10.09.2023, 02:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 18:47 przez Morgana le Fay.)
"CIASTECZKO Z WRÓŻBĄ
Przechadzając się przez ulicę Pokątną natrafiłeś na cykliczny, niedzielny festyn. Wśród straganów dostrzegłeś wózek chińskiej wieszczki, która sprzedawała ciastka z wróżbą. Skusiłeś się na jedno z nich. Po odwinięciu papierka ukazał ci się napis:
Rzut Symbol 1d258 - 80
nowe zajęcie)
Przepowiednia, którą znalazłeś w środku, spełniła się tego samego dnia."
Przechadzając się przez ulicę Pokątną natrafiłeś na cykliczny, niedzielny festyn. Wśród straganów dostrzegłeś wózek chińskiej wieszczki, która sprzedawała ciastka z wróżbą. Skusiłeś się na jedno z nich. Po odwinięciu papierka ukazał ci się napis:
Rzut Symbol 1d258 - 80
nowe zajęcie)
Przepowiednia, którą znalazłeś w środku, spełniła się tego samego dnia."
Przetarła ścierką blat, ścierając rozlane krople alkoholu. Nie powinno jej tu być, nie po tej stronie barowej lady – przecież pracowała zupełnie gdzie indziej i bynajmniej do jej obowiązków nie należało lanie piwa czy też sporządzanie drinków, nie mówiąc już o wysłuchiwaniu z uśmiechem paplaniny coraz bardziej nalanych klientów. Pół biedy, jeśli tylko gadali i nie szło za tym nic więcej – gorzej, jeśli któryś jednak pozwalał sobie na trochę więcej. Nie to, że odpowiednie odgryzienie się było problemem, niemniej wciąż, zdecydowanie nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy.
Cóż. Durne wróżby potrafiły się dość niespodziewanie sprawdzić – bo przecież tylko parsknęła, gdy jednak skusiła się na ciasteczko ze straganu chińskiej wieszczki i odkryła, że wróżba przewidywała jakieś nowe zajęcie. Szczegół, że niczego takiego naprawdę nie planowała, dosłownie nic, co byłoby w jakiś sposób „nowe” w rutynie życia, w którą musiała wskoczyć. Nawet jeśli pojawiały się jakieś odstępstwa, to przeważnie i tak wpisywały się w utarty schemat. A tu jednak… Carrow – prawdziwa Carrow, choć w zasadzie to rozróżnienie nie powinno było istnieć, bo Clare musiała być po prostu Alanną, każdym calem siebie, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń – miała dość bliską znajomą, może nawet przyjaciółkę wedle jej standardów, która właśnie pracowała w barze. I której wyskoczyła na tyle paląca kwestia, iż stawienie się w pracy graniczyło z niemożliwością.
Od czego się miało przyjaciół, czyż nie?
Stąd też, całkiem niespodziewanie dla siebie, skończyła w tym barze. Bo niby każdy głupi potrafił nalać trunku do szklanki, uśmiechnąć się do zamawiającego i jeszcze przy okazji nie potłuc tych wszystkich butelek i naczyń. Nic, tylko małpę postawić i spisze się tak samo dobrze.
Cóż, to nie było jednak takie proste, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. I choć w teorii zdawała sobie sprawę z tego, bo już widziała, jak bardzo Doris bywała zmęczona, to jednak co innego widzieć, a co innego doświadczać tego na własnej skórze. Zwłaszcza w niedzielny wieczór. Nie można było powiedzieć, iż bar świecił pustkami, wręcz przeciwnie – klienci się pojawiali i odchodzili, woń alkoholu mieszała się z wonią tytoniu; dym z papierosów rozsnuwał się po sali.
Nigdy więcej, obiecała sobie w duchu, jednocześnie posyłając klientowi uśmiech. Prawdziwa Carrow zapewne musiałaby się postarać, żeby nie odstraszyć wszystkich samymi swoimi minami, Clare zaś mogła to trochę złagodzić. W zasadzie nawet musiała, jeśli nie chciała, by Doris wyleciała z hukiem z pracy z powodu znalezienia tak paskudnego zastępstwa; nawet jeśli uczyniła cudze życie swoim, to nie wyzbyła się przecież własnej natury. Zajmując się rozlewaniem trunków, nawet nie zauważyła, jak do środka wchodzi kolejny gość.
Szczególny gość.
Kości się wzięły i spsuły; skonsultowane z Szefem wszystkich szefów. Zatem, suma była rozegrana pod "nowe zajęcie", zgodnie z tym, co pierwotnie wyskoczyło.