29.12.2022, 22:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2023, 19:26 przez Julien Fitzpatrick.)
Mokry kaptur opadał na oczy, a wilgotne włosy przyklejały się do twarzy, gdy truchtał w stronę swojego tymczasowego lokum. Nie wyniósł się ze strychu Longbottomów, tak było prościej, ale czy faktycznie powinien był tym się kierować? Niekoniecznie.
Przygryzł wargę, gdy przystanął pod rozłożystymi gałęziami angielskiego dębu. Liście starej rośliny odseparowywały go od szumu deszczu, gdy krople uderzały o soczyście zielone liście i spadały, przesuwając się po ich powierzchni w dół, aby swe ostatnie tchnienie wydać pomiędzy jaskrawymi źdźbłami trawy, wsiąkając w ciepło dżdżystej ziemi. Ulewa nie zostawiła na nim ani jednej, suchej nitki, ale ciepłe, wilgotne powietrze sprawiało, że nie spieszno było mu, aby podążyć prosta drogą między polami, pastwiskami i wzgórzami, aby znaleźć się pod dachem w atmosferze pykającego kominka.
Samotność stała się jego nową towarzyszką, zaskakująco wdzięczną, bo dawała ukojnie. Układała myśli i wyczesywała z nich nieprzyjemne wspomnienia swoimi chłodnymi dłońmi, zupełnie jakby wrócił na matczyne łono, które, ironicznie, nigdy nie kojarzyło mu się z idyllą dni minionych. To braterskie okrzyki, szum morza i chroboczący, mokry piach pod dziecięcymi kaloszami był melodią zaklętą w jego duszy, która teraz wygrywała absurdalnie przedwczesnym nokturnem fortepianu.
Ściągnął mokry materiał z głowy przeczesując ciemne włosy, wyciskając kosmyki, pozwalając, aby wiosenny deszcz spłynął mu po twarzy raz jeszcze zmieszany z zapachem szamponu. Przetarł nos, boleśnie czując, ze czubek stał się nieprzyjemnie chłodny, pociągnął nim, nie miał przy sobie żadnych chusteczek, a bluza przylgnęła do klatki piersiowej, podkreślając zarys mięśni na ramionach i brzuchu, pozostałości po aktywnej nastoletniości i równie aktywnej młodości. Nawet teraz potrzebował wyjść na spacer, nie tylko, aby odświeżyć umysł, ale wyprostować nogi, sprawić, że ich zastanie nie będzie przypominało rzęsy na stawie nieruszonego nurtem żadnej, burzliwej lub mniej, rzeki.
Kątem oka zauważył, że coś wielokolorowego przemknęło po pobliskiej polanie. Kierowany instynktem, że mogłoby to być dzikie zwierzę odwrócił się w tę stronę, mrużąc oczy. Zamrugał pare razy, gdy barwy wcale nie okazały się figlem platanym przez zmęczony umysł ani też niczym podobnym do dzika, bobra, sarny czy innego zagubionego psa. Nie dowierzał temu, co widział, chociaż może nie powinien być aż tak zdziwiony? Ktoś właśnie, w kwiecistej, soczystej w swoich barwach, sukience kręcił piruety pomiędzy wysoką, polną trawą. Deszcz, jaki go zastał, a który wciąż zalewał ziemię i pobliskie, wybrukowane chodniki, spływając na plac niewielkiego miasteczka, był bardzo nagły, nie zdziwiłby się, gdy ktoś wywołał go swoim tańcem. Charles wynurzył głowę zza liści, mimo logicznych, i tych mniej, odpowiedzi przychodzących do głowy, niedowierzając własnym oczom.
- Co do jasnej cholery. - mruknął zmartwiony, półgłosem.
Coś pchało go w tamtym kierunku, przyciągało, a był to niedobry znak. Wszystkie zmysły krzyczały 'tak, chce znaleźć się obok tej osoby, być może dołączyć, sprawić by mokre ubranie...' Co? o czym on myślał? Czemu chciał zrzucać z siebie ubrania na polu - to jeszcze nie byłoby takie dziwne w jego wypadku, ale wciąż niecodzienne - na widok nieznanej kobiety kręcącej się pod kalejdoskopem gęstych kropel wiosennej ulewy? Nie był nawet pewien czy była to kobieta, ale to, co istota na sobie nosiła definitywnie wyglądało mu na sukienkę. Nimfy albo inne Wily nie chodziły ubrane... chyba? Nigdy żadnej nie spotkał, przynajmniej nie takiej pełnej, której krew nie byłaby zmieszana z tą czarodziejską.
Niemądrze ruszył w kierunku nieznajomej osoby i gdy znalazł się bliżej był w stanie stwierdzić, że... raczej na pewno nie miał do czynienia z kobietą, z nimfą też nie. To skąd to przedziwne uczucie przyciągania? Czy był aż tak spragniony wrażeń, adrenaliny i dreszczu emocji, że tańczący w sukience, po polanie, w deszczu szaleniec sprawiał, że chciał z siebie zrzucać ubrania?
Co za abstrakcyjna sytuacja... a najgorsze w niej było to, że wcale nie zaprzestał odczuwać tych dziwnych ciągot, na Merlina.
- Ty się dobrze czujesz?! To jakiś rytuał?? - zapytał - Czy ja mam złudzenie i gadam do swoich jakichś wizji? Ale dlaczego moja wizją jest chłopak tańczący w sukience w kwiaty? I z kwiatami we włosach? Zmokły ci. - zauważył mądrze, gdy stanęli twarzą w twarz. Krople spływały im po czołach, policzkach i ramionach - Charliego były przykryte bluzą, a te nieznajomego odsłonięte, zaczerwienione i skąpane w toczących się w dół kroplach wody, zatrzymujących się na nadgarstkach, knykciach i... musiał przestać się gapić. Wrócił spojrzeniem do twarzy, co wcale nie zakończyło passy wzdychania, wręcz sprawiło, że wydobycie powietrza z płuc stało się trudniejsze, bo słone, ciepłe krople wiosennego deszczu ulokowały się pomiędzy wargami, moszcząc się tam, przedziwnie kusząc tylko po to, by zaraz, okrężnym, jędrnym ruchem spłynąć na brodę, a z niej na obojczyki i pod materiał sukienki.
Przygryzł wargę, gdy przystanął pod rozłożystymi gałęziami angielskiego dębu. Liście starej rośliny odseparowywały go od szumu deszczu, gdy krople uderzały o soczyście zielone liście i spadały, przesuwając się po ich powierzchni w dół, aby swe ostatnie tchnienie wydać pomiędzy jaskrawymi źdźbłami trawy, wsiąkając w ciepło dżdżystej ziemi. Ulewa nie zostawiła na nim ani jednej, suchej nitki, ale ciepłe, wilgotne powietrze sprawiało, że nie spieszno było mu, aby podążyć prosta drogą między polami, pastwiskami i wzgórzami, aby znaleźć się pod dachem w atmosferze pykającego kominka.
Samotność stała się jego nową towarzyszką, zaskakująco wdzięczną, bo dawała ukojnie. Układała myśli i wyczesywała z nich nieprzyjemne wspomnienia swoimi chłodnymi dłońmi, zupełnie jakby wrócił na matczyne łono, które, ironicznie, nigdy nie kojarzyło mu się z idyllą dni minionych. To braterskie okrzyki, szum morza i chroboczący, mokry piach pod dziecięcymi kaloszami był melodią zaklętą w jego duszy, która teraz wygrywała absurdalnie przedwczesnym nokturnem fortepianu.
Ściągnął mokry materiał z głowy przeczesując ciemne włosy, wyciskając kosmyki, pozwalając, aby wiosenny deszcz spłynął mu po twarzy raz jeszcze zmieszany z zapachem szamponu. Przetarł nos, boleśnie czując, ze czubek stał się nieprzyjemnie chłodny, pociągnął nim, nie miał przy sobie żadnych chusteczek, a bluza przylgnęła do klatki piersiowej, podkreślając zarys mięśni na ramionach i brzuchu, pozostałości po aktywnej nastoletniości i równie aktywnej młodości. Nawet teraz potrzebował wyjść na spacer, nie tylko, aby odświeżyć umysł, ale wyprostować nogi, sprawić, że ich zastanie nie będzie przypominało rzęsy na stawie nieruszonego nurtem żadnej, burzliwej lub mniej, rzeki.
Kątem oka zauważył, że coś wielokolorowego przemknęło po pobliskiej polanie. Kierowany instynktem, że mogłoby to być dzikie zwierzę odwrócił się w tę stronę, mrużąc oczy. Zamrugał pare razy, gdy barwy wcale nie okazały się figlem platanym przez zmęczony umysł ani też niczym podobnym do dzika, bobra, sarny czy innego zagubionego psa. Nie dowierzał temu, co widział, chociaż może nie powinien być aż tak zdziwiony? Ktoś właśnie, w kwiecistej, soczystej w swoich barwach, sukience kręcił piruety pomiędzy wysoką, polną trawą. Deszcz, jaki go zastał, a który wciąż zalewał ziemię i pobliskie, wybrukowane chodniki, spływając na plac niewielkiego miasteczka, był bardzo nagły, nie zdziwiłby się, gdy ktoś wywołał go swoim tańcem. Charles wynurzył głowę zza liści, mimo logicznych, i tych mniej, odpowiedzi przychodzących do głowy, niedowierzając własnym oczom.
- Co do jasnej cholery. - mruknął zmartwiony, półgłosem.
Coś pchało go w tamtym kierunku, przyciągało, a był to niedobry znak. Wszystkie zmysły krzyczały 'tak, chce znaleźć się obok tej osoby, być może dołączyć, sprawić by mokre ubranie...' Co? o czym on myślał? Czemu chciał zrzucać z siebie ubrania na polu - to jeszcze nie byłoby takie dziwne w jego wypadku, ale wciąż niecodzienne - na widok nieznanej kobiety kręcącej się pod kalejdoskopem gęstych kropel wiosennej ulewy? Nie był nawet pewien czy była to kobieta, ale to, co istota na sobie nosiła definitywnie wyglądało mu na sukienkę. Nimfy albo inne Wily nie chodziły ubrane... chyba? Nigdy żadnej nie spotkał, przynajmniej nie takiej pełnej, której krew nie byłaby zmieszana z tą czarodziejską.
Niemądrze ruszył w kierunku nieznajomej osoby i gdy znalazł się bliżej był w stanie stwierdzić, że... raczej na pewno nie miał do czynienia z kobietą, z nimfą też nie. To skąd to przedziwne uczucie przyciągania? Czy był aż tak spragniony wrażeń, adrenaliny i dreszczu emocji, że tańczący w sukience, po polanie, w deszczu szaleniec sprawiał, że chciał z siebie zrzucać ubrania?
Co za abstrakcyjna sytuacja... a najgorsze w niej było to, że wcale nie zaprzestał odczuwać tych dziwnych ciągot, na Merlina.
- Ty się dobrze czujesz?! To jakiś rytuał?? - zapytał - Czy ja mam złudzenie i gadam do swoich jakichś wizji? Ale dlaczego moja wizją jest chłopak tańczący w sukience w kwiaty? I z kwiatami we włosach? Zmokły ci. - zauważył mądrze, gdy stanęli twarzą w twarz. Krople spływały im po czołach, policzkach i ramionach - Charliego były przykryte bluzą, a te nieznajomego odsłonięte, zaczerwienione i skąpane w toczących się w dół kroplach wody, zatrzymujących się na nadgarstkach, knykciach i... musiał przestać się gapić. Wrócił spojrzeniem do twarzy, co wcale nie zakończyło passy wzdychania, wręcz sprawiło, że wydobycie powietrza z płuc stało się trudniejsze, bo słone, ciepłe krople wiosennego deszczu ulokowały się pomiędzy wargami, moszcząc się tam, przedziwnie kusząc tylko po to, by zaraz, okrężnym, jędrnym ruchem spłynąć na brodę, a z niej na obojczyki i pod materiał sukienki.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you