Nie miał wobec niej żadnych oczekiwań ponad te, że dziewczyńsko zniknie mu z oczu, oszczędzając przy okazji jego uszy i momentalnie poprawiając mu tym dzień. Mając na myśli to, że był okres, gdy naprawdę liczył na jej względy, mówił o późniejszych latach. O okresie, gdy bardzo gwałtownie przechylił się w drugą stronę. Wtedy, kiedy wręcz oczekiwał, że Yaxleyówna będzie jak najczęściej znajdować się w jego polu widzenia.
Najchętniej zupełnie naga. Ciepła, wilgotna i zdyszana. Rozchochrana, pozbawiona skrępowania, sunąca ręką po jego równie pozbawionym ubrań ciele i posyłająca mu spojrzenia sugerujące, że mogli kolejny raz sięgnąć po więcej. Piękna wizja. Naprawdę.
- Dobrze wiesz, że nie mówię o wtedy - upomniał Geraldine, cicho parskając pod nosem i posyłając dziewczynie pobłażliwe spojrzenie, zanim pokręcił głową. - Niczego mi nie ułatwisz, co? - Tak właściwie, wcale nie musiała mu na to odpowiadać.
Przecież ją znał. Doskonale wiedział, że potrafiła wyłapywać dokładnie te słówka, których potrzebowała w danym momencie, żeby trochę się z nim podroczyć. Umiała zmienić kontekst rozmowy. Niemalże na życzenie sprawić, że w przeciągu zaledwie kilkunastu sekund zaczynał zupełnie się plątać i miotać.
Był przy niej jak szczyl. Jak szczeniak, który być może doskonale wiedział, czego chce, ale jednocześnie niemal za każdym razem kończył dokładnie w ten sposób. Wmanewrowany w rozmowę o tym, dlaczego powinien zrobić coś, czego wcale nie planował robić i czemu to była najsłuszniejsza decyzja, jaką mógł podjąć.
Co bardziej ironiczne, wciąż będąc nazywanym osłem, nawet jeśli we własnych oczach naprawdę potrafił iść z nią nawet na z pozoru najbardziej absurdalne kompromisy. Dałby tej dziewczynie wszystko, o co tylko by go poprosiła. Praktycznie każdą z rzeczy, jakie mógłby jej dać. Nie zawahałby się przed tym dłużej niż przez chwilę.
Teoretycznie to on był tu ekspertem od cyrografów. W teorii to on ją usidlił, uwiódł, wmanewrował w coś, z czego nie było już żadnej możliwości ucieczki. Nie dało się wycofać. Opcja reklamacji nie wchodziła w grę. Mówili o tym parokrotnie w przeciągu kilku ostatnich godzin, prawda? O tym, co ich połączyło, łączy i co miało ich łączyć. O pakcie z diabłem.
A jednak bywały dokładnie takie chwile jak ta, kiedy tylko przed samym sobą był w stanie przyznać, że może nie wyglądało to aż tak jednoznacznie. Jasne, wielokrotnie na głos przyznawał się do tego, że to ich wspólna sprawa. Ich szczęście. Ich... ...cóż... ...w ostatnim czasie nazywał to ich bagnem, do którego wcale nie chciał jej z powrotem wciągać.
Tyle tylko, że w gruncie rzeczy sama w nie weszła. Zabrnęła tam sam nie wiedział, kiedy właściwie. Dzień za dniem, noc po nocy. Nie chciał spędzać ich osobno. W dodatku mając świadomość, że osobno także nie było im lepiej. Nie pozostało mu nic innego jak skapitulować. Kto tu kogo nakłaniał?
- O moją osobowość? Charakter? - Podpowiedział bez przekonania, przymrużając jedno oko i łypiąc w kierunku Yaxleyówny, żeby skarcić ją spojrzeniem; klasnął językiem o podniebienie, w końcu po prostu wzdychając pobłażliwie. - Rozumiem, nie krępuj się - nie to, żeby szczerze wierzył, że jego dziewczyna zamierzała jakkolwiek się krępować.
Tak naprawdę od pierwszej chwili byli wobec siebie całkiem bezwstydni. Niemalże od razu przeszli do badania swoich granic. Do tego jak daleko mogą posunąć się w poszukiwaniu obopólnej przyjemności. Odpowiedź brzmiała daleko. Ale przecież w gruncie rzeczy nie było to nic dziwnego. Tu także po prostu się ze sobą zgrywali.
Nie bez powodu nie było między nimi tego początkowego zawstydzenia. Oporów towarzyszących młodym stażem parom. Sięgnęli po to, czego oboje chcieli. Pierwszy, drugi i każdy kolejny raz. Gdyby tylko byli w stanie zrobić to na zupełnie wszystkich płaszczyznach...
...ich życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej.
- I tak, i nie? - Odparł bez głębszego namysłu, bowiem wcale nie czuł, by musiał zastanawiać się nad tą odpowiedzią.
W kontekście tego, o czym rozmawiali, te słowa przyszły same z siebie. Nie mogły być bardziej klarowne. Zupełnie przeciwnie od tego wszystkiego, o czym myślał, bo tutaj nie był już aż tak zdecydowany. Coraz bardziej się motał, nawet jeśli nie chciał tego przed sobą przyznać.
Wiedział, do czego pije. Tego, że być może nie jest to wyłącznie żart. Zabawna, lecz bezsensowna sugestia. Tyle tylko, że nie do końca uważał to za słuszne czy naturalne, więc sprowadzał to do tego lekkiego, zaczepnego a co by było, gdybyśmy?
To były raczej te natrętne, zdecydowanie niechciane myśli, więc nie chciał traktować ich poważnie. To były powoli wysnuwane wnioski, więc miał co do nich obiekcje. Czy właściwe? Nie miał pojęcia. W tej chwili po prostu mówił to, co chciał powiedzieć.
Paradoksalnie, łapiąc się nad tym, że nie robił tego od bardzo dawna. Nie w tej kwestii. Nie w tym temacie. Przy Rinie jakoś łatwiej było mu to powiedzieć na głos, szczególnie, że przecież tylko teoretyzowali, prawda? Nie mówili o czymś, co naprawdę mogliby zrobić. Nie byli aż tak porywczy i nieodpowiedzialni.
A może?
- Zrób to ze mną. Nie dzisiaj, nie jutro, nawet nie za kilka dni, ale zrób to ze mną - to byłoby zarazem tak proste i tak skomplikowane, prawda?
Zawinąć się gdzieś zupełnie sami. Nie informując nikogo innego. Nie mówiąc, gdzie będą i co zamierzają. Zniknąć bez potrzeby tłumaczenia się z czegokolwiek. Zatracić się w sobie nawzajem. Postępować głupio i nierozważnie. Zachowywać się jak dwoje młodych, zakochanych ludzi spuszczonych ze złotego łańcucha.
Nie wiedzieć, kiedy ani nawet czy w ogóle kiedykolwiek wrócą. Nie przejmować się magiczną wojną, nie czuć odpowiedzialności za członków rodzin ani za nic innego. Po prostu rozkoszując się wolnością.
Tak naprawdę nigdy tego nie mieli, czyż nie? Nawet wtedy, kiedy wydawało im się, że mogą decydować sami za siebie, zawsze gdzieś z tyłu głowy mieli tę resztę, o której nigdy nie mówili. Mogli nie przejmować się tym, co myślą o nich ludzie, ale na swój pokrętny sposób byli bardziej odpowiedzialni od większości ludzi w ich wieku.
Inaczej dawno podjęliby niektóre decyzje.
- Chcę - zaczął, jednocześnie biorąc głęboki wdech, gdy jej palce przesunęły się po jego nagiej skórze, zaczepiając nie tylko o sam brzeg bielizny.
Nie mógł już dłużej dyskutować. Nie potrafił nadal skupiać się na wypowiadanych słowach. Nawet, jeśli nie kazałaby mu się przymknąć, bezwolnie poddawał się wrażeniu tak duszącego gorąca, że już nawet oddychanie stawało się wyzwaniem. Jej dotyk go palił. Parzył. Przeszywał gwałtownym dreszczem przechodzącym od kręgosłupa aż po podbrzusze pulsujące ciepłem.
Być może pogrywał sobie z dziewczyną, przedrzeźniając ją i korzystając z naprawdę żenująco nie pasujących do nich słów. Możliwe, że jego teatralne skamlanie zasługiwało na dokładne to spojrzenie, jakim go obdarzyła. Jednak w pewnym sensie wcale nie kłamał. Chciał, żeby przestała być tak sadystycznie powolna, kiedy doskonale wiedziała, że już i tak wygrała to starcie.
Ich pierwszy wspólny dzień też taki był, czyż nie? Z początku gwałtowny i żarliwy. Rozpoczęty w momencie, w którym ich usta spotkały się po raz drugi, jednak jednocześnie zupełnie tak, jakby nie robiły tego nigdy wcześniej. Z chwilą, w której przyciągnął ją do siebie, opadając plecami na mokry piasek, brudząc sobie tamto jasne, eleganckie ubranie, ale mając to zupełnie gdzieś. Liczyła się tylko ona.
Ona i to, w jaki sposób bez dalszych zbędnych słów wymknęli się wtedy z tamtego przyjęcia. Nie informowali o tym nikogo, opuścili je razem, wymykając się do lasu przez dziurę w ogrodzeniu. Przemykając się między drzewami do momentu aż byli w stanie teleportować się wspólnie do Londynu. Trzymając się za rękę, splatając palce.
Wymieniając spojrzenia, kradnąc sobie coraz bardziej żarliwe pocałunki. Zjawiając się na klatce schodowej prowadzącej do tego samego mieszkania, w którym teraz byli. Niemalże potykając się na schodach, nieustannie rozpraszając się nawzajem swoją obecnością.
Wpadając do mieszkania z hukiem zamykanych drzwi. Ledwie pamiętając, żeby przekręcić klucz w zamku, jednocześnie już zrzucając z siebie elementy garderoby. Jedne mniej, inne bardziej w nienaruszonym stanie. Czerwona sukienka nie przeżyła spotkania z jego dłońmi. Nagle tak bardzo nieporadnymi, gdy przyszło do rozpinania szeregu guziczków na plecach.
Pamiętał to, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj. Od tamtego momentu minęły lata, ale ten żar nigdy nie wygasł. Wręcz przeciwnie. To, co robili w tej chwili świadczyło wyłącznie o tym, że w zaledwie kilka minut był w stanie zapłonąć na nowo. Intensywny i niepowstrzymany. Prowadzący ich tylko w jednym kierunku. W swoje ramiona.
Chłonął ten widok od początku do końca. Moment, w którym zawisła nad nim, łaskocząc go włosami w szyję i posyłając mu ostatnie figlarne spojrzenie przed tym pierwszym pocałunkiem. Długim, odbierającym dech w piersiach. Tak przeciągłym jak to tylko było możliwe. Niemal instynktownie wsunął język między jej wargi, odwzajemniając wszystko to, co z nim robiła. Pragnąc dać jej to, czego chciała.
Choć tak właściwie to ona była tu prowodyrem całej sytuacji. To w jej rękach spoczywała możność zakończenia tego całego oczekiwania. Słodkiego, a jednak na swój sposób zaczynającego wadzić im obojgu, tak? Nie wątpił w to nawet przez chwilę. W końcu ją znał.
Doskonale wiedział, gdy znajdowała się na samej krawędzi. Kiedy trzymała się z dala od niego jeszcze wyłącznie samymi ostatkami niezwykle silnej woli. Gdy wszystko inne wskazywało na to samo, co towarzyszyło mu od tak wielu minut. Zbyt wielu, by mogli dalej ze sobą pogrywać. Żeby mogli prowadzić te zupełnie zbędne dyskusje.
Negocjacje, nie negocjacje. Targi, umowy, kontrakty, cyrografy. Na koniec dnia i tak wszystko sprowadzało się do jednego. Należeli do siebie nawzajem. To nie miało się zmienić. Już nigdy.
Mogli próbować wygasić ten płomień. Udawać, że są w stanie trzymać się od siebie z daleka. Że nic już ich nie łączy. Nie mogą na siebie patrzeć, przebywać w jednym pomieszczeniu dłużej niż to konieczne, nawet próbować podejmować dialog. A jednak to wszystko było jedynie marną próbą przeciwstawienia się rzeczywistości. Temu, co było dla nich najbardziej słuszną drogą.
Chciał z nią być. Nie pragnął niczego innego jak tylko zasypiać i budzić się przy niej. Spędzać razem kolejne dni i noce. Nie liczyć godzin, bo po cóż mieliby to robić? Nawet, jeśli mówili sobie o czasie, w jakim należało, by wyrobili się z wyjściem z domu, przecież nikt ich do tego nie zmuszał.
Mogli wykorzystać go aż do ostatniej minuty. Później przekraczając go tak, jakby zupełnie się nie liczył. Bowiem dokładnie tak było. Te wszystkie plany nie miały już niemalże żadnego znaczenia. Nie, gdy na nowo znaleźli się przy sobie. Kiedy rozpięła klamrę jego paska, zsuwając mu spodnie i sięgając niżej, mimowolnie wygiął wargi w uśmiechu.
Oczywiście, że otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Równie szybko je zamykając. Tym razem z pomocą, wobec której przyjęcia nie miał żadnych oporów. Odwzajemnił pocałunek, przeciągając go o kilka sekund za długo. Tak, by odebrać im obojgu dech w piersiach, jeszcze bardziej przyprawiając jego własne serce o szybsze bicie.
Nie potrafił zapanować nad głębokim, gardłowym pomrukiem, jaki wydostał się z samej głębi jego krtani, gdy dziewczyna wreszcie znalazła się nad nim w ten zupełnie właściwy sposób. Kiedy gładkim ruchem opadła na niego, moszcząc mu się na biodrach, które uniósł niemal bezwiednie, ułatwiając jej złączenie ich ciał po raz kolejny. To było tak cholernie dobre.
Moment, w którym przestali przeciągać nieuniknione, odraczać swoją nagrodę za wytrwałość.
Nie potrzebowali wiele więcej. Żadnych zbędnych słów, żadnych chaotycznych, nieskoordynowanych ruchów podobnych do tych, które towarzyszyły im tego poranka, gdy pierwszy raz zbliżyli się do siebie z myślą, że tak będzie już zawsze, na zawsze. Od tamtej pory wszystko zaczęło nabierać innego tempa, zupełnie nowego smaku. W końcu nie musieli już nigdzie gnać. Nie przejmowali się jutrem.
Tym razem ich ciała same odnalazły właściwy rytm. Zadziwiająco głęboki i powolny. Dokładnie taki jak pocałunki, które wymieniali. Nie musieli się spieszyć. Mogli czerpać przyjemność z każdego kolejnego ruchu bioder. Z żarliwego, a jednak niespiesznego pocałunku. Z urywanego oddechu, ze stłumionego pomruku, ze smaku warg. Z siebie nawzajem.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down