Próbował słuchać lekarki z takim samym zaangażowaniem co wcześniej, ale wciąż na bieżąco umykały mu wszystkie szczegóły. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby nie kręciło mu się w głowie. To pewnie przez oddech - wykonał kilka przesadnie głębokich wdechów i powolnych wydechów.
Gdy zauważył, w jaki sposób uzdrowicielka odezwała się do Geraldine, zrozumiał, że to, co od niej czuł, to była niechęć. Skrywana niechęć. Ubodło go to zaskakująco mocno, chociaż zupełnie jej nie znał. Może to po prostu początek zjazdu, a może bał się tego, że będzie musiał się z nią zobaczyć w przyszłości jeszcze wiele razy, przynajmniej jeśli nie chciał zawieść Jego Pani. A faktycznie nie chciał. Ale nie wykluczał, że zrobi to przypadkiem. Wbrew swojej woli. Miał wrażenie, że niezależnie od chęci i włożonej w to pracy, kontrola nad własnym życiem, nad sobą, wyślizgała mu się z rąk raz za razem.
Ćpał pierdolony odkamieniacz i to nawet nieprzetworzony, w stanie surowym. Był absolutnie świadomy na ile to było rozsądne, ale co z tego? Nie mógł z tym nic zrobić. Jak nie pazur, to znajdzie się coś innego. Jakiś środek do czyszczenia felg albo syrop na kaszel. Cokolwiek. Nie radził sobie sam ze sobą.
Skręcało go w śródku i nic nie mógł z tym zrobić. Nie mógł nawet zaciągnąć się dymem. Mógł sobie najwyżej, kurwa, londyński wietrzyk powąchać. Wciskał język między trzonowce to z jednej, to z drugiej strony, żeby nie rozpraszać uzdrowicielki dźwiękiem wiecznego zgrzytania zębów.
- Nie ma po co robić problemu - wymamrotał w odpowiedzi... na coś. - Ja sobie coś sam ogarnę. Nasennego niczego i tak nie ma po co. Mi dawać.