• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Whitecroft Street [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny)

[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny)
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#61
04.10.2026, 01:08  ✶  
Przez chwilę przyglądałem jej się z ukosa, próbując rozstrzygnąć, czy moje słowa rzeczywiście trafiły na podatny grunt i czy Prue postanowiła wykorzystać nadarzającą się okazję, żeby odgryźć mi się za niezbyt taktowną próbę rozluźnienia tej iście grobowej atmosfery panującej między nami przez cały spacer do kowenu Whitecroft, co zresztą byłoby całkowicie zrozumiałe, zasadne i poniekąd chciane, gdybym tylko miał pewność, że nie zamierzała teraz dodatkowo zadręczać się sugestią z mojej strony, że rodzinna kolacja w domu jej rodziców była dla mnie nieodwracalnie druzgocącym doświadczeniem, które w jakikolwiek sposób zmieniało mój sposób patrzenia na świat wokół nas, nas samych i nasz związek. Pamiętałem dostatecznie dobrze te wszystkie momenty, w których potrafiła odpowiedzieć mi z pozorną lekkością, celnie i szybko, jednocześnie pozostając myślami daleko poza miejscem, w którym akurat się znajdowaliśmy, i chociaż nie zawsze umiałem od razu trafnie odgadnąć, co dokładnie chodziło jej po głowie, zwykle dostrzegałem przynajmniej tyle, że coś ją uwierało i mogłem na tej podstawie wyciągnąć dalsze wnioski - pomimo upływu lat - znałem ją dostatecznie długo, żeby być w stanie rozpoznać różnicę pomiędzy zwyczajnym zamyśleniem, zmęczeniem po zbyt długim dniu oraz tym szczególnym rodzajem milczenia, w którym próbowała poukładać sobie w głowie cudze słowa, rozłożyć je na części pierwsze, sprawdzić każdą możliwą interpretację, po czym wrócić do punktu wyjścia z jeszcze większą liczbą wątpliwości niż na początku. Tym razem nie musiałem nawet szczególnie się wysilać, żeby połączyć nastrój mojej dziewczyny z wizytą, podczas której miałem wątpliwą przyjemność przekonać się, że podobne spotkania, niezależnie od środowiska, potrafiły być znacznie bardziej wymagające od większości zleceń, jakie przyjmowałem, zwłaszcza jeśli trafiałem na kogoś święcie przekonanego o swoich racjach i nie dopuszczającego do siebie żadnych argumentów spoza katalogu tych własnych. Mogłem rozpoznać, kiedy coś ją uwierało, tym razem źródło problemu znajdowało się wystarczająco blisko, żebym nie musiał nawet specjalnie wysilać wyobraźni, bo przecież byłem jedną stroną konfliktu, przez który tegoroczne Mabon nie przebiegło zgodnie z tradycją.
Jeśli o mnie chodziło, największy problem stanowił oczywiście John Bletchley, który uznał, że powinien wykorzystać okazję do przypomnienia mi o wszystkich powodach, dla których nie powinienem znaleźć się w pobliżu jego córki - co prawda - nie powiedział mi tego przy stole wprost, ponieważ najwyraźniej zależało mu na zachowaniu pozorów przyzwoitości, ale w pewnym momencie przestałem mieć wątpliwości, że nie chodziło mu wyłącznie o moje pochodzenie, pozycję, wykonywany zawód ani o tę całą listę zastrzeżeń, którą można było z łatwością sporządzić na podstawie kilku powierzchownych informacji. Rozpoznał mnie, widziałem to w jego spojrzeniu, w krótkim zawahaniu, które pojawiło się na twarzy mężczyzny, zanim pan Bletchley zdążył przybrać kolejną z tych uprzejmych min, w sposobie, w jaki zaczął ważyć słowa, z przesadną starannością, jakby nagle przypomniał sobie, że niektórych rzeczy lepiej było nie wypowiadać w obecności osób, które nie powinny były ich usłyszeć.
Nie powiedziałem o tym Prue, ale kiedy znaleźliśmy się sami w kuchni, za zamkniętymi drzwiami, gdzie John wreszcie porzucił resztki towarzyskiej ogłady, pan domu postanowił dosyć jasno wyjaśnić mi, co właściwie sądził o mojej obecności - oskarżył mnie o wystarczająco wiele, żeby starczyło na kilka kolejnych spotkań, gdybyśmy obaj mieli nieszczęście ponownie znaleźć się w tym samym pomieszczeniu, po czym przemilczał jeszcze więcej, dając mi do zrozumienia, że wiedział o mnie rzeczy, których nie zamierzał przedstawiać przy świadkach, nie z uwagi na moje dobro. Nie zapytałem, skąd je znał, ponieważ odpowiedź nie miała większego znaczenia, nie zamierzałem też udawać, że nie rozumiałem, co próbował mi przekazać, chociaż nie wszystkie jego osądy zasługiwały na poważne potraktowanie - byłem gotów wysłuchać konkretnych zarzutów, nawet jeśli nie wszystkie przypadłyby mi do gustu, ale nie miałem zamiaru brać na siebie odpowiedzialności za niewypowiedziane pretensje, których treść pozostawała tajemnicą pilniej strzeżoną niż niejedne srebra ukryte w rodowej skrytce.
Mogłem napomknąć, że John zachował się wobec mnie jak nadęty bufon, ale Prue wiedziała o tym bez mojej pomocy, mogłem również stwierdzić, że jego zdanie nie miało dla mnie znaczenia, co brzmiałoby całkiem przekonująco, gdyby nie fakt, że zdążyłem już spędzić kilkadziesiąt minut, analizując naszą rozmowę i wracając do tych fragmentów, w których powiedziałem za dużo lub zbyt mało, nie zamierzałem natomiast wspominać o ustnej weryfikacji mojej tożsamości, bo nie potrafiłem jasno ocenić, jakie konsekwencje mogłoby mieć to dla niej, dla mnie oraz dla wszystkiego, co już zdążyło się między nami wydarzyć - nie była to tajemnica, którą dało się bezpiecznie rozwiązać jednym zdaniem rzuconym przy okazji spaceru, szczególnie jeśli miała otworzyć drzwi do pytań, na które sam nie byłem gotów odpowiedzieć - znałem swoje położenie lepiej, niż chciałem, wiedziałem, że niektóre rzeczy nie miały przed sobą długiej przyszłości, nawet jeśli przez moment pozwalałem sobie zapomnieć o tym przyjemnym szczególe. Prue szła obok mnie, była moją dziewczyną, przynajmniej na tym etapie, a samo to określenie miało dla mnie więcej znaczenia, niż potrafiłem wyrazić bez narażania się na śmieszność, nie potrzebowałem więc żadnej wielkiej deklaracji, żeby wiedzieć, że zależało mi na niej wystarczająco mocno, by nie wykorzystywać jej zaufania ani nie traktować naszych zaskakująco szczerych, jak dotąd, rozmów jako wygodnego schronienia przed własnymi demonami. Nie miałem prawa decydować za nią, co powinna wiedzieć, ale nie potrafiłem też pozbyć się przekonania, że niektóre prawdy, kiedy zostały wypowiedziane w niewłaściwym momencie, potrafiły zniszczyć znacznie więcej, niż zamierzałem poświęcić.
- Naplawdę monumentalne, jak na tak podniosłą okazję pszystało. - Nie powiedziałem tego z zamiarem rozbawienia Prudence za wszelką cenę, chociaż nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby choć na moment udało mi się odciągnąć ją od tego uporczywego krążenia wokół rozmowy, która najwyraźniej wciąż rozgrywała się w jej głowie, tyle że bez udziału pozostałych uczestników. Sam zresztą nie byłem pod tym względem szczególnie lepszy, w moim przypadku roztrząsanie problemów zwykle kończyło się jednak znalezieniem sposobu, żeby je obejść, rozbroić albo przynajmniej odsunąć na tyle daleko od siebie, bym mógł zająć się nimi w dogodniejszym terminie, najlepiej nigdy.
Słysząc, iż „chyba” byliśmy przygotowani, spojrzałem na jej torebkę, której ciężar najwyraźniej nie pozostawiał wiele miejsca na wątpliwości dotyczące zawartości, po czym uniosłem lekko brew.
- Jeśli w ślodku masz jeszcze zapasową palę butów, tszy świece, dwa wieńce i coś, czym mosna w lasie potszeby odstlaszyś wyjątkowo natlętnego kapłana s tacą, stwieldzę nawet, sze jesteśmy przygotowani lepiej od większości wielnych. - To powiedziawszy, sięgnąłem do własnej torby, żeby upewnić się, że mój dar wciąż leżał tam, gdzie go wepchnąłem - własnoręcznie wykonany wieniec nie był może dziełem, które ktokolwiek położyłby na wystawie artystycznej, ale przynajmniej wiedziałem, z czego go zrobiłem i dlaczego poszczególne elementy znalazły się właśnie w tych miejscach, więc uznałem, iż w niczym nie miał ustępować innym podarkom pozostawionym dla Matki na ołtarzu.

k100 + 5 za 1 kropkę w rzemiośle -> 58 +5 = 63 tu


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#62
04.10.2026, 20:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2026, 20:53 przez Prudence Fenwick.)  

Prudence miała tendencję do nadmiernego analizowania sytuacji. Zwłaszcza wtedy, kiedy coś poszło nie po jej myśli. Wracała w swojej głowie do tego, co działo się jeszcze przed chwilą, odtwarzała każde słowo, które usłyszała, zastanawiała się nad gestami, nad mimiką rozmówców. Nie mogła nic z tym zrobić, tak już miała. Chciałaby o tym zapomnieć, udawać, że jej to nie obchodziło, w jej przypadku jednak to nie było takie proste. Zresztą nie była też mistrzynią ukrywania swoich emocji, jeśli ktoś ją znał, to mógł z niej czytać niczym z otwartej księgi, a tak się składało, że jej chłopak doskonale wiedział jak to robić.

Nie chciała tego przeżywać, zwłaszcza, że przed nimi była jeszcze wizyta w Kowenie, w którym mieli złożyć dary, ale jakoś nie mogła pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia. Obawiała się po prostu, że jak zawsze jej dobre intencje mogły przysporzyć niepotrzebnych problemów. Nie chodziło wcale o nią i jej uczucia, o to, że się zawiodła. Bała się po prostu tego, że jej ojciec może zrobić coś głupiego, chociaż chyba nie był, aż tak bezczelny. Nigdy by mu tego nie wybaczyła, na pewno zdawał sobie z tego sprawę.

- Fakt, okazja jest naprawdę wyjątkowo podniosła. - Wolała nie kontynuować rozmowy na temat nieszczęsnej kolacji, nie w tym miejscu. Znaleźli się tutaj przecież z zupełnie innego powodu. Próbowała jakoś wprawić się w lepszy nastrój, w końcu mieli zaraz składać ofiary Bogini, zdecydowanie lepiej by było, aby nie rozmyślała nad tym, co działo się przed chwila, tylko skupiła na tu i teraz, naprawdę starała się to zrobić. Nie było to jednak takie łatwe, myśli potrafiły bardzo łatwo uciekać tam, gdzie nie powinny. Przystanęła na moment, odetchnęła głęboko, zaciągnęła się dymem z kadziła, już nie teraz pomyślała sobie jeszcze. Bardzo, ale to bardzo chciała się skupić na tej chwili, to musiało zadziałać.

- Nie mam butów, myślisz, że powinnam nosić jedną dodatkową parę w torebce? - Szepnęła jeszcze, to całkiem skutecznie odwróciło jej uwagę od wcześniejszych problemów. Nie wpadła na ten pomysł, pewnie znalazłyby się tam jakieś rajstopy, czy podkolanówki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać, jednak buty? O tym nie pomyślała. Reszta rzeczy o których wspomniał Benjy znajdowała się w zasięgu jej ręki, bo faktycznie posiadała w swojej torebce większość przedmiotów, o których wspomniał, ale nie wydawało jej się, aby była wyjątkowa, kobiety chyba tak miały? Musiały być gotowe na wszystko, prawda?

Zbliżali się powoli do ołtarza, był to moment, w którym postanowiła wyciągnąć swoje dzieło. Zrobiła to bardzo ostrożnie, aby nie uszkodzić wieńca. Była zadowolona z tego, co udało jej się stworzyć. Nie była może szczególnie utalentowana, ale miała wrażenie, że ten wieniec naprawdę cieszył oko, albo jej się wydawało, albo ktoś, kto znajdował się za nimi skomentował ten dar i był to pozytywny komentarz. Prudence uśmiechnęła się sama do siebie. Nastrój zdecydowanie jej się poprawił.

Wyciągnęła swój dar przed siebie i położyła go na ołtarzu, przez chwilę wpatrywała się w posąg Matki. Postanowiła w myślach podziękować jej za ostatni czas, który był dla niej wyjątkowo dobry. W końcu w jej życiu pojawiło się nieco radości, po tych nie do końca przyjemnych latach. Naprawdę to doceniała i dałaby wiele, aby nic się nie zmieniało, nie mogła mieć jednak, aż takich wielkich życzeń, prawda? Zwłaszcza, że przecież wiedziała, że niekoniecznie Bogini mogła wpłynąć na pewne decyzje.



k100 + 5 za 1 kropkę w rzemiośle 79 +5 = 84 tu


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#63
05.10.2026, 18:36  ✶  
Chociaż to ja sam zacząłem temat tego, co trzymała i co jeszcze mogłaby swobodnie zmieścić w swojej przepastnej torbie wielkości małego nagrobka, nie miałem w tej kwestii szczególnie wiele do powiedzenia, bo sam nosiłem przy sobie rzeczy, których przeznaczenia nie potrafiłem czasem wyjaśnić bez uprzedniego zastanowienia się nad tym, w jakich okolicznościach właściwie je tam wepchnąłem - tylko zazwyczaj wciskałem wszystkie do kieszeni w spodniach - ale istniała chyba jednak pewna różnica między zapasowym sznurkiem, kilkoma fiolkami z komponentami oraz kawałkiem kredy rytualnej, a kompletną parą obuwia.
- No… Ym-mm–m. - Nie odpowiedziałem od razu, bo przez moment sam próbowałem sobie wyobrazić, co właściwie mogłoby znajdować się w podręcznym narzędziu magazynowo-defensywnym należącym do Prue, skoro najwyraźniej posiadała tam wszystko poza wspomnianą parą butów. Po kilku wspólnych wyjściach powinienem był już przywyknąć do tego, że jej torebka stanowiła osobny ekosystem, w którym rzeczy pojawiały się najwyraźniej według zasad znanych wyłącznie jej właścicielce, lecz nadal potrafiła mnie zaskoczyć. Spojrzałem na nią z ukosa, potem na jej obuwie, jakbym rzeczywiście przeprowadzał zawodową ocenę, chociaż w rzeczywistości próbowałem jedynie znaleźć odpowiednio poważną odpowiedź na pytanie, które po całym wieczorze było chyba najlepszą rzeczą, jaka mogła się między nami pojawić.
- Myślę, sze powinnaś. - Ostatecznie odpowiedź mogła być wyłącznie twierdząca. - Najlepiej dwie paly, jedną wysoką i jedną loboczą, na wypadek gdyby sytuacja wymagała nagłej ewakuacji pszes pogoszelisko, las albo dach. - Starałem się mówić na tyle cicho, aby nie zwracać na nas uwagi, bo w obecnych czasach humor tego typu z pewnością nie był dobrze widziany przez wszystkich ludzi dookoła nas, a chociaż zazwyczaj niewiele obchodziło mnie cudze zdanie, to tego wieczoru nie potrzebowaliśmy już raczej kolejnych kontrowersji. - Do tego niewielką sapelkę, linę, tszy świece, zapasowe skalpetki i coś do jedzenia. Wtedy będziesz naplawdę pszygotowana na wszystko, co mose pszynieść szycie. - Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zobaczyłem, że ten temat rzeczywiście odciągnął ją od wcześniejszych myśli, chociaż nie łudziłem się, że całkowicie rozwiązał problem - z pewnością mieliśmy jeszcze wrócić do tamtej rozmowy - nie oczekiwałem cudów, bo nauczyłem się już, że myśli nie dało się przepędzić samym życzeniem, szczególnie kiedy należały do mojej dziewczyny, ale mogłem przynajmniej zaoferować jej kilka minut, w których nie musiała wracać do każdego słowa wypowiedzianego przy stole. Sam też usiłowałem przez kilka minut zachować się tak, jakby przyszłość nie była czymś, co od dawna wisiało nad nami zbyt dostrzegalnie, żebym mógł udawać, że tego nie widziałem, zwłaszcza po usyszanych dziś na osobności słowach… Przez chwilę patrzyłem na płomień jednej ze świec ustawionych przy ołtarzu, który drgał pod wpływem chłodnego powietrza, rzucając nieregularne światło na dębowe drewno, i chyba pierwszy raz tego wieczoru naprawdę pozwoliłem sobie odsunąć wszystko inne na bok. Nawet rozmowę z Johnem, chociaż nie było to szczególnie łatwe, bo jego insynuacje wciąż siedziały mi gdzieś z tyłu głowy, nieprzyjemne niczym drzazga, której nie dało się dosięgnąć palcami.
Podniosłem wzrok ku posągowi Matki - trzy twarze patrzyły gdzieś ponad nami, każda w inną stronę, co nagle wydawało mi się odpowiednio symboliczne przy okazji tej uroczystości - przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość. Początek, trwanie, koniec. Rzeczy, które można było przyjąć, których nie dało się zatrzymać oraz te, których zwyczajnie nie chciało się oglądać, dopóki nie zostawało się do tego zmuszonym. Przez chwilę zastanawiałem się, co właściwie powinienem powiedzieć lub zrobić, poza złożeniem wieńca na ołtarzu, skoro nie należałem do osób szczególnie skłonnych do proszenia bogów o przysługi. Nigdy nie podobała mi się idea składania daru wyłącznie po to, żeby dostać coś w zamian, bo brzmiało to dla mnie trochę jak próba przekupienia siły, której nie rozumiało się nawet w połowie, przy użyciu kilku owoców, wosku oraz przekonania o wyjątkowości składanych podarunków. Jeśli Matka istniała, przypuszczałem, że widziała wystarczająco wielu takich interesantów, poza tym nie przyszedłem prosić o pieniądze, powodzenie czy bezpieczeństwo dla własnego tyłka, chociaż wszystkie trzy rzeczy były całkiem przyjemne i nigdy nie narzekałem, kiedy przypadkiem pojawiały się w moim życiu. Nie chciałem również prosić o to, żeby moje problemy nagle zniknęły, tym bardziej, że wiedziałem, iż niektóre rzeczy nie mogły zostać rozwiązane modlitwą, bez względu na to, ile świec zapaliłbym przed ołtarzem, czy jak bardzo bym się pokłonił. Nie przyniosłem tego daru po to, żeby prosić o powodzenie w pracy czy szczęście w jakiejkolwiek sprawie, którą można było później odhaczyć na liście, nie potrzebowałem od Bogini gwarancji, że kolejny miesiąc będzie łaskawszy, bo doświadczenie nauczyło mnie, że takie gwarancje miały zwykle bardzo krótką datę ważności. Przyniosłem go przede wszystkim w podziękowaniu za to, że po wszystkich latach, w których moje życie składało się głównie z rzeczy, które należało przetrwać, wreszcie pojawiło się w nim coś, dla czego warto było to robić…
Tak - przede wszystkim chciałem podziękować - za to, że przeżyłem kolejny rok. Za wszystkie sytuacje, z których wyszedłem, chociaż w kilku przypadkach naprawdę nie powinienem był mieć tyle szczęścia. Za tych szczególnych ludzi, którzy wciąż byli obok mnie. Za dach nad głową, za pracę, która potrafiła doprowadzić mnie do szału, lecz jednocześnie pozwalała mi robić coś, co znałem i rozumiałem. Za możliwość powrotu po kolejnych wyprawach w nieznane. Za to, że po wszystkich rzeczach, które wydarzyły się wcześniej, potrafiłem znaleźć w życiu coś, co sprawiało, że chciało mi się wracać. Podziękowałem również za to, że przez jakiś czas mogłem uwierzyć, iż przyszłość u czyjegoś boku, choćby nawet ta obejmująca kilka tygodni, nie musiała być wyłącznie kolejnym zagrożeniem, które należało zawczasu rozbroić.
Jeszcze jakiś czas temu nie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział mi, że będę stał przed ołtarzem podczas Mabon, w Wielkiej Brytanii, składając dar w podziękowaniu za to, że w moim życiu pojawiła się konkretna osoba - jeszcze mniej prawdopodobne wydałoby mi się to, gdyby ktoś dodał, że będę się obawiał utraty tego, co właśnie dostałem, ponieważ wiedziałem o sobie rzeczy, których ona jeszcze nie wiedziała. John już znał część prawdy, wiedział, kim byłem, ba, wiedział wystarczająco dużo, żeby spojrzeć na mnie w sposób, który nie pozostawiał żadnych złudzeń. Prue wciąż patrzyła na mnie inaczej. Nie chciałem myśleć o tym, co stanie się z tym spojrzeniem, kiedy pewnego dnia zabraknie mi możliwości ukrywania przeszłości.
Nie prosiłem jednak o to, żeby nic się nie zmieniało - to byłoby zbyt wiele, nawet jak na moje standardy - zmiana przychodziła niezależnie od tego, czy ktoś jej chciał, wiedziałem o tym lepiej, niż powinienem. Zamiast tego poprosiłem o coś znacznie prostszego, choć w gruncie rzeczy znacznie trudniejszego do osiągnięcia. O siłę, żeby nie zniszczyć tego, co trafiło w moje ręce. O rozsądek, którego czasami brakowało mi bardziej, niż chciałem przyznać. O ochronę dla otaczających mnie ludzi, nawet jeśli nie mogłem mieć pewności, że sam będę w stanie zawsze ją im zapewnić. A chyba najbardziej o to, żebym potrafił rozpoznać moment, w którym moje własne decyzje przestaną być wyłącznie moimi decyzjami, ponieważ od pewnego czasu nie byłem już jedyną osobą, której dotyczyły konsekwencje mojego własnego postępowania.
Pochyliłem głowę, pozostając przez kilka sekund w ciszy, przez chwilę patrzyłem na wieniec leżący na ochrowym płótnie, a potem uniosłem wzrok ku trzem twarzom Matki.
„Dziękuję za to, co już otrzymałem”, pomyślałem, chociaż nie wiedziałem, czy powinienem kierować te słowa właśnie tam, „i jeśli naprawdę masz wpływ na to, co dzieje się dalej, nie zabieraj mi tego zbyt szybko” - to była chyba najbardziej szczera modlitwa, na jaką było mnie stać - nie wiedziałem, czy naprawdę mnie słyszała, nie wiedziałem nawet, czy ktokolwiek powinien w ogóle próbować przedstawiać jej podobne prośby, skoro większość problemów, które przynosiłem ze sobą, była wynikiem moich własnych decyzji, mimo to poczułem dziwny spokój, kiedy cofnąłem dłoń i wyprostowałem plecy. Nie potrzebowałem niczego więcej, zwłaszcza obietnic, obietnice były łatwe, kiedy składało się je przed ołtarzem, znacznie trudniej było dotrzymać ich później, kiedy święte ognie gasły, świece się wypalały, a życie wracało do swojego zwyczajnego, skomplikowanego rytmu.
Nie spojrzałem od razu na Prue, ponieważ obawiałem się, że mogła zobaczyć w mojej twarzy coś, czego nie chciałem jej pokazywać, zamiast tego popatrzyłem na nasze dwa dary leżące obok siebie na dębowym ołtarzu - wyglądały dobrze - jej wieniec był starannie wykonany, mojego nie zamierzałem reklamować jako dzieła sztuki, nawet jeśli nie był paskudny i wyszedł lepiej niż mógłbym założyć, liczyło się dla mnie przede wszystkim, iż oba miały jedną rzecz wspólną, zostały bowiem zrobione własnymi rękami i przyniesione tutaj z konkretną intencją, a to wydawało mi się wystarczające, by nie czuć zażenowania własnym wyrobem.
Dopiero wtedy zerknąłem na moją towarzyszkę.
- No. - Mruknąłem cicho, zerkając jeszcze raz na nasze dary. - Jeszeli Matka ma dziś dobly humol, mosze uzna, sze zasłuszyliśmy na łaskawe potlaktowanie. Jeśli nie, zawsze pozostaje nam algument, sze wykonaliśmy wszystko zgodnie s instluksją. - Uśmiechnąłem się nieznacznie, zaledwie samym jednym kącikiem ust, lecz tym razem nie próbowałem przykrywać żartem wszystkiego, co siedziało mi w głowie. Stałem przy niej, wystarczająco blisko, żeby nasze ramiona niemal się stykały, patrzyłem na płomień świecy migoczący przy ołtarzu i przez ten krótki moment pozwoliłem sobie uwierzyć, że rzeczywiście można było poprosić o coś dobrego bez konieczności natychmiastowego zastanawiania się, ile to będzie kosztowało.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#64
05.10.2026, 19:38  ✶  

Lepszym pytaniem do postawienia byłoby to, czego właściwie w jej torebce nie dałoby się znaleźć. Prudence starała się być w końcu gotowa na wszystko, ale te buty… na pomysł noszenia przy sobie zapasowego obuwia faktycznie nie wpadła. Benjy więc zasiał w niej odrobinę niepewności, jakże mogła nie pomyśleć o czymś tak istotnym?

- Dwie pary? - Uniosła nieco brew, a później przeniosła wzrok na swoją torebkę. Gdyby użyła odpowiedniego zaklęcia to na pewno udałoby się jej je zmniejszyć, dzięki czemu faktycznie zmieściłyby się w torebce. Być może była to jakaś opcja, gorzej jakby nie było ono trwałe i nagle postanowiłyby opuścić jej torebkę, może jednak powinna postawić po prostu na nieco większe gabaryty, przerzucić się na plecak? To też była jakaś opcja. Później znowu podniosła wzrok i spojrzała na swojego chłopaka bardzo sceptycznie, najwyraźniej sobie z niej w tej chwili żartował. - Poza liną i saperką mam w torebce wszystko, co wymieniłeś, no oczywiście nie licząc butów na zmianę. - ale je już wymienili. Prudence naprawdę lubiła być gotowa na wszystko, mieć pod ręką najbardziej potrzebne rzeczy, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy i co może się właściwie przydać, a jak wiadomo strzeżonego Matka strzeże.

Faktycznie temat zawartości jej torebki bardzo szybko zajął jej myśli. Przestała wracać w swojej głowie do tej nieszczęsnej kolacji, która okropnie napsuła jej krwi. Pewnie później to do niej wróci, ale chwilowo przeskoczyła na zastanawianie się nad asortymentem swojej torebki, łatwo poszło. Nie tak dużo było trzeba, żeby odwrócić jej uwagę, wystarczyła drobna sugestia, a ona zaczynała swoją analizę.

W końcu znaleźli się przed ołtarzem i wypadało skupić się jeszcze nad czymś zupełnie innym. Mieli złożyć dary, podziękować Matce za to, co ich spotkało i być może poprosić ją o coś. Prue nie miała w zwyczaju narzekać, rozwodzić się nad swoją przeszłością, wydawało jej się, że nic nie działo się bez przyczyny, naprawdę starała się być wdzięczna za to, co miała. Nie porównywała się do innych, nie miewała wygórowanych oczekiwań, ceniła sobie spokój, właściwie więc być może to była jedna z niewielu rzeczy, o którą mogła prosić. Naprawdę chciała, aby Matka chociaż przez chwilę pozwoliła jej być taka szczęśliwa jak była teraz.

Spoglądała dłuższą chwilę na posąg, wpatrywała się w niego bardzo intensywnie. Dziękowała za to, co ostatnio jej się przytrafiło, za to, że w jej życiu pojawiła się odrobina koloru po tych kilku nieszczególnie przyjemnych latach. Pomyślała też o tym, że jeśli da jej jeszcze odrobinę czasu, jeśli pozwoli jej się tym cieszyć jak najdłużej to na pewno to odpowiednio wykorzysta.

Po dłuższej chwili spojrzała na swojego chłopaka. Naprawdę wiele to dla niej znaczyło, że byli tutaj razem, że pojawili się w Kowenie, razem złożyli te dary, niby nic wielkiego, ale w ich przypadku pewnie miał to być pierwszy i ostatni raz, gdy znaleźli się w podobnej sytuacji. - Prawda, nie można nam zarzucić tego, że nie postępowaliśmy zgodnie z procedurami. - Powiedziała jeszcze, po czym odwróciła się od ołtarza i powoli zaczęła kierować w stronę wyjścia. Nic tu po nich.


Postacie opuszczają sesję


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2053), Anthony Shafiq (1588), Astoria Avery (1771), Atreus Bulstrode (243), Baldwin Malfoy (1793), Benjy Fenwick (3365), Brenna Longbottom (332), Cameron Lupin (2261), Cathal Shafiq (609), Ceolsige Burke (1634), Christopher Rosier (269), Deirdre Malfoy (1666), Dora Crawford (544), Electra Prewett (479), Eutierria (196), Geraldine Greengrass-Yaxley (1569), Guinevere McGonagall (785), Heather Wood (1738), Helloise Rowle (2398), Leviathan Rowle (1543), Lorien Mulciber (492), Lorraine Malfoy (1725), Millie Moody (148), Pan Losu (109), Prudence Fenwick (1588), Robert Albert Crouch (485), Savaš Gregorovitch (2162), Victoria Lestrange (368)


Strony (7): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 7


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa