Laurent na co dzień nie palił, ale akurat tego dnia trzymał w dłoni fajkę. Jego palce tylko lekko drżały na cienkiej bibułce, która zawijała bogowie jedni wiedzą, jaką zawartość. A jeśli Bogiem mógł być sam Laurent, to jeden z tych papierosów leżał rozbrojony do naga na blacie i jego wybebeszone wnętrzności patrzyły na niego smutno. O wiele bardziej smutno, niż on wyglądał przez okno na zimową noc. Czy to jeszcze wieczór? Wskazówki zegara kierowane były logiką, a logika podpowiadała, że przed 19 jeszcze był wieczór. Tymczasem oczy widziały ciemność rozjaśnianą tylko przez padający śnieg i odpływały już tam, gdzie Nyx śpiewała swoje kołysanki. Choć w przypominających odbicia morskich fal oczach blondyna pewnie i Nyx mogłaby popływać.
Ofiara więc tego spotkania to tylko jeden Lucky Strike, który nawet nie był trafiony. Co bardziej szczęśliwy mógł bowiem znaleźć w tym tytoniu coś więcej, niż klasycznie używane liście, ale nie dane było dowiedzieć się Prewettowi, czy to była miejska legenda, czy może jednak coś takiego naprawdę miało miejsce. I i II Wojna Światowa otulona dymem zamiast tytoniowym to marihuany. Nie to, żeby właśnie takich doznań poszukiwał siedząc tutaj przy tym stoliku. Nie takich również poszukiwał rozbrajając tego bezbronnego papierosa. Rozbrojony żołnierz, dawno powojenny, nie okazał mu zupełnie niczego niesamowitego. Jego nagość nie odkryła sekretów, jakich się spodziewał w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: dlaczego wszyscy tak lubią te papierosy palić? Czemu to takie popularne? Gdyby się uparł pewnie mógłby zasadzić tytoń w swoim ogrodzie, kto by pomyślał, że można było na tym zbić fortunę. A wszystko przez to, że kiedy zapaliłeś raz, drugi i trzeci to paliłeś potem piąty i dwudziesty. W końcu w dłoni samego Roosvelta kończył papieros i nagle cały świat uznawał to za modne. Następnie zapali taki Louvain Lestrange i już wszyscy zaczynali szaleć. Na końcu sięgnie po niego i Nobby Leach, którego twarz krzyczała coś niemo z gazety położonej tuż obok. Zestaw prawdziwego odkrywcy - Lucky Strike, Prorok Codzienny i czarna, ostudzona już kawa wypita do połowy. Pozostawię ci do wyboru, czy do połowy pełna, czy do połowy pusta.
Knajpa była tak samo wypełniona i pusta zarazem, jak ta filiżanka z kawą. Ciągle nie wiem, czy więcej tu było czarodziei opowiadających przy herbacie czy kieliszkach o swoich problemach sobie wzajem, czy może więcej ich nie było. Grunt, że muzyka cicho grała z magicznego radia, w którym pewnie zaraz usłyszymy kolejne wiadomości - no nie zgadniesz, o kim? Na pewno nie o tym samym mężczyźnie, który był teraz wszędzie. Prześladował cię jak psy goniły ogrodników, machając ogonami zza płotów i warcząc, kiedy ci tylko zbliżali się do posesji. Był w gazetach, radiu, na murach, na ustach ludzi, w końcu - siedział u szczytu stołku! Nobby Leach - mugol, który został Ministrem Magii. Mógłby nawet spoglądać przez okienko do twojego salonu, bo wiatr przywiał jego zdjęcie z jakiejś zagubionej gazety i nikogo by to nie zdziwiło. Ciebie pewnie też nie.
Słaba dłoń w końcu przestała wisieć w powietrzu i powędrowała w dół - prosto do popielniczki. Papieros został wgnieciony w białą porcelanę, a nienaturalnie niebieskie oczy spoglądały, jak gaście ostatnia iskra i jak nawet dym przestaje pochłaniać życie tego bogom winnego narzędzia ludzkich rozkoszy. Albo właśnie - winnego? Skoro ta rozkosz wiązała się z grzechem..? Odetchnął ze znużeniem, czując teraz ten tytoniowy dym wszędzie. Obrzydliwe. Sam proces palenia miał w sobie coś mistycznego. Gorąc od żaru, który przysuwałeś do ust, uczucie wypełnionych płuc alkaloidami, a potem ten moment, gdy ten dym opuszczał twoje ciało i przez krótką chwilę, jeśli tylko się skupiłeś, mogłeś dojrzeć migrację twojego zdrowia i jednocześnie twoich obaw, która miała rozpuścić się w powietrzu. Rozwiać. Zniknąć. Łatwo było w tym odkryć, że to nie sam tytoń tak wwiercał się w ruch i tak uzależniał od siebie ludzi. To ten proces. Ta rutyna. Coś piekielnie stałego w tym niezwykle kruchym życiu. Ludzie tego potrzebowali - chociaż minimalnej stabilności i wiary, nawet jeśli wierzyć musieli w to, że ten konkretny rytuał ich uspakajał.
Nawet nie był pewien, kto zostawił u niego tę paczkę fajek, bo sam nigdy by ich nie kupił.
Niektóre spotkania były podarowane tak samo jak ta paczka fajek - po prostu nie wiesz, skąd się wzięły. Zakładałeś na siebie rano ciepły płaszcz i oto były w jednej z twoich kieszeni. Nie powinna cię bardzo dziwić ich obecność, w końcu kto inny je tam włożył, jeśli nie ty? Ostatnio w twoim życiu było jednak wystarczająco wiele wydarzeń, które pokrywały się czarną farbą spowijającą płótno świata. Blank space. Nieosiągalna przestrzeń i zamazane wspomnienia. Może to i lepiej - nie o wszystkim chciało się pamiętać. Łagodna twarz Laurenta przybrała ciepły wyraz, kiedy się uśmiechnął. Tuż po tym, jak przesunął różdżką w powietrzu, żeby zabić ten paskudny smród tytoniu i zastąpić go o wiele przyjemniejszym, kawowym. Tuż po tym, jak jego oczy dostrzegły Esme Rowle wkraczającego do tego przybytku. I dosłownie chwilę przed tym, jak uniósł wolną już dłoń, by do niego lekko zamachać.
Doprawdy, prawdziwy lucky strike...
- Dobry wieczór, Esme. - Podniósł się z krzesła, żeby podać mężczyźnie dłoń. Nie przypominał sobie, żeby widzieli się po Hogwarcie, ale pewnych twarzy się nie zapomina. A przynajmniej ty nie zapominałeś. Nie tych kwitnących urodą, po których palcach chciało się przejechać, żeby przekonać się, czy skóra ugnie się nie trafiając na kość, czy może ta wyraźnie zarysowana zostanie pod opuszkiem. - Jestem miło zaskoczony, że na siebie wpadliśmy. - Niekoniecznie całkowitym przypadkiem i niekoniecznie całkowitym zbiegiem okoliczności. Ponieważ Laurent poprosił jednego z... hm... swojego ukraińskiego przyjaciela, ładnie ujmując rzecz w słowa, aby skontaktował go tego wieczoru z jakimś wytwórcą. To była właśnie jego paczka papierosów przypadkiem znaleziona w płaszczu. Jego szczęśliwy traf potwierdzający męską legendę. - Albo i nie tak przypadkiem, jeśli wciąż zajmujesz się wytwórstwem. - W żadnym wypadku nie zamierzał się narzucać, jeśli było inaczej, choć miał do przetracenia czas. Tego wieczoru był schowany pod wskazówką zegara, tylko zegar zapomniał go szukać. Tym sposobem czas płynął dalej, a on przesuwał się bezwładnie wraz z nim.