12.10.2023, 15:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2025, 23:47 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Timmy długo wpatrywała się w otrzymany od przyjaciela list. Trochę dopatrywała się w nim ukrytego w głoskach żartu. Trochę doszukiwała się wskazówek krzyczących na nią zrozpaczone „przyjaciółko w niedoli, mrugam dwa razy! Porwano mnie i wpędzono do niewoli, ratuj!”
Właściwie, wszystkie te elementy w liście znalazła. Ale żaden nie odkręcał postawionego przed nią faktu – Leviemu przypisano narzeczoną. Levi miał się żenić i to nie był (najprawdopodobniej) żart. Nie odkryła jeszcze przed samą sobą rodzaju ani kalibru emocji, które zaczęły w niej kiełkować. Powoli i niespiesznie, bo z trawieniem uczuć od zawsze radziła sobie nadzwyczaj opornie.
Pocieszała się, iż to jak najbardziej normalne być bardziej zgaszonym niż radosnym, przecież sam mężczyzna musiał być w podobnym nastroju, a kto jak nie najlepsza przyjaciółka zrezonuje to co w tobie najgłębiej siedzi. Ale z każdym krokiem stawianym w kierunku kominka, przestawała tracić pewność siebie. Pewność, że go starannie pocieszy i wypłucze z rodzących się obaw. Bo na pewno je posiadał, prawda?
Ze wszystkich sił chciała żyć teraźniejszością. Może i jej ulotnością, może kruchością, ale i namacalnością. To co działo się teraz było stałe, konkretne i realne. Przyszłość zaś miała nieść wszystko co dobre i elektryzujące. Haczyk tkwił w tym, że we wszystkich tych planach, nawet ich najmniejszych zakamarkach, zawsze był Levi. Ten sam, niezmieniony, nawet dwadzieścia lat do przodu o tym samym szerokim uśmiechu i migoczącym spojrzeniu. Był jej rodziną, a rodzina, tak jak na portrecie, powinna zostawać taka sama.
Ale teraz miał zakładać swoją własną, a ona miała go przekonać, że to dobry pomysł. Tak przynajmniej planowała, bo o ile wyjątkowo lubowała się w planowaniu przyszłości, to nie potrafiła w niej czytać.
Może to i dobrze.
Ku jej uciesze, po drugiej stronie kominka powitał ją skrzat Leviego. Uciesze, jako że dało jej to czas na przepracowanie i skrojenie gratulacji na takie, które brzmią prawdziwie oraz przekonująco.
Ze zdenerwowania i kluski zasiadającej na dnie żołądka, zaczęła obgryzać paznokcie.
Poprowadził ją na zewnątrz, po czym zniknął prędko jak zjawa, którą w gruncie rzeczy mógł być. Nie przeszkadzało jej czekanie - na pewno nie w asyście tak pięknego widoku, jaki się właśnie przed nią rozpościerał. W Snowdonii góry wznosiły się jak tytani, ich szczyty całowały bajkowe chmury, a krystaliczne jeziora odbijały ich bezmiar. Słońce, już czerwcowe i natarczywe, delikatnie muskało jej odkryte ramiona; wiatr, dużo chłodniejszy niż ten przemykający po rozgrzanych ulicach Londynu, ostudzał je przy bardziej gwałtownym porywie. Na pewno nie ostudzał jej myśli, ale na to nie było niestety żadnego znanego lekarstwa.