Pięć dni fajrantu. Tak właśnie trzeba żyć! - czy tak myślał ktokolwiek w tym biurze? Cain nie był pewien, bo większość jednak nosiła jeśli nie kije w dupach, to przynajmniej honorowe poczucie służby. Tymczasem był Cain i Alastor, którzy mogli na to wszystko patrzeć, jak lata, miota się... w takim upajającym slow motion życia. I tak samo Cain patrzył na papiery, których kolejny stos zawitał na jego biurku, a on sumiennie i dokładnie przenosił połowę tych dokumentów (tak, liczył) na biurko obok. W wyniku tego stworzony został mur Chiński, tylko taki w wersji angielskiej, na który teraz mężczyzna patrzył z lekkim powątpieniem, ściągniętymi w wąską kreskę wargami, ale jednocześnie kiwnął do siebie z uznaniem głową i spojrzał z ukosa na filiżankę z herbatą, która tutaj stała, przekręcił ją, przesunął... w końcu wziął i przestawił na parapet koło siebie, bo coś czuł, że przy tych wszystkich teczkach i z jego świetną koordynacją ruchową zaraz wszystko będzie w tej herbacie. Wtedy by już usiadł ze znudzeniem i robił jedno wielkie nic.
To wszystko zakładało, że jego partnerka, która miała dzisiaj wrócić do roboty, odzywała się cokolwiek i nie tonęła tylko i wyłącznie w swojej pracy. Bo Cain był samotnikiem. Głównie z konieczności, niż faktycznego wyboru. Nikt nie lubił, kiedy im zaglądasz do głowy i nikt nie chce, żebyś od razu potrafił powiedzieć, kiedy kłamią, kiedy kogoś kochają, a kiedy nie. Kiedy nienawidzą, a kiedy zdradzają. Oczywiście Cain zachowywał większość tego dla siebie samego, Strażnik Tajemnic, ale potem trafiało się coś takiego, że po prostu nie mogłeś tego pominąć czy nad tym przeskoczyć... A może po prostu był taki antypatyczny i celowo, podświadomie od siebie ludzi odpychał? Zaraz - to celowo czy podświadomie? Fakt był taki - przesiadywał zazwyczaj sam, nie był duszą towarzystwa i chociaż nikt mu nadmiernie nie dokuczał, to osobą, z którą ewentualnie przesiadywał, był jeden Alastor czy Atreus. A temu alkoholikowi daleko było do świętoszka.
Przybił sobie samemu piątkę za dobrze wykonaną robotę przydzielenia pracy Zimnej, która wracała właśnie po trudach i znojach Beltanowych przeżyć... a przybił ją sobie nie dlatego, że tak ją tą robotą naprawdę zawalił, tylko po tym, jak już rozdzielał na pół i jej dawał tą połowę, to kiedy swoje zrobił zabierał jej jedną czwartą i robił za nią po godzinach. No bo jednak... była tą ofiarą Beltane, prawda..?
Stukot obcasów na korytarzu. Z zaciekawieniem i wyciągniętymi pod stołem nogami spojrzał na drzwi, uśmiechając się nieco, gdy te się otworzyły. Weszła. Śliczna kobieta o włoskiej urodzie, którą widział już nie raz i nie dwa, która bardzo ładnie lśniła w tym biurze. Ściągnięta tutaj w zasadzie ze względu na jej umiejętności, bardzo świeża bułeczka do schrupania. Wykazująca się. Przynajmniej tak od ucha do ucha dało się wyrobić o niej opinię. Bogaczka do tego z szanowanego, czystokrwistego domu. Ciekawe, czy była takim samym dupkiem, jak większość Lestrange? Podniósł się z krzesła. Uczesany, o ciemnych, niemal czarnych włosach i z ciemnymi, szarymi oczami, które przy odpowiednim oświetleniu również zdawały się być czarne. Koszula była niedopięta na ostatnich trzech guziczkach i mężczyzna nie kłopotał się z krawatem - poza tym nie wyróżniał się... kompletnie niczym. Taka osoba, która była "okej", ale w zasadzie ginęła wśród tych przystojnych i charyzmatycznych czarodziejów i czarownic.
- Czeeść. - Uśmiechnął się i wyciągnął do kobiety dłoń. - Mam nadzieję, że się wyspałaś, bo roboty nie brakuje. - Wskazał obiema rękami biurko Victorii. - Tadaaam. - Może byłoby to bardziej zjawiskowe przedstawienie, gdyby nie to, że Cain miał spokojne ruchy i nie nabrał na wielkiej ekspresywności przy tym. - Kazali podzielić po połowie. - Rozłożył bezradnie ramiona, jakby nie miał na to najmniejszego wpływu. - Witaj w nowym super duecie aurorskim. - Bo czy będzie miło to się jeszcze okaże.