Znalazła dobre pole, gdzie mogła rozbić swój magiczny namiot i zostawić Marę, której nie chciała ciągnąć do jednego z tutejszych miasteczek, gdzie odbywał się festyn. Ludzie z tych stron nie byli zwyczajni do Abraksanów, zwłaszcza gadających i nie chciała zakłócać przebiegu wydarzenia, którego była przecież strasznie ciekawa. Nie było śniegu, dni były dłuższe i słońce grzało na tyle, że na letnią sukienkę, wystarczyło narzucić dłuższy, cienki sweter, bo nawet na noc zapowiadali dziesięć czy jedenaście stopni. Nie był to może okres na oglądanie zorzy, ale po zmierzchu można było znaleźć ciekawe konstelacje, czy chociażby trójkąt letni. Skoro już tu była, zamierza wykorzystać te trzy dni urlopu najbardziej, jak mogła. Prewettówna nie potrzebowała dużo czasu na przygotowanie się do wyjścia, odrobinę niechlujna przy wszystkich dziewczętach z Londynu, które znała. Rozczesała włosy, łapiąc jedynie przednie pasma i spinając je spinką z tyłu głowy, pozwalając im żyć własnym życiem, nie musiała się malować — karnację miała śniadą, skórę ładną i muśniętą słońcem Antalyi, a oprawę oczu ciemną. Oszczędzała więc mnóstwo czasu, pomijając nawet szminki — przez moment zastanawiała się tylko, czy wziąć swój słomiany kapelusz, ale ostatecznie zrezygnowała, wsuwając wygodnie buty do sięgającej za kolana, białej i zwiewnej sukienki w żółte kwiatki. Miała modne w tym sezonie w Turcji, luźniejsze rękawki, gumę pod biustem i głębszy dekolt, pozbawiona innych zdobień czy falbanek. W niewielką torebkę schowała najważniejsze rzeczy jak sweter czy różdżkę, a także książkę i mały wykres letniego, Islandzkiego nieba. Niestety, teleskop się nie zmieścił. Pożegnała się z Marą, zostawiając ją przy namiocie, gdzie miała zielone pastwisko.
Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na odcienie różu oraz pomarańczy, a miasteczko, lub raczej osada, do której dotarła, tętniło życiem. Z daleka było już widać wysokie ogniska, a intensywny zapach alkoholu, kwiatów, pieczonych mięs i perfum wdzierał się do nosa zaraz po wejściu pomiędzy domostwa. Przyglądała się im z zainteresowaniem, zwłaszcza jeśli przy nich tkwiły jakieś zwierzęta, niezależnie czy domowe, czy hodowlane. Muzyka coraz głośniej przebijała się przez harmider, tworząc ze śmiechem biegających dookoła dzieciaków piękną melodię. Większość miała jasne włosy, splecione w warkocze wymyślne fryzury, których w stronach Pandory przecież nie było. Po dotarciu do głównego rynku lub też placu — nie była pewna, dostrzegła stragany oraz tańczących ludzi, mnóstwo stołów i olbrzymie prosie pieczone nad jednym z ognisk. Przy drewnianych słupach wisiały wstążki oraz wianki, a wraz z nimi pięknie rzeźbione, drewniane figurki. Ciemnowłosa dostrzegła jednak coś ciekawszego, znajdującego się bardziej na uboczu i dzięki temu mogła nie zwracać na siebie tak uwagi, chociaż niewielu było gości innych, niż rdzenni mieszkańcy o białej skórze i jasnych oczach. Rozejrzała się dookoła, nim przeszła przez kamienny murek — a właściwie przełożyła nogi na jego drugą stronę, nie dotykając jednak ziemi należącej do gospodarstwa. Ułożyła torebkę na kolanach, a potem wysunęła dłoń w stronę najprawdziwszej, puchatej owcy — jednej z kilkunastu, które tkwiły w drewnianej zagrodzie przy jednym z domów. Była przeurocza, a co najważniejsze — wciąż miękka i przypominająca chmurkę. Zawsze miała dobrą aurę i rękę do zwierząt, więc długo nie zajęło, aż mogła zatopić palce w wełnie, drapiąc owcę za uchem. - Nic dziwnego, że nazywają was zwierzętami, które przynoszą pokój. Kogo byś nie rozczuliła, co? Zwłaszcza z kształtem chmury z nogami. - mruknęła w jej stronę pogodnie, przyglądając się zawijasom na jej ciele. Miała tak dużo wełny, że nie była w stanie dotrzeć do skóry palcami i przez to owieczka wydawała się naprawdę wielka i gruba. Miała ciemne, błyszczące oczy, nawet wydawane przez nią dźwięki uznawała za urocze.
Spędziła z nią jeszcze kilka chwil, zanim znów przeskoczyła na drugą stronę muru, podwijając nieco sukienkę i wygładzając ją, gdy tylko stanęła na ścieżce. Trudno było te owce tam zostawić, ale przecież nie mogla jej tak sobie ukraść. Może któryś pasterz sprzeda jej jagnię? Chociaż musiałaby kupić kilka, to przecież zwierzęta stadne. Zamyślona i patrząca w dół, zupełnie nie zauważyła stojącej przed nią osoby, wpadając na nią — na szczęście delikatnie, bo dopiero zaczęła iść. Zacisnęła usta, bo znała odpowiednie słowo, ale oczywiście było jednym z tym, które wymawiała absolutnie źle i nie miała pojęcia, co przez to tworzy. Nie chciała obrazić któregoś z mieszkańców! Cofnęła się więc pół kroku i wyprostowała głowę, obdarzając jegomościa spojrzeniem. - Fyrir... Niedźwiadek?- ściągnęła brwi, przyglądając się mu pytająco. Nie mogłaby go zapomnieć, a do tego nawet nie chciała. Wciąż miał intensywne, jasne i bezczelne oczy o czysto błękitnych, jak niebo tęczówkach. Uśmiechnęła się do niego pogodnie. - Ze wszystkich wiosek, mieszkasz akurat w tej, którą sobie wybrałam? Przyciągasz chaos i kłopoty. - zauważyła z rozbawieniem, nie bardzo wiedząc, jak powinna się z nim przywitać. Zwykle się przytulała, ale nie była pewna tutejszych zwyczajów. Dodatkowo miała wrażenie, że skoro to jego miejsce zamieszkania lub miejsce obok jego miejsca zamieszkania, to nie był tu sam, a nie chciała sprawiać mu przecież tak dużych problemów, jak ostatnio.