• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 9 10 11 12 13 … 16 Dalej »
[Luty 1963, Hogwart] Słodki ziemniaczku, zostań moją walentynką!! Brenna & Anthony

[Luty 1963, Hogwart] Słodki ziemniaczku, zostań moją walentynką!! Brenna & Anthony
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#1
15.08.2023, 19:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2023, 18:40 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Walentynki były najbardziej męczącym dniem pierwszego kwartału roku. Pomijając już, że wszystko tonęło w mdłym różu oraz czerwieni, to znikały jakieś granice dobrego smaku i wierzono, że miłość przezwycięży każdą przeszkodę. Anthony Borgin zupełnie nie wierzył w te brednie, podobnie zresztą, jak w miłość. Owszem był młody, popularny i przystojny, razem ze swoimi Ślizgońskimi przyjaciółmi — Atreusem oraz Louvainem, uznawali byli za jedne z lepszych partii w szkole. Nic dziwnego. Miał piętnaście lat, był dość wysoki, bo już miał ponad metr i osiemdziesiąt centymetrów, a także był przyzwoicie zbudowany. Ciemne, niesforne włosy, które przy wilgotnym powietrzu Szkocji wiły się w lekkie loczki, dodawały mu tylko uroku. Nie było dla niego żadnym zaskoczeniem otrzymanie mnóstwa kartek lub czekoladek, chociaż nadawczyń większości z nich nawet nie kojarzył z imienia. Niektóre były zdrowo pierdolnięte, naćpane chyba jakimiś eliksirami, bo nie rozumiały grzecznej odmowy. I właśnie się tak złożyło, że późnym popołudniem w dniu zakochanych, Tosiek zmykał po schodach, udając głuchego na wołanie za jego plecami. W kieszeni szaty miał paczkę czekoladek i jakieś serduszko, ale los chciał, że nie zabrał z lochu różdżki. Przeklinał pod nosem z niezadowoleniem, wierząc i łudząc się, że niewiasta z żółto-czarną spódniczką pomyliła go z jego kuzynem Stanleyem. Skręcił gwałtownie, starając się znaleźć schronienie przed niechcianym wyznaniem i wtedy właśnie wpadł na coś miłego, wysokiego i ładnie pachnącego. Podtrzymał ją instynktownie w pasie, aby nie upadła i omiótł wzrokiem twarz dziewczyny, którą okazała się Brenna Longbottom, okrzyknięta największą gadułą w szkole. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, uważał właściwie, że była urocza — starsza od niego, dość mądra i miała ładne, długie nogi. Na widok jej oczu do głowy wpadł mu szaleńczy plan, jednak nie miał czasu, aby zapytać jego główny element o zgodę. Uśmiechnął się więc łobuzersko. - Cześć Panno Longbottom. Porywam Cię, zostań moją walentynką. - oznajmił prosto z mostu, podwijając rękawy od szaty, bo usłyszał kroki. Co za uparta baba! Złapał więc Brenne tak, aby przerzucić ją sobie przez ramię, niczym worek najsłodszych, wytrawnych ziemniaczków i pognał jeszcze kilka kroków, a potem wszedł z nią do kanciapy woźnego, a drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem. Odstawił ją ostrożnie, gdy magiczna świeczka zapaliła się, rzucając cienką i delikatną łunę światła, tak, że mógł dostrzec jej twarz. Nim zdążyła się odezwać, wpadając w słowotok, zakrył jej usta dłonią, a do swoich przyłożył palec, robiąc ciche "cśśś". Kroki były coraz głośniejsze, podobnie jak wołanie. Spojrzał dziewczynie w oczy, starając się przybrać niewinny, proszący wyraz. Cofnął jednocześnie dłoń, nie chcąc, aby czuła się niepewnie z nadzieją, że nie zdradzi ich kryjówki. Cóż, nie mógł oprzeć się myśli, że to była całkiem romantyczna perspektywa walentynek ze śliczną dziewczyną. - Myślisz, że poszła?- zapytał szeptem, nachylając się nieco, aby mogła go usłyszeć i próbując nie ruszyć żadną miotłą. Cóż, jeśli tu zajrzy i spotka go z Brenną, to będzie improwizował.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#2
15.08.2023, 20:11  ✶  
Brenna nie dostała stosów czekoladek ani kartek, ale i się ich nie spodziewała. Sama kilka owszem, wysłała – tyle że były to czekoladki dla brata, dla ojca, dla dziadka, dla wujka, dla drugiego wujka. W jej rzeczywistości Walentynki oznaczały głównie to, że musi upewnić się, czy w pokoju wspólnym Gryfonów ktoś nie sprezentował komuś amortencji, ochrzanić grupkę czternastolatków za próbę zrobienia sobie żartów z koleżanki, a potem pozwolić, aby pewna Puchonka z piątego roku wypłakała się na ramieniu, bo pewien chłopiec nie był miły, gdy dostał czekoladki.
Szaleniec. To w końcu były czekoladki.
Nie oznaczało to jednak, że nie dostała niczego. Sowa przyniosła jej w tym roku bodaj pierwszy raz Walentynkę, a konkretnie walentynkowy bukiet, składający się z sałaty, rzodkiewek, marchewek i bardzo dorodnej kalarepy. I bez karteczki domyśliła się, że to żadne wyznanie, a swego rodzaju żart. Wiedziała, kto go wysłał i bardzo nim rozbawiona (a także usatysfakcjonowana, bo w końcu jadalny bukiet to doskonały bukiet) wędrowała właśnie z zamiarem zaoferowania pewnemu Krukonowi w zamian czekoladowej żaby. (Z zastrzeżeniem, że jeżeli znajdzie w niej kartę z Panią Jeziora, to Brenna mu ją wydrze choćby z jego życiem, ale za to może mu wtedy dać w zamian dziesięć innych kart, bo na tę konkretną to poluje już od lat siedmiu. Ewentualnie się za nią wymieni nawet własną duszę, to w końcu Pani Jeziora.)
Nim jednak dotarła w okolice Wieży Krukonów, wpadła na jakiegoś Ślizgona. Dosłownie.
Miał szczęście, że miała zajęte ręce, bo inaczej prawdopodobnie za próbę podniesienia jej – nie taką łatwą, bo Brenna nie była niska, i wcale nie była szczególnie lekka, mięśnie swoje ważyły, a tatuś już zadbał, aby córeczka doceniała aktywność fizyczną i ćwiczyła pilnie – jak nic by oberwał. Nawet nie specjalnie, a w odruchu. Wszak w tych miłych, hogwarckich czasach, Borginowie byli tylko jeszcze jedną rodziną, Anthony tylko jeszcze jednym, młodszym uczniem, a Brenna miała siedemnaście lat i nie wietrzyła we wszystkim, co ludzie robili, jakichś podstępów.
W kanciapie woźnego stanowczym gestem odsunęła jego dłoń od swoich ust. Nie wpadła we wściekłość, bo Brenna ogólnie rzadko się wkurzała. Pytanie też dość szybko wyjaśniło jego jakże osobliwe zachowanie – porywanie dziewcząt ze szkolnych korytarzy było wszak absolutnie niezgodne z regulaminem. Erik w gruncie rzeczy też czasem posuwał się do różnych dziwnych rzeczy, by uciec przed niechcianą wielbicielką… (A parę tych wielbicielek… tak, wypłakiwało się jej potem na ramieniu.)
Na całe szczęście dla Borgina, nie musiał obawiać się, że Brenna postanowi niecnie wykorzystać okazję. Po pierwsze, był młodszy, po drugie, Brenna była po prostu Brenną i na pewno nie spodziewała się po kimkolwiek jakiegokolwiek romantyzmu wobec siebie.
- Połamałeś mi marchewki – oświadczyła, podsuwając mu pod nos swój bukiet. Jakże nietypowy. – A ta sałata? Popatrz, jak teraz wygląda – mruknęła, cofając bukiet ku sobie, by obejrzeć, w jakim stanie są warzywa. No cóż. Warzywny bukiet miał to do siebie, że połamany wciąż nadawał się do jedzenia. – Nie wiem, czy poszła, ale wiesz, Borgin, jest takie ładne słowo, które może ci się bardzo przydać. Brzmi ono „nie”. Możesz spróbować tego, zamiast rzucania dziewczynami po korytarzach. Mogłeś kogoś przestraszyć.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#3
16.08.2023, 19:43  ✶  
Czekoladki zwykle były smaczne, chyba że jakaś furiatka nasączała je eliksirem miłosnym, licząc na fajerwerki. Lubił też ciasta i ciasteczka, zdarzały się brownie z malinami. Sam wysyłał walentynkę tylko swojej siostrze oraz kuzynce, chcąc, aby miały milszy dzień. Karteczki nie były oczywiście podpisane, wszystko owiane było anonimowością, bo co to za radość, dostać słodycze i bukiet od rodziny, a nie wymarzonego księcia, czy o kim one tam śniły. Wiedział, że Panna Longbottom jest odpowiedzialna i pilnuje porządku swoim ognistym temperamentem. I całkiem ładnie było jej w czerwonym, chociaż z Gryfonami nigdy nie mógł się dogadać, poza Ger, która trafiła tam z przypadku.
Nie oznaczało to również tego, że warzywny bukiet wysłany dla "żartu", co nawet Tonemu wydawało się dość brzydkie, będzie jedynym prezentem Panny Longbottom. Właściwie to trochę liczył, że ją spotka, a jeśli nie, to chciał skorzystać z sowiarni i wysłać jej słodkości pocztą, podpisując się tylko inicjałem lub pierwszą literką imienia. Dziewczyna miała w sobie coś bardzo Borgina ujmującego, wzbudzała jego szacunek przez swoje zachowanie i sposób bycia, nawet jeśli czasem gadała zbyt dużo i trudno było za nią nadążyć. Nie była to panna, którą zaakceptowałby jego ojciec, więc jego spojrzenia — tak często lecące w jej kierunku, pozostawały tajemnicą. Porwał ją więc, uznając, że to najlepsze wyjście i w taki sposób przynajmniej utkwi jej w pamięci, bo wydawała mu się dziewczyną popularną. Nie było w tym nic złego i podejrzanego, był tylko nastolatkiem z buzującymi hormonami, któremu podała się dziewczyna i robił głupie rzeczy. Młodość rządziła się swoimi prawami, pozwalała na takie odstępstwa. Hogwart był dla niego trochę schronieniem, odskocznią, a ojciec nie wpadł na to, aby dokładnie śledzić każdy dzień jego poczynań, gdy wdzierał mu się do głowy. Anthony nigdy nie był synem idealny, należało go więc w mniemaniu staruszka wyszkolić — on jednak wierzył, że lepiej jego niż któreś z dwójki jego rodzeństwa. Zresztą, gdy coś zmalowali, brał winę na siebie.
Przyglądał się jej trochę rozmarzonym wzrokiem, nawet jeśli dość pewnie i stanowczo odsunęła jego dłoń. Ładnie pachniała, zrobiło mu się cieplej wewnętrznie, nawet jeśli obiekt jego walentynkowego polowania zupełnie nie był zainteresowany. A wcale nie wyglądał tak młodo, dodatkowo wiek był tylko liczbą i nie stanowił w jego pokrytej loczkami głowie absolutnie żadnej przeszkody.
- Marchewki? - przekręcił głowę na bok, powtarzając za nią w zaskoczeniu i dopiero teraz dostrzegł trzymany przez nią pęk warzyw. Zamrugał zdziwiony. Była w szklarni, szła gotować do kuchni? Jego oczy wędrowały pomiędzy faktycznie złamaną marchwią a twarzą Brenny. Zapach warzyw był na tyle intensywny, że z niezadowoleniem stwierdził, że mając tak blisko nosa pietruszkę, to wcale nie czuł jej perfum. Merlinie, chyba nie była smutna przez te królicze żarcie? - Ja.. Nie chciałem połamać Ci warzyw... Żaden ze mnie ogrodnik, ale jak chcesz, to kupię Ci nowy i wyślę pocztą! W ramach rekompensaty za ten.. Nie wiedziałem, że lubisz gotować, Panno Longbottom.
Dodał z odrobiną zakłopotania, bo nie tak wyobrażał sobie wstęp do ich nagłej randki w schowku, która malowała się w jego głowie od momentu, jak drzwi się za nimi zamknęły. Cofnął się pół kroku, słuchając reprymendy, był do nich na tyle przyzwyczajony, że po prostu przytaknął i kiwną głową, drapiąc się po karku.
- Nie porywam przecież każdej dziewczyny i każdą nie rzucam po korytarzu, tylko Tobą. Nie bądź zła, właściwie to chciałem Cię spotkać, a że w takich okolicznościach, to cóż.. - rozłożył bezradnie ręce, wzruszając ramionami i wskazując na schowek. - Jesteśmy tutaj. Nie jest tak źle, możemy usiąść na wiadrach. Chcesz usiąść? - zaproponował błyskotliwie, ignorując całkiem to, co działo się na zewnątrz, zbyt skupiony na nastolatce i próbie odkupienia swoich win, zwłaszcza tych związanych z tą nieszczęsną marchewką, bo wyglądała, jakby była jej fanką. - Mówiłem jej, że "nie", naprawdę.
Usprawiedliwił się jeszcze, nie chcąc, żeby Brenna sobie coś pomyślała. Miała w sobie więcej siły i lepiej sobie z nim radziła, niż Atreus i Louvain, niespotykane. Prywatna temperówka Anthonyego Borgina.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#4
16.08.2023, 20:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2023, 22:56 przez Brenna Longbottom.)  
Brutalna prawda była taka, że sama Brenna prawie nie dostrzegała Anthony’ego – a przynajmniej nie dostrzegała go bardziej niż jakiegokolwiek innego chłopca na czwartym roku. Dwa lata różnicy wieku może były niczym po dwudziestce, ale dla panny, która skończyła siedemnaście lat i sama sobie wydawała się taka dorosła, skoro była już pełnoletnia… te kilka roczników wyżej stanowiło przepaść. Wiedziała, że Louvain, Atreus i Anthony są bardzo popularni. Ale to też niezbyt robiło wrażenie na młodszej siostrze popularnego Erika. Zresztą jej najlepszy przyjaciel Castiel też był przystojny i szalenie inteligentny, więc po prostu do widoku ładnych, chłopięcych twarzy… nawykła.
Lubiła go, ale w jej przypadku ciężko było w hogwarckich latach o kogoś, kogo nie darzyłaby sympatią: to dopiero miało się zmienić. Już dużo łatwiej było znaleźć osoby, które nie przepadały za nią: za gadulstwo, za zbytnią energiczność czy niektóre zachowania.
Brenna omal nie roześmiała się, kiedy Borgin zaczął zapewniać, że wcale nie chciał połamać warzyw i przyśle jej nowy bukiet. Zdawał się szczerze zakłopotany, więc uśmiechnęła się do niego znad tego bukietu.
- Nie ma sprawy, warzywny bukiet ma nad normalnym tę przewagę, że nawet połamany jest piękny, bo go można dalej zjeść – oświadczyła. A kiedy przyjrzał się uważniej, mógł stwierdzić, że wcale nie wyglądało to po prostu jak pęczek warzyw: ułożono je dość artystycznie i przewiązano wstążeczką. Było ich sporo, więc zapach marchewki i sałaty bardzo skutecznie przytłumił zapach dość słabych, bzowych perfum, oczywiście z drogerii Potterów, które wysyłano je tak często, że obdarowała nimi już połowę uczennic. Teraz wokół pachniało głównie sałatą. I marchwią. – Nie mam zamiaru tego gotować, zjem je potem po prostu.
Marchewka, sałata i rzodkiewki miały tę cudowną zaletę, że można było potraktować je jako przekąskę, kiedy się zgłodnieje. A Brenna miała chęć na przekąski dość często. Niektórzy krewni mawiali, że gdyby tak ciągle nie ganiała we wszystkie strony zaraz, prawdopodobnie już by nie chodziła, a się toczyła. Przynajmniej tyle, że nie dyskryminowała – wcale nie musiała jeść czekolady czy pączków. Marchewka i rzodkiewka też się nadawały.
– Nie jestem zła. Gdybym była zła, na pewno byś zauważył. Dostałbyś w nos. To bardzo ciężko przegapić – powiedziała wprost, bo z równowagi wyprowadzić ją było ciężko, ale kiedy już się to działo, to wybuchały bójki. Najczęściej na przykład z takim Rosierem, mającym kiedyś nieładny zwyczaj nadużywania słowa na „sz”. Po kilku wspólnych szlabanach on jednak zaczął gryźć się w język, a ona trochę przyhamowała z rzucaniem się na niego z pięściami. – Coś potrzebujesz? Proszę, nie mów, że szukasz prefekta, bo tobie też ktoś dał czekoladki z amortencją. Jak będę wracać, muszę dopaść Ślimaka, bo jak nic ktoś włamał się mu do gabinetu i zaiwanił cały kociołek, a potem sprzedał to innym uczniom. Skonfiskowałam już dziś chyba ze cztery pudełka, a jedną biedaczkę z czwartego roku musiałam podstępem zaprowadzić do skrzydła szpitalnego, żeby dalej jej odtrutkę… jak ja dorwę tego gada, który jej to podał, to będzie przepraszał na kolanach i ze łzami w oczach – oświadczyła. Miała wrażenie, że niektórych ogarnął jakiś amok. Rok temu nie przypominała sobie żadnych przypadków z eliksirami miłosnymi. Tak, jak nic ktoś okradł profesora. Albo… – Hm, a może uwarzyli coś w łazience Marty. Cholera, muszę o tym pogadać z Tori – dodała jeszcze jakby z zastanowieniem, bo kiedyś widziała tam pozostawiony kociołek. Mało kto korzystał z tej łazienki, z racji na to, że zwykle człowiek wchodząc do toalety bardzo nie chce, aby przeniknął nagle przez niego duch. Albo zaczął zawodzić. Albo piszczeć, że go obrażasz.
– Możemy też nacisnąć klamkę i wyjść na korytarz – zasugerowała, przenosząc spojrzenie z twarzy Borgina na drzwi. – Może sobie poszła. A jeśli sobie nie poszła i będzie nastawać na twoją cnotę, solennie obiecuję, że jak przystało na dobrą Gryfonkę bohatersko cię obronię. I przy okazji ocalę ją przed nią samą, wyjaśniając, że szkoda jej czasu na chłopców, którzy uciekają przed nią do schowków na miotły. No dalej, trochę odwagi, Ślizgonie. Wiem, że wasz styl to czajenie się w cieniach niż bezpośrednie stawianie czoła zagrożeniu, ale tutaj zaraz zeżrą nas pająki – oświadczyła, wskazując na pajęczynę tuż koło swojej głowy. Nie, nie bała się pająków, więc i nie próbowała się od niej odsuwać, ale przecież nie będą chować się w schowku przed jakąś biedną, zakochaną dziewczyną.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#5
20.08.2023, 22:05  ✶  
Na szczęście wmawiał sobie, że jest inaczej i nie jest jakimś duchem o słabej poświacie dla Panny Longbottom. Nie był przecież brzydki, nie był biedny i specjalnie głupi, uczył się i miał oceny przyzwoite. Wzrost też według jego mniemania zwiększał szansę u starszej dziewczyny. Sam nie mógłby zdecydować, czy stwierdzenie "do widoku ładnych, chłopięcych twarzy nawykła", uznałby za komplement czy raczej cios proste w jego nastoletnie serce, że wrzuciła go do worka — o zgrozo — z cichym puchonem i swoim własnym bratem. To drugie było gorsze. Na szczęście nie miał opanowanej jeszcze sztuki przeglądania cudzego umysłu, chociaż ojciec już zdążył na ostatnim spotkaniu o tym wspomnieć, pomiędzy wrzaskami o jego nieudolności a niezadowoleniem z faktu otrzymania "Z" z ostatniego sprawdzianu z eliksirów.
Brenna była typem człowieka, którego albo się lubiło, albo nie. Dużo mówiła, ale głos miała przyjemny i wydawała mu się elokwentna, gotowa do wypowiedzenia się na każdy z możliwych tematów. Była narwana, była pełna energii, niezależna, miała w sobie intrygujący błysk — zwłaszcza w oczach, które z ciekawością spoglądały na otaczający ją świat. Była też śliczna i miała czystą krew — jedyną wadą był ten nieszczęsny Gryffindor, ale był obecnie zbyt nią zafascynowany, aby dłużej nad tym gdybać. Gdy się tak uśmiechnęła, on sam też się uśmiechnął, lustrując wzrokiem jej twarz i policzki, znów myśląc, jak śliczną jest dziewczyną.
- Czy normalny nie pachnie ładniej? - zapytał z zaciekawieniem, bo wydawało mu się, że dla dziewcząt o było ważne, dlatego zawsze były takie zadowolone, gdy dostawały kwiaty. Jego siostra zawsze zanurzała w nich twarz z zachwytem. Przyjrzał się warzywom i z niezadowoleniem stwierdził, że ktoś się przyłóż i wcale nie ułożył przypadkiem sałaty czy innej brukwie, razem z tą marchewką. Ściągnął brwi w zastanowieniu, jego palce nerwowo stuknęły o najbliższą powierzchnię. - Zamierzasz zjeść swój walentynkowy bukiet? Kto był taki kreatywny, będę musiał się zainspirować, skoro działa.
Dodał mimochodem, chcąc oczywiście zachować twarz, jakby wcale ten fakt go nie denerwował, tak, jak denerwował. Bo co, jeśli jakiś ziemniak zdobędzie jej serce? Przygryzł delikatnie zewnętrzną część polika. Nawet jak Brenna dużo jadła, nie było po niej zupełnie tego widać. Czy przez ten bukiet, ona była czyimś słodkim ziemniaczkiem? Wydał z siebie ciche mruknięcie, kontemplując nad tym, jakby co najmniej zależał od tego los świata.
Cofnął się pół kroku, będąc trochę rozbawionym, a trochę pod wrażeniem.
- Naprawdę dałabyś w nos za porwanie w walentynki? - w jego głowie był to przecież plan doskonały, a teraz okazało się, że to mogło nie wszystkim się podobać, cóż za zaskoczenie. Anthony zmierzwił włosy, przenosząc wzrok na bok. Jego dłoń mimowolnie powędrowała do kieszeni, sprawdzał, czy pudełko wciąż tam było. Owszem, słyszał o tym, że biła Rosiera na kwaśne jabłko, ale każdy wiedział, jak rycerska była Longbottomówna i nawet on nie używał określenia brzydkiego względem niemagicznym w jej obecności, aby nie dostać punktów minusowych. Prawda była taka, że dla większość Ślizgonów, szlama była szlamą. A potem zaczęła mówić, dość długo. Nie przerywał jej, słuchając po prostu, jedynie może krzyżując ręce na klatce piersiowej, cofnął się nieco i dał jej więcej przestrzeni, bo nagle zapach przyszłej sałatki go zirytował.
- Same problemy z tą miłością i walentynkami. Jednak nie Panno Longbottom, ja nie dlatego. - odpowiedział z delikatnym wzruszeniem ramion, nie zdając sobie sprawy, jak wiele amortencji rozniosło się po szkole. Nie słyszał też o nikim, kto włamałby się do gabinetu, ale każdy miał swoje jakieś sekrety. Trochę żałosne sięgać po eliksir miłości, aby uzyskać czyjąś aprobatę i uczucie. Takie schadzki po amortencji odbierały całą zabawę, cały ogień w zalotach. Wysyłaniu liścików, kwiatków, czekoladek — dorośli pewnie sięgali też po seks, ale o tym Anthony na tym etapie swojego życia jeszcze nie myślał. - Jej łazienka nie brzmi na bezpieczne miejsce, aby coś przygotować. Ten duch strasznie dużo gada, wszyscy by wiedzieli, szczególnie jak podoba się jej jakiś chłopak. - przyznał po chwili namysłu, chociaż sam w tej toalecie nie był, to Martę miał okazję spotkać. Okularnica nie była specjalnie fajnym towarzystwem ani to ładne, ani mądre, ani też chyba nawet czystokrwiste, ale aż tak się Tosiek nie zagłębiał. Wrócił uwagą do uprowadzonej Gryfonki. Westchnął, a potem chciał coś powiedzieć, ale Brenna kontynuowała i chłopak aż usiadł z wrażenia, o mało nie zgniatając czekoladek. Patrzył na nią zrezygnowany, nie bardzo wiedząc, co ma jej powiedzieć. Wcale nie potrzebował obrony przed jakąś dziewuchą, tym bardziej w wykonaniu dziewczyny, którą lubił.
- Nie chciałem jej znowu odrzucać przy ludziach, żeby nie płakała w walentynki. - odpowiedział w końcu, czując, jak odrobinę rumienią mu się policzki, bo przecież psuło to jego obraz łobuza i niesfornego chłopca z bandy najprzystojniejszych w szkole. Westchnął ciężko, przesuwając dłonią po twarzy, a potem zwilżył usta. Zachciało mu się pić i sam nie wiedział, czy te czekoladki to dobry pomysł. - Jak chcesz, to możemy iść na korytarz, jeśli się boisz pająków. Mnie nie przeszkadzają, są pożyteczne. - zaczął nastolatek, wstając. Sięgnął do kieszeni, wyjmując pudełko z czekoladkami, na szczęście wcale nie było zgniecione. Słodycze były przyzwoite, odkładał na nie z kieszonkowych, nie chcąc podarować jej byle marchewki, ziemniaka czy mlecznej czekolady. Wyprostował się, spojrzał na jej twarz i wyciągnął rękę w jej stronę. - To dla Ciebie. No wiesz, na walentynki. Pomyślałem, że będą Ci smakować i chciałem Ci je dać. To jakieś smaki niespodzianki, nie znam się na słodyczach. - wyjaśnił, nie uciekając od niej spojrzeniem pomimo zawstydzenia. Nie mógł powiedzieć wprost, że mu się podoba i zapytać o chodzenie, bo był od niej młodszy i pewnie źle by to przyjęła, zwłaszcza po jej chęciach bycia rycerzem.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#6
20.08.2023, 22:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2023, 00:14 przez Brenna Longbottom.)  
- Hm, może – zastanowiła się Brenna, na chwilę opuszczając wzrok, by spojrzeć na bukiet z pewnym namysłem. Sama dostawała od matki i babki tyle perfum, szamponów i innych cudów, że zwykle nie zwracała na to uwagi. A jeżeli chciała w pokoju kwiatów, najczęściej po prostu rwała coś w ogrodzie. – Pewnie, że zamierzam go zjeść. Inaczej to byłoby marnotrawstwo, prawda? I przecież zwykłe bukiety wyrzuca się w końcu do kosza. Kiedy zwiędną. To nie jest gorsze niż zjadanie? A tak w sumie, to byłam to ja. Znaczy, ja powiedziałam, że taki bukiet jest lepszy niż normalny.
Kayden nie był z pewnością niczyim rywalowym ziemniakiem - nie jeśli szło o Brennę. Ona lubiła jego, on ją, ale wyłącznie po koleżeńsku. Bukiet był żartem, jej zdaniem zabawnym, wynikających ze słów, jakie do kolegi parę miesięcy temu wypowiedziała i nigdy nie wzięłaby tego gestu za oznakę czegoś poważnego. Tacy chłopcy jak Delecour interesowali się czystokrwistymi ideałami - nieskazitelnymi przynajmniej na powierzchni, błyszczącymi na salach balowych, noszącymi maski doskonałości, a pod nimi zwykle szukającymi odrobiny ekscytacji i zapatrzonych tylko w nich, męskich oczu. A Brennie nie mogłoby być dalej do takiego czystokrwistego ideału. Paplała niemiłosiernie, często miała podrapane kolana, próbowała być w dziesięciu miejscach na raz, a w kieszeniach zawsze nosiła cukierki, na wypadek, gdyby ktoś miał gorszy dzień i czekolada mogła być dla niego formą pocieszenia. Jej ojciec chyba po cichu to popierał: może dlatego, że widział, że jego córka ma w naturze działanie, a on jako Brygadzista taką postawę cenił. Matka pogodziła się ze stanem rzeczy z westchnieniem - było to pewnie łatwiejsze, bo miała już idealnego syna, a tę nieidealną córkę też kochała z całego serca. I choć niedługo po Hogwarcie Brenna wnikła dość płynnie w ten świat elit, to wciąż pozostawała na jego pograniczach, i zawsze w tle tych innych czystokrwistych. Nie błyszczała. I nie chciała błyszczeć. Chciała, aby błyszczał jej brat i rodzina, którą kochała. Nie miała szans u tych rozchwytywanych chłopców.
Ale rzecz jasna, nie zamierzała uświadamiać w tym braku konkurencji Borgina.
Choćby dlatego, że nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że on sam – albo ktokolwiek – mógłby za takiego rywala się uważać.
– Za wrzucenie mnie do schowka? Może. Ale ci wybaczam, skoro musiałeś dokonać szybkiej ewakuacji przed zagrożeniem pierwszego stopnia – zapewniła. – Chociaż miałam raczej na myśli: gdybym była zezłoszczona, dałabym ci w nos.
Bardzo wściekła faktycznie mogła rzucić się do bicia. Na całe szczęście, bywała taka bardzo rzadko, a w ostatnim roku nawet nie biła się z Rosierem, co mogło oznaczać, że albo oboje wydorośleli, albo że on trochę bardziej pilnował się w jej towarzystwie, by potem nie skończyć na wspólnym szlabanie. A Ślizgoni sami w sobie denerwowali ją rzadko. Victorię i Cynthię nieraz porywała wręcz spod Pokoju Wspólnego, a Laurent potrafił schować się za nią nawet przed kolegami z własnego Domu. Jakoś nie stykała się zwykle z tymi, którzy lubili szafować słowem szlama – ewentualnie przy niej się hamowali albo ci, którzy mieli mocno zakodowaną wyższość czystokrwistych, po prostu byli też tymi, którzy nie cierpieli jej sposobu bycia.
– Naprawdę? Zdaje mi się, że ona głównie płacze. I krzyczy. Bardzo dużo krzyczy. Poza tym prawie nikt nie chodzi do tej łazienki przez jej wieczne zawodzenia – stwierdziła Brenna z pewnym zamyśleniem. Zastanawiała się też, czy skoro Marcie podobali się czasem chłopcy, to gdyby taki szykował eliksir, nie milczałaby ze względu na niego… a nie, zaraz. Chłopiec podobający się Marcie raczej nie potrzebowałby takich mikstur. – Masz rację, gabinet Ślimaka jako źródło jest bardziej prawdopodobny – ustąpiła jednak dość szybko.
Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy wspomniał, że nie chciał, aby dziewczyna płakała. W tym uśmiechu nie było ani odrobiny szyderstwa, bo Brenny naprawdę zupełnie nie obchodził image buca i łobuza – wręcz łobuzów lubiła trochę mniej niż innych (ale z reputacji Anthonyego w tej kwestii nie do końca zdawała sobie sprawę, bo jednak był trzy roczniki niżej, o wybrykach Ślizgonów dowiadywała się zwykle wtedy, gdy rozmawiała z Tori i licytowały się, czy to Gryfoni czy Ślizgoni zostali przez nie ukarani za coś głupiego). Gdyby nawet wcześniej była zła za zamknięcie w tym schowku, teraz na pewno dostałby rozgrzeszenie.
– To ładnie z twojej strony – przyznała. – Chociaż doradzam pogadanie z nią bez świadków, przecież inaczej będzie cię ścigać i inne w dni. Chyba że to tylko tak w lutym? Jakaś walentynkowa gorączka? Ewentualnie w grudniu. Dla niektórych chłopców z Gryffindoru przez jemiołę korytarze stały się śmiertelną pułapką – oświadczyła, niemal tak jak zawsze skacząc nieco z tematu na temat, wybiegając myślami na boki i w dodatku tymi myślami postanawiając niemal natychmiast się podzielić. – Nie boję się pająków – zapewniła. Tym, czego Brenna się bała, była każda pełnia, niosąca realne niebezpieczeństwo, nie jakieś tam pajęczaki.
Brwi Brenny uniosły się lekko, kiedy wyciągnął czekoladki. To miała być jakaś próba przeprosin za ten schowek? Za dziesięć lat pewnie przyszłoby jej do głowy, że Borgin planuje ją otruć, ale w tej chwili po prostu wyciągnęła rękę i przyjęła słodycze, chociaż była na tyle beznadziejną osobą w pewnych sprawach, że wciąż nie dostrzegała za nimi żadnych znaczeń.
– To ma być jakaś próba przekupstwa prefekta? Jeżeli tak, to całkiem skuteczna – zażartowała. Ułożyła na moment bukiet na pudełku, by sięgnąć do kieszeni, bo w końcu wypadało się odwdzięczyć. – Weź sobie jedną. Tylko uwaga, jeśli wylosujesz kartę z Panią Jeziora, to lepiej stąd uciekaj, Borgin, i to dużo szybciej niż przed tą biedną dziewczyną, bo wyrywając Nimue, mogłabym przypadkiem połamać ci palce – oświadczyła lekkim tonem, wydobywając z kieszeni kilka opakowań z czekoladowymi żabami. Wyciągnęła ku niemu dłoń, by mógł zgarnąć sobie przysmak, jeżeli miał ochotę.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#7
28.08.2023, 00:29  ✶  
Miała w sobie coś ognistego i uroczego, gdy tak wpatrywała się w swój warzywny, nietypowy bukiet. I była taka orzeźwiająco żywa, namacalna. Nie była jakimś mistycznym wymysłem, ideałem, o których ciągle gadał mu ojciec. W tym wieku Anthony niewiele jeszcze o kobietach wiedział, jeszcze mniej je rozumiał. Brenna wydawała mu się kimś, kto pozwoliłby mu uciec od tego całego dziedzictwa, obowiązków i presji, którą na niego kładziono. Dziadek się starał, ale ojciec wiedział lepiej. Zwilżył wargi w zamyśleniu, kręcąc delikatnie głową, odganiając te myśli. Jego oczy znów przemknęły po jej ślicznej twarzy, jak na zauroczonego nastolatka przystało. - Jakie kwiaty lubisz? - zapytał ni stąd, ni zowąd, chyba sam zaskoczony, jednak nie speszył się wcale i nie cofnął pytania, był przecież odważnym chłopakiem. Spojrzał na bukiet. - Moja mama, gdy dostanie naprawdę ładny bukiet, to go suszy lub magią sprawia, że nie więdnie. Zna się na tym. Ty? Ty chciałaś warzywny bukiet od jakiegoś... Kolegi?
Chciał trochę zbadać grunt, dowiedzieć się więcej i jednocześnie nie wyjść w oczach młodej czarownicy na jakiegoś desperata. Jemu byłoby głupio zjeść walentynkowy bukiecik, nawet jeśli był marchewkowy. Tyle tylko, że Tosiek dostawał zwykle kartki oraz czekoladki. Dobrze, że Kayden nie był rywalem, bo mógłby kiedyś przypadkiem zęby stracić, gdyby doszło do jakieś dziwnej sytuacji. Na szczęście Borgin nie miał pojęcia, kim ów chłopak był. Czy to nie było tak, że większość chłopców, przynajmniej wywodzących się z rodów zawartych w skorowidzu, nie szukało takiego właśnie ideału? Perfekcyjnej żony, która połączy dwie linie, tworząc coś doskonalszego, o silniejszym źródle. Obecnie wydawało mu się to głupie jak całe te aranżowane małżeństwa.
Brenna była ciekawsza, umiała dostarczyć adrenaliny i bodźców. Była też z czystokrwistego domu, miała ładna buzie. Gadanie mu nie przeszkadzało, nawet jeśli czasem mógłby za nią niezbyt nadążyć. Prawda była taka, że Gryfonka była jego ideałem, który zakorzenił się w chłopięcym i trochę butnym sercu. Gdyby tylko urodził się wcześniej, rok lub dwa, to przecież na balu świątecznym padłby już na kolano. Z pewnością siebie nie doceniała, bo Tony — nawet za dziesięć lat, powiedziałby jej, że gdyby tylko chciała, to miałaby każdego chłopca, niezależnie, jak popularny był. Znał jej brata z widzenia, czasem kiwali sobie głową na przywitanie, ale na tym się kończyło, bo skupiał się jedynie na niej, jeśli o rodzinę Longbottom chodziło. Wiedział, że jego rodzice i dziadek, nawet jego brat Stanley, nie zaakceptowaliby mugola lub pół krwi kobiety, ale jego głowa wierzyła, że Brenne by zaakceptowali i pokochali, doceniając jej unikalny sposób bycia, zupełnie jak on.
- Intrygująca z Ciebie dziewczyna. Żadna mi chyba jeszcze nie powiedziała, że dałaby mi w nos. - zauważył z błyskiem w oczach, wpatrując się w nią z rozbawieniem, ale i pewną łagodnością. Umiała dużo wydobyć z drugiego człowieka. I owszem, nachalna dziewczyna od walentynek była zagrożeniem, ale w zupełnie innym znaczeniu. Nie był przecież okrutnym chłopakiem, nawet jeśli czasem się bił, wyśmiewał innych lub kogoś wyzywał, to doprowadzenie dziewczyny w taki dzień do płaczu, był po prostu brzydki i pozbawiony klasy. Czy fakt, że nie biła się z Rosierem, nie świadczył o tym, że była wyjątkowa i miała większy wpływ na ludzi, niż sądziła? Wiedział, że zarówno Lestrange, jak i Flintówna się z nią przyjaźniły, dlatego też Ślizgoni mieli do niej nieco inne podejście, niż do reszty przedstawicieli domu Gryfa, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jakby się Brennie dogłębniej przyjrzeć, może nawet odnalazłoby się w niej cechy prawdziwego węża!
- Jest trochę nieznośna, faktycznie bardziej krzyczy. I ma piskliwy głos. Ty jak mówisz, to przyjemnie słuchać, a jej to nieszczególnie. - wzruszył ramionami i jak na zawołanie, rozbrzmiał mu w głowie głos Jęczącej Marty — jak nazwa wskazywała, jęczący. Nie zapuszczał się do tej łazienki, nie chciał wchodzić jej w drogę. Byłoby dziwne, gdyby duch go podglądał, wątpliwego pochodzenia. Przytaknął. - Profesor jest bardzo ugodowy i pomocy, jeśli wykazujesz zainteresowanie, talent i dobre korzenie.
Dodał jeszcze na myśl o nauczycielu, który cenił sobie wpływy. Lubił też być uczniom potrzebny, więc Borgin nie zdziwiłby się, gdyby pozwolił skorzystać z gabinetu komuś, kogo lubił i zostawił go tam samego, nie zdając sobie sprawy, że sporządzali amortencję. Ciekawe, czy Brenny amortencja pachniałaby trochę warzywami? Musiał ugryźć się w język, aby nie zadać tego pytania.
Głupio było się jej przyznać, ale chciał zachować resztkę twarzy. Nie był wrażliwym frajerem i ciapą, ale miał swoje zasady. Szkoda jej było, po prostu. I chyba działało, bo Brenna się uśmiechnęła, a jemu trochę zmiękły nogi i nawet odrobinę się zarumienił, przyglądając jej z zainteresowaniem. Ona naprawdę była pokrętna na tle innych dziewczyn, znacznie trudniejsza.
- Zwykle się wstydzą po walentynkach. Wydaje mi się, że przez jemiołę, to każdemu odbija, jak przez czekoladki. Całowałaś się też pod tym krzaczkiem? Czasem dziewczyny mówiły, moje wiesz, koleżanki z domu, że to jest na liście do zrobienia przed końcem Hogwartu. Razem z odpowiednim spędzeniem Balu, cokolwiek to znaczy.
Czy w zawiły sposób próbował dowiedzieć się, czy dziewczyna się już całowała? Tak. Nie mógł przecież zapytać wprost. Jeśli jemioła działałby lepiej, niż walentynki, mógłby to wykorzystać w przyszłości. Anthony był uparty i cierpliwy. Przytaknął na słowa o pająkach, bo nie wyglądała na taką, co się ich bała. Ogólnie rzecz biorąc wyglądała na taką, co nie boi się niczego. Nie miał jednak czasu nad tym gdybać, musiał dać jej czekoladki, poniekąd po to jej szukał. Może ciasto marchewkowe byłoby lepsze, ale nie wpadł na to wcześniej.
- Tak, żebyś nie dała mi w nos. No i może, żebyś pomyślała, czy mógłbym Cię zaprosić na randkę w przyszłości. - powiedział dziarsko i odważnie, nie uciekając od niej wzrokiem. Miał wrażenie, że nie zrozumiała jego intencji, chciał więc przedstawić je nieco dosadniej. Zdawał sobie sprawę, że teraz pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi, był młodszy, nawet jeśli wysoki i głos już miał po mutacji. - A więc ta karta to Twoje marzenie? W takim razie otworzę ją w dormitorium i Ci napiszę, co dostałem. Co Ty na to? - zapytał zadziornie, puszczając jej oczko, a potem przeniósł wzrok na pudełka z żabami. Chwilę zastanawiał się nad tym, które wybrać, sięgając ostatecznie po to znajdujące się po prawej stronie. Potrząsnął nim, cmoknął ustami, jakby rzucał jakiś urok i schował bezpiecznie do kieszeni. Znów na nią spojrzał. - To walentynka od Ciebie? - zapytał, czując potrzebę poznania odpowiedzi na to, jak jego uderzające szybko serce powinno reagować.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#8
28.08.2023, 08:47  ✶  
Miały nadejść czasy, gdy Brenna pomagała uciekać – na wiele różnych sposobów, tym, którzy musieli się ukryć z powodu statusu krwi albo tym, którzy decydowali, że nie chcą już podążać za wzorem swojej rodziny.
Problem polegał na tym, że ukrywała tych ludzi przed właśnie takimi osobami jak Anthony. Że pośród nich pewnego dnia mieli znaleźć się jego krewni, których zaakceptowała jako nie tylko przyjaciół, ale i własną rodzinę. A dla niej rodzina oznaczała jedno: za każde z nich była gotowa umrzeć.
W tej chwili była jednak jeszcze beztroską siedemnastolatką, którą mury Hogwartu chroniły od widma nadchodzącej wojny, zresztą dopiero majaczącego nieśmiało na horyzoncie.
- Nie wiem – odparła szczerze, trochę zbita z tropu pytaniem. Zazwyczaj, kiedy zapragnęła kwiatów, rwała je według kryterium „ładne”, a ładne było niemal wszystko. A jeszcze częściej „pachnie”, więc wrzucała do wazonu bez, konwalie albo jaśmin. I jako żywo, nigdy się nie zastanawiała, czy któreś lubi szczególnie. – Nie róże? Są wszędzie.
Matka je lubiła, ale Elise Potter była dokładnie taką damą, jaką nie była jej córka, godną małżonką przyszłej głowy rodu: piękną, elegancką, doskonale znającą zasady dobrych manier, a przy tym pewną siebie.
– Może większość wolałaby użyć depulso? – zasugerowała z rozbawieniem, bo ostatecznie żyli w krainie czarów. Chociaż nie, nie podejrzewała, że Anthony wkurzał dziewczyny tak, by jakieś miały koniecznie ochotę go zaatakować, w końcu może nie zdawała sobie w pełni sprawy z jego popularności, ale nie była aż tak ślepa, by nie widzieć jej wcale. Acz nie była pewna, czy taka wzgardzona podczas Walentynek tego nie zrobi. Złamane dziewczęce serce popychało niekiedy do drastycznych czynów, na przykład nasłania na chłopca stada dziobiących ptaszków.
Brenna lubiła wielu Ślizgonów. Tak samo jak Puchonów, Krukonów i Gryfonów. Szczerze i z całego serca ubóstwiała Tori i Cynthię, nawet jeżeli odstawała od ich towarzystwa, bo one były idealnymi potomkiniami czystej krwi, a ona była elementem chaosu u ich boku. Lubiła Seraphinę i młodego Prewetta, który miał zwyczaj chować się za jej plecami. Lubiła Yaxleya, zresztą kuzyna Borgina, który znikł już z Hogwartu, bo był dobry w pojedynkach i nie trzeba było go do ich ćwiczenia namawiać. Pewnie niektórym się to nie podobało, jak choćby jej kuzynce Lucy, ale Brenna niezbyt pojmowała, dlaczego jakiś stary kapelusz miał wskazywać, kogo będzie lubiła, a kogo nie.
Kiwnęła tylko głową na podsumowanie Slughorna, na moment znów zamyślona, bo właśnie dorzuciła do podejrzeń „plus dziesięć” każdemu członkowi jego Klubu.
– Czyli czternastego lutego nagle wszyscy robią się odważniejsi? – zdziwiła się, a potem prawie zakrztusiła przy próbie opanowania parsknięcia śmiechem. Ona i jemioła. Chłopcy nie polowali na nią pod jemiołą – chłopcy prosili lękliwym głosem, żeby wyjrzała przed nimi na korytarz i sprawdziła, czy nie czatuje tam Aurelia Skeeter, akurat pod największą kiścią jemioły. Lub wręcz przeciwnie, dopytywali, gdzie są takie Mavelle albo Danielle. Ewentualnie dopadali ją, by sprawdziła im pracę domową z transmutacji. A Brenna to robiła, bo lubiła transmutację i swoich kolegów. – Nie mam pojęcia, co to za dziewczyny, jestem prawie pewna, że na liście moich znajomych Ślizgonek jest raczej „dostać W z eliksirów i transmutacji” i „nie dać się zdemoralizować Brennie” niż „całowanie pod jemiołą”. A moja lista wygląda jeszcze inaczej – oświadczyła, uśmiechając się nieco łobuzersko, bo na tej były takie rzeczy, jak zbadanie korytarza za lustrem (zrobione), znalezienie w Zakazanym Lesie legowiska jednorożców (odhaczone), zostanie nielegalnym animagiem (zaliczone), wejście na dach szklarni (zrealizowane kilka razy) oraz zbadanie jaskini w pobliżu Hogsmeade (to planowała na marzec i smuciła się tylko, że nie zabierze ze sobą Mavelle). I może W z OPCM, a gdyby tego nie dostała, to rzucenie się z wieży astronomicznej z rozpaczy. Na sam bal nawet się nie wybierała, nie dlatego, że miała coś przeciwko balom, a bo nie miała zamiaru być piątym kołem u wozu.
– Mnie? Oj, Borgin, nie wierzę, że to mówię, ale stać cię na więcej – oświadczyła żartobliwie. Bo tak, była przypadkiem beznadziejnym i jedyne, co przyszło jej teraz do głowy, to podejrzenie, że chłopak z kimś się założył. Ale nawet się nie złościła na taką myśl. – Ta karta to święty Graal! Wcześniej szukałam jeszcze Morgan la Fey, ale wymieniłam się. Za siedem innych. Mało brakowało, a musiałabym podpisać cyrograf na oddanie duszy, na szczęście bardzo chciał kartę z Roweną Ravenclaw, a tych miałam trzy – stwierdziła z poważną miną, jakby faktycznie omal nie przehandlowała duszy za kartę z postacią z legend arturiańskich. – W porządku, ale jeżeli będziesz miał Nimue, nie pisz mi tego. Poważnie. Jestem pewna, że za próbę włamania do dormitoriów Slytherinu, żeby ukraść kartę, mogliby mnie wywalić ze szkoły.
Wzruszyła ramionami – niezbyt mocno, by nie upuścić bukietu, bo właśnie wolną ręką chowała resztę żab z powrotem do kieszeni szaty.
– Podliczacie, kto złapał ich najwięcej? Pewnie, możesz dorzucić do rachunków – zgodziła się bez oporów. – Mogę sprawdzić, czy niebezpieczeństwo przeminęło – zadeklarowała, wskazując na drzwi od schowka. I podjęła próbę ich otwarcia łokciem, bo w końcu nie mogli przesiedzieć tutaj całego wieczora, a ona miała jeszcze do schwytania handlarza amortencją.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#9
04.09.2023, 23:28  ✶  
Anthony wierzył, że zawsze będzie taki sam — niezależny i uparty, że będzie mógł żyć po swojemu. Łudził się, że dziadek zmieni zasady i zmądrzeje, wybierając na głowę rodu Stanleya. Nie wiedział, że przez złośliwość losu staną po przeciwnych stronach i nie wiedział też, że Brenna Longbottom zrobiła na nim tak mocne wrażenie, tak głęboko zakradła się do jego serca, że w nim zostanie na Tośkowy, pokrętny sposób. Nie podobałoby mu się tak samo teraz, jak i za dziesięć, pięć, czy nawet piętnaście lat, że wrzuca go do worka z innymi i na podstawie tego skreśla. Był dumny ze swojej rodziny, ale wciąż pozostawał indywidualną jednostką.
Wpatrywał sie w nią trochę jak w obrazek. Chłopięce oczy błyszczały od podekscytowania z zamknięcia z nią w schowku i tego, że przyjęła od niego walentynkę. Pokręcił głową z przekąsem. - Róże są na Ciebie zbyt pospolite. Oklepane. Nie znam się na kwiatach, ale na następne walentynki, jakieś Ci wybiorę. I zobaczymy, czy trafię. Nie będziesz zła i nie złamiesz mi nosa?
Zapytał całkiem poważnie, bo zamierzał i tak jej wysłać prezent, nawet jak nie będzie już dziewczyny w szkole. Pomimo tego, że miał lubić kobiety i otaczać się nimi w przyszłości, to tak naprawdę wszystkie te przelotne znajomości miały nie mieć żadnego znaczenia. Ot, zaspokojenie potrzeb i miłe spędzenie czasu, nic poza tym.
Anthony bywał paskudny, bywał zazdrosny i złośliwy. Umiał wbić szpilkę, chociaż zwykle starał się zachować klasę. Doprowadzenie kobiety do łez lub poniżanie jej, nie było powodem do dumy. Ludzie ponoć nie mieli wpływu na to, kto im się podobał i w kim się zakochiwali. Roześmiał się na wspomniane zaklęcie. - Pewnie tak, chociaż mogły wybrać gorzej.
Nie próbował udawać, że rozumie kobiety, bo przecież to nie było możliwe, ale wiedział, że w głębi serca, jeśli je skrzywdzono, były bardziej mściwe, niż mężczyźni, którzy woleli zapomnieć lub przeprosić dla świętego spokoju. Nie wiedział jeszcze, że w przyszłości będzie mówił, że owszem, może się z którąś spotkać więcej razy, ale bez zobowiązań i żadnej miłości. Zresztą, jego życie i tak było już zaplanowane, był w końcu dziedzicem. Za każdym razem, gdy sobie o tym przypominał, wzdychał z niezadowoleniem. Przyglądając się dziewczynie — czasem łapiąc jej spojrzenie, trochę jej zazdrościł wolności. Może była owocem chaosu i akceptowała wszystkich, nie odmawiając pomocy nawet zdrajcom krwi, jak to ojciec niektórych nazywał, ale mogła za to żyć po swojemu i być taka, jaką chciała. On nie miał tego komfortu, nawet w Hogwarcie, bo gdy ojciec miał zły dzień, używał na nim sztuki czytania w myślach, a potem jasno wyrażał swoje niezadowolenie. Wiedział, że dostanie za to, że zamknął się z nią w schowku i dał jej walentynkę, ale nie żałował. Za to mógł oberwać.
Slughorn był mądry, znał się na alchemii, ale był przerażająco łatwy do zmanipulowania. Wystarczyło odrobinę chęci i dało się załatwić nawet pozwolenie na wejście do działu ksiąg zakazanych bez konkretnego powodu.
- Niby tak, ale co to za sztuka, być odważnym jeden dzień w roku. Wszystko w porządku?
Zapytał z odrobiną zaniepokojenia, gdy się zakrztusiła. Dla niego oczywiste było, że była popularna wśród chłopców. Ba, zdaniem Anthonyego była dużo ładniejsza, niż Mavelle, Danielle, Victoria, Cynthia czy wszystkie inne dziewczyny ze szkoły. Żadna nie miała takich iskier w oczach jak Longbottomówna. Jego nastoletni umysł uznał więc za oczywiste, że atakowano ją pod tą jemiołą, niczym szukający, złotego znicza.
- A jaka jest Twoja lista? - zaciekawiła go, skrzyżował ręce na torsie i przekręcił głowę, lustrując ją wzrokiem. Jej koleżanki lub inne Ślizgonki były mu teraz absolutnie obojętne, zostały za schowkiem. On by ją zabrał na bal, nie byłaby piątym kołem u wozu. Tosiek gdybał w myślach, jaka mogła być lista takiej dziewczyny, jak ona — kilka pozycji brzmiało podobnie, ale dołożyłby do tego znalezienie hipogryfiego pióra, co podobno przynosiło szczęście i na przykład uratowanie lub też inaczej, wpłynięcie na takiego na przykład Rosiera, żeby dał spokój mugolakom. W z OPCM też było na liście, bo słyszał, że z magii praktycznej była dobra. Prychnął, unosząc brew z zaskoczeniem i trochę niezadowoleniem, a niesforny kosmyk zatańczył mu na czole.
- Ciebie. Gdybym chciał zaprosić kogoś innego, to bym nie pytał przecież, nie? No, stać mnie na najlepsze i zobacz. - wskazał na nią rękami, sugerując, że to ona właśnie tym najlepszym była. Nie zakładał się z koleżankami, gapił się przecież na nią już kilka miesięcy, zastanawiając się, jak to powinien sensownie rozegrać. Martwiło go trochę, że nie traktowała go poważnie, bardziej zaangażowała się w rozmowę o karcie, którą ostatecznie — miał nadzieję znaleźć w tej czekoladowej żabie. Jakby jej ją podarował, to może by się tak ślicznie uśmiechnęła i nawet dała mu całusa w polik? Widział, że na takiego w usta, to musiał jeszcze trochę poczekać.
- Jakbyś sie włamała do dormitorium mojego, to bym Cię schował i nikt by się nie dowiedział. - szepnął konspiracyjnie, puszczając jej oczko. Owszem, próbował ją podrywać, ale jeszcze nie był w tym tak wprawiony, jak będzie za dziesięć lat i wypadał dość niewinnie. Poklepał jeszcze kieszeń z żabą, stwierdzając pod nosem, że i tak napisze. Każdy pretekst był dobry, a może jak zaczną wymieniać listy, to ich relacja się rozwinie? Niezbyt chętnie będzie wychodził z tego schowka, a ona chciała to przyśpieszyć, jednocześnie sugerując mu, że chyba był tchórzem. Pokręcił więc głową. - Nie. To tak dla mnie informacja, wiesz, żebym wiedział. Nawet jak nie minęło, wezmę to na siebie. Wytłumaczę jej raz jeszcze.. - albo sama odpuści, jak będzie bystra i zobaczy, jak wychodzą razem ze schowka na miotły, ale tego nie dodał głośno. Mógłby spędzić tu z nią cały wieczór. Westchnął, a potem złapał za klamkę i otworzył drzwi, puszczając ją przodem, niczym damę. - Panie przodem! I nie dorzucę tego do żadnych rachunków, to wyjątkowa walentynka!
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#10
05.09.2023, 10:25  ✶  
W Hogwarcie dla Brenny nie miało znaczenia, kto czyim był bratem, synem albo córką. Nie miało to znaczenia także długo po nim. Wierzyła – chciała wierzyć, nawet w najczarniejszym czasie – że liczy się to, dokąd idziesz, a nie skąd przychodzisz. Dlatego przyjaźniła się z Victorią, mimo wszystkich poglądów jej matki i dlatego wpadała w wakacje odwiedzić Castiela, choć miała uczucie, że jego ojciec śledzi ją wtedy nieprzychylnym spojrzeniem. Dlatego serce łamało się jej, gdy rozchodziły się ścieżki jej i Yaxleya, bo każde wiedziało, że idzie w inną stronę. Nawet wiele lat później, otworzyła drzwi domu przed młodym Rookwoodem, chociaż nie była całkowicie pewna, czy nie jest to jakaś pułapka.
Ale początek wojny oznaczał, że nie odpowiadała już tylko za swoje życie, a Anthony Borgin zdawał się jej o wiele zbyt dumny z własnej rodziny, aby nie obawiała się, że nie spróbuje dorwać Crawleyów, skoro dążył do tego jego niemalże „bliźniak” Stanley. Na tyle bezczelnie, by o tych planach poinformować jedną z Crawleyów w twarz. Wszystkie próby zaproszeń w jej oczach były raczej próbą wciągnięcia jej na listę licznych podbojów albo podszeptem rodziny, by wybadać, co takiego knują Longbottomowie.
W końcu sama Brenna była zdrajczynią krwi.
Teraz jednak Anthony był po prostu miłym, młodszym Ślizgonem, uśmiechnęła się więc do niego znad tego bukietu. Nie, nie brała go na poważnie, ale nie z powodu nazwiska, a raczej wieku i trochę tego, że wpadli do tego schowka, umykając przed jedną z jego młodziutkich wielbicielek. Nie miała też zielonego pojęcia, jak wygląda jego życie w domu, bo gdyby chociaż podejrzewała, z dużym prawdopodobieństwem miałaby ochotę zamordować mu ojca. Nigdy jednak nie zachowywał się jak ktoś, kto ma tego typu problemy – zdawał się raczej wesoły i towarzyski, doskonale kryjąc przed światem wszelkie blizny.
Z drugiej strony, mało kto by odgadł, że sny Brenny od zawsze wypełniali martwi ludzie.
– To miłe z twojej strony, ale naprawdę nie trzeba – zapewniła. – Tak, tak, wszystko w porządku. Po prostu mnie rozbawiłeś – przyznała szczerze, bo wizja jej i jemioły dla Brenny zdawała się zabawna. Nie, nie miała tłumów adoratorów pod jemiołą. A bal absolwentów, tak ważny dla wielu dziewcząt, zamierzała spędzić w wieży astronomicznej – inaczej Jane czy Conan na pewno próbowaliby ją zaciągnąć ze sobą, i wtedy tylko czuliby się zobowiązani dotrzymywać jej towarzystwa… i nawet nie było jej smutno z tego powodu, bo przecież w jej rodzinnym domu i tak wydawano najmniej dwa bale w roku. Wiedziała, że do wieży żadne z nich nie wejdzie. A uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy zadał pytanie o listę. – Nigdy nie zdradzaj swojej listy zbrodni innym. Żeby Gryfon uczył tego Ślizgona? – stwierdziła trochę żartobliwie, a trochę na serio.
Kolejne słowa jednak zapewne miały być ciosem w samo serce. Jak na kogoś, kto sporo czasu spędzał w towarzystwie chłopców, Brenna momentami absolutnie nie umiała się z nimi obchodzić, absolutnie nieświadoma, że niektóre rzeczy mogą ich urazić.
– Z dziewczynami w moim wieku lepiej próbuj za jakieś pięć lat – poradziła pogodnie, wymaszerowując ze schowka. – Miłych Walentynek, Borgin. Pamiętaj, jeśli wylosujesz Nimue, schowaj ją bardzo głęboko – rzuciła, obracając się jeszcze do niego na moment, nim skierowała się ku Wieży Krukonów.

Koniec sesji


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Ian Borgin (4040), Brenna Longbottom (3501)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa