Philip nigdy nie przypuszczałby, ile w jego dotąd poukładanym życiu może wywołać niedokończony, głupi rytuał. Przez te dwa miesiące zdołał doświadczał całej gamy nowych uczuć, jak przygnębienie i tęsknota, ukłucia w swoim mniemaniu irracjonalnej zazdrości i wyobrażał sobie siebie doświadczającego coś wyjątkowego (czego dotąd nie poszukiwał) z kimś szczególnym, przeżywającego romantyczne chwile, z kimś, z kim mógłby dzielić swoje życie.
Dzięki pomocy dwóch osób zdołał poznać odmienną perspektywę i jedyną opcją wydawało się otwarcie na te nowe doznania, ale pomimo wszystkich otrzymanych rad to było łatwe tylko w teorii. Przez to wszystko wszystko się skomplikowało na także innej płaszczyźnie w następstwie podjętych przez niego decyzji - za taką można uznać potrzebę odbycia szczerej rozmowy z kimś, kiedy sam sobie z tym nie radził tak dobrze jakby chciał i przez to, że potrzebując czasu na poukładanie sobie tego wszystkiego przez miesiąc nie odzywał się do osoby, która najbardziej mu pomogła w ogarnięciu tego pierdolnika.
Wyczekiwał na pojawienie się pani Bulstrode, która po raz drugi miała świadczyć mu swoje usługi z zakresu uzdrawiania i klątwołamania. Tym razem był mniej cierpliwy, niż w marcu gdy został dotknięty tamtą klątwą, bo wszystkie następstwa tego niedokończonego rytuału dawały mu się dotkliwie we znaki. Próba przerwania tej więzi, zakończenia magii tego niedokończonego rytuału, jak zwał tak zwał, była tym, czego potrzebował. Oby się to tylko powiodło.
Niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że podczas wizyty pani Bulstrode prawdopodobnie uda się zająć główną przyczyną jego stanu i jego objawami. Natomiast następstw tego wszystkiego nie zdoła usunąć nawet najpotężniejsza magia. W tym oczekiwaniu na pojawienie się czarownicy przygotował zakupione trzy komplety świec i położył je na stole w salonie oraz przeniósł swoje psidwaki na piętro, tak aby nie przeszkadzały.