Smród był coraz intensywniejszy, mdlił, a narastająca ciemność i duchota wcale nie poprawiały samopoczucia. Drzwi stworzone przez Staśka były doskonałym rozwiązaniem, ale obawiał się, że przez zakłócenia magiczne i tę dziwną aurę, nie wytrzymają długo. Nie było dobrze tkwić na tym statku w jednym miejscu, podobnie, jak zachowywać się głośno.
- Więc chodźmy za nimi, prowadź Laurent. - powiedział, starając się brzmieć spokojnie, wciąż zaciskając palce na różdżce. Tarcza tkwiła przygotowana, na wypadek niespodziewanego ataku z któreś z otwartych kajut lub innych korytarzy, dolnych pokładów. Antek pomyślał sobie, że nigdy nie lubił statków, a to kołysanie było cholernie upierdliwe. - Skarbiec brzmi obiecująco, może tam są te perły. Faktycznie, chciałeś się tam włamać.. To znaczy nie Ty, tamten Laurent. Stasiek, czy ja wyglądam, jakbym się bał?
Posłał kuzynowi spojrzenie z uniesioną brwią. On chyba nadal się trochę złościł za to niewinne polecenie z wykorzystaniem tej okropnej roli dziedzica, którą chętnie by mu oddał. Wywrócił oczami, powstrzymując się jednak od marudzenia i komentarza, bo nie był to odpowiedni czas, a tym bardziej miejsce do takich działań.
Rozejrzał się dookoła, poszukując przejścia, które prowadziło w dół — chociaż tam mogło być trochę zalane i w gorszym stanie zapachowym, ale jakie mieli wyjście? Albo znajdą perły i skończą ten cyrk, albo podzielą los rozpadających się trupów Pani Flądry. Byli zbyt młodzi i ambitni, aby umrzeć. No i co byłby z niego za facet, gdyby Ger i Brenna umarły, gdy tu był? Na myśl o kuzynce, nie mógł powstrzymać się przed posłaniem Stanleyowi zmartwionego wspomnienia.
- Kurwa, cśś. - szepnął, niemalże tupiąc nogą w podłogę, gdy Prewett wydarł się triumfalnie. No, może nie wydarł, ale strasznie się tu echo niosło albo głowa Tosia po prostu przestawała poprawnie działać. Jedno z dwóch. Wysunął dłoń, kładąc ją na ramieniu chłopaka. - Dobra robota. Nie martw się, damy radę.
Próbował go trochę uspokoić, dodać mu energii, a potem poszedł w dół, pozwalając mu trzymać się za swoimi plecami. Nie było mu to jednak długo dane, bo Stanley po swojej krótkiej mowie, minął go i szedł przed nim, na co ten prychnął z odrobiną niezadowolenia. Też chciał go przecież chronić, nawet za cenę życia. Nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. - Czy rzucenie Accio na te perły, to byłby bardzo zły pomysł? - zapytał szeptem, nie zerkając jednak za siebie, ostrożnie kierując się w dół, starając się robić to jak najciszej. I nie wpaść na Borgina seniora. Nie posłuchał oczywiście, trzymał się kilka kroków za nim. - Przecież Cię nie puszczę samego, zwariowałeś Stasiek. - dodał, przystając na kilka sekund, aby uniknąć jego marudzenia i dać mu utrzymać "dystans", o który tak walczył. Perspektywa przyjmowania przez niego cze kogokolwiek na klatę się Anthonyemu nie podobała. Trzymał się blisko Laurenta, na tyle, aby móc zareagować i przyjąć coś, co mogłoby go ewentualnie zaatakować od tyłu. Przydałoby się to zejście jakoś zamaskować, wyciszyć. Wykonał więc ruch dłonią, rzucając niewerbalne zaklęcie, które miało na celu właśnie ukrycie ich obecności na schodach dla istot z wyższego pokładu. Prosta klapa, niezamykana, którą łatwo można było pchnąć do góry i otworzyć w przypadku ucieczki.
na kształtowanie klapy dwie próby
Akcja nieudana
Sukces!