Sobota po południu to idealny dzień na ciastko w klubokawiarni mojej kuzynki. Tak więc ubrałem się w ciuchy, które wybrał mi kot, zapiąłem koślawo guziki, ale już się przywykłem i nawet nie próbowałem robić tego poprawnie. Zawsze ktoś się znalazł, kto mi to poprawiał, więc z lenistwa korzystałem z tego. Teraz marzyła mi się taka obfita babeczka z dużą ilością kremu i owoców, a wiem gdzie takie dobre sprzedają. Do tego kawa i będę mógł posiedzieć, posłuchać rozmów innych osób. Czekałem na ten dzień cały tydzień.
Wszedłem do środka czując przyjemne, słodkie zapachy. Bell zniknął gdzieś w czeluściach kawiarni, a ja z pamięci ruszyłem zamówić wyczekiwane ciasteczko. Starałem się uśmiechać, być pozytywny, aby nie razić ludzi swoim defektem, aby mi nie współczuli, bo tego nienawidziłem najbardziej. Zamówiłem ciacho z owocami i dużą ilością kremu i usiadłem w swoim standardowym miejscu. O tej porze było tu sporo ludzi, ale jeden stolik ostał się samotny. Po kilku minutach idealny wypiek wraz z kawą wylądowały na moim stoliku. Powąchałem ciacho i wyczułem czekoladę. Na mojej twarzy wymalowało się niezadowolenie, więc podniosłem się z miejsca. Chciałem iść zwrócić swój wypiek, osoba, która tu pracowała chyba była niekompetentna. W momencie, gdy dałem krok do przodu będąc mocno wzburzonym uderzyłem w kogoś i moje ciastko wypadło mi z dłoni lądując jak, gdzieś pod naszymi stopami, albo co gorsza na naszych stopach lub jego stopach.
— Na Merlina. – szepnąłem pod nosem. Jeszcze kłopoty były mi teraz potrzebne. Głowę miałem odrobinę spuszczoną, a kręcone włosy opadały mi na oczy.