Anthony, Stanley, Laurent
Nie musieli szukać Brenny. Wystarczyło przekroczyć progi nadbudówki i skierować się dalej w stronę atrium. Brenna Longbottom, Mavelle Bones i Atreus Bulstrode leżeli na posadzce tak samo nieprzytomni, jak do niedawna oni sami byli nieprzytomni i jak nieprzytomni pozostawali leżący na pokładzie ludzie.
Ale to nie auror i dwie brygadzistki przykuwały uwagę. Uwagi nie przykuwały nawet szerokie, drewniane schody, zlokalizowana tu recepcja z barem czy ostałe się na ścianach brudne obrazy. Uwagę przykuwała stojąca na szczycie schodów Persefona Fawley. Minęło blisko siedemdziesiąt lat od momentu, w którym zatonęła Perła morza, ale kobieta nie zmieniła się aż tak, jak powinna przez ten czas. Była nienaturalnie blada, jakby rzadko wybywała na świeże powietrze. Miała rozczochrane włosy, poczerniałe paznokcie i trzymała różdżkę w ręku.
- Uciekajcie! Uciekajcie! – rozległ się piskliwy, dziecięcy głosik tuż nad ich głowami. I jeśli spojrzeli do góry, dostrzegli ducha dziewczynki, najwyżej dziesięcioletniej, przyczepionego niewidocznymi więzami do ściany. Dziecko wierzgało i próbowało się uwolnić. – Uciekajcie! Ona was pozabija!
- Potrzeba więcej energii – powiedziała Persefona Fawley. Głos miała pusty, matowy, pozbawiony wesołości lub wściekłości. Brzmiała ochryple, jakby nie używała go od lat. – Wszyscy muszą umrzeć.
- Ona was wyssie! Nie można jej skrzywdzić! – pisnął z rozpaczą duch.
Anthony, Stanley i Laurent, widzieli w drugiej części atrium, po obu jego stronach dwa zejścia w dół. Dzieliło ich dobre piętnaście metrów od każdego z nich. W uszach Prewetta ciągle rozlegały się metaliczne szepty: zabierz nas stąd, wyciągnij ze statku, oświetlamy najczarniejszą z czerni, oddaj nas morzu, uratuj nas, rozbij nas, oddaj nas morzu, bo do morza należymy tak jak i ty należysz do morza.