Rozliczono - Heather Wood - osiągnięcie Piszę, więc jestem
W bibliotece na Horyzontalnej Brygadzistki znalazły się częściowo służbowo – w ramach doszkalania Heather. Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie Brenna też miała zamiar się doszkalać, bo jej wiedza o pewnych dziedzinach pozostawała żałośnie niska.
- Dobrze, to chyba wystarczy nam na początek… - stwierdziła Brenna, wyładowując na stolik cały stosik książek oraz kilka pergaminów, ściągniętych z półek w dziale, do którego dopuszczono je dopiero po legitymowaniu. – Powinnaś się podszkolić. A przy okazji ja też się podszkolę, bo o pewnych rzeczy wiem tak mało, że to woła o pomstę do nieba – przyznała bardzo uczciwie, nie planując nawet udawać przed Wood, że jest w sprawie czarnej magii i nekromancji alfą i omegą. Nie była nawet betą czy gammą, niestety. (I zasadniczo prawnie tak powinno być, bo ta wiedza była n ielegalna, ale taka ignorancja mogła kosztować je życie.)
Longbottom nigdy nie planowała chwytać czarnoksiężników. Czarną magią zaś zwyczajnie się brzydziła. Owszem, skupiała się na zaklęciach bojowych, umiała używać w walce transmutacji, trochę wiedziała o rozproszeniu, ale zdawało się jej, że teoria czarnej magii… to już dla niej za dużo. I tylko to miała na swoje usprawiedliwienie, ale było to usprawiedliwienie wybitnie marne, sama musiała przyznać. Praca w Departamencie już od jakiegoś czasu skomplikowała się i BUM coraz częściej natykał się na czarnoksiężników, czy tego chciał, czy nie. Ona sama wpakowała się do Zakonu. Heather z kolei na usprawiedliwienie miała młody wiek i początek drogi zawodowej – ale Brenna była pewna, że też będzie potrzebowała tej wiedzy. Po pierwsze, bo Brenna miała talent do nietypowych śledztw, a skoro Wood była jej partnerką, zostanie w nie wciągnięta. Po drugie, była częścią Ruchu Oporu, a z jej charakterem prędzej czy później wmiesza się w struktury bojowe. (Nie to, że Brenna nie wierzyła w umiejętności Heather w samej walce. Martwiła się raczej czy nadmierna pewność siebie nie zadziała niczym obusieczny miecz.)
Pozostawało więc im obu zacząć od podstaw. Czyli od teorii. Brenna sporządziła listę lektur do przejrzenia, ściągnęła je z półek – oraz to, co poleciła bibliotekarka – i przy jednym ze stolików, który otoczyła zaklęciem wyciszającym, zaczęła sprawdzać, czy są tym, czego potrzebują. Potem planowała poczytać, sprawdzając, co jest najbardziej wartościowe, i wreszcie coś wypożyczyć do domu, i wcisnąć jakąś książkę Heather.
Rzecz jasna w bibliotece nie znalazłyby żadnych informacji o tym, jak używać nekromancji. (Chodziło raczej o materiały na temat obrony przeciwko tejże, rozpoznawania, kiedy coś jest bardzo nie tak i tak dalej.
- Ty znalazłaś coś ciekawego? – spytała, zerkając na Heather. - Hm… historia adeptów czarnej magii… nie, to bezsensu, tu są życiorysy czarnoksiężników, nie muszę wiedzieć, z kim przyjaźnił się w szkole Grindewald – stwierdziła, zabierając się do przeglądania pierwszej książki, jaką sama przyniosła i dość szybko decydując, że jednak nie ma co się na niej skupiać. – O, to może być ciekawsze, Sposoby obrony przed czarnomagicznymi zaklęciami… chociaż widzę, że autor jako najlepszy sposób przedstawia ucieczkę, to mogłoby się sprawdzić, gdybyśmy nie mieli aresztować tego, kto je rzuca.
Odsunęła sobie krzesło i usiadła, przysuwając bliżej Sposoby obrony przed czarnomagicznymi zaklęciami. Była ciekawa, czy znajdzie tam cokolwiek poza protego, finite i tym podobnymi.
- Zaczynam czuć się jak w Hogwarcie. Brakuje tylko bibliotekarki, która wybiegnie zza szafki i zacznie mnie oskarżać o złe traktowanie książek. Jakbym kiedykolwiek jakąś uszkodziła. Poza tym jednym, jedynym razem, kiedy jedną rzuciłam, ale to i tak był nieaktualny już Atlas Grzybów…