Coś sprawiało, że przebudzone ze snu żywe trupy wydawały się nie do pokonania. Nie dało ich się zranić. Nie dało się ich uszkodzić. Nie dało się ich związać na dłużej lub powstrzymać na dłużej. Nie wszystkie były tak gadatliwe jak ten znajdujący się w restauracji, ale wszystkie wydawały się nieśmiertelne i skupione wokół jednego tylko celu: doprowadzenia pętli, w której trwała Perła Morza do samego końca.
Z dołu ciągle dochodziły do Victorii, Erika i Geraldine krzyki szamoczącego się i przymocowanego do ściany atrium dziecka. Dwa żywe trupy znowu szły na ich trójkę. Wyciągały ku nim szponiaste ręce a ciemna energia, którą dostrzegali w ich oczach płonęła złowróżbnym światłem.
I wtedy…
To było jak tąpnięcie. Nie, nie pełne huku i świstu, ale wciąż bardzo znaczące. Jakby świat na chwilę zamarł. Zatrzymał się zupełnie i Victoria, Erik, Geraldine mogli pomyśleć, że za chwilę znowu wpadną do jakiejś wizji. Poczuli się tak, jakby metaforycznie uderzyła w nich morska fala, uniosła swoją siłą i przepchnęła o metr do tyłu. Ich oddechy zwolniły, zrównały się z powolnym oddechem statku a potem… jakby usłyszeli długi i pełen ulgi wydech. Czarna energia w oczach żywych trupów osłabła, ten który był z Parkinsonów nagle przestał z nich być i zamienił się w żywą pochodnię.
Z dołu dobiegł ich pełen wściekłości kobiecy krzyk.