13.05.2024, 23:13 ✶
Flynn był absolutnie beznadziejny w ukrywaniu swoich emocji, kiedy nie wczuwał się w swoje ekstrawertyczne alter-ego. Zasłonił twarz dłońmi, ale i tak było widać jak robi się czerwony przez głębokie rozmyślanie o czymś, najpewniej o tym, że Bletchley nie skomentował w żaden sposób tego „nie”, czyli dał mu pole do dopowiedzenia sobie najgorszej z możliwych opcji. Komu spodobałaby się odpowiedź tragicznego romantyka? Takiego, co zamiast „zakochałem się wielokrotnie, było cudownie” wspominał wszystkie swoje niepowodzenia, recytował każdą porażkę, gonił za tymi wspomnieniami, ale najwyraźniej nie po uśmiech tylko użalanie się nad absolutnie każdym okruchem, jakiego nie mógł mieć. Wolał ten stan, kiedy o tym wcale nie myślał, niestety kiedy nie miał nic do roboty w Fantasmagorii, zwykle robił właśnie to - wspinał się na jakieś drzewo w okolicy, palił tam papierosa za papierosem i wył do księżyca. W takiej scenerii właśnie zastał go Bulstrode - może wcale nie pobił go przez te dzieciaki, może po prostu świat miał go dosyć, może...
Nie, nie miał.
To było tak cholernie dziwne, jak łatwo było wpaść głową do takiego dołu i zacząć płakać, tylko po to, żeby usłyszeć sprowadzające cię na ziemię „nie śpiewam za dobrze”. Nie odpowiedział absolutnie nic, ale odkrył swoją twarz i zobaczył szarość górujących nad nimi drzew. Całkiem lubił widok światła przebijającego sie przez liście. Lubił też głos Caina, mówiącego mu dokładnie to, czego się po nim spodziewał. Że to dobrze, nic nie szkodzi. Zabrakło tylko „a tak w ogóle to kocham cię”, bo może słyszał to już dziesiątki razy, ale nic nie zaszkodzi usłyszeć to dziesiątki razy plus jeden.
Zamiast słów przyszedł dotyk. Na to nie narzekał nigdy.
Zaśmiał się cicho, bo nie, nikt przez całe życie go w ten sposób nie podniósł. Nawet kiedy był dzieckiem. I ten uśmiech pozostał na jego twarzy, wraz z rumieńcem sprzed chwili, ale tym razem nie wyglądał na zawstydzonego, był zwyczajnie radosny. Ta radość nie zniknęła, kiedy niczym Jim uraczył go kompletnie niezrozumiałą dla niego przypowieścią o Jezusie, ale coś w jego oku na moment zgasło - na tę jedną sekundę, jaką trwało powiedzenie „nie będąc sobą”, bo kim on był? Doczepką do innych. Nie potrafił odnaleźć w sobie rzeczy definiujących go jako odrębnego od innych człowieka. Nawet tę muzykę, o jakiej opowiadał, kontrolowali inni. On potrafił tylko płynąć z jej rytmem, albo wyrywać sobie włosy z głowy, kiedy ktoś narzucał mu niechciane tempo.
- Łał - mruknął, bo tak sobie pomyślał, że chociaż nic błyskotliwego już z siebie nie wydusi, to może go jeszcze rozbawi - powiedz to jeszcze raz. - Korzystając z takiej bliskości pocałował go delikatnie. - Byłbyś tak cholernie seksowny jako ksiądz. - I wstał.
Pozbierali ten bałagan, jaki tu zrobili, część wcisnął jemu, część sobie, bo przecież musiał mieć wolną rękę, za którą zamierzał trzymać go tak długo, jak znajdowali się daleko od cywilizacji. Podniósł jeszcze ten koc, po czym zadarł głowę do góry i...
- Skarbie, dom jest w drugą stronę.
Cmoknął ustami w lekkim rozbawieniu, kiedy Bletchley zawrócił. Było mu tak cholernie ciepło i teraz nie opuszczała go pewność, że powodem nie była tylko pogoda.
Nie, nie miał.
To było tak cholernie dziwne, jak łatwo było wpaść głową do takiego dołu i zacząć płakać, tylko po to, żeby usłyszeć sprowadzające cię na ziemię „nie śpiewam za dobrze”. Nie odpowiedział absolutnie nic, ale odkrył swoją twarz i zobaczył szarość górujących nad nimi drzew. Całkiem lubił widok światła przebijającego sie przez liście. Lubił też głos Caina, mówiącego mu dokładnie to, czego się po nim spodziewał. Że to dobrze, nic nie szkodzi. Zabrakło tylko „a tak w ogóle to kocham cię”, bo może słyszał to już dziesiątki razy, ale nic nie zaszkodzi usłyszeć to dziesiątki razy plus jeden.
Zamiast słów przyszedł dotyk. Na to nie narzekał nigdy.
Zaśmiał się cicho, bo nie, nikt przez całe życie go w ten sposób nie podniósł. Nawet kiedy był dzieckiem. I ten uśmiech pozostał na jego twarzy, wraz z rumieńcem sprzed chwili, ale tym razem nie wyglądał na zawstydzonego, był zwyczajnie radosny. Ta radość nie zniknęła, kiedy niczym Jim uraczył go kompletnie niezrozumiałą dla niego przypowieścią o Jezusie, ale coś w jego oku na moment zgasło - na tę jedną sekundę, jaką trwało powiedzenie „nie będąc sobą”, bo kim on był? Doczepką do innych. Nie potrafił odnaleźć w sobie rzeczy definiujących go jako odrębnego od innych człowieka. Nawet tę muzykę, o jakiej opowiadał, kontrolowali inni. On potrafił tylko płynąć z jej rytmem, albo wyrywać sobie włosy z głowy, kiedy ktoś narzucał mu niechciane tempo.
- Łał - mruknął, bo tak sobie pomyślał, że chociaż nic błyskotliwego już z siebie nie wydusi, to może go jeszcze rozbawi - powiedz to jeszcze raz. - Korzystając z takiej bliskości pocałował go delikatnie. - Byłbyś tak cholernie seksowny jako ksiądz. - I wstał.
Pozbierali ten bałagan, jaki tu zrobili, część wcisnął jemu, część sobie, bo przecież musiał mieć wolną rękę, za którą zamierzał trzymać go tak długo, jak znajdowali się daleko od cywilizacji. Podniósł jeszcze ten koc, po czym zadarł głowę do góry i...
- Skarbie, dom jest w drugą stronę.
Cmoknął ustami w lekkim rozbawieniu, kiedy Bletchley zawrócił. Było mu tak cholernie ciepło i teraz nie opuszczała go pewność, że powodem nie była tylko pogoda.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.