• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[ 1964 Styczeń, Hogwart] A jedyny świadek to Jęcząca Marta | Loretta & Anthony

[ 1964 Styczeń, Hogwart] A jedyny świadek to Jęcząca Marta | Loretta & Anthony
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#1
10.10.2023, 00:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2023, 18:12 przez Anthony Ian Borgin.)  
Było zimno, chłopaki mieli trening na miotłach, a Antek włóczył się po szkole zirytowany listem, który dostał od ojca. Jak na złość nie mógł znaleźć Stanleya, a jakiś gryfon go na tyle wkurwił, że dostał w kilka ciosów w nos i pod żebra, bo obrażał kogoś, kogo nie powinien. Nie wina jego przyjaciół, że ten nie umiał upilnować swojej dziewczyny. Szedł wiec przed siebie, czasem zerkając w stronę wysokich okien, zza których dostrzec można było pokryte śniegiem błonia, czasem mijał uczniów, ale ignorował ich zupełnie. I wszystko byłoby w sumie nieźle, gdyby po prostu sobie zapalił i odetchnął, zjadł coś dobrego i siedział w pokoju wspólnym, ale nie.
Poczuł, jak na ramionach zaciskają mu się cudze dłonie, odwracając go brutalnie, wyrwanego z zamyślenia. Dostał w nos tak, że cofnął się kilka kroków, a właściwie trochę wpadł do jakieś łazienki, Podniósł wściekłe spojrzenie na Gryfona ze spuchniętym ryjem, plując gdzieś na podłodze i podwinął rękaw, gotowy mu po prostu w szale dowalić, ale ten zaśmiał się tylko.
- Będziesz się śmiała parszywa szlamo, jak wytrę Twoim ryjem kafelki. - zakomunikował, wrzasnął właściwie, czując, jak wszystko w jego wnętrzu drżało, a stłumione pokłady agresji rozgrzewały jego żyły, rozbudzając w oczach niebezpieczne iskierki. Zabije ich po prostu. Wtedy też jeden z jego kolegów - bo przecież sam by nie dał Antkowi rady, uniósł różdżkę i z impetem zamknął drzwi, zamykając je za pomocą zaklęcia. - O Ty tchórzliwy parszywcu!
Podbiegł do nich, uderzając w nie z pięści - raz, drugi, trzeci. Borgin jak był zły, nie czuł bólu i nie czuł właściwie niczego, potrzebował tylko mieć kontrolę i coś zniszczyć ewentualnie podpalić. Lubił patrzeć, jak coś płonęło. Splunął kolejny raz, czując na ustach metaliczny posmak, uświadomił sobie też, że różdżkę zostawił w dormitorium. Puścił wiązankę pod nosem, kopiąc teraz drzwi nogą. Zrobił kilka kroków, przeszedł się po - jak się okazało, toalecie damskiej, należącej chyba do Jęczącej Marty, ale nie był pewien. Oparł się dłońmi o zlew, spoglądając na swoje oblicze w lustrze. Przypominał ojca i wydało mu się tu bardzo obrzydliwe, więc nie mogąc znieść tej myśli, uderzył również w lustro, rozbijając je na kawałki. Dopiero wtedy dostrzegł odbicie. Znajome lico zatańczyło mu przed oczami, a on zirytował się jeszcze bardziej - chyba faktem, że tu była. Odwrócił głowę w stronę siostry swojego przyjaciela, lustrując ją wzrokiem, jednak słowa nie powiedział. Nie zamierzał się tłumaczyć, prosić o pomoc. Nie chciał jednak też źle jej traktować, bo potem Lou mógłby mieć pretensje. Przetarł dłonią twarz, nieco brudząc się krwią i pokręcił głową. - Pomyliłem łazienki.
Oznajmił, wyjaśniając krótko, nie wspominając o tym, że tkwili w zamknięciu, bo teraz zupełnie o tym zapomniał, niesiony na fali negatywnych emocji i wizji tego, co zrobi temu kundlowi, jak go dorwie w swoje ręce. Może zostanie jego marionetką? Anthony zwilżył wargi, a potem odkręcił kurek z wodą, ignorując bulgotanie w jednej z kabin.
Po prostu kurwa świetnie.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
10.10.2023, 01:06  ✶  

Całun białego welonu okrył hogwardzkie peryferie, pod puchem zostawiając jedynie kształty wcześniej wydatnych budynków; temperatury ujemne szczypały w policzki, wgryzały się chłodem w dłonie i bynajmniej nie skłaniały do wirowania pośród wykrojonych płatków śniegu. Te wirowały nieprzejednanie, spoczywając na czarnych puklach włosów, po chwili mając je zmienić w mokre, posklejane strąki. Pąs wybijający się ponad bladą, piegowatą buzię świadczył nieodwołalnie o nastaniu pory zimowej; tej ubierającej wszechrzecz w gęste kłęby chmur wędrujące po niebie, pchane niewiadomą siłą wiatru, który szczypał w policzki i skłaniał do silniejszego otulenia się miękkim szalikiem. Nie lubiła w gruncie rzeczy tej pory, sennie bezsennej, w której Hogwart zmieniał się w pałac lodowej królowej, a niebo szybciej przybierało czerń rozlanej kawy, poprzetykanej gdzieniegdzie brylantami mrugających cierpliwie gwiazd. Potarła dłońmi o siebie, prędkim chuchnięciem ciepłego oddechu usiłując przemóc skostniałe kłykcie.

Szesnastoletnia Loretta mogła być najprościej ubrana w kuriozalne słowa; niewielkiej, mikrej wręcz postury trzpiotka, o oczach tak głęboko orzechowych, otulonych kurtyną ciemnych, długich rzęs i siateczką piegów rozbijającą się na licu. Nie różniła się nader od siebie skalanej umykającymi wiosnami – z pewnością jednak, pewne pierwiastki kurażu miała nabyć dopiero na połach dorosłego życia.

Wnętrze zamku omiatała ciepła woalka; przez porę zimową, naturalnie nie mogła rozłożyć się pośród zieleni łąk obmywanych wstęgami złocistego słońca, nie mogła ulokować się pod jednym z rosłych, rozłożystych jak wata cukrowa drzew. Prawdopodobnie dlatego skierowała się do łazienki, niepomna ostrzeżeń o płaczącej okrutnie Marcie – w gruncie rzeczy bywało, iż lubiła jej zgryźliwą kompanię, dotarłszy więc do łazienki osunęła się spokojnie po kafelkach, którymi była na wpół wyłożona łazienka, otwierając okładkę zdezelowanego zębem czasu szkicownika.

Początkowo usłyszała tylko krzyki. Wiedziona ciekawością, odłożyła wcześniej dzierżony w dłoni ołówek – pogryziony i styrany – podnosząc się spod ściany. Widziała jedynie jego plecy, sylwetkę pochylającą się nad umywalką i cios, który rozbił w drobny mak lustrzaną powierzchnię.

– No co ty nie powiesz – odparła, jednak zgryźliwość tonu przykryła miękkim puchem troska wyczuwalna w jeszcze odrobinę drżącym głosie.

Wzrok umościł się, opadając subtelnie na klamkę. Podeszła doń, próbując tę pchnąć – nieustępliwa jednak, nie poruszyła się ani o jotę. Oceniając prędko sytuację, dostrzegła szramy świadczące o bójce, w której Borgin brał udział – to i splunięta do umywalki ślina, zawierająca w sobie znamiona krwi. Skracając jeszcze silniej dystans ich dzielący, ujęła jego twarz w drobne dłonie.

– Moja rodzina to medycy, jednak z pewnością nie chcesz, abym leczyła twoje rany. Mógłbyś skończyć z dwoma nosami, albo… – urwała, przybierając na wargi filuterny uśmiech.

– Zapewne jest ci to nie w smak, ale utknąłeś w moim towarzystwie. Jak zdążyłam wydedukować, nie masz różdżki. Pech chciał, że ja też jej nie mam – rzekła, wzruszając ramionami.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#3
10.10.2023, 17:13  ✶  
Spodziewał się wszystkiego, ale nie Loretty Lestrange. Był zirytowany, że tu była i to widziała. I do tego fakt, że tkwili w damskiej łazience, wydawał się nastolatkowi jakiś niezręczny i odejmujący mu męskości. A czuł się całkiem mocno mężczyzną. Ostatniego lata bardzo wyrósł, jego ramiona nabrały innego kształtu, podobnie, jak sylwetka. Jego głos nie był już nieznośnie skrzeczący, a ciemne włosy kręciły się jeszcze bardziej. Miał wrażenie, że głos jej odrobinę zadrżał, co sprawiło, że poczuł się nieswojo — albo ją wystraszył, albo mu współczuła i Anthony nie miał pojęcia, co było tutaj gorsze. Zacisnął wargi, wbijając spojrzenie w zakrwawione kostki. Ubrany był schludnie, chociaż szkolna koszula z luźno zawiązanym krawatem nosiła ślady krwi — jego i tego śmiecia, który doprowadził go do białej gorączki niesłusznymi oskarżeniami, a przede wszystkim kwestią tego, że zapomniał, gdzie jego miejsce. Borgin wcale nie potrzebował swoich kolegów, żeby się bić. Od małego był nierozsądnie odważny i impulsywny, co pewnie wpędzi go kiedyś do grobu przedwcześnie.
- Każdemu się zdarza. - odparł w końcu ze wzruszeniem ramion, starając się nie brzmieć chłodno lub wściekle. Przeniósł na nią spojrzenie, jakby zastanawiając, co właściwie teraz zrobić i powiedzieć. Nie dość, że zamknęli go w łazience, to jeszcze z siostrą Louvaina. Mogło być gorzej? Nie zdawał sobie sprawy, że tak. - Niefortunnie utknęłaś ze mną.
Zauważył jeszcze, gdy klamka nie drgnęła pod jej drobną dłonią. Chciał coś powiedzieć, ale ona miała widocznie inne plany i nagle zmniejszyła dzielący ich dystans, ujmując w dłonie jego twarz. Szokowało go to na tyle, że wbił w nią spojrzenie, rozchylając delikatnie usta, jakby próbował coś powiedzieć. Chciał się cofnąć, ale też nie mógł, otumaniony delikatnym, ale i stanowczym zapachem, który docierał do jego nosa. Miała ciepłe i miękkie dłonie, mnóstwo biegów, których nie zdążył zauważyć wcześniej. Czy on w ogóle kiedykolwiek był tak blisko Loretty? Przełknął ślinę, jabłko Adama wpadło w subtelne drganie, a on zacisnął dłoń, ignorując pękającą na nowo skórę na kostkach. Czuł, że jego ciało pod dziewczęcym dotykiem się spięło, ale powtarzał sobie — jak jakąś pierdoloną mantrę, że to siostra jego przyjaciela. Nie mógł pocałować, dotknąć i patrzeć w taki sposób na siostrę Lou, bo taki był męski kodeks. A jednak kurwa patrzył, bo go prowokowała. Co za paskudna manipulatorka, świadoma pewnie tego, jak wyglądała z tym wachlarzem rzęs, które rzucały cienie na jej policzki i z włosami, które uparcie próbowały wpaść jej na policzki. Serce niesione adrenaliną, zaskoczeniem, ale i hormonami, zabiło mu mocniej, a fala ciepła przemknęła go od stóp do głów. Anthony pomimo delikatnego rumieńca na policzkach nie speszył się na tyle, aby odwrócił od niej spojrzenie, trudno stwierdzić dlaczego. Liczył jej piegi?
- Brat Ci kiedyś mówił Lor, że nie powinnaś kusić losu? - zapytał nieco ciszej, niż planował, pozwalając sobie na figlarny, łobuzerski uśmiech. Musiał jakoś to przerwać i uciec z pułapki jej dłoni. - Nie wyglądałbym dobrze, gdybym miał dwa nosy.
Zauważył żartem, szeptem właściwie, unosząc dłonie. Złapał jej drobne rączki i zsunął ze swoich policzków, zaciskając na chwilę w palcach, a potem głębiej, mocniej odetchnął, zwiększając nieco dystans pomiędzy nimi. Nie mógł pozwolić, aby sprawiła, że oszaleje i owinęła go sobie wokół palca, a kobiety z nastolatkami tak właśnie robiły.
Bulgot w toalecie pojawił się znowu, drzwi od kabiny zakołysały się na zawiasach, a Anthony mógł przysiąść, że słyszy chichot. Odwrócił się przodem do umywalki, chcąc przemyć twarz i dłonie chłodną wodą, może uratować koszule. - Podobają mi się Twoje perfumy.
Rzucił mimochodem, chcąc przerwać ciszę, która nastała.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
10.10.2023, 22:24  ✶  

Bo zawsze przecież żyła na skraju, na samym krańcu, na marginesie bytowania i choć kwiat młodości dawał jej przesiekę, gładki pas startowy, czuła się niejako opisana, zdeterminowana, już od samego początku skalana słowami, sylabami, głoskami. Nienawidziła tego przeklętego fatum, które ubierało ją w barwne, okrutne jak same orchidee, metafory. Prawdopodobnie dlatego, kierowana buńczucznym fatalizmem, przekonaniem o swojej własnej niechybnej wyjątkowości – westchnięcie zamarło na różanych wargach, gdy unosiła wzrok ze szkicownika; gdy wbijała szpilki wzroku w jego plecy, a filuterny uśmiech zatańczył gdzieś w kącikach ust – zupełnie tak, jakby chciała go wypróbować. Przestawali wszak być dziećmi i choć jej sylwetka wciąż przywodziła na myśl młodą nimfę, aniżeli zbudowaną z krwi i kości kobietę – cechy charakteru wybijały się coraz gwałtowniej ponad kanwę umysłu, szukając niewiadomego; szukając szczęścia w migotliwych gwiazdach.

Szesnastoletnia Loretta Lestrange miała w sobie wiele z Dolores Haze. Dopiero odkrywała swoje walory – welon czarnych rzęs, rzucających cień na piegowate policzki; odrobinę zadarty, niewielki nos; oczy ciemne jak samo podszycie ziemskie, szeroko otwarte; ruchy pełne niewyważonej gracji, które czyniły ją karykaturalną, a jednocześnie szepczące wszelkie tajemnice wszechświata.

Uśmiech na dobre rozgościł się na odrobinę drgających wargach.

– Niefortunność lub łut szczęścia – odparła od niechcenia, wciąż ujmując jego oblicze w drobnych dłoniach, sunąc niezobowiązująco kciukami po szczytach jego kości jarzmowych.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, dystans dzielący nie tylko ich ciała się zmniejszył; miała wrażenie, iż posiadała wgląd w jego drgającą pod wpływem ciepła duszę – odległą fizyczności, a tak bliską meandrom umysłu, które nagle ułożyły się w kręte ścieżki. Trwała tak przez ulotne momenty, mrużąc jedynie odrobinę oczy, skupiając wzrok na lekko rozwartych ustach Anthony’ego, ułożonych w gest, jakoby chciał posłać głoski w eter. Nie było mu jednak dane.

– Mówiono mi także, że powinnam unikać ognia, jednak nigdy nie przestałam zbliżać dłoni do płomienia świeczki – odparła w jednej trzeciej wiedziona filozofią, w drugiej zagadką, a na dnie trzeciej tliła się jedynie tajemnica.

Zsunęła dłonie z jego oblicza powoli, jakby niepewnie – czując po chwili uścisk jego palców na własnych. Odsunąwszy się od jego sylwetki, trzepocząc tymi zdradliwymi rzęsami, wznosząc się nieco na palcach, aby usiąść na krawędzi umywalki. Oparła się na prostych dłoniach, przekrzywiając nieznacznie głowę.

– Bergamotka i drzewo sandałowe – odparła miękko, słysząc chichot wzbijający się echem w przestrzeni. Nie interesowała jej teraz jednak jego jękliwa właścicielka. – Mogę? – spytała wiedziona bardziej formalnością, aniżeli faktycznym oczekiwaniem na zgodę.

I już po chwili nachylała się ku niemu, wyjmując materiałową chusteczkę z kieszeni, którą uprzednio zwilżyła chłodną wodą. Ujęła podbródek, delikatnie dociskając materiał do okolic jego nosa, zbrudzonych rdzawą posoką.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#5
11.10.2023, 15:07  ✶  
Patrząc na Lorette i Louvaina, większość osób rzekłaby, że mają wszystko — począwszy od galeonów, poprzez inteligencję i popularność, aż do urody. Lestrange byli dobrym rodem, znaczącym w świecie ważnych osobistości czystokrwistych, więc nic dziwnego, że spoglądali na poczynania swoich potomków, chcąc najprawdopodobniej "pomóc" im wybrać najlepszą możliwą drogę. Takie było prawo rodziców, tak przynajmniej tłumaczył sobie swoją sytuację, której nie lubił i którą również był szczerze zmęczony Tony.
Nie była już dziewczynką, którą pamiętał jeszcze z wakacji, podczas odwiedzić u przyjaciela. Ostatni rok bardzo wpłynął na aparycję wszystkich jego przyjaciół i znajomych, na jego własną również. Nie miał zupełnie pojęcia, co mogło dziać się w głowie nastolatki, wierzył, że kobiet nie było sensu próbować rozumieć, bo one nigdy by nie zrozumiały tego, co oni mieli w głowach. Tak już ten świat funkcjonował. Pechowe było tylko to, że odpowiednio przebiegła i sprytna nimfa, mogła do takiej męskiej, podatnej na sugestie i obrazy głowy, napchać właściwie wszystkiego.
Bo co on mógł niby zrobić, nawet jak był wkurwiony i trochę bolała go ręka, gdy spoglądała na niego w ten sposób, pozornie drobna i krucha, chociaż był święcie przekonany, że to ostatnie, co można o Lorettcie pomyśleć — że była delikatna. I to był jeden z powodów jego zaskoczenia, ten łagodny dotyk, którego zupełnie się nie spodziewał i który zbił go z tropu na tyle, że przez dłuższy moment mógł tkwić tylko w milczeniu, spoglądając na jej buzię. Uśmiechnęła się, przełknął ślinę ponownie, odrobinę speszony, jakby walczył z tym, jak mógł zinterpretować słowa SIOSTRY swojego NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA.
A wszyscy gadali, że to egzaminy były trudne. Wzdrygał się nieco na jej dotyk, spiął mięśnie, gdy kciuk przesunął po wrażliwych strefach policzka i chociaż chciał się odsunąć, nie chciał kusić losu, po prostu nie mógł. To była jakaś próba silnej woli, którą zafundowała mu banda Borgina? Miał gdzieś z tyłu głowy, że cała piątka mogła wyskoczyć z jednej kabiny, a potem łapać Lou, który najpewniej dałby mu po prostu w mordę.
Miał wrażenie, że tkwili w tym milczeniu i tak blisko całą wieczność, jakby świat dookoła zwyczajnie się zatrzymał, kreując pewnego rodzaju pułapkę. Ona była pułapką, te jej piegi, długie rzęsy i drżące wargi. Nie wspominając o tym uspokajającym zapachu, który wyjątkowo przypadł mu do gustu.
- Kiedyś płomień wzrośnie, a Ty się sparzysz, jak będziesz dalej igrała z ogniem. - odpowiedział cicho, starając się wpleść pewne sugestie w swoją wypowiedź, która jednak nijak doganiała głębią wypowiedzi Panny Lestrange.
Złapał głębszy oddech, dopiero gdy byli od siebie dalej. Jakby wyrwało go z transu, w który przecież sam zwykle wprowadzał ludzi za pomocą swojego wisiorka. Zwilżył usta, musiał zająć się tym posmakiem krwi, ręką, plamami. Gdy siadała na krawędzi umywalki, przesunął wzrokiem po jej blacie, upewniając się, że nie było tam żadnego szkła z rozbitego lustra, którym mogłaby się skaleczyć.
- Zapamiętam. Hmmm? Co możesz? - zapytał, odwracając głowę w jej stronę, nieco unosząc brew, bo zupełnie nie spodziewał się kolejnego ataku, które wprawiło jego serce w przyśpieszone bicie. Kurwa co jest. Czy ona go podrywała? Zamrugał zaskoczony. I co miał zrobić? Lou by się bardziej zdenerwował tym, że jej pozwolił czy że jej nie pozwolił i ewentualnie, byłaby smutna? Chrzaknął, nieznacznie kiwając głową. Za każdym razem, gdy go dotykała, wstrzymywał na chwilę oddech, mając wrażenie, że ta nieszczęsna bergamotka wywoła zawroty głowy. Opuścił ręce wzdłuż ciała, wciąż wilgotne od krwi i wody, wbijając spojrzenie w jej buzi -kolejny raz znajdującą się bliżej, niż planował. Ujęła jego podbródek, a on westchnął, odszukując spojrzenia jej ciemnych oczu. - Możesz, ale ja też mam swoje granice, wiesz? - zapytał tylko dla formalności, czując, jak palce zaciskają mu się w pięści. Raz czy dwa jego spojrzenie zsunęło się niżej, przeskakując po jej policzkach, zaróżowionych wargach czy szyi, aby dotrzeć do krawędzi dekoltu czy nawet fragmentu nóg, które odsłonił uniesiony przez jej pozycję nieco wyżej, materiał spódnicy. Szybko jednak się karcił, wracał do tych zwodniczych, ciemnych tęczówek. Kąciki ust mu drgnęły, uśmiechnął się rozbawiony, jakby śmiał się sam z siebie i z sytuacji, w której się znalazł. Gdyby była inną dziewczyną, to pewnie nie zachowywałby się tak grzecznie. Anthony był jednak gentlemanem, powtarzał sobie to pomiędzy mantrą o tym, że Louvain go zabije.
- Zmieniłaś się ostatnio. - zauważył, wciąż mówiąc ciszej, niż powinien, ale nie miał na to wpływu. Jego policzki były subtelnie różowe, ale wciąż był odważny i butny, starał się przynajmniej. Kolejny raz miał wrażenie, że słyszy chichot, ale nie przesunął wzroku na kabinę, z której dobiegał.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#6
11.10.2023, 16:18  ✶  

Było w jej ruchach coś nieudawanego i absolutnie, rozbrajająco szczerego – nawet gdy zmieniała się w sukkuba, któremu jeszcze odległe były stosunki damsko-męskie, ubierała się w szaty niewinnej, zupełnie nieerotycznej nimfy; prawdopodobnie dlatego chłopcy na korytarzach odwracali się za nią, a dziewczęta posyłały pełne niewymiernego ognia spojrzenia. I choć zrodzona z mroku i łuny światła przecinającej nieboskłon w czas jej narodzin – nie potrafiła zachowywać uwertury mrocznej damy, pełnej przepychu persony, niewyginającej warg w urągliwie filuternym uśmiechu. Może gdyby ciężar wychowania spoczął na jej ramionach ciężkim, barchanowym całunem – może wówczas byłaby bardziej prawidłowa; nie ujmowało to jednak jej charakternej lwicy salonowej, bo już od nastoletnich lat brylowała na bankietach, otaczana wianuszkiem dziewcząt oraz łypiących nań spod oka dżentelmenów. Pewnie dlatego była tak pewna siebie w swej kruchości; pewnie dlatego chodziła wyprostowana jak struna.

Wakacje przeplatane słodyczą słońca, przebijającą się przez duszne kotary rodowej rezydencji, ubrały ją także w odpowiednie zaokrąglenia, mile korespondujące z sarnim spojrzeniem i przyjemnym, wydatnym uśmiechem. Również dostrzegała różnice, jakie w nim zaszły – zbudowane męskie ramiona, niski głos – z twarzy jednak się nie zmienił. Wciąż posiadał tę urodę patrycjusza, która chowała się za woalką krwawych bruzd i pąsem malującym się na obliczu, gdy zrywała wstęgę dystansu między nimi. Wiedziała w końcu, jak działa na mężczyzn; w sierpniu coraz więcej dżentelmenów obejmowało ją zainteresowaniem, tak jakby szesnastoletnia Lestrange była jałówką, którą oferowała rodzina w zamian za poparcie polityczne i nawiązanie wiążących koneksji.

A ona w głowie miała pstro i od mężczyzn wolała ładne kwiaty i szumne wiosenne orkiestry.

Oczywiście Anthony był bliskim przyjacielem jej brata, ona jednak nie posiadała tych nut, które mogłyby wybrzmieć w postaci na serio; lubiła się droczyć, lubiła się bawić i lubiła łamać serca – wszystko układało się w zwięzłą w treści, buńczuczną naturę, która uwielbiła sobie badanie cudzych granic. Rumieniec, którym oblały się policzki Borgina świadczyły o jej triumfie; a to implikowało samozadowolenie – nie musiała przecież sięgać po praktyki hipnotyczne.

Poza tym, Borgin miał bardzo ładne oczy. Takie, w których można utonąć bezpowrotnie.

Miała wrażenie, że milczeli przez rozciągłość wieków; że utknęli w tej malignie bezkresu, z której akwenu nie było sensownego wyjścia, drogi awaryjnej. Obmywając jego oblicze z krwawych róż, niby mimochodem, niby przypadkiem, przesunęła kciukiem po jego dolnej wardze.

Loretta Lestrange nigdy nie była wiedziona przypadkiem.

I ta jedna milionowa bliskości ich splotła. Przez chwilę rozognione spojrzenie badało jego fizjonomię, a palce ujmujące podbródek prześlizgnęły się na policzek, tak jakby po prostu chciały zaigrać z jego wytrzymałością.

– Jak dalekie są twoje granice? – wyszeptała staccato, nachylając się ku niemu.

Oparłszy jedną dłoń o ramę umywalki, mogła poczuć na policzku jego gorący, duszny oddech. I gdy ich nosy delikatnie się zetknęły, muskając łaskotliwie, już gdy miała poczuć ciepłotę jego warg – rozwartych, jakby chciał oponować, a jednocześnie nie potrafił wyrwać się z oków jej uroku. I pomyśleć, że nie miała w sobie wilej krwi!

– Zakochańce! – wybrzmiało skrzekliwym głosem z jednej z kabin. – No dalej, pocałuj ją! – zawtórowało pierwszym słowom i już po chwili tuż obok nich pojawiła się Marta, chichocząc zaciekle.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#7
13.10.2023, 22:55  ✶  
Obserwowanie Loretty przynosiło mu w pewien sposób przyjemność, lubił patrzeć na dzieła sztuki, fajne pojazdy magiczne czy piękne dziewczyny. Nie musiały być wcale idealne, bo wtedy zdawały mu się na dłuższą metę nużące. Im bliżej doskonałości było temu, co sobie akurat upatrzył, tym bardziej chciał sprawdzić, jak bardzo nie było. I zupełnie nad tym nie panował. Łatwiej było jednak podziwiać i zastanawiać się z dystansu, gdy nie trzymała go w potrzasku z bergamotki i drobnych dłoni. Większością rzeczy nastolatek zadawał się nie przejmować, ale głos Louvaina uparcie rozbrzmiewał mu w głowie za każdym razem, gdy jakaś niezbyt przyzwoita i czysta myśl pojawiła się w jego głowie, dotycząca jego siostry. Czy gapił się już bezczelnie, czy jeszcze zachowywał twarz dobrze wychowanego chłopaka?
Nigdy nie zastanawiał się nad sobą i tym, czy on się zmienił tak bardzo zewnętrznie, jak Loretta czy inne koleżanki. Mówił trochę inaczej i był wyższy, co było dość użyteczne, ale na inne detale nie zwracał uwagi. Każdy jednak, kto w myślach porównałby tak śliczną dziewczynę do jałówki, powinien dostać w mordę. Niby wiedział, jak funkcjonował ich świat i że aranżowane małżeństwa były tylko transakcją wymienną, ale nie znaczyło to, że go akceptował. Sam wzdrygał się na myśl, że kiedyś być może to jemu znajdą żonę, pewnie jak na złość — będzie blondynką, a Stanley dostanie słodką brunetkę, bo los był przewrotny. Nie wybiegał jednak myślami w tak daleką przyszłość często, chcąc skupić się na życiu, dobrej zabawie i robieniu tego, co chciał i jak chciał, dopóki mógł.
Nie chciał myśleć, co będzie za pięć lat, chciał myśleć i skupić się na tym, co miał przed sobą i przed oczami, nawet jeśli mógł zachwycać się tylko wewnętrznie. Zdawał sobie też sprawę, z biegiem czasu głos przyjaciela w jego głowie będzie coraz mniej wyraźny, a on w końcu ulegnie niesfornej nimfie, której spojrzenie sugerowało mu, że doskonale zdawała sobie sprawę, jak na niego wpływała. Chciała go sprawdzić, jawnie i bezczelnie, sprowokować, pewnie nawet trochę podniecić, co niestety, ale jej wychodziło.
On też się droczył i bawić, ale ona była siostrą swojego brata. Panował taki męski kodeks w bandzie Borgina (Staszka, nie jego, bo był przecież młodszy), że nie zaczepiali swoich sióstr i starali się nie zabierać sobie dziewczyn, które im się podobały, a przynajmniej w to wierzył i on sam się tym kierował. Przecież jego przyjaciele byli dla niego bardzo ważni, panna nie mogła ich poróżnić, niezależnie, jak śliczna była. Zwykle wtopy miewał Atreus na tej płaszczyźnie, ale mu wybaczano.
Udawał, że się nie zarumienił, że wcale tak nie było. Spoglądał na nią, nie chcąc dać jej pełnego zwycięstwa i satysfakcji, przynajmniej nie tak łatwo. Jego warga nieco drgnęła pod jego kciukiem, wbił spojrzenie w jej wargi, jakby kilka nici pękło w szwie jego samokontroli, sprowokowanych tak drobnym i pozornie delikatnym gestem, który dla młodego chłopaka był dużym krokiem na szczyt jakieś ekscytacji.
- Nie wiem, zwykle nie musiałem docierać na ich krawędź, ale widzę, że bardzo chcesz się przekonać. - mruknął w odpowiedzi, łapiąc głębiej powietrze. Jego dłoń rozluźniła się, wędrując do góry i zgarnęła za ucho kosmyk jej ciemnych, miękkich włosów. Na tyle CHYBA mógł sobie pozwolić? Wierzył naiwnie, że nie zrobi niczego więcej, chociaż jego ciało coraz intensywnie reagowało na jej bliskość i perfumy. Jej dotyk był zadziwiająco miły. Nachyliła się, a on po prostu patrzył jej w oczy, co chwilę zsuwając wzrok na usta, kraniec dekoltu, który dostrzegał. Co za... Był w kropce, walczył i był dzielny, ale jak miał niby wygrać? Przymknął oczy, dmuchnął jej w ucho, prostując nieco głowę i zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien czegoś powiedzieć, ale ostatecznie przygryzł tylko dolną wargę. Ile go dzieliło od jej warg? Były tak słodkie, jak wyglądały? Nie był pewien, zgłupiał, bo jedno mrugniecie, a on czuł na swoich własnych, nieco spierzchniętych ustach jej oddech, a na nosie, ciepło jej nosa.
Tkwił tak w bezruchu, nawet gdy Marta przerwała ciszę — gęstą i ciężką. Odwrócił spojrzenie w stronę ducha, unosząc brew. Była szlamą? Czystokrwistą? Nigdy się tym nie interesował właściwie, ale niewiele obchodziła go martwa dziewczyna, gdy miał przed sobą żywą. Westchnął, unosząc drugą dłoń — tą z posiniaczoną i poprzecinaną, układając ją ze stanowczością na jej karku, a drugą objął jej talię, przyciągając do siebie. Pocałował ją dość krótko, ale intensywnie i zachłannie, przygryzając jeszcze jej usta, chcąc zostawić na nich subtelny ślad. Były słodkie i miękkie. Ostrożnie ją puścił i jak gdyby nigdy nic, wziął od niej chłodny, wilgotny materiał i przetarł dłoń.
- Mówił Ci ktoś Marto, że nie ładnie tak podglądać? - zapytał ducha, unosząc brew z nutą rozbawienia, ale na jego twarzy wciąż widniała ekscytacja, potęgowana szybko uderzającym sercem.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#8
14.10.2023, 00:13  ✶  

Było w niej coś nieodgadnionego; coś, co sprowadzało na manowce; coś, co szeptało do ucha wszelkie niebanalności uniwersum; była niedoskonale doskonała, z tymi płytkimi zmarszczkami znaczącymi zewnętrzne kąciki oczu, gdy usta rozlewały się uśmiechem, ukazując odrobinę nierówne kły. Nie była w końcu perfekcją, nie starała się nawet doń dążyć, była autentyczna i istniejąca, rzeczywista i faktyczna w swojej nieskromnej prozie. Nie wiedziała wszak, w szesnastoletnim nieobyciu, jak działa na mężczyzn i choć zaokrąglona miejscami figura urastała do rangi kobiety – ona się nią nie czuła. Mikry wzrost, niewiele wybijający się ponad stosowne półtora metra, przywdziewał ją jednocześnie w szaty niewinności; tak jakby ta nimfa rzeczna, którą była, na palcach przemierzała ścieżki wyścielone miękkim mchem. Wydatne wargi ponownie zadrżały pod ciężarem filuternego uśmiechu, zaznaczając policzki niewielkimi dołeczkami.

Mariaże wynikłe z układów rodzinnych wciąż były faktycznym stanem rzeczy, a zaznaczenie dłoni nitką obietnicy małżeńskiej niejednokroć nie miało nic wspólnego z uczuciem per se. Była gotowa, iż kiedyś i ona wypowie słowa przysięgi, nie czując na dnie duszy absolutnie nic – a do pragmatyczki było jej daleko; wierzyła jeszcze w autoteliczność i wagę uniesień miłosnych; na dnie duszy chciała pokochać i być pokochaną, gdy kalendarz znaczył ją szesnastą wiosną, jeszcze posiadała w sobie ślady niepokornej romantyczki, tej, która posiadała w głowie pstro, a westchnięcia roniła nad treściami harlekinów. Dopiero zaczynała odkrywać w sobie pierwiastki determinowane żeńsko i choć drażniła się z coraz chyżej zacieranymi granicami Anthony’ego – wciąż nie urastała do rangi kokietki.

Widziała, jak na niego wpływa; jak zatraca się w akwenie jej duszy; jak nie może oprzeć się fatum jej uroku. Każda sekunda stawała się coraz bardziej duszna, bliskość zarysowywała się coraz cieńszą linią, ujmując centymetrom ich dzielącym. I gdy już ledwie stronica kartki ich dzieliła…

Pąs objął ciepłym różem jej oblicze, barwiąc je śladem speszenia, które niepomiernie rozgościło się na piegowatym nosie i pełnych, jeszcze dziecięcych policzkach. Jego wargi pod dotykiem kciuka były miękkie i gorące, a rozchylenie ich przyszło jej nader łatwo. Spojrzenie umościło się na nich, aby po chwili, zdającej się trwać długie minuty, roziskrzone tęczówki wbić w jego oczy.

Nie potrzebowała pozwolenia.

– Zbadajmy więc swoje granice. Może to być jak upadanie, może to być końcem. Czy weźmiesz mnie za dłoń i utoniesz wraz ze mną? – zabrzmiała retoryką, omiatając ciepłym, słodkim oddechem jego twarz.

Kosmyk założony za ucho zaznaczył się linią jego dotyku – nie kładł się już pędzlem akwareli na policzku, chociaż zaraz miał się wyplątać wtórnie. Było w tym coś niewinnego, pewne nuty nieprzejednanej delikatności. Nie było w tym erotyki, pruderyjności, gwałtowności – wszystko zdawało się płynąć, jak w nurcie rzecznym, porywając ich ze sobą chłodną tonią.

Nie spodziewała się, że niebawem się rozbiją w drobny mak.

Jego usta były słodsze, niż mogła odważyć się pomyśleć. Dłonie powędrowały na jego policzki, zagłębiając się w pocałunku krótkim, ale treściwym. Niewiele myśląc, kierując się drogowskazem czystych instynktów, oplotła go nogami w pasie; zupełnie jakby to nie był jej pierwszy pocałunek z chłopcem. W końcu jej kokieteria, prowadzenie złudnej gry spychającej na manowce, niepodobne były do istnienia skrajnie niewinnego.

Serce zaczęło bić o wiele za szybko, gdy zarzucała mu ręce na barki, a gdy nić dotyku ich warg została zerwana – nagle poczuła dojmującą pustkę.

– Podglądać? Ach, ależ ona ma szczęście – zjawa westchnęła skrzekliwym głosem, sunąc ku nim z wolna, aby zawisnąć tuż obok ich zjednoczonych biskością ciał.

Loretta zgubiła wszelki animusz, całokształt wypracowanej latami charyzmy – milczała więc, a jej wargi drżały niepewnie; myśli z kolei, oscylowały wokół niewybrednych emocji, zatapiając ją coraz silniej pośród meandrów naruszonych granic. Granic, których nie było jej żal pogrzebać.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#9
19.10.2023, 00:58  ✶  
Zawsze miał słabość do dość niskich i drobnych kobiet, więc jej aparycja i rozmiary były niewątpliwie zaletą w oczach młodego Borgina. No i nie była blondynką, co było również dość znaczące, bo te mu się jakoś źle kojarzyły, chociaż nie miał na to rozsądnego argumentu. Szesnastolatek z łatwością wpadał w jej szpony, zaklęty urokiem sprytnej nimfy, prowokowany i wodzony na pokuszenie, któremu pomimo krzyczących w głowie ostrzeżeń, pewnie ulegnie. Wiedział, że nic nie mogło ich łączyć, bo Louvain by tego nie zniósł, a on nie wyobrażał sobie codzienności bez obecności swojego egocentrycznego, ale najlepszego przyjaciela. Im dłużej na nią spoglądał, tym bardziej jednak myśl ta cichła, a on dostrzegał coraz więcej drobiazgów na jej twarzy lub mundurku. Nigdy chyba nie próbował się Lorettcie przyglądać, bo była zbyt niebezpiecznie w jego typie.
Im dłużej tkwił w tej łazience, tym mniej myślał. Im częściej wywoływała dreszcz na jego skórze i uścisk w żołądku, tym bardziej chciał. Nie zastanawiał się właściwie głębiej nad przyszłością, tym bardziej nad miłością, bo ona i harlekiny były dla szesnastolatków powodem do żartów, a nie tematem rozmów. Nie zastanawiał się nigdy, czy jest romantyczny, ale zakładał z góry, że w każdej przedstawicielce płci pięknej krył się ta maleńka, drobna iskierka pałająca miłością do takich rzeczy. I zaczynał też wierzyć, że większość z nich chciała tego niegrzecznego chłopca z książek, który miałby się przecież zmienić po to, aby je zdominował. A to znów narzucone było przez społeczeństwo.
Było nieznośnie duszno, jej zapach całkiem przejął kontrolę nad łazienką i jego zmysłami. Stąpał na krawędzi z przeświadczeniem, że spadnie i mógł mieć tylko nadzieję, że ta przepaść nie była zbyt głęboka. Przecież jeśli ją tylko pocałuje, to nic się nie stanie? Nikt się o tym nie dowie? Poniekąd też wmawiał sobie, że ona sama tego chciała i do tego dążyła, zmniejszając dzielącą ich odległość coraz bardziej, zmuszając go do ucieczki z potrzasku, a jednocześnie zachęcając, aby został. Zastanawiał się, czy ten flirt i figlarność w jej wykonaniu lub raczej to, do czego mogły doprowadzić — przed czym go ostrzegał — były tym, czego Ślizgonka chciała? Nie chciało mu się wierzyć w jej słodycz i niewinność.
Przestał oddychać, gdy dotykała jego ust, zaschło mu w gardle i mógł tylko patrzeć, jak robiła z nim to, co chciała, a jej słowa dudniły w uszach, niesione szybkim biciem serca. I co on miał kurwa niby zrobić? Nie był tchórzem, ale znów te zasady i kwestia męskiej przyjaźni. Jabłko Adama drgnęło mu mocniej, gdy znów przesunął wzrokiem po jej twarzy, czekając jeszcze chwilę na dalszy rozwój wydarzeń.
- Jesteś niebezpieczną dziewczyną, Loretta. - mruknął cicho, a jej imię nadwyraz miękko uciekło spomiędzy warg Anthonyego, szybko niknąc w tej niewielkiej przestrzeni, która pomiędzy nimi została. Był mężczyzną, nie mógł jej tak do końca przecież pokazać, że był i trochę poddenerwowany, trochę zagubiony i trochę podniecony. Mnóstwo emocji krążyło po całym ciele nastolatka, wprowadzając jeszcze większy chaos.
Marta dolała oliwy do ognia. Jej głos zdawał się go obudzić, zachęcić do działania i niewiele właściwie myśląc, wziął sobie to, co Lestrange mu oferowała, a jednocześnie to, czego przecież sam chciał. Nie było tu delikatności czy wątpliwości, pewnie i silnie ją złapał, uparcie i chciwie przywarł do jej gorących i miękkich ust. Chciał bezczelnie pozbawić ją tchu tak, jak ona to zrobiła mu. Jego dłonie zacisnęły się na jej talii, palce przesunęły po krawędzi pleców zaczepnie. Westchnął krótko w jej wargi, gdy objęła go nogami, przysuwając się jeszcze bliżej niej, zasysając jedną z nich i nie mogąc powstrzymać łobuzerskiego uśmiechu. Jakby samego diabła rozbudziła. O dziwo reagowała na każdą jego zaczepkę, każdą próbę zdominowania.
Sam musiał się uspokoić, był dobrze wychowany. Nie mógł pozwolić sobie na więcej, chociaż jej spódniczka zachęcała, aby zbadać palcami jej krągłe uda. Przecierał dłoń w skupieniu przesuniętym na Martę, ukradkiem łapiąc głębsze oddechy.
- Nigdy nie całował Cię chłopak, jeszcze jak żyłaś? - zapytał, kontynuując temat. Słyszał, że pocałunki, a zwłaszcza te pierwsze, były dla kobiet ważne. To paskudnie, jeśli nie. Nie miał jednak złego humoru, nie chciał ducha gnoić lub pogrążać w rozpaczy, ostatecznie przejebane było umrzeć tak młodo.
Jego ciemne oczy spojrzały na Lorettę, a on sam wrzucił chustkę do zlewu. Dłoń była względnie czysta, ale wykorzystał druga, aby delikatnie naciągnąć jej materiał spódniczki niżej, zakrywając jak najwięcej skóry. Zwilżył wargi, a następnie podniósł jej podbródek, patrząc na chwilę oczy. - Powinnaś bardziej tego pilnować, może prowadzić do bardzo nieeleganckich rzeczy, a masz zgrabne nogi.
Zauważył miękko i cicho, a potem obrócił się i przesunął w bok, aby podskoczyć i usiąść na kawałku umywalki. Były dość wygodne przez to, jak były masywne i połączone ze sobą. Wbił spojrzenie w swoją dłoń i porozrzucane na podłodze lustro.
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#10
19.10.2023, 23:39  ✶  

Niepozorność jej lichej postury otwierała przed nią lwie połacie bezkarności; już od lat dziecięcych, sielskich i kłujących zarazem, przemianowywała swoją niewielką posturę okraszoną słonecznym uśmiechem, który jednał sobie serca, aby osiągać własne wyśrubowane cele. I choć posiadała w sobie sporo z kokietki, wówczas, wieńcząc szesnastą wiosnę, nie miała nic wspólnego z zarzucającymi włosami o barwie łanów zboża dziewcząt; z ich błękitnymi oczyma, w których szalała piana morska, jakoby sama Wenus Botticellego wychodziła spośród niepokornych fal. Nie miała także tych długich nóg, równej, nienagannej linii zębów – posiadała wszak odrobinę wysunięte kły, co stanowiło o niebanalnym uroku, godziło jednocześnie w potrzebę bycia perfekcyjną – oraz krągłych kształtów, które przywodziłyby prędzej na myśl nimfę, niż szkapę, za którą uważała się młoda Lestrange.

Pewność siebie przyszła później, zastając ją przez rozłożystymi bankietami, na których została doceniona. Będąc lwicą salonową, obrosła w piórka, nabywając niebywałej wprost świadomości własnego ciała oraz dykcji; w Hogwarcie jednak, wieńcząc szóstą klasę, posiadała jedynie karcące spojrzenie matki, która chciała, aby jej córka była damą przykładną, z nieoficjalnych kuluarów, o dygnięciach wdzięcznych i uśmiechach nade wszystko prawidłowych.

Loretta jednak, ku utrapieniu medycznego charakteru rodziny, okazała się artystką.

Z każdą sekundą, z którą sunęła wzrokiem po jego zaklętym obliczu, pąs wykwitał na policzkach coraz silniej. Prawdopodobnie zgrywała obytą z chłopcami, w gruncie rzeczy jednak, pocałunek porównywała z miękkimi wargami Lorraine. Ten był w pewien sposób gwałtowny, burzliwy, zaborczy i świadomy – onieśmieliło ją to, nie powstrzymało jednak należycie. A przecież powinna się odsunąć; nie powinna prowokować – zwalała to na karb budowania doświadczeń życiowych, które w przyszłości miały ją jasno określić.

Figlarność zawarta w każdym jej ruchu, była czarująca. Prawie jak to, jak miękkie jej imię wydało się w jego ustach.

Zarzuciła mu ramiona na szyję, paznokcie wbijając w ciepłą skórę karku. Zaoferowała mu przecież siebie bez należytej kurtuazji i nieśmiałości, do której powinna przystawać młoda dama jej pozycji społecznej; zapewne gdyby Louvain wiedział o jej wybrykach, nie odezwałby się do niej przez co najmniej trzy dni. A ona lubiła rozmowy z bratem; lubiła jednak także usta Borgina. Gorąc opadł miękko na jej oblicze, moszcząc się gdzieś na rozognionych policzkach, a Lestrange zatraciła się absolutnie do reszty.

Było w tym pocałunku coś niebezpiecznego, coś buńczucznego, co nęciło słodkim nektarem zakazanego. Oplatając go nogami – zupełnie instynktownie! – przyciągnęła go ku sobie mocniej, dłoń z karku przenosząc na włosy, układające się w splątane loki. I dopiero gdy na powrót rozwarła oczy, mogąc policzyć wszystkie pieprzyki na jego buzi, drgnęła niepokornie, palcami sunąc po jego policzku. Figlarny uśmiech zatańczył ponownie na nieprzejednanych wargach.

Jego odsunięcie się, pozostawiło po sobie dotkliwą pustkę.

Loretta dopiero wtedy skierowała baczny wzrok na Martę, która założyła ręce na klatce piersiowej, wyglądając na co najmniej święcie urażoną.

– O-Oczywiście, że całował – rzekła tonem pozornie pewnym siebie, zaznaczonym jednak szramą zająknięcia. – Jednak nie taki przy…

– Wystarczy – przerwała jej Loretta, zsuwając się z krawędzi umywalki.

Wzrokiem powędrowała ku szkicowniku, który zostawiła na kafelkach, aby po chwili wziąć go w dłonie i zacząć zajadle wertować. Gdy dotarła na jedną z wolnych stronic, uniosła wzrok na Borgina.

– Do nieeleganckich rzeczy? Masz na myśli te, które właśnie miały tu miejsce? – zapytała lekko, zupełnie jakby jej pytanie dotyczyło rzeczy zupełnie prozaicznej i wpisującej się w codzienność. – Mogę cię narysować? – spytała po chwili, opierając się o umywalkę.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Ian Borgin (3890), Loretta Lestrange (3039)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa