudować relację. Kiedy wszystko się skomplikowało, skomplikowały się również jego reakcję na przebywanie w towarzystwie Yaxleyówny.
Natomiast w żadnym wypadku nie przewidywał, że jego życzenie spędzenia z nią jak najmniej czasu spełni się w tak nieprzewidywalny sposób. Pokrętny nawet. Raczej miał na myśli załatwienie zlecenia i powrót do towarzyskiej próżni a nie zamianę w dwójkę ludzi tak do nich podobnych i jednocześnie tak innych. Ta nagła zażyłość powinna obudzić sprzeciw w mózgu Greengrassa, ale to już nie był całkiem jego mózg. Świadomość została wyparta przez kogoś innego, kto miał naprawdę silny wpływ na odbiór iluzji.
Zakochani do obłędu zazwyczaj tak mają.
- Nie mógłbym w nim żyć bez Słońca - odpowiedziedział żarliwie, ściskając jej dłonie.
Nie wiedziała o wielu rzeczach. O tym, że miała trafność w swoich słowach o mroku, ale nie chciał zapoznawać jej z tym wszystkim. Dzięki niej był teraz pod ochroną ciepłych promieni. W jego duszy gościła wiosna. Znacznie łatwiej mu przychodziło odsuwać mrok w niebyt. Prawie nie musiał udawać, że te wszystkie cienie nie istnieją. Odkąd przy nim była, wycofały się i zaczęły znikać. To dlatego jeszcze bardziej nie mógł bez niej żyć. Nie wyobrażał sobie, że miałoby być inaczej niż pragnęli. To szczęśliwe życie już się rozpoczynało. Byli sobie pisani.
- Mogłoby być jak w bajkach, wiesz? Mówiliby o nas przez lata. Rozpowiadaliby legendy o porwaniu pięknej panny i rozpłynięciu się z nią we mgle - odrzekł gładko, wpatrując się w nią jak w gwiazdy. Bo była jego największą gwiazdą - Słońcem życia. - Ale tak. Wolę to zrobić zgodnie z twoimi pragnieniami. Już niedługo - zapewnił.
Niedługo będą mogli być razem. Sami. Zaczną nowe życie. Otworzą się przed nimi wszystkie dni a on przeznaczy długie godziny, żeby wycałować każdy centymetr jej ciepłego, kochanego ciała. Korzystając z przemowy i wzroku ludzi na chwilę skierowanego nie na nich, wtulił nos w jej włosy. Uwielbiał ten zapach. Zawsze przepięknie pachniała, choć dzisiaj jakby inaczej. Czyżby na specjalną okazję?
Chciał skomentować coś o tym, jak bardzo cieszył się, że wszystko przebiega w ten sposób. Nie zdążył. To była zła wróżba. Rozbłysk na policzku kogoś, kto powinien sam najpiękniej błyszczeć. Od niej się zaczęło.
Poderwał się od stołu razem z ukochaną, którą nadal obejmował ramionami. Nie uprzedził, że muszą wstać. Nie zastanowił się nad tym tylko zdecydowanym ruchem pociągnął ją w górę. Robił wszystko, żeby żadne z nich dłużej nie patrzyło na środek sali. Widział dostatecznie dużo. Nie interweniował, bo nie umiał. Serce mu łomotało, jakby nie wiedziało czy lepiej wyrwać się z piersi, czy wyjść przez zaciśnięte gardło. Czuł suchość w ustach a obrazy i dźwięki dochodziły do niego nierównocześnie. Któreś było za każdym razem opóźnione w stosunku do tego drugiego. Tak, jakby ktoś mu założył coś półprzezroczystego na głowę.
Nie odczuwał przeświadczenia, że powinien ruszyć w tamtym kierunku. Wokół stołu zebrało się kilka osób, które zasłoniły im widok. Skrzaty domowe też się już pojawiły. Ktoś musiał im pomóc. Charles zawsze powtarzał, że w sytuacji krytycznej na pewno da radę, ale w rzeczywistości było inaczej. Czuł, że ma związane ręce. Był młodym stażystą w banku Gringotta a nie autorem czy uzdrowicielem. W tej sytuacji chyba nie było czego uzdrawiać. Nie chciał tak myśleć. O tym myśleć! Ale te myśli przepełniały mu głowę, bo im na to pozwolił. Wpuścił je tam i czuł, że zaraz doprowadzą go do szarpania za włosy na głowie.
Zamiast tego mocniej objął kobietę w swoich ramionach. Nie mógł dopuścić do tego, żeby w ten sposób się dowiedziała. Była dostatecznie roztrzęsiona. Nie dało się nie spanikować, kiedy ludzie dookoła nerwowo miotali się i krzyczeli. Kątem oka widział też, że niektórzy w pośpiechu szykowali się do opuszczenia budynku objętego zaklęciem przeciwko niezatwierdzonej teleportacji. Charles odrzucił myśl, że teraz nikt już nie miał jej zatwierdzić. Nie chciał! To na pewno nie było tak! Ktoś miał zaraz coś zrobić!
Tulił Beatrice do siebie, stojąc jak słup soli i zaciskając dłonie na jej sukni. Już nie w tak pożądliwy sposób jak przed chwilą. Ta atmosfera podniecającej intymności wbrew byciu w towarzystwie już dawno gdzieś wyparowała. Teraz trzymał ręce na jej łopatkach, zaciskał i prostował palce, żeby je czymś zająć. Musiał ją mieć przy sobie. Nie tylko dla niej. Dla siebie też. Była Jego Opoką. Nie mówił tego bezmyślnie. Tylko ona dawała mu oparcie, choć sama też była przestraszona.
Nie odnotował, ile tak stali. To mogła być minuta, ale mogło być znacznie dłużej. Nic nie mówił. Zaciskał zęby, walcząc z tym, żeby nie dygotać. Nie próbował wyjaśniać ukochanej, co się dzieje. Sam nie wiedział. Nie potrafił zapewnić, że zaraz wszystko będzie dobrze. Widział więcej niż ona. Często więcej od innych ludzi. Zawsze był tego pewien. Udawał, że nie, ale cienie próbowały wkradać się w jego świat. Dziś widział Ten Konkretny, o którym najbardziej nie mógł mówić na głos.
Wtem w tym zamieszaniu rozległ się tubalny głos. Najprawdopodobniej wzmocniony różdżką przyłożoną do strun głosowych. Przecież wuj Beatrice był komentatorem meczów w Quidditchu. Umiał zwrócić uwagę wszystkich zgromadzonych. Charles bezwiednie odnotował, że we wszystkim wejściach stanęło po jednej osobie wraz ze skrzatem domowym którejś z rodzin. Wszyscy pozostali zgromadzili się jak najdalej od stołu i żyrandola, który był teraz niedostrzegalny. Powinien tam być, ale go nie było. Iluzja?
Charlesowi ciężko było się skupić na słowach krewnego jego kobiety. Ledwo odnotowywał sens zdań. Dopiero czyjaś dłoń na ramieniu uświadomiła mu, że muszą iść. Byli odprowadzani do pokojów na górze. Niezliczona liczba gości została skierowana na przepastne piętra do pokojów gościnnych i saloników. Czyjaś ręka pchnęła go w kierunku wyjścia, przez które wychodziło najmniej osób, bo prowadziło do prywatnej części dworku.
Nie mógł puścić Beatrice, ale widział, w jakim jest stanie. Bez wahania wziął ją na ręce. Prawie nie odczuwał ciężaru. Adrenalina zaczęła buzować mu w żyłach. Serce nadal mu łomotało, kiedy oddalili się za kimś (to była żona wuja Beatrice, tak) w kierunku schodów na piętro. Nie czuł wysiłku wkładanego w to, żeby po nich wejść. Czuł wyłącznie szok i niewidzialne wiadro na głowie.
Weszli do jego kompleksu sypialnianego. Pomyśleć, że jeszcze chwilę temu marzył o tym, żeby móc się tu znaleźć z ukochaną jak najszybciej. Teraz posadził ją na brzegu szezlongu niedaleko łóżka, po czym bezsilnie opadł na kolana, kryjąc twarz w jej sukni. Zacisnął dłonie na kolanach kobiety, gniotąc materiał. Nic nie mówił. Starał się nie dać ponieść emocjom. Nie mógł okazywać emocji, bo najpewniej zacząłby szlochać razem z nią.
Nie zwrócił uwagi na to, co mówiła do nich żona wuja ani na to, kiedy wyszła. Zignorował też dźwięk klucza w zamku.