• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
« Wstecz 1 2
3 maja 1972, Wnętrze kliniki

3 maja 1972, Wnętrze kliniki
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#1
08.07.2023, 21:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2023, 21:30 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Musiała wyjść z pokoju Idy jak najprędzej. W innych okolicznościach chciałaby zostać tam dłużej, by chociażby kontrolować stan nieprzytomnej czarownicy, w miarę możliwości wesprzeć Moody'ego w tych trudnych dla niego chwilach. Niestety, to co się wydarzyło, tylko dolało oliwy do ognia. Nie powinna. Powinna natychmiast odwrócić wzrok, zamknąć oczy, odsunąć się, nie patrzeć. Przecież to nie była pierwsza taka sytuacja w życiu, gdy jako dziecko zapominała się, zdarzało się jej również otrzymać podobną do dzisiejszej reakcję.  Czy Moody przesadził? Raczej nie. Na pewno nie. Brała na siebie pełną winę, nie mogła mieć mu tego za złe. Naprawdę nie chciała, żeby tak wyszło. A teraz... jak po tym wszystkim mieli wrócić do normalności?

Pojawiła się na korytarzu z zamiarem pospiesznego udania się do siebie do gabinetu. Potrzebowała kilka minut dla siebie w samotności. Żeby opanować emocje, jakie w niej buzowały. Żeby opanować to pierdolone trzecie oko, które nijak chciało współpracować. Miała opuszczoną głowę i niemal wpadła na stojącą przed wejściem Brennę.

- Co Ty tu ro...- zaczęła. Teleportacja działała? Czy może starsza Longbottom doskonale wszystko słyszała? Zdolność dostrzegania aur nie ustępowała - dostrzegła świetlistą łunę, jaka otaczała jej kuzynkę. Momentalnie odwróciła głowę w bok, nie chcąc zdenerwować kolejnej, bliskiej jej osoby. - Zrobiłam coś złego. To znaczy... nie zrobiłam tego specjalnie, było to poza moją kontrolą, ale zrobiłam to, więc to moja wina. Pójdziemy stąd? Nie wiem czy powinnam tu teraz.. - wyrzucała z siebie. O ile wcześniej wolała być sama, tak widok kuzynki sprawił, że odrobinę jej ulżyło. Teraz już na pewno będzie dobrze. Brenna była jak dobry znak, który zwiastował lepsze czasy. Na pewno jej pomoże.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#2
08.07.2023, 21:56  ✶  
Kręcenie się po okolicach. Listy zaginionych i martwych. Wypytywanie potencjalnych świadków. Szukanie śladów, które będą przydatne widmowidzowi. Dym świec. Rozglądanie się za Derwinem. Wuj nie wrócił do domu, wuj nie był w Biurze, wuj nie leżał w namiocie medyków, żywego wuja nie znaleziono w lesie… Rozmowa z ojcem, który wraz z dziadkiem również przeszukiwał las, i którego twarz była ściągnięta ze zmartwienia i ciche słowa, jakie do niej wypowiedział: ktoś widział świetlistą arenę… ktoś walczył ze śmierciożercą… ten ktoś prawdopodobnie przegrał… przeszukano już większość Kniei... Ojciec poszedł do namiotu, gdzie zebrano szczątki paru ciał w tak złym stanie, że ich identyfikacja potrwała dłużej...
Poza tym doświadczenie, jakie Brenna miała, i zachowanie Mavelle, utwierdzały ją w przekonaniu: wujek zginął. Jego ciało porwała pewnie wichura, zabierając z polany.
A potem przybiegły do domu, sprawdzić, czy są tam Danielle i Lucy, zastały listy.
Zwykłe słowa, na papierze, a tnące niby ostrze.
Brenna miała zamiar wracać do pracy, ale zmieniła plany. Musiały dostać się do Danielle. Nie mogli się łudzić, że Derwin zaraz wróci, cały i zdrowy, a o tym, że wciąż nie udało się go znaleźć, nie powinien mówić jej ktoś obcy. Brenna więc spędziła kolejną godzinę na motorze za Mavelle i stała teraz na korytarzu świętego Munga, czekając, aż najmłodsza z panien z Longbottom wyjdzie z sali, w której leżała Ida Moody. Brenna nie pakowała się do środka. Martwiła się o Idę, owszem. Martwiła się też o Alastora. Ale w tej chwili tam była Mavelle, w dodatku przybyły także kolejne osoby (na widok Eden Brenna uniosła nieco brwi, Bertiemu kiwnęła tylko głową), a ona sama musiała przekazać wiadomość, najgorszą z możliwych.
To dziwne, ale w tej chwili nie czuła prawdziwej rozpaczy. Ani na myśl o tym, że wuj nie żyje, ani co powie zaraz Dani. Może po tylu długich godzinach napięcia, po tylu strasznych rzeczach, które się stały w jakimś mechanizmie obronnym odepchnęła od siebie emocje, zamykając je za grubą szybą. Może nie do końca dotarło do niej jeszcze, co to znaczy, chociaż wszelka nadzieja na to, że znajdą wujka, już wygasła. Może to było zmęczenie, bo te parę skradzionych godzin snu nie wystarczyło, aby organizm się zregenerował. Ta rozpacz: rozpacz miała jeszcze wrócić, wywołana wieloma różnymi sprawami, ale teraz Brennie zdawało się, że nie czuje niczego. Jej aura, zazwyczaj jaskrawa, znamionująca żywotność, przybladła po prostu, jakby coś wyssało z niej kolory i jedyną emocją, wypływającą nad inne zdawało się... poczucie winy.
Nawet gdyby wiedziała, że Dani na tę aurę patrzy, nic by jej to nie obchodziło. A na pewno nie w tej chwili.
- Danielle - powiedziała na widok kuzynki, która była najmniej równie zmęczona i równie niewyspana co sama Brenna, a może i bardziej, skoro szła tak ze spuszczoną głową. Odetchnęła. Co ty tu robisz? Hej, przyszłam powiedzieć ci o śmierci twojego ojca, na wypadek, gdyby Mavelle nie była w stanie… tu Brenna zerknęła ku drzwiom, jakby sprawdzając, czy Bones do nich wyjdzie. - Nie wiem, czy to coś w czymś pomoże, ale jeżeli przydałaby się wam wiedza, co dokładnie spotkało Idę, by ją z tego wyciągnąć... mogę potem spróbować - wymamrotała. Oderwała wzrok od Dani, rozejrzała się. Za dużo osób. Uzdrowiciele. Pacjenci. Ludzie szukający swoich bliskich. Mignął jej nawet ktoś z Brygady. – Coś złego? – spytała niezrozumieniem, zaraz jednak znów się odezwała, nawet nie czekając na odpowiedź. Jak niby Dani mogłaby zrobić coś złego? Chodziło o to, że ściągnęła tutaj Mavelle? – Tak, chodźmy. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie możemy spokojnie porozmawiać?
Nie chciała opowiadać jej o tym wszystkim na środku korytarza pełnego ludzi. Może powinna poczekać aż Dani wróci do domu.
Ale były wiadomości, które czekać nie powinny. Nie, kiedy istniała szansa, że ktoś tutaj usłyszał coś na polanie. Że do Danielle dotrą jakieś plotki, przekazane przez kogoś obcego.
Bo Brenna zdecydowanie nie przyszła tu przecież, żeby zwiastować lepsze czasy. Przyszła tutaj, aby złamać stryjecznej siostrze serce.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#3
09.07.2023, 00:28  ✶  
Dusiła się. Nie, nie dosłownie, ale narastająca gula w gardle oraz obrazy, jakie podsunął jej własny umysł spowodowały, że – no cóż – miała wrażenie, jakby znalazła się w nazbyt ciasnym pomieszczeniu, ewentualnie jakby ktoś wcisnął ją w gorset i zawiązał go bardzo, bardzo mocno.
  Wiedziała jedno: nie mogła pozostać tam dłużej, nie z tą cholerną blondyną, która tak po prostu się wpierdzieliła. Wyjść albo zrobić scenę – nie było nic pomiędzy. Sceny zaś, jak cichy głos rozsądku podpowiadał, robić nie chciała.
  Zresztą, rozsądek dobra rzecz, nie przeżyła tylu lat, wykonując przy tym swoją pracę, polegając wyłącznie na uczuciach – te zaś potrafiły naprawdę pchać do iście absurdalnych kroków.  Nie tyle absurdalnych, co wręcz przerażających.
  A to prowadziło do następującego punktu: poczuła, że jest jej zimno jeszcze bardziej niż ogólnie było. Tyle że to inny rodzaj zimna, nie fizyczny, a taki… przeszywający na wskroś, wywołujący strach. Bo tak, właśnie Mavelle się wystraszyła. Samej siebie.
  Absurd? Być może. A może jednak nie.
  Pojawiła się na korytarzu chwilę po Danielle, zamykając zaraz za sobą drzwi. Posłała kuzynkom zmęczone spojrzenie, nie skomentowała nijak tego, co stało się w środku. Nic. Absolutnie nic. Ani zrugania, ani uwagi, że mogą się pierdolić, ani… nic innego. Po prostu…
  - … poszukajmy może ustronnego miejsca? – tylko tyle i aż tyle, niezbyt świadoma, że Brenna dokładnie o to, przed sekundą, poprosiła. Ale hej, jakkolwiek by nie patrzeć, Bones wcześniej sama wspomniała, że chce porozmawiać, więc…?
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#4
10.07.2023, 00:31  ✶  

Podobno odwaga (często zresztą irracjonalna) była czymś, co płynęła w jej żyłach i czego, nawet gdyby bardzo chciała, nie mogła się wyzbyć. Nie miała zwyczaju uciekać. Nie uciekła, gdy na polanie rozpętało się piekło, gdy omal nie została nabita na jeden z wielkich pali. Uciekła z sali szpitalnej niczym najgorszy, parszywy tchórz - przerosła ją sytuacja, w jakiej została postawiona i to na własne życzenie. Powinna zapanować nad tym pierdolonym aurowidzeniem. Zmęczenie i nastrój nie były żadnym wytłumaczeniem naruszenia prywatności swoich bliskich, a tym samym zranienia ich w tak okrutny i nieprzemyślany sposób.
Wyjście na korytarz okazało się niezwykle pomocne. Nerwy stopniowo zdawany się odpuszczać, a widok przyjaznej twarzy Brenny tylko jej pomógł. Była żywa i cała, a poza nieznacznymi obrażeniami, kilkoma przypalonymi włosami i poturbowaną, zrujnowaną psychiką absolutnie nic jej się nie stało.

Aura kuzynki powoli zanikała, a cienka nić, jaka łączyła dwie Longbottomówny rozmyła się w powietrzu. To był dobry znak, oznaczający powrót kontroli nad umiejętnością. Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie mogło wydarzyć się to chwilę temu, gdy w pomieszczeniu zebrała się tak liczna grupa osób? Oszczędziłoby to cierpienia i nieprzyjemności wielu osobom, przede wszystkim Alastorowi oraz Mavelle.

- Jej stan jest stabilny, ale nie wiem kiedy się obudzi. Jeżeli w ogóle się obudzi. Chyba cudem udało nam się ją odratować, ale rokowania są niepewne - wyrzuciła z siebie w pierwszej chwili. To nie były pozytywne informacje i Brenna najpewniej spodziewała się nieco pozytywniejszych, ale jak mogła oszukiwać kuzynkę i zakłamywać rzeczywistość, mówiąc że na pewno wszystko będzie super? Były dorosłe. - Jeżeli tylko masz taką możliwość. To jakaś paskudna klątwa, której skutków nie udało nam się w całości zniwelować... - dodała. Słowotok, oraz nienaturalnie wysoki głos wracał do typowej dla Dani tonacji. Brenn na pewno jej pomoże. Tak, jak zawsze to robi. Na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie, wyjaśni Moody'emu, że ona nie chciała i nie zrobiła tego celowo. 

Miejsce, gdzie możemy spokojnie porozmawiać?

Tak, to był dobry pomysł. Rozmowa na temat tego, co wydarzyło się w sali tuż pod wejściem, podczas gdy na korytarzu krzątała się masa ludzi nie było najlepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że nie daj Merlinie ta blond dziunia postanowi zaimponować Moody'emu i wyskoczy za nią, z dosyć jasną chęcią wcielenia planu w życie. Słysząc dźwięk kroków dochodzących z sali, odwróciła się, być może nieco zbyt gwałtownie. Ale nie, nie była to pani Lestrange. Była to jej kuzynka, Mav. I z tych dwóch, pomimo ogromu miłości do kuzynki, chyba wolała spotkać się z blondyną. Przyjęcie ciosu na twarz, albo nawet szarpanie się za włosy i bójka byłyby znacznie łatwiejsze niż konfrontacja z Bones, którą również zraniła. 

Już uchyliła wargi, gotowa przepraszać ją z całego serca. Bo przecież ostatnie czego chciała, to skrzywdzić ją w tak bolesny i niechlubny sposób. Nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić, a już tym bardziej kogoś, kto był tak jej bliski. 

Poszukajmy może ustronnego miejsca?

Jej brwi lekko drgnęły, a ona w lot pojęła, że cokolwiek chciałaby jej teraz powiedzieć, to nie jest odpowiednie miejsce. Tak. Powinny pójść gdzieś, gdzie będzie cicho i w miarę spokojnie. Powoli i ostrożnie kiwnęła głową.
- Możemy... pójść do mojego gabinetu - zasugerowała pierwsze pomieszczenie które przyszło jej do głowy, a które idealnie wpasowywało się w definicję ustronnego.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#5
10.07.2023, 09:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2023, 20:26 przez Brenna Longbottom.)  
- Mogę spróbować, kiedy… Po prostu niedługo – mruknęła, urywając na moment, bo jakie „kiedy” miała na myśli? Kiedy już przekażą najgorszą informację? Kiedy Danielle uzna, że chce zostać sama? Kiedy Alastor wyjdzie z pokoju siostry? Sama nie wiedziała.
Spojrzała na Mavelle, wychodzącą z sali szpitalnej. Nie powiedziała niczego, nijak nie skomentowała wyboru, jaki być może ta dokonała. (Jakiego – Brenna też nie wiedziała. Chociaż była świadoma, że Bones kiedyś spotykała się z Alastorem, nie podejrzewała jeszcze tego, jak bardzo Beltane wpłynęło na nich wszystkich. Własne zmartwienie o partnera z patrolu traktowała w tej chwili jako coś naturalnego, bo przecież martwiłaby się o wszystkich w takiej sytuacji. I nie widziała tych nici, które Danielle ujrzała między Eden a Moodym.)
Kiwnęła głową, na propozycję przejścia do gabinetu Danielle. Ruszyła w ślad za nią, mijając dziesiątki ludzi. Wielu z nich odwiedzało tu krewnych. Wielu ich szukało. I część z nich przychodziło tutaj po te najgorsze wieści. Brenna nie mogła nie myśleć o duchu dziecka z lasu. Nie zastanawiać się, czy matka nie szuka tutaj Jimmyego.
Przekazywała już podobne informacje. Wiele razy. Zbyt wiele. Zwłaszcza w ostatnich latach. Tylko w ciągu ostatnich tygodni musiała pukać do drzwi, jednych, drugich, trzecich, dziesiątych i piętnastych. Ofiary czarnoksiężnika z mokradeł. Ofiary czarnoksiężnika z Lasu Wisielców.
Ale nigdy, nigdy nie stawało się to łatwiejsze, a teraz?
Teraz chodziło o Danielle i człowieka, z którym mieszkała pod jednym dachem od lat.
Teraz nie mogła pomóc, nawet gdyby otworzyła sobie żyły - a gdyby to faktycznie mogło pomóc, pewnie dokładnie to by zrobiła.
Poczekała aż zamkną się za nimi drzwi gabinetu Danielle. Aż znajdą się we trzy, w zaciszu pomieszczenia. Pomyślała, że właściwie powinny być we cztery, ale Brenna nie była pewna, gdzie jest teraz Lucy. Obiecała sobie ją odszukać, gdy tylko stąd wyjdą. O ile starsza z sióstr już nie wiedziała. Ktoś z Biura Aurorów mógł przekazać jej te same wieści, które teraz przekazywały tutaj one.
- Sądzimy, że twój ojciec nie żyje - powiedziała, sięgając po dłoń Danielle, gotowa podtrzymać ją, gdyby pod uzdrowicielką ugięły się nogi. - Nie wrócił do domu. Zanim tu przyjechałyśmy, byłyśmy na polanie. Nie ma... go wśród żywych znalezionych w lesie, a przeszukano już prawie całą Knieję. Tata... tata... gdy wrócił dziś rano z przeszukiwań lasu powiedział, że ktoś widział... światła areny Longbottomów... i że śmierciożerca wygrał.
Urwała. Co jeszcze miała powiedzieć? Że prawdopodobnie spoczywał pośród zwłok, czekających na identyfikację? Albo że ciało porwał wiatr i wyniósł tak daleko, że nie zdołano go ciągle znaleźć? Że Mavelle, kto wie, chyba zobaczyła go w Limbo, bo zdawała się domyślać jego śmierci i tylko to wypierać?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
10.07.2023, 20:10  ✶  
Czy dokonała słusznego wyboru, wychodząc z tej szpitalnej sali, w której znalazło się teraz o dużo za wiele osób jak na jej gust? Zwłaszcza tych płci żeńskiej. Rozum podpowiadał, że tak, jak najbardziej – pewne rzeczy należały już do przeszłości w niej powinny pozostać, serce jednak…
  … ach, serce! Dlaczego jego porywy były tak trudne do opanowania?! Czy miało to jakiś związek z tym, że tak naprawdę nigdy nie zapomniała o Alastorze – w tym konkretnym ujęciu, bo przecież zapomnienie o nim jako o osobie było niemożliwe choćby ze względu na fakt, iż pracowali w niejako powiązanych ze sobą Departamentach? I to też nie tak, że nakreślając linię między nimi stwierdziła „żegnaj! Nigdy więcej widzieć cię nie chcę!”. Czy po prostu nastał czas, kiedy pracowicie budowane mury najzwyczajniej w świecie skruszały?
  Nie wiedziała.
  Jak na razie miała mętlik w głowie i starała się kurczowo trzymać myśli, że Moody nie stanowił przecież centrum wszechświata, że nie budziła się u jego boku, że nie snuli żadnych planów na przyszłość. Nie była z nim ściśle związana, Dani zaś… z nią mieszkała teraz pod jednym dachem, ją znała o wiele dłużej niż choćby usłyszała nazwisko Moody, w końcu też: łączyły je więzy krwi.
  A Longbottomowie, jak dało się zauważyć, stanowili dość zgraną rodzinę – i dość trudno było natknąć się na „samotnego wilka”. Tak że… tak, z pewnością dokonała właściwego wyboru, nawet jeśli coś w niej podpowiadało, że może jednak powinna zawrócić. Zawrócić i…
  … nie, odepchnęła ten obraz od siebie. Nie. Nie mogła, nie chciała, to wręcz nie było normalne. Nie. Nie mogła wrócić, nie teraz, teraz musiała postawić Dani przed tragicznym faktem. Bo nawet jeśli początkowo zaprzeczała temu, co już wiedziała, to upływ czasu tylko potwierdzał, że nic się nie zmieni w tej materii.
  Derwina nie było wśród nich.
  Za to jakaś jego część znajdowała się w niej – i nie miała zamiaru się do tego przyznawać.
  Milczała, dreptając za kuzynkami, próbując ułożyć sobie słowa w głowie. To nie tak, że nigdy nikomu nie mówiła, że już nie ujrzą swoich bliskich, ale jedno – informować całkiem nieznanych ludzi, drugie – uświadamiać tych naprawdę bliskich. Czy powinny być we cztery? Zapewne tak, obiecywała w końcu wujkowi, że weźmie na siebie ciężar rozmowy również i z Lucy. Ale póki co przed nimi stała jedna z sióstr. I jej musiały złamać serce, jednocześnie łamiąc i sobie samej – a przynajmniej tak to odczuwała Mavelle.
  - Nawet jeśli go znajdą, to po takim czasie… – dodała milknąc, gdy załamał się jej głos. Walczył. Gdyby był zwykłym czarodziejem, który po prostu zabłądził w kniei, to może jeszcze istniałyby szanse. Ale arena, wspomnienie walki, jakie w sobie nosiła, cała reszta wspomnień, do jakich miała dostęp: wszystko świadczyło o jednym.
  Jednym.
  Inna możliwość już nie istniała.
  - … gdyby… gdyby żył, na pewno już byśmy wiedzieli. Dani… przepraszam, ze nie mamy lepszych wieści – ostatnie słowa prawie wyszeptała. Chciała objąć kuzynkę, ale też jednocześnie nie pragnęła przytłoczyć jej swoim zimnem. Potrzebowała – jeśli już – ciepła życia, nie chłodu śmierci, jaki od niej bił. Więc po prostu objęła się rękoma, zupełnie jakby powstrzymywała się przed rozsypaniem tu i teraz.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#7
11.07.2023, 23:26  ✶  
Kiedy drzwi gabinetu zatrzasnęły się za nimi, Danielle zamierzała sięgnąć różdżką do kieszeni uzdrowicielskiego fartucha, by nie musząc przerywać rozmowy z bliskimi, móc poczęstować ich gorącą kawą lub herbatą. W końcu... rozwiązywanie problemów było łatwiejsze, gdy można było ująć w dłonie gorącą filiżankę, a i od czasu do czasu, gdy brakowało odpowiednich słów, dać sobie dodatkowy ułamek sekundy do namysłu i udawać, że akurat w tym momencie bierze się łyka. Nie zdążyła sięgnąć po różdżkę, by w należyty sposób ugościć kuzynki - z chwilą gdy po nią sięgała, poczuła jak Brenna chwyta ją za rękę. Wtedy też dotarł do niej sens słów, które właśnie usłyszała.

Sądzimy, że twój ojciec nie żyje Rozbrzmiewało w jej głowie niczym echo, odbijające się od pustych ścian pokoju. W tym ułamku sekundy tysiąc różnorodnych myśli kotłowało się w jej umyśle, ale żadna z nich nie wykazywała się zdrowym rozsądkiem, by zaufać temu, co usłyszała. To był jakiś żart? Bardzo okrutny zresztą i nieśmieszny. Próba odegrania się za naruszenie prywatności Mavelle? Nie. Nie zrobiłyby tego.

Pierwsza faza żałoby. Wyparcie.

Zerknęła to na jedną, to na drugą kuzynkę. Ich zmęczenie było widoczne gołym okiem, a ostatnie, kilka, bardzo trudnych dni odcisnęło swój ślad na pobladłej cerze Mav. Zaciemnione ślady pod powiekami Brenny pozwalały sądzić, że przespała może cztery, pięć godzin. Łącznie, od chwili gdy po nakropieniu czoła woskiem wyszły z domu, z pełną świadomością, że mogą nie przetrwać następnej nocy.

- Jak to, nie żyje? - powtórzyła niczym echo. - Przecież... widziałam go, dwa dni temu. Z chwilą, gdy wychodziliśmy na Beltane. Wyszedł chwilę przed nami, nie pamiętacie? Kiedy żegnałam go, wydawał się zdrowy, pełni sił... - i przede wszystkim żywy. Ludzie nie wyparowują tak nagle, gwałtownie, bez pożegnania.

Słowa kuzynek docierały do niej jak przez mgłę. Znała słowa, jakie do niej kierowały, potrafiła podać ich definicję, jednak złączone w jedną wypowiedź nie miały dla niej żadnego sensu. Jej tata, ten z anielską cierpliwością, na którym wybryki i irracjonalne pomysły córek połączone z kreatywnością najbliższego kuzynostwa nie robiły żadnego wrażenia i choć wielokrotnie miał ku temu solidne powody, nie podniósł na nie głosu? Ten, który w tak młodym wieku stracił swoją ukochaną i nigdy nie ożenił się powtórnie, mimo uprzejmych głosów z boku, że być może powinien, za priorytet stawiając swoje dzieci i karierę aurora? Mieliby już nigdy nie porozmawiać? Nigdy nie wysłuchałby opowieści z ciężkiego dyżuru, mimo że z żargonu uzdrowicieli rozumiał pojedyncze słowa? To niemożliwe.

Światła areny Longbottomów... Śmierciożerca... Wygrał.

Słowa docierały do niej, mimo że stanowczo broniła się przez zrozumieniem ich.
- A co... a co z jego partnerem? Na pewno wiecie z kim miał dyżur tego dnia, prawda? - ożywiła się, spoglądając to na Mav, to na Brenn. Jeżeli walczył, nie był sam. Pochodziła z rodziny aurorskiej, wiedziała że patrole rzadko odbywają się w pojedynkę, tym bardziej przy wydarzeniu podwyższonego ryzyka, do jakich zaliczał się każdy sabat. - Rozmawiałyście z nim?



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#8
11.07.2023, 23:46  ✶  
Ludzie reagowali różnie na takie wieści.
Brenna miała dobrą, chociaż nie absolutną pamięć. Jej wspomnienia zacierały się, ale były pośród nich i takie, które zapisywały się w głowie z zadziwiającą ostrością. Pośród nich - szkliste spojrzenie babki Potter, gdy dowiedziała się o śmierci dziadka. Wrzask pełen rozpaczy kobiety, dowiadującej się od Brygadzistki, że znaleziono jej syna. Dziki atak szału mężczyzny, którego brata znaleziono na Mokradłach. Cicha rozpacz o wiele zbyt młodej wdowy...
Niedowierzające spojrzenie Danielle, jej pytania, to wszystko też trafiło do tej szkatułki pełnej nieprzyjemnych wspomnień. I przez chwilę tak bardzo pragnęła być gdziekolwiek, byle nie tutaj. Ale musiała stać właśnie tutaj, w tym pomieszczeniu, u boku kuzynki, nie w Kniei, nie w Biurze, nie w domu. I powinna się cieszyć, szaleć z radości, że sama miała tak ogromne szczęście – jej rodzice, jej brat, żyli. Patrzyła na Danielle, próbując znaleźć właściwe słowa i nie potrafiła – może dlatego, że właściwe słowa nie istniały, nie w takiej sytuacji.
– Nie udało się nam z nim porozmawiać osobiście – przyznała. W tym chaosie znalezienie pojedynczej osoby, wbrew pozorom, wcale nie było łatwe. – Ale z tego, co dziś dowiedziałyśmy się na Polanie… zdaje się… że śmierciożerca zrobił coś, przez co ten uciekł.
Brenna nie miała pojęcia, co: nie zdołała osobiście porozmawiać z towarzyszem Derwina, relację otrzymała z drugiej ręki, być może przekręconą, niepełną, ubarwioną. Jej sens pozostawał jednak niezmienny, w ostatecznym rozrachunku Longbottom pozostał na placu boju w pojedynkę. Nie mogła teraz oceniać, czy ten człowiek uciekł, bo był tchórzem, bo nie miał już sił walczyć, czy może rzucono na niego jakiś czar, który zmusił do ucieczki – wiedziała za mało.
Złość na niego, być może niesprawiedliwa, miała pojawić się dopiero później. Kiedy do Brenny w pełni dotrze, co się stało.
– Dziadka… – zaczęła i zacięła się. Wolną rękę uniosła do szyi, jakby miała nadzieję, że dotyk pozwoli pozbyć się guli w gardle, przecisnąć przez krtań kolejne słowa. – Wezwano… aby przeprowadził identyfikację. A tata posłał nas do was.
Może i mieli tę szansę jedną na milion, że ta identyfikacja nie przebiegnie pomyślnie, a raczej „niepomyślnie”, ale nie mogli się oszukiwać, że to coś zmieni. Nie, gdy wszystko składało się w jedną historię. Był na polanie, walczył na polanie, a potem znikł.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#9
12.07.2023, 20:38  ✶  
W spojrzeniu Danielle widziała odbicie siebie. Tak jak i kuzynka – sama również wypierała fakt, iż wujek nie żył. Że spotkała go w Limbo. W zasadzie nie tylko spotkała – stał się częścią jej samej i powoli, małymi krokami, w końcu się z tym godziła.
  Bo jaki inny miała wybór?
  Nie dało się zaprzeczać prawdzie w nieskończoność – ta pozostawała nieubłaganie niezmienna i żadne podejmowane działania nie były w stanie zmienić faktów, których nie dało się podważyć. Tak, walczył. Tak, nie dawał znaku życia. Tak, znaleźliby go już dawno. Tak, nawet jeśli dziadek nie rozpoznałby syna w przedstawionym mu ciele, to nie oznaczało, że istniała szansa na to, by nadal znajdował się wśród nich.
  Zbyt wiele czasu już upłynęło.
  I w końcu: tak, naprawdę nie dało się dłużej wypierać tego, co stało się w limbo. To nie był sen. Klątwa – jak najbardziej realna. Zimno – prawdziwe, ze zwykłego snu by się nie wzięło. Tak, wbrew pozorom: ludzie znikali ot tak. W jednej chwili byli, a za moment okazywało się, że ich życie zostało zdmuchnięte, niczym świeczka.
  Brutalne? Tak.
  Prawdziwe? Również tak.
  Przymknęła na chwilę oczy, zbierając się w sobie. Słowa. Słowa. Z jednej strony ich treść wydawała się być nierealna, absurdalna wręcz (no bo właśnie – dopiero co był i.. już? To koniec? Mają nigdy go nie zobaczyć, nie zamienić z nim słowa, wymienić choćby uśmiechu?), z drugiej – czuła ciężar każdego. Zarówno wypowiadanego przez Brennę, jak i Danielle.
  Och, Dani, tak mi przykro, że muszę zgasić ostatni promyczek nadziei, jeśli jeszcze jakiś ci został…
  - Nawet jeśli… jeśli... – odetchnęła głębiej. Tak, mogła nie pierwszy raz przekazywać takie wieści, co nie czyniło tego ani odrobinę łatwiejszym. To nigdy nie było proste i przyjemne zadanie, a tym razem okazywało się o wiele bardziej niewdzięczne, bo nie dotyczyło nieznanych osób, tylko rodziny – Nawet jeśli okaże się, że to nie wujka znaleźli, to... – zawahała się. Zaczęła już mówić, owszem, ale może jednak należało zmilczeć? Może…? Nie, wszelkie wątpliwości musiały zostać rozwiane – Jestem coraz bardziej pewna, że go tam widziałam. W Limbo – część prawdy. Bo przecież nie tylko widziała, prawda?
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#10
20.07.2023, 00:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2023, 00:16 przez Danielle Longbottom.)  

Łatwiej dla nich wszystkich byłoby, gdyby reakcja Danielle była bardziej emocjonalna. Mogłaby krzyczeć, przeklinać wszystkich śmierciożerców, którzy tego dnia zaatakowali polanę, odgrażać się, że wyrżnie ich wszystkich, co do jednego, że wypowiada im wojnę, bo ogień należy zwalczać ogniem, a nic innego do nich nie trafia. Ostatecznie rozpłakałaby się z bezsilności i płakałaby rzewnymi łzami, przytulona do kuzynek, które najpewniej również wylałyby wiele łez.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a ona zdawała się wypierać to, co się wydarzyło i całkowicie odrzucać od siebie informację, że jej ojciec mógł zostać zamordowany. To prawda, ludzie różnie reagowali na takie wieści, a psychika ludzka to pełna tajemnic zagadka. Umysł młodej Longbottom uznał, że najbezpieczniejszym będzie wyprzeć bolesne dla niej informacje i rozciągnąć w czasie bolesne nieuniknione. Los bywał okrutny, ale nie tak bardzo, by odebrać jej zarówno matkę jak i ojca. W jej oczach zdało się dostrzec iskierkę nadziei, gdy wspomniały o partnerze ojca z tego dnia.

- Wiecie, jak się nazywa, prawda? Namierzenie go nie powinno być zbyt trudne... - zapytała, spoglądając to na jedną, to na drugą kuzynkę. Musiały go zlokalizować i z nim porozmawiać, skoro wyglądało na to, że był ostatnią osobą, która widziała jej ojca żywego. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Uciekł? Jak tchórz? Zostawiając swojego partnera? Szybko potrząsnęła głową. Nie mógł uciec. - Aurorzy nie uciekają z posterunku - tak przynajmniej twierdzi tata. Reszta zdania ugrzęzła jej w gardle. 

Dziadek. Identyfikacja. Każde słowo uderzało w nią i dopiero teraz bardzo powoli i stopniowo docierał do niej sens tego, co chciały jej przekazać. Limbo.

Popatrzyła nieprzytomnym wzorkiem na Mavelle i choć jej część chciała powiedzieć, że może to jakaś okropna sztuczka Voldemorta, którą chciał zasiać ziarno niepewności i strachu w ich rodzinie, a oni nie powinni dać się na to złapać, tak druga część kazała jej milczeć.

- Limbo... - powtórzyła głucho, odwracając wzrok i kierując go w bliżej nieokreślony obiekt na ścianie. - To chyba... to chyba zmienia postać rzeczy. Tak mi się wydaje - dodała matowym, pozbawionym głębszych emocji głosem. Cofnęła się dwa kroki, a jej dłoń wysunęła się z dłoni kuzynki. - Ja... muszę stąd wyjść. Przepraszam na moment... - odezwała się i nim te zdążyły zareagować, ruszyła w stronę drzwi przyspieszonym krokiem.


Postać opuszcza sesję


let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (1750), Danielle Longbottom (1653), Mavelle Bones (1484)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa