- ... oswieję przez tego twojego narzeczonego. - Westchnął, spoglądając na swoje własne odbicie w lustrze z grzebieniem w dłoni.
Trwał marcowy wieczór. Gwiazdy migotały na niebie za odsłoniętymi oknami, z których rozciągał się niezmienny widok na morze - dzisiejszej nocy wzburzone, pieniące się, szemrzące o swoim niezadowoleniu bogowie tylko wiedzą z jakich powodów. Pościel nadal była rozchełstana, ale Laurent już przyniósł ze sobą zapach mydła i szamponu. Przejście do garderoby z sypialni, drewniane, było odsłonięte w pełni - to, co stanowiło drewnianą ścianę teraz zgięło się prawie jak wachlarz z obu stron za jednym machnięciem różdżki, dzięki czemu wystarczyło mu się obrócić przez ramię od lustra, żeby spojrzeć na Victorię. Ale się na razie nie odwracał, przesuwając grzebieniem po jasnych włosach Tak dość z uporem maniaka, bo miał wrażenie, jakby... dorobił się guza. Co mu się wcale nie podobało, bo jeśli dobrze wszystko pamiętał (a nie pamiętał, żeby zapomniał!) to nic nie spadło mu na głowę w ostatnich dniach (nawet mimo jego skłonności do kłopotów i pakowania się w różne przedziwne sytuacje) ani nikt go... nie uderzył. Czy to było niewłaściwe obgadywać narzeczonego Lestrange zaraz po tym, jak się przespałeś z... zdecydowanie nie-swoją narzeczoną? Och, cóż... Wierność w tym świecie była romantyczna, ale jednocześnie była romantyzmem wyjętym z książek. Laurent nie doświadczył pokazu wierności w domu i nie przywiązywał się do niej w życiu codziennym. Każdy miał swoje potrzeby - czasami współmałżonek nie był w stanie im sprostać. A Victoria? Było im razem dobrze, nawet bardzo dobrze, więc czemu niby mieliby sobie żałować? Laurent sam nie polubił tego człowieka. Był pusty, nieprzyjemny w obyciu, nie miał sobą niczego do zaprezentowania. I przede wszystkim - sprawiał, że Victoria była nieszczęśliwa.
Słuchał więc Victorii, która dzieliła się kolejnym wspaniałym pomysłem jej przyszłego męża. Czy raczej - pomysłem jego matki, bo przecież nie jego. Że inwestycja w czyrakobulwy i najnowszy krem dla młodych ludzi będzie inwestycją świetną, bo to działa, bo to prawda, bla bla bla. I nawet nie chodziło o to, że sama idea był zła, że ten wynalazek był zły - chociaż Laurent nie miał z nim do czynienia - natomiast jej narzeczony nie miał zupełnie pojęcia o biznesach, tym bardziej przyrodzie. Jego matka zaś była odklejona. Oni sobie wyobrażali to mniej więcej tak: kupią działkę (a raczej Victoria kupi) zasieją i już. Samo będzie rosło, a oni będą pić drinki w Hiszpanii. Tak, to już. To znaczy była jeszcze jakaś otoczka co do robienia rozeznania w cenach i w ogóle...
Laurent otworzył szerzej oczy i grzebień aż wypadł mu z palców. Zamrugał. Nie wiedział, czy temu wierzyć, czy nie wierzyć, na co właśnie patrzył, ale nie chciało być inaczej. Kaktus. Na głowie wyrósł mu... kaktus. Rósł sobie dojrzale niczym te obgadywane czyrakobulwy. Mężczyzna drgnął, kiedy dźwięk grzebienia przeciął powietrze, ale nie mógł oderwać od lustra wzroku. Mrugał. Nie znikało. Aż się podparł o tą toaletkę rękoma z niedowierzania. Zabrakło mu aż słów przez moment.
- V-Victorio..? - Zająknął się niepewnie. - Powiedz mi, że ty tego nie widzisz. - Miał bardzo, BARDZO wielką nadzieję, że to tylko jakaś... jakaś halucynacja, Albo coś w tym stylu.