• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[11.05.1972] Interesy | Geraldine & Esme

[11.05.1972] Interesy | Geraldine & Esme
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
12.09.2023, 12:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 19:04 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic

Skóra i kości ten szyld wzbudzał w niej ciekawość już od jakiegoś czasu. Miała zamiar się tutaj pojawić, żeby zobaczyć, czy to miejsce jest tym, czym się jej wydaje. Jeśli było, to cóż, mogła to być dla niej kopalnia złota. Przynajmniej tak się jej wydawało, jakby to złoto było jej tak bardzo potrzebne... W końcu była bogata, wychodziła jednak z założenia, że zawsze dobrze jest zyskać kolejne źródło dochodu. Panna Yaxley taka przedsiębiorcza... Nie wyglądała na taką, ale jednak miała smykałkę do dobijania interesów. Tym bardziej, że miała świadomość, że niewielu było takich jak ona, których sposobem na życie było zabijanie magicznych stworzeń. Nie był to specjalnie popularny zawód, ostatnio modne stało się raczej chronienie magicznych stworzeń. Spotykała się z różnymi opiniami na temat tego, czym się zajmuje. Przywykła do nich, przywykła do tego, że nie wszyscy spoglądali na nią łaskawie. Nie przeszkadzało jej to piętno. Nie umiała sobie wyobrazić siebie w innym zawodzie. Zresztą jej rodzina od pokoleń polowała. Mieli to we krwi. Yaxleyowie byli nieco dzicy, nieokrzesani, sama Geraldine najlepiej czuła się biegając po lasach, gdzie nie musiała do końca pilnować tego, w jaki sposób się zachowuje.

Kończyła palić papierosa tuż przed wejściem do sklepu, czy może pracowni, albo jedno i drugie? Zapewne za chwilę się dowie. Dosyć niegrzecznie się zachowała, bo rzuciła niedopałek na ziemię i zdeptała go swoim ciężkim butem ze smoczej skóry. No i wreszcie weszła do środka.

Drzwi otworzyły się dosyć gwałtownie, bo pannie Yaxley brakowało delikatności. Uderzyły w ścianę, Geraldine skrzywiła się przy tym, bo nie chciała zrobić smoczego wejścia. - Dzień dobry. - Rzuciła, gdy tylko pojawiła się wewnątrz. Szła pewnym krokiem przed siebie, w stronę lady, żeby zobaczyć, co właściwie można znaleźć w tym miejscu. Ubrana była jak zawsze, w skórzane spodnie i nieco zniszczony płaszcz, jasne włosy miała zaplecione w długi warkocz. Była atletyczna i wysoka, ale widać po niej, że bardzo dba o sprawność fizyczną swojego ciała. Uważnie rozglądała się po tym miejscu, żeby wyłapać każdy, najwet najdrobniejszy szczegół. Dotarła wreszcie do lady, oparła się o nią, ale nie odezwała się słowem. Zastanawiała się, czy powinna od razu przejść do rzeczy, żeby nie wystraszyć sprzedawcy.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#2
12.09.2023, 23:28  ✶  

Niech na wieki przeklęci będą ci, którzy zażyczyli sobie haft na skórze z Buchorożca. Drugi dzień siedział nad wzorem Feniksa, który musiał wydziergać na tej niezwykle grubej skórze. Jasne, nie był cherlakiem, ale wciskanie igły w nieludzko twardy materiał wymagało zupełnie innego rodzaju siły. I przy okazji zręczności, a także wyczucia. Całe to niezadowolenie było chwilowe, bo czarodziej doskonale wiedział, że jak już skończy, to satysfakcja będzie znacznie większa, niżeli przy prostszym w obróbce materiale.

Siedział za biurkiem, które znajdowało się znów za ladą. Całe pomieszczenie można było podzielić na pół - część przed ladą i za ladą. Przed ladą znajdowała się wystawa - w samej witrynie widniały skórzane kurtki, płaszcze, buty, torby, pasy... ale także uprzęże, a nawet jedna pokryta skórą tarcza. Tak, aby wskazywać różnorodność usług, jakie oferuje pracownia kaletnicza Skóra i Kości. Dalej było jedynie więcej w ofercie - wszystkiego tego co z witryny, ale też innych rzeczy, o które kaletnika raczej podejrzewać nie można było - ostrza wyrzeźbione z kłów magicznych stworzeń. Ale nie tylko, bo na samej ladzie stała mała popielniczka stworzona z czaszki Tycigryfka. W niej też znajdował się teraz papieros, który w głównej mierze palił się sam, bo Esme między jednym, a drugim zaciągnięciem odkładał go i wyszywał dalej. Obok stała równie osamotniona filiżanka z już zimną kawą. Ledwo upitą.

"Ale co było za ladą?!" zapytasz. Esmé. Esmé zasiadający przy jednym z kilku stołów, przy których pracował. Na nich leżały różnego rodzaju narzędzia - igły, dratwy, noże, nożyce, kolce do przebijania skóry i masa, masa innych drobnych przyrządów. Część z nich wisiała na ścianie, część leżała na półce. Większe przedmioty - jak miejsce do garbowania skóry, było za parawanem w rogu pomieszczenia. Zaraz obok drzwi, które prowadziły gdzieś dalej - pewnie do części mieszkalnej. No, bo Esmé tutaj mieszkał.

Podskoczył na krześle, gdy drzwi jego pracowni trzasnęły o ścianę. Igła nagle przeszła na wylot, trafiając go centralnie w opuszek serdecznego palca lewej ręki. Skrzywił się i natychmiast włożył palec do ust, by nie brudzić niczego krwią. A najbardziej zależało mu na tak cennym materiale, jak skóra Buchorożca. Drugą dłonią zdjął okulary, które zakładał jedynie przy pracy, wymagającej precyzji. Zresztą miał już takie przyzwyczajenie, że zakładał je prawie zawsze, jak cokolwiek tworzył w swojej pracowni.

Podniósł się od biurka i stanął zaraz obok lady, przyglądając się blondynce. Nie umknęło mu, że bardzo dokładnie omiotła wzrokiem jego skromny przybytek. Ciekawe czy jej nie umknęło jak bardzo dokładnie to ona została omieciona spojrzeniem Esmé. Naturalnie podziwiał jej figurę, ale tak naprawdę to nie ona przykuła najbardziej jego uwagę, a buty. Nie, może nie same buty, a materiał, z jakiego zostały wykonane. Skóra smoka. Ktokolwiek przekroczył progi jego zakładu, to był obrzydliwie bogaty. Jednak sam krój stroju wiele mówił o osobie, jaka go nosiła. Bogacz, posiadający dostęp do skóry smoka nie tworzyłby z niej ciężkich butów, niczym żołnierskich. Nie, gdyby tego nie potrzebował. Do czego potrzebne były masywne buty ze smoczej skóry? Esmé pewnie niedługo się dowie.

Wtem na ladę wskoczył Smoczoognik. Beksa, bo tak się nazywał, żył trochę "samopas". Jak na czystej krwi Rowle, to Esmé nie znał się na magicznych zwierzętach, ich wychowywaniu czy tresurze. Po prostu dbał o Beksę, a Beksa żył tak, jak potrafił najlepiej. Teraz jednak chwycił dopalającego się papierosa Esmé w pyszczek i zaczął z nim gdzieś odlatywać. Chytry plan zawiódł, gdy czarodziej zręcznie zabrał mu obiekt kradzieży, by pociągnąć porządny, głęboki mach dymu i następnie ugasić resztę w popielniczce.

- Dzień dobry. - odezwał się wyciągając palec z ust. Krew już nie leciała. Kryzys zażegnany. - Co sprowadza tak piękną damę w progi mej skromnej pracowni? Na Nokturnie lepiej nie pokazywać się w takich butach, o ile nie chce się wrócić z niego boso. - odezwał się, przenosząc na moment wzrok na jej obuwie. - Ale niech zgadnę. Oprychy takiej maści najwyżej otrzymaliby od ciebie odcisk podeszwy na czole, czyż nie? Chyba że nosisz tak ciężkie obuwie od parady... - niezbyt się przejmował tym, że niekoniecznie w ten sposób powinien mówić do obrzydliwie bogatej, potencjalnej, klientki. Chwycił za filiżankę, z której upił łyk niedobrej, zimnej kawy. Skrzywił się lekko, odstawił ją i odsunął z dala od siebie, opierając obie ręce o ladę. Rękawy koszuli wciąż były podwinięte, a jego ręce nieco... brudne. Jak to rzemieślnika. Tak, ten palec co włożył wcześniej do ust też miał brudny.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
13.09.2023, 09:50  ✶  

Geraldine była przyzwyczajona do tego, że inni się jej przyglądali. Od zawsze zwracała na siebie uwagę nietypowym wzrostem. Kiedyś bardzo mocno jej to przeszkadzało, czuła, że inni naśmiewają się z niej przez to, z czasem starała się po prostu z tym pogodzić. Był to jej atut, tak sobie powtarzała od lat, chociaż czasem jeszcze wracała do tych okropnych szkolnych lat, kiedy się z niej naśmiewali. Zostawiło to na niej pewne piętno. Mimo wszystko, kiedy szła była bardzo pewna siebie. Jej ruchy były szybkie, wydawać by się mogło, że ciągle się gdzieś spieszy.

Yaxley należała do tej bogatszej części społeczeństwa. Podchodziła do tego jednak bardzo praktycznie. Inwestowała w produkty potrzebne jej do pracy. Nie musiała jak większość nosić pięknych sukien, kupować kolejnych nieruchomości, aby łechtać swoje ego. Dla niej istotna była broń i ubrania, które miały przetrwać najtrudniejsze warunki. Najlepiej, gdyby służyły jej przez lata, dlatego właśnie była taka wierna smoczej skórze. Był to materiał, który mógł przeżyć zdecydowanie dłużej od jedwabiów, aksamitów, czy innych takich. W jej zawodzie to istotne. Pracowała w różnych warunkach atmosferycznych, na zewnątrz, musiała się zaopatrzyć w ubrania, które były w stanie temu podołać.

Przeniosła na chwilę wzrok na mężczyznę, który podniósł się zza lady. Bardzo szybko jej uwagę jednak przykuło coś innego. - Och. - Mruknęła pod nosem, po czym wyciągnęła powoli dłoń w stronę stworzenia, które wskoczyło na ladę. Zwierzę jednak zupełnie ją zignorowało, było zainteresowane swoim właścicielem, przynajmniej tak założyła Ger - że to był właściciel smoczoognika. Zaśmiała się nawet, kiedy zwinnie złapał w locie jego papierosa. - Nie wiedziałam, że one palą. - Rzuciła w eter, bardziej do siebie niż do Esme.

Odwróciła się znowu w stronę mężczyzny. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Nie boję się Nokturnu i jego bywalców. - Miała ku temu powody. Była pewna, że gdyby tylko chciała mogłaby sobie poradzić z każdym, kto by ją zaczepił. Było to może nieco aroganckie, jednak Gerry od lat pracowała nad tym, żeby mieć pewność, iż jej ciało jej nie zawiedzie. Pierwszym wyborem zazwyczaj nie była magia, lubiła poczuć pod swoją pięścią wypadające zęby. Jakoś to zawsze dawało jej największą satysfakcję.

- Zgadza się. Nie lubię się patyczkować. Zwróciłeś uwagę na buty. - Dodała jeszcze, bo nie było to oczywiste. Mało kto się im specjalnie przyglądał i zauważał z jakiego materiału były zrobione.

Sięgnęła do kieszeni po paczkę papierosów, wyciągnęła ją, po czym spojrzała ponownie na Esme. - Mogę? - Widziała, że sam tutaj palił, jednak wolała poczekać na zgodę, w końcu byli w jego królestwie. - Właściwie, może przejdę do konkretów. Widzę, że prowadzisz tutaj pracownię, nie jest to po prostu sklep. - Bystra była, nie da się tego ukryć. Usta drgnęły jej w uśmiechu, gdy dostrzegła jego dłonie, nie były najczystsze jednak bardzo dobrze wiedziała dlaczego tak jest. Theseus też zajmował się kaletnictwem. Tylko, że wyjechał i już go nie było. Nie mogła więc jak na razie korzystać z jego wsparcia. - Tak się składa, że zajmuję się dostarczaniem unikatowych materiałów. - Brzmiało to zdecydowanie dużo ładniej od tego, gdyby nazwała rzecz po imieniu i powiedziała, że morduje stworzenia. - Pomyślałam sobie, że może potrzebny jest ci jakiś dostawca. - Pewnie miał swojego. Skądś musiał brać materiały na których aktualnie pracował, jednak gdy zobaczyła ten szyld nie mogła się powstrzymać przed wstąpieniem. Merlin jeden wiedział dlaczego. Ger zawsze szukała okazji, nie miała problemu z tym, żeby wejść do obcych osób i zapytać, czy czegoś nie potrzebują. Pewna była, że może dać im wszystko, może nawet zbyt pewna. Nie odrywała spojrzenia od twarzy mężczyzny czekając po prostu na odpowiedź.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#4
14.09.2023, 01:19  ✶  

Smoczoognik pozbawiony swej chwilowej zdobyczy odleciał na bok i wylądował na półce, z której doskonale sięgał do skórzanych frędzli, zwisających z rękawów wiszącej obok kurtki. Mały potworek chwycił je swoją "paszczą" i zaczął szarpać, jakby chciał je urwać. Naturalnie, siła tak małej jaszczurki była zbyt mała, by wyrządzić jakiekolwiek szkody skórze dobrej jakości, więc starania Beksy były co najwyżej uroczą zabawą.

- On uwielbia palić. - rzucił, przenosząc wzrok na samego Smoczoognika. - Zazwyczaj moje włosy albo moje notatki z wymiarami. Okazyjnie dekoruje mi marynarki dziurami i już dwa razy nieomal spowodował pożar tego zakładu. - przerwał sobie na chwilę i uśmiechnął się pod nosem. - Mają to w naturze. Prawie jak małe smoki. - mruknął bardziej do siebie, niż do kobiety.

Wrócił do niej spojrzeniem i pokiwał zadowolony głową. Miał rację. Jak każdy - lubił mieć rację, ale tym bardziej, gdy wywodziła się ona z nietypowych obserwacji. Takich jak właśnie te daleko wysunięte wnioski na podstawie... obuwia. Tak, jakby korzystał z jakiejś wiedzy, która dla innych była niedostępna. A to była bardzo prosta do wydedukowania rzecz.

- Zboczenie zawodowe. - odparł, odpychając się rękami od lady. Zaśmiał się lekko i podszedł do stojącej na małym taborecie miski, w której znajdowała się woda. - Żaden skórzany przedmiot mi nie umknie. A szczególnie przedmiot wykonany ze smoczej skóry. - mówił i obmywał ręce, więc stał teraz odwrócony plecami do blondynki. - Niektórzy powiedzieliby, że zrobienie takich butów z takiego materiału, to jak herezja. Zaślepieni są pieniądzem. To piękne buty, które będą dobrze służyć. Osoba nosząca coś takiego ma najpewniej doskonałe powody, by to robić. - zakończył mycie i nawet wycieranie rąk w leżącą nieopodal ścierkę. Wrócił do lady, widząc że klientka chce zapalić.
- Jasne, proszę. - odparł, podsuwając jej bliżej popielniczkę z czaszki Tycigryfka. - Beksa, odpal pani szluga. - rzucił tak luźno, jakby jaszczurka miała go zrozumieć. I nawet spojrzał na nią tylko na ułamek sekundy, jakby dać znać, że do niej mówi. Ale Smoczoognik nawet nie drgnął. - Beksa, ogień. - odezwał się nagle Esmé głosem niższym, stanowczym, a z jego spojrzenia, można było przysiąc, znikła iskra. Wystawił także otwartą dłoń w stronę potworka, który... nagle wzbił się w powietrze i na niej wylądował, wystawiając swój ogon do góry. Czarodziej przeniósł wzrok na blondynkę i uśmiechnął się delikatnie. Oczywiście, że jedyne przy czym się postarał w opiece nad Beksą, to zagwarantowanie, żeby ten mu się przydał z tym podpalaniem różnych rzeczy. Po co czarować ogień, gdy Beksa był pod ręką? Wystarczyło go wyszkolić. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, dlatego "Beksa, ogień", to była jedyna komenda, jaką Beksa znał. Tak czy inaczej, Beksa właśnie oferował swoje iskry z ogona, by podpalić papierosa kobiety. Niezależnie czy kobieta skorzystała, czy nie, to Beksa długo w tej pozycji nie ustał i w po kilku sekundach wzbił się w powietrze i wylądował na ramieniu Esmé.

Konkrety. Konkrety sprawiły, że czarodziej zdjął swoją teatralną maskę na moment i spoważniał, patrząc teraz na blondynkę dosyć beznamiętnym spojrzeniem. Uśmiechnął się delikatnie, gdy wskazała, że Skóra i Kości to nie do końca sklep, ale też nie do końca pracownia. To się zgadzało.

- Głównie pracownia, lecz dużo tworzę także wtedy, gdy nie mam zamówień. Te rzeczy trafiają na witrynę, do sklepu. - bo gdyby nie to, że on musiał coś tworzyć, to wystarczyłaby sama pracownia. A tak to musiał trochę się cisnąć. Jego mały przybytek był dosyć ciasno zastawiony, ale nie na tyle, by było tutaj klaustrofobicznie. Było zdecydowanie... przytulnie.

Dalej milczał, pozwalając kobiecie przedstawić całą ofertę. Pokiwał głową, gdy zamilkła i odsunął się nieco od lady, wyciągając z tylnej kieszeni czarną, skórzaną papierośnicę. W dodatku wygiętą, bo oczywiście na niej siedział. Otworzył ją i wyciągnął z niej kompletnie prostego, wręcz idealnego papierosa, którego wetknął sobie w usta. Tym razem Beksa nie musiał służyć, zamiast tego Esmé chwycił za hebanową różdżkę, która znajdowała się na blacie pod ladą - z dala od oczu klientów i szybko wystawił ją, by z jej pomocą wytworzyć mały ognik, którym podpalił papierosa. Odłożył różdżkę na swoje miejsce i chwilę przyglądał się kobiecie.

- Nie ma żadnego haczyka? - odezwał się, ale nie pozwolił jej nawet odpowiedzieć. - Jak widzisz, moja pracownia jest od strony Nokturnu, więc cieszy się sporadyczną klientelą o bardzo zróżnicowanym budżecie. Kobieta nosząca się w butach ze smoczej skóry z pewnością oferuje materiały najwyższej jakości i znacznej rzadkości. Nie musi wchodzić w interesy z kimś mojego pokroju. Chociaż mam się za wybitnego kaletnika i nieco mniej wybitnego rzemieślnika. - patrzył jej prosto w oczy, gdy to mówił. Interesy na Nokturnie nauczyły go ostrożności. Zresztą takie relacje... musiał się upewnić, że może jej zaufać. Szemrane towarzystwo bardzo ceniło sobie dyskrecję jaką oferował Esmé, a posiadanie konkretnego źródła materiałów narażało na łatwe odkrycie od kogo pochodzą pewne przedmioty wykorzystywane w różnych wątpliwie moralnych przedsięwzięciach.
- Może najpierw powiesz mi, jak się nazywasz? Takie rzeczy chyba są podstawą w interesie, czyż nie? - uśmiechnął się nieco cwaniacko, wbijając jej małą szpilę. Jasne, była bezpośrednia i zdecydowanie przeszła do konkretów, ale... oferować komuś tak poważną współpracę, gdy nawet nie zna się jego godności? Było to nieco absurdalne dla Esmé. Jasne, nie zadawało się zbędnych pytań, ale to już nie była relacja w stylu klient-wykonawca. - Może zacznę. Esmé Rowle. Twoja kolej, piękna nieznajoma. - strzepnął popiół z papierosa i uśmiechnął się do niej.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
14.09.2023, 13:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2023, 13:10 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Gerry obserwowała uważnie to przeurocze stworzenie, które teraz siedziało sobie na szafce i bawiło się skórzanymi frędzlami. Miała sentyment do smoków, były to jej ulubione magiczne stworzenia, więc ta miniaturka naprawdę się jej spodobała. - Miałam na myśli bardziej tytoń. - Rzekła z uśmiechem. - Czyli trochę z niego szkodnik, z tego co mówisz. - Nie spodziewała się, że takie maleństwo byłoby w stanie podpalić ten zakład, jak widać nie doceniała smoczoognika. Zapamięta to sobie na przyszłość.

Dostrzegła, że jest zadowolony z tego, że udało mu się połączyć fakty. W zasadzie, gdyby jej zależało, żeby nikt nie wiedział o tym, że jest bogata, to pewnie by to ukrywała. Tyle, że nie czuła takiej potrzeby, nie w tym momencie. Potrafiła się kamuflować, jeśli musiała. Zresztą niewiele było osób, które zwracały uwagę na materiały z których były wykonane jej ubrania. - Smocza skóra jest bardzo poczciwym materiałem, może niezbyt pięknym, ale zapewnia dodatkową ochronę, której czasami potrzebuję. - Surowiec był trwalszy od zwykłej skóry, zapewniał też ochronę przed niektórymi zaklęciami, a i ukąszeniami, co w przypadku Yaxley było bardzo istotne. Włóczyła się przecież po lasach niemalże przez całe swoje życie, wiele razy uratowały jej stopy przed ugryzieniami.

- Niektórzy nie do końca znają się na rzeczy, nawet mi ich nie żal. - Obserwowała mężczyznę, kiedy był do niej odwrócony tyłem. Upewniła się już, że ma doczynienia z profesjonalistą, co ją ogromnie cieszyło. Dobrze zrobiła, że tu wstąpiła, póki co przynajmniej tak twierdziła, bo przecież nie umiała przewidzieć, czy zdecyduje się na współpracę.

Skorzystała więc z okazji i wzięła do ręki popielniczkę, którą przesunął w jej kierunku. Z nieukrywanym zainteresowaniem obserwowała jak Esme zwraca się do smoczoognika, ciekawa była, czy zareaguje. Skoro był jego właścicielem, to powinien go słuchać, przynajmniej teoretycznie. Pierdoła miewał problemy z wykonywaniem jej poleceń, a był jedynie psem, na pewno dużo trudniej jest wytresować tego małego smoka. Może nie za pierwszym razem, a za drugim zwierzę wykonało polecenie swojego pana. Smoczoognik wskoczył mu na dłoń. Mimo, że miała ochotę sięgnąć po swoją srebrną zapalniczkę, która tkwiła w kieszeni, to tego nie zrobiła. Nie byłaby sobą, gdyby nie skorzystała z okazji. Wsadziła sobie peta do ust, po czym nachyliła się w stronę zwierzątka, żeby korzystać z jego żarzącego się ogonu. Liczyła na to, że nie przypali sobie przy okazji rzęs, czy tam brwi. - Dziękuję słodziaku. - Powiedziała jeszcze do stworzonka, które po chwili odfrunęło. Zdążyła jednak odpalić papierosa, zaciągnęła się głęboko dymem, który powoli zaczynał łaskotać ją w płuca.

Kiedy przeszła do konkretów, zauważyła zmianę w jego wyrazie twarzy, a może jej się tylko wydawało? Nie znała go wcale, więc ciężko jej było odczytać reakcję. - To ciekawe, mam wrażenie, że ten zawód nie jest ostatnio specjalnie popularny. Niewiele osób potrafi się obchodzić ze zwierzęcymi komponentami. - Była szczera, mówiła to, co przychodziło jej na myśl, nie należała do osób, które się specjalnie zastanawiały nad tym, czy to co pada z ich ust zawsze jest odpowiednie.

Czekała. Rowle nie spieszył się z odpowiedzią. Właściwie, to dosyć spontaniczne się tutaj pojawiła, bez żadnego planu - jak zawsze. Najpierw działała, a później zastanawiała się, czy to ma jakikolwiek sens. - Myślisz, że jakby był jakiś haczyk, to bym ci o tym powiedziała? - Strzepała żar z papierosa do popielniczki, którą trzymała w dłoni. - Mówiłam już, że nie boję się Nokturnu, znam jego bywalców. Wiem, że oni czasem też potrzebują rzadszych komponentów. Do tego jestem w stanie dostarczać ci również te bardziej pospolite materiały. - Mówiła bardzo pewnym tonem głosu. - Nie muszę, ale chcę. - Uniosła głowę znad popielniczki i wpatrywała się w niego bardzo uważnie. Miała nadzieję, że jej nie odmówi. Nigdy szczególnie nie interesowała się tym, do kogo trafiają materiały, które zdobywała. Ważne było to, że złoto w skarbcu rosło. No i dla uspokojenia sumienia obiecała Erikowi, że zacznie zaopatrywać też jego znajomych, którzy ponoć mierzyli się z siłami zła.

Parksnęła, bo faktycznie, zapomniała się przedstawić. Nie było to nic nowego dla panny Yaxley. Przygasiła papierosa lewą ręką, po czym odstawiła popielniczkę na ladę. Podeszła bliżej mężczyzny i wyciągnęła dłoń w jego stronę. Drgnęła jedynie, kiedy usłyszała komplement, bo miała wrażenie, że nie jest on prawdziwy. O Gerry można było powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że była piękna. Nie dała po sobie jednak poznać, że poczuła się nieswojo. - Rzeczywiście, powinniśmy od tego zacząć. Musisz mi wybaczyć moje skandaliczne maniery, Geraldine Yaxley. - Powiedziała bardzo wyraźnie. Miała świadomość, że jej nazwisko jest znane w czarodziejskim świecie. Wiedziała też, że nie wszyscy patrzyli na nich przychylnie. Byli starym, czystokrwistym rodem, który mógł być podejrzewany o to, że wspiera dążenie do władzy lorda Voldemorta. Sama Geraldine była daleka od tego, trochę wyróżniała się na tle swojej rodziny przez to, że jeszcze w Hogwarcie dzięki temu, że trafiła do Gryffindoru otaczała się uczniami półkrwi i mugolakami. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, uważała za głupotę to, że niektórzy uważali się za lepszych tylko przez to, że należeli do czarodziejskiego świata od pokoleń.

Rowle nie wiedziała o nich zbyt wiele, tylko tyle, że mieli coś wspólnego z magicznymi stworzeniami, to by wyjaśniało jego zainteresowania.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#6
17.09.2023, 02:11  ✶  

Esmé załapał, że chodziło o tytoń, ale Beksa zdecydowanie bardziej palił przypadkowe łatwopalne przedmioty i włosy, niżeli tytoń. Smoczoognik w przeciwieństwie do jego właściciela miał nieskończone pokłady energii, które w głównej mierze wykorzystywał w przeszkadzaniu czarodziejowi w czymkolwiek, co ten robił. Mały jaszczur nie robił tego złośliwie, ale zwyczajnie domagał się atencji, od wiecznie pracującego lub zajętego sobą rzemieślnika. Podkradanie papierosów, które Esmé regularnie popalał było jednym z wielu sposobów, by ten musiał zwrócić uwagę na Smoczoognika.

- Szkodnik, ale mój. Jesteśmy do siebie przywiązani już, nie Beksa? - zadał pytanie, podnosząc na koniec nieco głos, by ognista jaszczurka zrozumiała, że to do niej. I zrozumiała - w odpowiedzi zaskrzeczała dziwnie na co Esmé zareagował wzruszeniem ramion. Nie był to dumny ryk, ale Beksa starał się jak mógł.

Kaletnik uśmiechnął się pobłażliwie, gdy kobieta w skrócie wymieniła zalety smoczej skóry. Komu jak komu, ale jemu nie musiała tego mówić, aczkolwiek początkowa, wrodzona wredota została odsunięta na bok, by wyrazić swoistą dumę nieśpiesznym pokiwaniem głową. Była bogata i w dodatku nie przejmowała się pięknem, a nawet wiedziała jakie właściwości mają materiały, w jakie się obleka. Nie dało się tego powiedzieć o wszystkich bogaczach. Niektórzy przychodzili i pytali o najdroższy materiał. Niektórzy po prostu pytali o najpiękniejszy albo o najniezwyklejszych właściwościach. Dla wielu skórzane wyroby były bardziej na pokaz, niżeli do użytku. Cóż, Esmé przeszkadzało to tylko trochę, bo koniec końców i tak zarabiał, i tak. Bo skórzane rzeczy się ceniły. Tym bardziej blondynka zaplusowała u rzemieślnika, gdy się z nim zgodziła.

Och, jaka to była okazja. Nie mógł jej przepuścić. Beksa odsunął nieco od siebie łatkę szkodnika, gdy przydał się do odpalenia papierosa i został nazwany słodziakiem. Ale czarodziej specjalnie opuścił Smoczoognika niżej, a sam pochylił się, jakby ten komplement miał być do niego.

- Ależ proszę, najsłodsza. - rzucił do niej, uśmiechając się czarująco, a nawet puszczając jej oczko, po czym wyprostował się i zaśmiał lekko. Flirt, ale też po prostu żart. Żeby było ciekawiej. Dla kogo? Oczywiście, że dla Esmé.

Atmosfera stała się poważniejsza, gdy przeszli do konkretów. Zaczęły mówić pieniądze i układy. Blondynka miała sporo racji - kaletnictwo było bardzo niszowym zawodem, który u wielu budził obrzydzenie. U niektórych tym, że była to poniekąd praca fizyczna, w której trzeba było ubrudzić sobie ręce i z rzadka korzystało się z magii. Jasne, można było, ale czarodziej znacznie bardziej ufał precyzji swoich rąk, niż swoich czarów. Innych brzydziło to, że człowiek musiał obchodzić się ze zwierzęcymi szczątkami. Oczywiście Esmé jako kaletnik nie oprawiał zwierzyny, bo zazwyczaj kupował materiały gotowe do produkcji. No, najwyżej czasami zakupywał nieobrobioną skórę, bo była tańsza i właśnie dlatego w rogu stał stojak do garbowania skóry.

- Masz czujne oko. - wtrącił się, gdy powiedziała o "zwierzęcych komponentach". Nie wiedział na ile było to po prostu określenie skóry, a na ile zwrócenie uwagi, że "pracownia kaletnicza" czarodzieja zajmuje się nie tylko skórami, ale też... no właśnie, "zwierzęcymi komponentami". Różnej maści. - Tworzę nie tylko ze skóry, chociaż wiadomo w czym jestem ekspertem. - ale właśnie, brakowało ludzi, którzy potrafiliby obchodzić się z kościami, kłami, rogami i innymi materiałami ze zwierząt. Jeżeli już, to tworzyli z nich maści i eliksiry, ale bardzo rzadko przedmioty. Czasami korzystano z takich rzeczy jako źródeł mocy magicznej ale... po co tworzyć przedmiot, by nadać mu magię z pomocą innego przedmiotu, gdy można tworzyć od razu z tego przedmiotu? No właśnie.

Uśmiechnął się, gdy wytknęła absurd jego pytania. Lubił jak rozmówca był czujny i potrafił wytknąć błędy. Lubił tę bezpośredniość. Blondynka nawet nie wiedziała, jak bardzo teraz zyskała szacunek czarodzieja. I zdobywała go dalej. Nie przeszkadzało jej robić interesów z klientami z Nokturnu i oboje wiedzieli, jakich ludzi mieli na myśli. W dodatku miała dostęp do rzadkich, ale też pospolitych materiałów i... nie musiała robić z nim interesów, a jednak chciała. Aż to wszystko wydawało się zbyt piękne, lecz Esmé postanowił jej uwierzyć. Co miał do stracenia? Sam widział też okazję w tej ostatniej kwestii - z chęcią. Było tutaj pole do popisu, by czarodziej mógł coś zyskać - przysługę, szansę na wyjątkowe materiały, cokolwiek innego. Lubił takie układy, które nie polegały czysto na pieniądzach. Ekhem, oczywiście te były gruntem i podstawą, by cała umowa była respektowana przez obie strony, ale miło było mieć miejsce na manewrowanie. Zaciągnął się dymem, a później oparł rękę z papierosem o ladę, zaś drugą zaczął przeczesywać swoje włosy, chociaż był to oczywisty gest zastanawiania się, bo opuścił nawet wzrok i wydawał się nieobecny.

- Nie zadaję zbędnych pytań. Tak tobie jak i klientom. Nie przeszkadza ci to? - wolał, aby była świadoma, że czasami moooożeee stworzyć coś dla kogoś niedobrego i moooożeeee ten ktoś niedobry akurat potrzebowałby materiału, który mooooożeeee tylko blondynka byłaby w stanie załatwić. I gdyby, przypuszczalnie, taka osoba została złapana na gorącym uczynku, to zaczęłoby się śledztwo i wtedy ktoś mooooożeeee zapukałby do Esmé. Ciężko kłamać, że nie zna się dostawcy rzadkich materiałów, więc to mogłoby sprawić, że i do samej kobiety zapukałby smutny pan z zestawem pytań.

Yaxley. No tak, mógł się domyślić po jej wzroście. I jej buty miały teraz sens, skoro mogła zajmować się polowaniem. A skoro polowaniem, to miała też materiały, które należało sprzedać. Wszystko stało się jasne. Przełożył papierosa do drugiej ręki i jeszcze z czystego przyzwyczajenia Esmé wytarł dłoń o spodnie, zanim ją podał Geraldine. Miał ręce, o jakie można było posądzać rzemieślnika - mimo jego nienadzwyczajnej sylwetki, były silne, chociaż wcale nie ściskał "na siłę" dłoni kobiety. Nie robił durnego pokazu jaki to on jest męski, po prostu - czuć było, że nie był cherlawym magiem. Miał szorstkie dłonie pełne odcisków, co wskazywało, że dużo pracuje. I było jak najbardziej słuszną wskazówką.

- Skandaliczne maniery to moje forte i ulubiony ich rodzaj. - wyznał zresztą zgodnie z prawdą, ale też po to, aby Geraldine zupełnie się tym nie przejmowała. Puścił jej dłoń i chwycił papierosa znów w prawą rękę. - Zaproponowałbym kawę, ale mam zupełnie obrzydliwą. A herbata się skończyła. - wyjaśnił, bo skoro grzeczności mieli za sobą, to mogliby usiąść do stolika i porozmawiać o interesach przy ciepłym napitku. A tak to Esmé wskazał jedynie ręką na stojący na boku stoliczek z dwoma skórzanymi fotelami - zresztą oba były na sprzedaż. - Usiądź, pogadamy przy stoliku. - powiedział do niej, chociaż sam pierwszy zabrał popielniczkę i przeniósł ją na wskazany wcześniej mebel, by pierwszy do niego zasiąść.
- Skoro jesteś Yaxley, to oszczędzę sobie pytanie jakie materiały możesz mi zagwarantować. Rozumiem, że w tej kwestii nie ma granic, o ile pieniądze się zgadzają, prawda? - chciał jedynie doprecyzować o jak wiele może jej prosić. W końcu była... tylko człowiekiem i wciąż mogła umrzeć, jeżeli magiczne zwierzę okaże się zbyt wielkim wyzwaniem. I Esmé chciał wiedzieć jak dobra jest. - Musisz być też świadoma, chociaż pewnie jesteś, że nie jestem w stanie pokryć całej kwoty materiałów z miejsca. Moi klienci... czasem wymagają naprawdę drogich komponentów. - przerwał sobie, by zaciągnąć się dymem. Strzepał popiół z papierosa, a Beksa zeskoczył mu z ramienia na stolik, dreptając po nim bez większego celu. - Nie płacą z góry za wszystko. Zostawiają mi zaliczkę. Ona w całości może trafiać do ciebie, gdy będę składał zamówienie. Bo rozumiemy się, że te najcenniejsze materiały nie będę kupował raczej "na zaś", tak? Z rzadka coś z nich robię bez zamówień. Wracając, to jak już klient opłaci wszystko, to wtedy i ja bym pokrywał resztę kwoty. Mogę też kupować drogie materiały bez zamówienia, o ile jesteś skłonna poczekać, aż będę miał na tyle płynności, by to uregulować. Zresztą, w razie czego wiesz jak się nazywam i gdzie pracuje. - uśmiechnął się do niej cwaniacko, bo dobrze wiedział, że jakby chciała, to by mu zwyczajnie wpierdoliła i to tak, że pożałowałby samej sugestii, że mógłby ją oszukać. - Regularnie jednak potrzebuję materiałów... przeciętnej jakości. Spiszę ci na kartce te, które najbardziej potrzebuje zazwyczaj. I które mogę kupować bez opamiętania, bo i tak je wykorzystam. Tyczy się to nie tylko skór. Ah, no i skłonny jestem wchodzić w... układy. Ty czasem opuścisz cenę, a w zamian ja mogę wykonać coś dla ciebie kiedyś za darmo. Rozumiesz o co mi chodzi. Dogadamy się, jeżeli tylko będziesz chętna. Co ty na to? - rozgadał się, ale wolał przedstawić takie zupełne podstawy podstaw interesów z nim na wstępie. Żeby nie było wątpliwości. Rozsiadł się wygodnie na fotelu, wyciągając swoje nogi i włożył papierosa do ust, uważnie obserwując Geraldine. I tak, nie kłamał kiedy mówił, że jest piękna. Były gusta i guściki. Esmé zwyczajnie się podobała. Dodatkowo miał słabość do blondynek, więc zdecydowanie łatwiej robiła na nim wrażenie.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
17.09.2023, 09:06  ✶  

Gerry miała do siebie to, że wolała, jak coś powiedziane jest wprost. Nie była dobra w półsłówkach, domysłach. Wychowana była w sposób raczej surowy i konkretny. Nie potrafiła grać w gierki, wcale tego nie ukrywała. Często to, co mówiła było aż nadto oczywiste, jednak tak już miała. Nie należała do tych bogaczy, którzy byli złotouści. Brakowało jej zdecydowanie delikatności i ogłady, ale nie ubolewała nad tym. Jej matka miała z tym większy problem, ale Geraldine wdała się w rodzinę ojca ku niezadowoleniu Jennifer. Była najbardziej podobna do Gerarda z całego swojego rodzeństwa, a miała jeszcze trzech braci, więc zdecydowanie mogło lepiej trafić. Mężczyźnie w końcu nie przeszkadza takie usposobienie, kobiecie trochę bardziej - przecież miały być delikatne, elokwentne, ona nie była. Nie zamierzała nawet walczyć z genami, wiedziała, że nie będzie w stanie zbyt wiele zdziałać. Musiałaby się pilnować na każdym kroku, a nie miała na to ani siły, ani czasu. Musiało więc zostać, jak jest.

- Nie da się ukryć, chyba nawet on myśli podobnie. - Dodała jeszcze widząc, jak smoczoognik pięknie zaryczał, aby potwierdzić słowa Esme. Ryk to trochę dużo powiedziane, ale wydał z siebie coś, co mogło być za to wzięte.

Yaxley trochę odbiegała od innych bogaczy. Została wychowana spędzając większość czasu w lesie. Ogromną część spędzała na tym, aby dowiedzieć się wszystkiego o magicznych stworzeniach. Musiała wiedzieć, do czego mogą być wykorzystywane części ich ciał. Posiadała więc wiedzę na temat komponentów, bardzo szczegółową. Sama korzystała z tych materiałów, bo mogły ułatwić jej pracę, która wbrew pozorom była dosyć skomplikowana. Zabijanie wcale nie należało to takich prostych czynności. Dla większości osób było to amoralne i obrzydliwe, ona nauczyła się czerpać z tego satysfakcję. Zresztą nie widziała siebie w innym miejscu, bo co mogłaby robić? Siedzieć w ministerstwie. Nie ten typ. Próbowała, nawet skończyła staż, co tylko ją utwierdziło w tym, że nie jest w stanie żyć w ten sposób. Musiała być w ciągłym ruchu, podróżować, potrzebowała adrenaliny.

Zamarła, właściwie to nie zamarła, a przystanęła na moment. Mógł zauważyć jej niepewność. Nie sądziła, że jej własne słowa zostaną wykorzystane przeciwko niej. Zaczerwieniła się przy tym tak, że jej policzki przybrały barwę buraka, takiego pięknego, dojrzałego - czerwonego. Yaxley nie była specjalnie zaznajomiona z komplementami, nawet jeśli miał to być żart, to uderzył w nią bardzo trafnie i nieco wybił z rytmu. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, a Geraldine rzadko kiedy brakowało słów.

Na szczęście mieli kontynuować tematy biznesowe, to spowodowało, że rumieńce zaczęły znikać i policzki wracały do normy, do swojej naturalnej bieli. Miała wrażenie, że sporo ich łączy. Wybrali zawody, na które ludzie patrzyli z pogardą, mimo, że sami chętnie korzystali z ich usług. Cóż za hipokryzja. Gerry jak Esme też często w swojej pracy ignorowała umiejętności magiczne, była zdania, że siła fizyczna jest równie efektowna. - Muszę mieć czujne oko, inaczej mogłabym stracić życie. - Dodała z uśmiechem. Zwracała uwagę na szczegóły, gdzie by się tylko nie pojawiła. Jej zmysły zawsze były gotowe do działania. Nauczona tego, żeby szukać szczegółów, nigdy nie traciła czujności, nawet w sytuacjach, jak ta. - Zwierzęta to nie tylko skóra. - Ona bardzo dobrze o tym wiedziała, to była też krew, kości, pazury, kły i wiele innych części. Wykorzystywanych w eliksirach, ale nie tylko. Zależało jej na tym, aby jak najwięcej części trafiło w obieg, skoro już zabijała, niech te zwierzęta nie giną na marne. Może i wystarczyłaby jej sama satysfakcja z tego, że pokonała trudnego przeciwnika, ale chciała czegoś więcej. Świadomości, że ktoś inny to wykorzysta w najlepszy sposób z możliwych. Niewiele było osób, które było w stanie wykorzystać je w pełni. Bardzo ceniła sobie profesjonalistów, a to, co widziała w tym pomieszczeniu mówiło jej, że właśnie na jednego trafiła.

Bezpośredniość była dla niej normą. Nigdy się specjalnie nie szczypała. Zawsze mówiła to, co ślina jej na język przyniesie, czy było to dobre? Nie zawsze. Zdarzyło się jej przez to wdać w bójkę, gdzie musiała używać pięści, aby potwierdzić słuszność swoich słów. Niczego jej to nie nauczyło. Nadal bowiem nie zastanawiała się nad tym specjalnie.

Tak naprawdę nie do końca obchodziło jej komu zostaną sprzedane dane komponenty, najważniejsze, że wejdą w obieg, że martwe zwierzę się do czegoś przydało, że nie zabija tylko po to, aby zabijać. Uspokajało to jej sumienie, zaś o moralność nie musiała się już martwić. Pojawił się Erik i wszystko stało się prostsze. Pieniądze nigdy nie stały na szczycie hierarchii u Geraldine Yaxley. Przysługi, było to coś zdecydowanie bardziej przydatnego. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz potrzebować czyjejś pomocy. Dobrze jest mieć świadomość, że jest wiele osób, które są ci coś dłużne. Nie powinny odmówić, to było ważniejsze, szczególnie kiedy pałało się takim zawodem jak ona. No i prowadziło wątpliwie odpowiedni styl życia. Nie mogła wiedzieć, czy kiedyś nie zainteresują się nią poplecznicy Voldemorta, wielu czystokrwistych znało jej zdanie na temat mugolaków tak bardzo odmienne od większości z nich. Nawet jej rodzina nie była, aż tak ślepa, tyle, że przestali przy niej poruszać ten temat. Może przyjść moment, w którym zaczną na nią polować, szczególnie, że jej bracia byli blisko Czarnego Pana i ona zdawała sobie z tego sprawę. Ten moment nadejdzie prędzej, czy później, wtedy będzie odbierać zapłaty od wszystkich, którzy byli jej coś winni.

- Ojej, nie zadajesz pytań, jak ja to przeżyję. - Odparła z rozbawieniem. Było to zdecydowanie wygodniejsze, szczególnie, że Yaxley nie znosiła mówić. Wolała milczeć i słuchać, to wychodziło jej najlepiej. Nie była dobra w relacjach międzyludzkich. - Nie boję się ewentualnych powiązań. Poradzę sobie, gdyby coś poszło nie tak. - Zawsze sobie radziła. Miała wiele znajomości i nie martwiło ją wcale, że mogliby znaleźć jego przedmioty przy kimś nieodpowiednim i pytać o to skąd je wziął. Nie przejmowała się takimi rzeczami. Nie bała się ministerstwa.

Sądziła, że rozwiąże układankę, kiedy mu się przedstawi. Była to jedna z tych podpowiedzi, które zapewniały zwycięstwo i rozwiązanie zagadki. Jej rodzina była znana w magicznym świecie właśnie z tego, że zabijała magiczne stwory. Może teraz było trochę inaczej, bo jej bracia nie do końca poszli tą drogą, jednak stare przyzwyczajenia i sława jej ojca i dziadków nie niknęła. Jego dłonie były dosyć szorstkie, a uścisk całkiem pewny. Przypominały jej ręce Theseusa, który również spędzał dużo czasu na obróbce materiałów, które znosiła do domu, nadal było jej przykro, że wyjechał, nigdy jeszcze nie zostawił jej na tak długo. Geraldine również nie chciała przesadzić z siłą, bo nie przyszła tu, aby cokolwiek udowadniać, mimo wszystko jej uścisk był pewny i całkiem silny.

- To dobrze się składa, bo to jedyne maniery jakie posiadam. - Gdyby tylko jej matka to słyszała, na pewno by zareagowała. Zawsze walczyła z tym, żeby ją trochę okrzesać, ale nie do końca jej to wyszło. Z naturą nie wygra nawet Jennifer. - Nie przejmuj się. - Dodała jeszcze, kiedy wspomniał o napitkach. Na pewno ta jego kawa nie była taka najgorsza. Gerry piła w swoim życiu najróżniejsze trunki, samogony robione przez szamanów w lesie deszczowym smakowały jak ropa, czy kawę, która przypominała rdzę. Nie mogło być tak źle. Nie przyszła tutaj jednak, żeby pić herbatkę, za którą zresztą wyjątkowo nie przepadała. Miała coś ze swojej amerykańskiej babki. Skierowała się więc w stronę fotela w którym się rozsiadła. Był całkiem wygodny, przez moment przeszło jej przez myśl, że dobrze by wyglądał w jej salonie, ale nie był to odpowiedni czas na takie przemyślenia.

- Bez tej ostatniej części zdania. - O ile pieniądze się zgadzają nie było do końca tym, co ją ograniczało. - Poza tym tak, jestem w stanie załatwić wszystko. - Chciała, żeby wiedział, że nie ma takiego stwora, na którego by nie zapolowała. Lubiła wyzwania, im bardziej niebezpieczne zwierzę, tym większa była jej satysfakcja z uśmiercenia go. Zaczęła grzebać w kieszeni płaszcza, aby znowu zapalić. Lubiła zajmować czymś dłonie, gdy prowadziła takie konwersacje. Odpaliła szluga swoją srebrną, mugolską zapalniczką Zippo, po czym ponownie spojrzała na swojego towarzysza. - To nie jest problem. - Wiedziała, że może być problem z tym, aby zapewnić jej od razu gotówkę na pokrycie kosztów produktu. Niektóre z nich był kurewsko drogie, mało kto miał tyle pieniędzy, żeby od razu jej je dać. Tyle, że to nie był problem, bo było tak, jak już na początku zauważył Rowle - ona miała gotówkę, była obrzydliwie bogata, chciała być bardziej, ale nie musiała dostawać zapłaty od razu. - Dla mnie ważne jest tylko to, że prędzej, czy później uregulujesz opłatę. Tak, czy siak będę to robić, będę zabijać stworzenia, co chwilę dostaję zlecenia od ludzi, że coś ich straszy. - Nie wszystkie jej polowania dotyczyły produktów na zamówienie. Niekiedy miała dostęp do tych zwierząt, które dane dnia się jej po prostu przytrafiły, tych materiałów również nie chciała zmarnować. - Możemy zrobić tak, że kiedy dostaniesz zamówienie na coś specjalnego to do mnie napiszesz, a resztę, to co aktualnie upoluję będę ci dostarczać na bieżąco? - Zaciągnęła się głęboko dymem i spojrzała na Esme. Miała nadzieję, że rozumie o co jej chodzi. - Będziemy się rozliczać, kiedy faktycznie je sprzedasz, nie potrzebuję zaliczek, jak trafnie zauważyłeś wiem, gdzie cię znaleźć. - Nie wierzyła w to, że mógłby ją oszukać, a gdyby tak się stało, to cóż. Byłaby sobie w stanie poradzić z tym problemem w odpowiedni sposób.

- Tego się spodziewałam, ale to dobrze, że tych przeciętnej jakości. Zabijam najwięcej pospolitych stworzeń, które żyją w Wielkiej Brytanii, to nic wyjątkowego. - Strzepała popiół z papierosa do popielniczki. Bardzo podobało jej się to, co mówił Esme, na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. - Myślę, że się dogadamy. Dla mnie to lepsza zapłata od pieniędzy. - Nic nie mogło się równać z odpowiednio stworzonym przedmiotem ze zwierzęcych komponentów, tego była pewna. - Bardzo sobie cenię takie przedmioty. - Wyjątkowe artefakty, na które nie mógł sobie pozwolić każdy.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
27.09.2023, 01:52  ✶  

Niewiele rzeczy przynosiło czarodziejowi satysfakcję, dlatego przyjmował ją z otwartymi ramionami. Uśmiechnął się szeroko, niezwykle zadowolony z siebie, gdy Geraldine oblała purpura. Lubił obdarowywać innych komplementami, patrzeć na ich reakcję, a czasami po prostu poprawiać humor. Lubił też z ludzi szydzić - również żeby patrzeć na ich reakcje, a czasami po prostu, by zepsuć im humor. Esmé lubił powodować jakieś reakcje. W ten sposób nie nudził się, odsuwał od siebie ten obrzydliwy marazm, który zdawał się nie odstępować go na krok. Ekhem, ale wróćmy do panny Yaxley. Rowle zatem komplementował ją dla zasady, chociaż nie ukrywał, że... cóż, miał słabość do blondynek. Teraz jednak, widząc jak ta wysoka łowczyni potworów stała się taka... bezbronna i to pod wpływem kilku słówek Esmé? Nie mógł nie czuć satysfakcji, szczególnie gdy Geraldine wyglądała teraz tak uroczo. Ale czarodziej wiedział kiedy powstrzymać się przed dalszymi krokami. Napawał się tą chwilą, pozwalając kobiecie uspokoić się.

- Zwierzęta to nie tylko skóra... - powtórzył za nią, bo zdał sobie sprawę, że przecież doskonale to wie. Zwierzęta to twarda skóra często odporna na zaklęcia i ataki, to ostre jak brzytwa szpony, to kły jadowe ze śmiertelną trucizną, to twarde niczym stal rogi. Tak wiele rzeczy, na które musiała uważać. I intelekt. Magiczne istoty nie były głupie, były nadzwyczaj sprytne. Tyle zdążył się nauczyć Esmé ze swojej rodzinnej biblioteczki. I tyle dostrzegł po samym Beksie.

Zaśmiał się lekko, gdy zagrała sarkazmem. Nabierał do niej coraz więcej szacunku, chociaż może to przez jego arogancję - w końcu wydawało mu się, że byli do siebie nieco podobni. Ciężko mu było powiedzieć "z której strony", ale tak po prostu czuł. Taką nić zrozumienia. Albo Geraldine była naprawdę dobrą manipulatorką, w co akurat Esmé wątpił. Wypadała na kobietę bezpośrednią, która nie boi się złamać zasad społecznych, by wyrazić siebie. Oh, to z tej strony byli do siebie podobni. Tyle że czarodziej nazywał to bardziej eufemistycznie - nie było to "nieokrzesanie", a "nonszalancja".

Zasiedli do stolika i dalsze rozmowy o biznesie rozkwitły w najlepsze. Rowle nie chciał przerywać łowczyni, zatem jedynie uśmiechnął się, posyłając jej zaintrygowane spojrzenie, może nawet nieco przebiegłe, gdy podkreśliła słowo "wszystko". Tutaj można było posądzić czarodzieja o niecne plany, o próbę wykorzystania Geraldine, ale nic w tym rodzaju. Nie znał jej, ale był arogancki, a to wystarczało, by wierzył w swoje przeczucia. A czuł, że blondynka nie była osobą, która kłamałaby na temat swoich możliwości. Była konkretna. I właśnie dlatego "wszystko" zrobiło na Esmé takie wrażenie. Oznaczało to, że naprawdę była potężna. Ta myśl niezwykle mu się podobała. Było w tym coś atrakcyjnego.

Na moment się rozmarzył. Wrócił zmysłami, gdy Beksa chwycił go swoją małą paszczą za palec. Przeniósł wzrok na drobne stworzonko, słuchając Geraldine. Teraz jej kolej na wyrażenie warunków. Smoczoognik siłował się ze swoim właścicielem jeszcze przez chwilę, ale podobnie jak jego pan - szybko się nudził. Zaraz puścił i podskakując zbliżył się do blondynki, a raczej jej dłoni z papierosem, przyglądając się żarowi. Ciągnęło go do ognia.

- Jasne, podsumujmy zatem. Pospolite materiały skupuję na bieżąco, wyjątkowe zamawiam poprzez korespondencję, lecz czasami, gdybyś chciała się pozbyć drogich, rzadkich materiałów, to będziesz mi je oddawać, abym je spłacił, gdy zostaną wykorzystane i sprzedane. I gotowi jesteśmy na "przysługi". Wszystko oczywiście w granicach rozsądku. - odezwał się, podnosząc wzrok, a na koniec przyjaźnie się uśmiechnął. Podobał mu się ten układ. Był odpowiednio luźny, ale wystarczająco konkretny, by oboje byli zadowoleni. Wszystko było takie "na chłopski rozum".

Włożył papierosa do ust i zaczął szukać czegoś po swoim ubraniu "klepiąc" różne kieszenie - to koszuli, to spodni. I tyle w sumie, więcej ich nie było. Zaraz wyciągnął z kieszonki na piersi mały notesik z okładką obleczoną w miękką skórę. Jednak poszukiwania nie zakończyły się, trwały jeszcze przez chwilę, aż Esmé westchnął ciężko i pokonany wstał od stolika. Po drodze wydmuchnął sporą chmurę dymu i zaraz wrócił bogatszy o pióro wieczne. Zaczął coś bez słowa zapisywać. Pisał kursywą i kreślił małe litery, wszystkie idealnie równe, jak z maszyny. Wypisywał materiały, ilości, ale po wpisaniu kilku pozycji zatrzymał się i uniósł wzrok na Geraldine.

- Wyślę ci listę. Jednak trochę zajmie wypisanie wszystkiego tego, co używam z pospolitych istot. W końcu... nie tylko skóry. - było to już powiedziane, ale wolał przypomnieć. Zamknął pióro i dopiero teraz wyciągnął papierosa z ust. Zostało go niewiele, jeszcze na kilka pociągnięć, jednak czarodziej bez zastanowienia zgasił go w popielniczce. Na jego twarzy zaczynał powoli pojawiać się pewien uśmiech. Mina, zwiastująca jakiś plan młodego rzemieślnika.
- Właściwie... miałbym już teraz pewną prośbę. - odezwał się, najpierw nie patrząc jeszcze na Geraldine, a wciąż gasząc papierosa. Jakby poprzez nerwicę natręctw upewniał się, że ten w ogóle się nie żarzy. A oczywiście nerwicy nie miał. Uniósł wzrok w końcu, przyglądając się z zaciekawieniem łowczyni. - Nie zabrałabyś mnie kiedyś na polowanie? - zapytał bez zawahania, bo... nigdy nie bał się odmowy, nie bał się też odrzucenia, dlatego z taką łatwością wyrażał siebie. Nie obawiał się reakcji innych, czy nawet całego otoczenia. Był tylko jeden temat tabu, który musiał pozostać bez dodatkowych komentarzy. - Chciałbym zobaczyć... - Magiczne bestie? - Ciebie w akcji. - dokończył, mówiąc wszystko nieśpiesznie. Na końcu rozsiadł się wygodnie w fotelu, którego skóra zaskrzypiała. Na ten dźwięk Beksa zareagował poderwaniem się w powietrze. Okrążył głowę Geraldine, po czym z impetem wylądował na klatce piersiowej, w połowie leżącego Esmé. W połowie leżącego i w pełni uśmiechniętego. Tylko z czego on się tak cieszył?
- Oczywiście możesz prosić o coś w zamian. Na tym polega piękno naszej współpracy. - dodał na koniec zadowolonym tonem. Nie był z tych ludzi, którzy spisywali umowy, zatem kwestię biznesowe uznawał w większości za zamknięte i dogadane. Sami byli sobie świadkami tego, co zostało tutaj ustalone. Esmé nie zamierzał łamać swojej części umowy, a nawet jeżeli, to jego los byłby marny. Łowczyni zaś... nie miała nawet bardzo pola do łamania, bo co? Bo nie dostarczy materiałów? No to trudno. Albo... dostarczy ich za dużo? To Esmé nie wyczaruje pieniędzy przecież. Wszystko było logiczne, aż do bólu.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
27.09.2023, 11:23  ✶  

Nie przywykła do komplementów. Przebywała głównie w towarzystwie bardzo prostych mężczyzn, szczególnie, gdy wychodziła na polowania w górach, gdzie mieszkało niewiele osób. Zawsze musiała udowadniać, że jest kimś więcej niż po prostu panną z dobrego domu szukającą rozrywki. Od najmłodszych lat musiała rywalizować z mężczyznami, pokazywać, że też jest coś warta. Spowodowało to, że była trochę popsuta. Nie była przyzwyczajona do tych typowych zachowań, raczej się z nimi nie spotykała. Stąd wynikało jej chwilowe zawstydzenie. Trwało jednak ono krótką chwilę, została na moment wybita z pantałyku. Zaskoczył ją po prostu, zaatakował komplementem zupełnie znienacka. Wolałaby się przygotować na taki atak.

Znała ich fizjonomię bardzo dokładnie. Wiedziała na co musi uważać, chociaż tego też do końca nie była w stanie przewidzieć. Zwierzęta podczas zagrożenia stawały się nieprzewidywalne. Dostosowywała się do tego i również próbowała działać w ten sposób. Musiała myśleć nieszablonowo, działać szybko, różnie to wychodziło. Jej ciało było pełne blizn spowodowanych zbyt długim myśleniem. Na szczęście były to tylko blizny przypominały o stoczonych walkach. Wiedziała, że wystarczy jeden nieodpowiedni ruch i może zniknąć z tego świata na zawsze. Nie bała się tego jednak, kochała tę adrenalinę, którą dawały jej polowania. Nie wyobrażała sobie żyć inaczej. Dlatego też szła trochę pod prąd, nie była typową panną z dobrego domu, która marzyła o rodzinie, kochającym mężu, czy dzieciach. To był największy strach, jaki pojawiał się w jej życiu. Myśl, że kiedyś zostanie zniewolona. Bała się, że zbliża się do tego momentu, bo nie da się ukryć, że czas płynął, lata mijały, a rodzice pytali, przez co omijała rodzinny dom szerokim łukiem. Byle by po raz kolejny nie musieć wysłuchiwać ich litanii.

Yaxley lubiła uszczypliwości, nie miała nic przeciwko temu, miała nadzieję, że Esmé się na nią nie obrazi za te czasami niezbyt przyjemne odpowiedzi. Nie wyglądał jej jednak na kogoś, kto będzie żywił urazę, dlatego pozwalała sobie na to, żeby być sobą. Taka już była, często zaczepna, sprawiało jej przyjemność denerwowanie innych. Jej zachowanie było czymś, co sobie wykształciła przez lata. Stało się to dla niej naturalne, że mówiła za dużo, pyskowała, wtrącała się niepytana. Tak to jest, kiedy musisz rywalizować z mężczyznami. Nie potrafiła kłamać, grać w gry towarzyskie, było to dla niej zbyt męczące. Nie miała czasu skupiać się na takich pierdołach.

Widziała, że słucha z uwagą tego, co ma mu do powiedzenia. Podobało jej się to, zależało jej na tym, aby znaleźć kogoś, kto będzie gotowy zająć się materiałami, które będzie w stanie mu dostarczyć. Mimo tego, że miała wielu znajomych, to niewielu z nich było w stanie się nimi zająć. Widziała, że ma do czynienia z ekspertem. Ona też była profesjonalistką w swojej dziedzinie i nie bała się o tym mówić. Nie wynikało to w żaden sposób z arogancji, bo nie była typem, który przechwalał się i rzucał słowa na watr, tylko z doświadczenia i czuła, że on ma podobnie. Nie wiedzieć czemu miała pewność, że jej założenie jest trafne. Jakby trafiła wreszcie na odpowiednią osobę, której szukała od dawna. Czasem tak jest, że wystarczy tylko krótka chwila, moment, a wiesz, że jest to to, o czym marzyłeś. Właśnie tak się teraz czuła Yaxley.

Jej wywód przerwało pojawienie się przed nią smoczoognika. Miała chęć go pogłaskać, jednak wolała nie ruszać stworzenia. Zdecydowanie ciągnęło go do ognia. Niestety kończyła palić peta, więc wypadało go ugasić, zapewne spowoduje to, że stworzenie nie będzie już chciało się z nią zakoleżankować.

- Tak, dokładnie o to mi chodziło. Wydaje mi się, że jest to całkiem rozsądne rozwiązanie. - Każda strona mogłaby czerpać z niego profity i nie wiązało się z tym, że któreś wychodziłoby na wszystkim gorzej. Miało ręce i nogi, najwyraźniej on również uważał, że jest to dobry pomysł. Czyżby udało im się dobić targu? Yaxley uśmiechnęła się, w jej policzkach pojawiły się dołki, widać było, że jest zadowolona z takiego obrotu spraw.

Obserwowała go uważnie, kiedy zaczął czegoś szukać. Najwyraźniej sam był niepocieszony tym, że musiał się podnieść i odejść od stolika. Papieros w ustach dodawał mu uroku. Widać było, że jest skupiony na tym, żeby o niczym nie zapomnieć. Domyślała się, że przygotowuje listę. Bardzo dobrze, będzie wiedziała, czego potrzebuje najbardziej. Zamierzała mu to dostarczyć, jak najszybciej się da. Zbliżało się lato, idealny czas na przeniesienie się do lasu, długie wędrówki i tropienie.

- Będę na niego czekać. - Dodała jeszcze. Była dosyć mocno ciekawa, co znajdzie się na liście. Nie znała się na sprawach rynkowych, nie miała pojęcia na co jest największe zapotrzebowanie. Nie miało to znaczenia, tak, czy siak będzie mu w stanie zapewnić te produkty.

Zauważyła, że wyraz jego twarzy się zmienił. Ciekawa była, czym zostało to spowodowane, zapewne za chwilę się dowie. - Szybko poszło. - Uśmiechnęła się szeroko i wyprostowała. Nawet ją to rozbawiło, ale dobrze, że chciał działać od razu, nie zwlekał. Świadczyło to o tym, że już miał w głowie jakieś pomysł. Czekała, aż to z siebie wyrzuci. W jej oczach pojawił się błysk. Mogła się tego spodziewać. Wiele osób chciało wyruszyć z nią na łowy. Rozumiała ich ciekawość, nie było w tym nic złego. Zdziwiło ją jednak to, w jaki sposób to ujął. Chciał zobaczyć ją w akcji, nie magiczne potwory, a to, jak je zabija. Miała świadomość, że różnie ludzie podchodzą do jej zawodu. Nie każdy był stworzony do tego, żeby patrzeć na rozlew krwi, jeśli jednak chciał z nią wyruszyć na łowy, kimże była, żeby mu zabraniać? - Zdarzało mi się zabierać ze sobą swoich znajomych. Muszę jednak ostrzec, że jest to dosyć niebezpieczne, tym bardziej, że nie znam tak do końca twoich umiejętności. - Wiedziała, że potrafi sobie radzić ze skórą, kośćmi, pazurami i innymi takami, tylko czy potrafił odpowiednio szybko uciekać, kiedy przychodziła taka potrzeba? - Na pewno nie pozwolę, aby stała ci się krzywda, ale zawsze jest ryzyko. - Czy był gotowy je podjąć?

Beksa nagle pofrunął, jakby został przywołany. Najwyraźniej wyczuł moment, w którym mógł się rozsiąść na przyjemnej poduszce, którą miał zostać Rowle. Całkiem przyjemny widok, spoglądała więc na nich przez dłuższą chwilę.

- Poproszę w najmniej oczekiwanym momencie. - Wolała go ostrzec, bo nie znał dnia, ani godziny, kiedy się tutaj pojawi. Bywało różnie, przysługi były chyba najcenniejszą zapłatą, jakiej mogła wymagać.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#10
03.10.2023, 02:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2023, 02:25 przez Esmé Rowle.)  

Nie wiedział dlaczego czuł, że doskonale się z nią dogaduje. Nie był świadomy jak wyglądało jej dzieciństwo, czego od niej wymagano, z czym musiała się zmagać. Wiedział za to, że rozmowa z nią przychodzi mu z łatwością. Jakby znali się od lat, chociaż... przecież tak nie było. Wszystko wychodziło tak swobodnie, prosto, a Esmé wcale nie musiał używać pięknych słówek, rozbudowanych metafor, sprytnych sugestii i tak dalej. Po prostu mówił. I rozumieli się.

- A zatem ustalone. - oznajmił, by jasnym było, że umowa została zawarta. Klasnął przy tym w dłonie, które zaraz zatarł, jakby już widział oczyma wyobraźni przedmioty stworzone z materiałów dostarczonych przez Geraldine. - Liczę na owocną współpracę. - dodał na koniec i wystawił dłoń. Skoro nie spisywali warunków, nie podpisywali dokumentów, nie składali żadnych pieczęci, to chociaż niech uścisną ręce. Tyle w zupełności wystarczy. Kto by się spodziewał, że zupełnie przypadkowo trafi mu się prawdopodobnie najlepszy układ, na jaki mógł liczyć. Lepszej wspólniczki nie mógł sobie wymarzyć. Właśnie... dlaczego zachowywać tę myśl tylko dla siebie? - Nie mogłem wymarzyć sobie lepszej wspólniczki. - te słowa, chociaż wypowiedziane z uśmiechem podobnym, do tego, który nosił przy komplementach, były bardziej stwierdzeniem, niż oznajmieniem. Takim ludzkim podzieleniem się informacją, że właśnie takich układów potrzebował. I nie chodziło mu o to, by pochwalić blondynkę, a zaznaczyć jak bardzo... z nieba mu spadła.

Robiło się niebezpiecznie. Esmé aż poczuł ten dreszcz niepokoju. Jak wiele jego słabości miała jeszcze nieświadomie wykorzystać? Blondynka? Odznaczone. O wysportowanej sylwetce? Jak najbardziej. Nie trzeba było wokół niej chodzić na palcach? Zdecydowanie. Twarda, aczkolwiek kobieca? Jej zdjęcie mogłoby być definicją tego połączenia. I teraz, do tego wszystkiego, doszły jeszcze te dołeczki w policzkach - najbardziej zagadkowa rzecz. Czarodziej naprawdę nie rozumiał dlaczego na ich widok w jego mózgu zapalały się lampki i wysyłały sygnały prosto do serca. Albo na odwrót - to serce do mózgu, zapalając lampeczki. Niemniej, uważał tego rodzaju uśmiech za tak niewyobrażalnie uroczy, że... sam czuł się niezręcznie. A Esmé był przecież wyjątkowo nonszalanckim gościem, który zdawał się nie wiedzieć czym jest wstyd czy skrępowanie.

Ale czemu robiło się niebezpiecznie? Oh, bo Esmé miał bardzo dziwny strach. No, może nie tak dziwny jak przykładowo anatidefobia, jednak wciąż dosyć nielogiczny. Absurdalny. Otóż ten młody rzemieślnik bał się zakochać. Jasne, to on zaczynał zaloty do Gerry, ale było to dla niego swoistą zabawą, może nawet testem samego siebie - czy byłby w stanie uwieść kobietę taką, jak ona? Nie był gotowy na to, że blondynka jest idealną kontrą na jego grę. Sam siebie zapędzał w kozi róg. Dlatego właśnie widząc jej uśmiech z dołeczkami... nieco się zarumienił. Uciekł na moment wzrokiem, jednak nie chciał po sobie dać znać, że właśnie został speszony. I to czymś zupełnie niezamierzonym przez jego rozmówczynię.

Rynek materiałów pochodzenia zwierzęcego miał się różnie - w kwestii kaletnictwa często zapotrzebowanie wyznaczane było przez modę. Nawet częściej, niż przez czasy, cenę i łatwość obróbki. To ostatnie nie miało dla Esmé znaczenia, bo... no właśnie, jeszcze kilka chwil temu wyszywał wzór w skórze z buchorożca. Materiał wdzięczny, ale fatalny w tak estetycznej, precyzyjnej obróbce. Takie usługi miały jednak swoją cenę, tym wyższą, im ciężej się pracowało i im więcej wymagało to czasu. Nawet jeżeli palce bolały, to Rowle był zadowolony z takich zleceń. Tak długo jak miał zajęcie, tak długo jak było mu za to odpowiednio płacone, tak długo nie miał nic przeciwko. Chociaż był tylko człowiekiem i lubił w frustracji zarzekać się, że to ostatni raz kiedy wykonuję robotę danego rodzaju. A później brał kolejną identyczną. Niekończąca się historia.

Oh? Nie spodziewał się, że pójdzie tak prosto. Szczególnie, gdy swoją prośbę ubrał w takie, a nie inne słowa. Podejrzewał, że zostanie grzecznie zbyty dlatego, że albo by przeszkadzał, albo by to było zbyt niebezpieczne, albo dlatego, że nikt nie lubił, gdy patrzono mu na ręce podczas pracy. Ekhem, niby nikt, niby było to tak oczywiste, a jednak sam Esmé nie robił sobie nic z tego, że ktoś uważnie przyglądał się, jak ten pracuje. Dlaczego miałby? Nawet gdyby na siłę próbowano doszukać się niedoskonałości, to... niczego to nie zmieniało? Nie dla niego. Byli ludzie, którzy inaczej wykonywali robotę samemu, a inaczej gdy byli obserwowani. Zazwyczaj szło to w tym kierunku, że bez widowni wiele rzeczy było potraktowanych po macoszemu, zwyczajnie nieprofesjonalnie. Esmé każdym swym przedmiotem dążył do perfekcji. Kropka. Tworzył dla znajomego, tworzył dla klientów spod ciemnej gwiazdy, tworzył dla bogaczy z wysokich sfer. Wszystkich traktował jednakowo w kwestii podejścia do rzemiosła. W końcu to produkt świadczył o nim najbardziej.

- To bardzo urocze, że się o mnie martwisz. - odezwał się rozbawiony i zaraz przeniósł wzrok na Beksę, który kręcił się w kółko niczym pies, próbujący ułożyć się do snu w najwygodniejszej pozycji możliwej. - Chociaż pewnie bardziej naszym układem. Udam jednak, że nie jestem tego świadom. - no bo byłoby pewnie smutno, gdyby ta wspaniała współpraca miała się rychło zakończyć, bo istota, na którą Geraldine polowała postanowiła sama zapolować na Esmé. A czarodziej nie miał najmniejszego doświadczenia w walce z magicznymi bestiami, toteż pewnie poradziłby sobie fatalnie. Beksa w końcu ułożył się nie na klatce, a bardziej na lewym barku Rowle - niewiele nad jego sercem. Wtulił swój pyszczek w dołek tuż pod kością obojczyka i zamknął oczy, próbując zasnąć. Smoczoognik jeszcze tego nie wiedział, ale nie wróżone było mu odpocząć zbyt długo. A może... może doskonale o tym wiedział? W końcu Esmé wiecznie pracował albo zajmował się czymś, co odganiało nudę. Mało było czasu, w którym po prostu siedział, odpoczywał. I tym samym mało było czasu, by Beksa mógł skorzystać z niego jak z poduszki. Może właśnie dlatego korzystał ile mógł. Nawet te krótkie chwile.
- Doceniam, Geraldine, ale nie prosiłem byś była moją niańką. - uniósł wzrok i chociaż miał uprzejmy uśmiech, to brzmiał zdecydowanie poważniej - tak jak wtedy, gdy zaczęła się rozmowa o interesach, jak zaczął wygłaszać swoje zasady i swoją ofertę. - Jestem świadom ryzyka. Właśnie dlatego nie pozwolę ci ryzykować, by mnie chronić. - wyjaśnił i kiwnął głową na bok, jakby chciał jej coś wskazać. Ale co? "Na boku" było masę rzeczy, które już wcześniej blondynka widziała, a nawet którym przyglądała się wyjątkowo uważnie. Kołczan na strzały, spodnie ze skóry, skórzany puklerz, nóż z kości, flet wykonany z rogu. Wymieniać można było długo, ale nie o to chodziło. Chodziło o właśnie całokształt. W kwestii ryzyka, to nie wybaczyłby sobie, gdyby z jego powodu Geraldine stała się krzywda. Wiedział, że jej zawód jest nadzwyczaj niebezpieczny i domyślał się, że pracuje solo - tak jak i on. Nie musiała się martwić o innych, nie musiała nadstawiać za nich karku, nie musiała zasłaniać ich własną piersią, nie miała ich na sumieniu. I nie chciał, by to się zmieniało w jego obecności. Im bardziej starałaby się, by jemu nic się nie stało, tym większa była szansa, że to ona ucierpi. A wszystko przez głupca, którego kaprysem było zobaczyć łowczynię, nie, konkretnie Geraldine w akcji. Ktoś mawiał - nie wchodź do wody, jeżeli boisz się zmoczyć. Proste i logiczne. Na polowaniu było niebezpiecznie, a wyruszając na nie należało być gotowym na wszystko. I Esmé był zdania, że każdy powinien dbać o siebie samego. A tym bardziej on - skoro to był jego durny pomysł. - Umiem o siebie zadbać, a braki w umiejętnościach potrafię uzupełnić odpowiednim gadżetem. - o ile "gadżetem" dało się nazwać też ubrania o właściwościach ochronnych i inne przedmioty o głównie bojowym zastosowaniu. Ale tak, Esmé radził sobie. Może na takiego niekoniecznie wyglądał, ale był niezwykle zaradny - o ile tylko tego chciał. W kwestii magii innej niż transmutacja pozostawiał wiele do życzenia, toteż warto było znaleźć sposób na uzupełnienie tych luk. Jednej rzeczy, której przeskoczyć nie potrafił, były jego własne zdolności fizyczne. Dlatego też z rzadka dbał o swoje ciało, by nie wyszło z wprawy... takiej podstawowej. Może salta w przód by nie zrobił, może szpagat go przerastał, może kopnięcie z obrotu było dla niego zbyt wielkim wyzwaniem, ale przynajmniej nie dostawał zadyszki, gdy przyszło mu przebiec kilkaset metrów. No dobra, kogo próbuję okłamać - dostawał zadyszki, bo był palaczem, ale wystarczył tylko jeden papieros, by znów funkcjonować jak gdyby nigdy nic. Tyle dobrego, że potrafił się zmęczyć, pchnąć swą śmiertelną powłokę na granice możliwości, a później odpocząć i żyć dalej. Nie musiał się kłaść, zdychać przez resztę dnia, a następnego dnia nie móc zwlec się z łóżka przez zakwasy. Nie był wysportowany, ale był sprawny. Tak, jak być powinien każdy dorosły człowiek, a tym bardziej mężczyzna. Nie, żeby bardzo się przejmował normami społecznymi, bo to ostatnie na co zwracał uwagę, ale szkoda byłoby nie korzystać z tego, co natura dała mu za darmo - silne, zdrowe ciało, które wdzięcznie odpowiadało efektami na te z rzadka wykonywane treningi. I wtedy coś mu wpadło do głowy.
- Właściwie, to jestem ciekaw jednego. Palenie papierosów nie przeszkadza w polowaniu? Wydawało mi się, że zwierzęta mają bardzo czuły węch. W dodatku ten kuszący dym odbiera nam dech, obniża kondycję. Podobno powoduje też szereg innych problemów. - pytał z zupełnie szczerym zainteresowaniem. Domyślał się jak będzie brzmiała odpowiedź, ale wolał to usłyszeć z jej ust. Ekhem, chciał też się przekonać jak bardzo ją zna, chociaż rozmawiali dopiero kilka, może kilkanaście minut.
- Ah, i proś o co zechcesz. Twe życzenie będzie dla mnie rozkazem. - rzucił jeszcze, uśmiechając się czarująco, jakby chciał podkraść charyzmę od średniowiecznego rycerza, który dla swej wybranki serca zrobi wszystko. Trudno było tutaj mówić o wybrance serca, rycerzu i zrobieniu wszystkiego, ale charyzmy mu nie brakowało. A przynajmniej tak było według jego aroganckiej persony. Po tych zapewnieniach kiwnął głową, jakby chciał się jej skłonić, ale... Beksa już zasnął mu tuż pod ramieniem i szkoda byłoby go budzić. Nawet, jeżeli całe dnie rozrabiał i spał. Na zmianę. Aż nieco zazdrościł mu tej beztroski.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (18019), Geraldine Greengrass-Yaxley (16514)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa