• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[4.03.1971] Tu mi kaktus wyrośnie

[4.03.1971] Tu mi kaktus wyrośnie
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
22.10.2023, 10:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 21:59 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

- ... oswieję przez tego twojego narzeczonego. - Westchnął, spoglądając na swoje własne odbicie w lustrze z grzebieniem w dłoni.

Trwał marcowy wieczór. Gwiazdy migotały na niebie za odsłoniętymi oknami, z których rozciągał się niezmienny widok na morze - dzisiejszej nocy wzburzone, pieniące się, szemrzące o swoim niezadowoleniu bogowie tylko wiedzą z jakich powodów. Pościel nadal była rozchełstana, ale Laurent już przyniósł ze sobą zapach mydła i szamponu. Przejście do garderoby z sypialni, drewniane, było odsłonięte w pełni - to, co stanowiło drewnianą ścianę teraz zgięło się prawie jak wachlarz z obu stron za jednym machnięciem różdżki, dzięki czemu wystarczyło mu się obrócić przez ramię od lustra, żeby spojrzeć na Victorię. Ale się na razie nie odwracał, przesuwając grzebieniem po jasnych włosach Tak dość z uporem maniaka, bo miał wrażenie, jakby... dorobił się guza. Co mu się wcale nie podobało, bo jeśli dobrze wszystko pamiętał (a nie pamiętał, żeby zapomniał!) to nic nie spadło mu na głowę w ostatnich dniach (nawet mimo jego skłonności do kłopotów i pakowania się w różne przedziwne sytuacje) ani nikt go... nie uderzył. Czy to było niewłaściwe obgadywać narzeczonego Lestrange zaraz po tym, jak się przespałeś z... zdecydowanie nie-swoją narzeczoną? Och, cóż... Wierność w tym świecie była romantyczna, ale jednocześnie była romantyzmem wyjętym z książek. Laurent nie doświadczył pokazu wierności w domu i nie przywiązywał się do niej w życiu codziennym. Każdy miał swoje potrzeby - czasami współmałżonek nie był w stanie im sprostać. A Victoria? Było im razem dobrze, nawet bardzo dobrze, więc czemu niby mieliby sobie żałować? Laurent sam nie polubił tego człowieka. Był pusty, nieprzyjemny w obyciu, nie miał sobą niczego do zaprezentowania. I przede wszystkim - sprawiał, że Victoria była nieszczęśliwa.

Słuchał więc Victorii, która dzieliła się kolejnym wspaniałym pomysłem jej przyszłego męża. Czy raczej - pomysłem jego matki, bo przecież nie jego. Że inwestycja w czyrakobulwy i najnowszy krem dla młodych ludzi będzie inwestycją świetną, bo to działa, bo to prawda, bla bla bla. I nawet nie chodziło o to, że sama idea był zła, że ten wynalazek był zły - chociaż Laurent nie miał z nim do czynienia - natomiast jej narzeczony nie miał zupełnie pojęcia o biznesach, tym bardziej przyrodzie. Jego matka zaś była odklejona. Oni sobie wyobrażali to mniej więcej tak: kupią działkę (a raczej Victoria kupi) zasieją i już. Samo będzie rosło, a oni będą pić drinki w Hiszpanii. Tak, to już. To znaczy była jeszcze jakaś otoczka co do robienia rozeznania w cenach i w ogóle...

Laurent otworzył szerzej oczy i grzebień aż wypadł mu z palców. Zamrugał. Nie wiedział, czy temu wierzyć, czy nie wierzyć, na co właśnie patrzył, ale nie chciało być inaczej. Kaktus. Na głowie wyrósł mu... kaktus. Rósł sobie dojrzale niczym te obgadywane czyrakobulwy. Mężczyzna drgnął, kiedy dźwięk grzebienia przeciął powietrze, ale nie mógł oderwać od lustra wzroku. Mrugał. Nie znikało. Aż się podparł o tą toaletkę rękoma z niedowierzania. Zabrakło mu aż słów przez moment.

- V-Victorio..? - Zająknął się niepewnie. - Powiedz mi, że ty tego nie widzisz. - Miał bardzo, BARDZO wielką nadzieję, że to tylko jakaś... jakaś halucynacja, Albo coś w tym stylu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#2
22.10.2023, 11:56  ✶  

Nie chciała za bardzo myśleć o Drake’u. Jasne, opowiadała Laurentowi to i owo, skarżyła się, że nie ma absolutnie żadnego tematu wspólnego ze swoim narzeczonym, że nie mają nawet jednego wspólnego zainteresowania, że absolutnie nic ich nie łączy, a poza tym to on nie miał nawet własnego zdania – bo interesowało go tylko, co opowiada jego mamusia Violett. Kompletny maminsynek, taka kluska, rozpieszczony laluś, którego obchodziło tylko to, czy dobrze wygląda, czy ma najnowszy garnitur (a miał, był przecież Rosierem…) i czy mamusia ma na dany temat jakiś pogląd. To doprowadzało Victorię do szału. Trochę… Trochę gardziła tymi wszystkimi mężczyznami i kobietami, którzy szukali szczęścia poza swoim małżeństwem, widziała ile to przynosiło bólu, rozczarowania i niezadowolenia, i problemów. I sama nigdy nie sądziła, że coś podobnego będzie też jej udziałem – że będzie chciała być jak najdalej od faceta, którego miała poślubić. Na swoją obronę… Nie miała nawet okazji go poznać. Rodzice oznajmili jej po prostu, że za trzy dni będą zaręczyny, łaskawie powiedzieli jak się nazywa i… tyle. Ona go nawet nie znała. I była zaręczona, ale nawet nie znała tego człowieka, a w tych rzadkich i krótkich rozmowach, kiedy go poznawała… nienawidziła go jeszcze bardziej. Był mężczyzną, który zupełnie do niej nie pasował. Zupełnie! Nienawidziła niczego co z nim związane. Potrzebowała mężczyzny inteligentnego, który ma swój charakter, a nie dzidziusia spoglądającego ciągle w kierunku własnej matki… I dlatego tego z Laurentem nie zakończyła – ba, brnęła w to, może głupio i nierozważnie, ale znał jej zdanie na ten temat. Nie była kobietą, która przebiera w mężczyznach jak w rękawiczkach, zupełnie ją to nie interesowało i po stokroć wolałaby się trzymać jednego faceta, który może nawet odwzajemniłby jej uczucia, gdyby takie się pojawiły… Ale było jak było, a Laurent… Dobrze się przy nim czuła i miała z nim zdecydowanie więcej wspólnych tematów, niż z przeklętym Rosierem. Tym niemniej… Czasami opowiadała mu o kolejnych wspaniałych pomysłach Violett Rosier (no bo przecież nie jej durnego syna), chociaż niedługo po tym, jak stali się sprawcami rozgrzebanej pościeli, to nie był najweselszy moment. Bo była w sypialni z Laurentem, a nie ze swoim pożal-się-Boże „narzeczonym” (miała przeczucie, ze jak to dalej będzie tak wyglądało, to zerwie te zaręczyny, bo nie wytrzyma psychicznie z tym człowiekiem, i już walić nawet gniew matki) – i wcale tego drugiego tam wpuszczać nie chciała.

Ale temat się kręcił, bo opowiadała o tym Laurentowi już wcześniej. Wszak te ich schadzki… nie chodziło tylko o łóżko.

Została w sypialni, kiedy Prewett poszedł się wykąpać, a potem spoglądała na niego spod przymrużonych powiek, kiedy szedł do garderoby i teraz się w niej doprowadzał do ładu. Ona ciągle zakopana w pościeli, nie chciało jej się wstawać, kiedy niedawna przyjemność wzięła ją w posiadanie i teraz rozpływała się na krańce jej palców.

– Ja prędzej czy później też – przyznała nieco mrukliwie i przymknęła powieki. – Jestem ciekawa kiedy skończy mi się do tego wszystkiego cierpliwość i rzucę to w cholerę – przyznała mu, nie mając pojęcia, że za trzy tygodnie będzie już na powrót całkowicie wolną kobietą i to bez własnej ingerencji. Narzekała rodzicom na Drake’a, oczywiście. Skarżyła im się, ze nie ma za grosz inteligencji i że na pewno chodzi im tylko o pieniądze, i roztrwonią wszystko co miała. Czasami miała wrażenie, że Isabella sama nie jest z tego wszystkiego zadowolona. Była – na początku, ale później…

Przeciągnęła się w pościeli, czując napływ energii i gotowa była nawet w końcu wyjść z tego wielkiego łóżka, żeby samej ogarnąć się w łazience, ale wtedy Laurent znowu się odezwał i brzmiał… Dziwnie. Zająkał się.

– Co? Co się dzieje – zapytała i podniosła się do pozycji siedzącej, spoglądając w kierunku Laurenta, który był w garderobie. I aż przekrzywiła głowę. Bo… Na czubku jego głowy… Coś wystawało. I wyjątkowo mocno wyglądało jak… kaktus.

Aż pobladła.

– Ożesz… Poczekaj, nie ruszaj się – nie brzmiała już tak rozmiękle jak jeszcze przed chwilą. Złapała nawet za różdżkę, która leżała na szafce obok, i zupełnie nagusieńka, jak ją Pan Bóg stworzył, nie zawracając sobie głowy, by się jakoś zakryć pościelą czy czymś, potruchtała do Laurenta. – Co się stało? Jestem pewna, ze wcześniej tego nie było… Czekaj, schyl się, zobaczę… – z bliska to nadal był kaktus. No nie chciało być inaczej.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
22.10.2023, 15:32  ✶  

O Boże. O Merlinie. Na nogi Morgany. Na słodkie usta Maeve i przeklętą urodę Carmilli. Boże...

To był jeszcze moment wyparcia. Niedowierzania w to, co widzi i co się dzieje. Nie poruszył się ani o milimetr, spięty do granic, podpierając się rękoma o blat i zaciskając na nim palce. Nie mógł puścić. Zamarł w takim bezruchu i nawet słowa Victorii o tym, żeby się nie ruszał, nie były potrzebne. Chociaż nie, były. Nie wiedział, czy ma to... COŚ dotykać, brać nożyczki i ucinać czy... Dopóki było niedowierzanie i dopóki mózg nie rejestrował do końca - było dobrze. Kiedy jednak rejestrować zacznie to i zacznie się panika. Victoria znała to z autopsji - trzeba było być idealnym. Tu nie było miejsca na błędy, na to, żeby o siebie nie dbać - o swoją urodę - żeby się źle zachowywać. Na pewno nie było miejsca na kaktusy. Nie lubił ich ogólnie, ale teraz miał znielubić te rośliny jeszcze bardziej. KAKTUSY NA GŁOWIE. Kaktus. W liczbie: jeden.

Spojrzał na Victorię w odbiciu lustra, kiedy do niego podeszła. Nagusieńka, ale tutaj nie było się czego wstydzić ani czego ukrywać, choć on akurat miał na sobie biały szlafrok - tylko dlatego, że wyszedł z kąpieli. Nieco ukucnął, żeby mogła na to spojrzeć, a kiedy już obwieściła swoje...

- O Merlinie... - Wydobyło się z jego ust. No i teraz zaczynało być już trochę pod górkę. Zrobił wielkie oczy i rozpoczął się plan: panika. Czyli moment, w którym nie bardzo był jakikolwiek plan, kiedy nie wiadomo było, co zrobić, a przydałoby się zrobić w zasadzie cokolwiek. Pogawędka o narzeczonym Victorii i o wszystkim innym chwilowo spadła na samo dno w obliczu TEJ tragedii. Jeszcze trochę się na to popatrzy w lustrze i chyba tu zemdleje. Dlatego jednak się ruszył i obrócił przodem do kobiety, spoglądając jej teraz prosto w twarz. - Mam to uciąć? - To było pierwsze, co mu przyszło do głowy. - Muszę się tego pozbyć, na Merlina, może napiszę do Florence... - Odezwał się gorączkowo, gotów już pędzić i słać list gdziekolwiek. W zasadzie to nie, nie gdziekolwiek. Bo chyba wolałby tu zejść i umrzeć niż pokazać się w TYM stanie niepowołanej osobie, a na pewno nie poszedłby do Munga. Nie ma mowy. NIE! Musiał być inny sposób na pozbycie się tego... - Spróbuj to rozproszyć, proszę. - Co prawda Victoria chyba nie była żadną klątwołamaczką, ale czy to w ogóle była klątwa? Z jego ostatnich informacji nie wynikało, żeby ktokolwiek go przeklinał, choć cholera wie! Może ktoś był zazdrosny o abraksany, albo wygraną Michaela w zawodach. Nie ważne! Wszystko było przecież całkowicie normalnie jeszcze chwilę temu, a tutaj problem... cóż, można powiedzieć śmiało, że problem wyrósł sam. Chyba jednak przy tym jakże wielkim, życiowym dramacie nawet Victoria zapomniała o swoich problemach związanych z przekochanym i przeuroczym Rosierem. Przy czym to nie tak, że temu umniejszał, tak samo jak nie umniejszała ona, ale umówmy się - sytuacja była krytyczna.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#4
22.10.2023, 16:17  ✶  

Tylko nie panikuj – pomyślała sobie, widząc przerażenie na twarzy Laurenta. Na szczęście nie stawiał oporu, gdy poprosiła go, by się trochę schylił, a ona miała okazję przyjrzeć się z bliska. No kaktus. Najnormalniejszy na świecie kaktus, tyle że zamiast rosnąć w ziemi, to rósł na głowie Laurenta, a na domiar wszystkiego od razu wyrósł dorodny – nie był jakimś kulawymi nimi-kaktusikiem. Kobieta delikatnie wyciągnęła do niego dłoń, chcąc dotknąć kaktusa i przekonać się, czy to nie jest tylko jakieś… widmo, czy ma fakturę i teksturę rośliny. Leciuteńko przejechała po nim palcem.

Kaktus nadal był kaktusem. Nic innego się nie wydarzyło. I w rezultacie Victoria zmarszczyła brwi.

– Nie, nie, nie ucinaj, zostaw – powiedziała… starała się brzmieć spokojnie, ale na brodę Merlina… w życiu się z niczym takim nie spotkała. Nie słyszała też o żadnej klątwie kaktusa. – Poczekaj z tym listem. Usiądź sobie i pomyślimy, dobrze? – Laurent panikował, widziała to. Od zera do paniki rozpędził się w ciągu kilkunastu sekund, ale jak wiadomo – to nie służyło niczemu i nikomu. Victoria stanęła jeszcze na paluszkach i nachyliła się nad głowę Laurenta – chciała zobaczyć czy kaktus pachnie jak kaktus, a nie jak… na ten przykład… kopcąca lokomotywa… ale wciąż ciągle był to jedynie kaktus. Albo raczej… aż. Jedyne co Victoria wyczuła, to zapach szamponu do mycia włosów, ale to chyba nic dziwnego, skoro Laurent był się wykąpać. – Czy robiłeś dzisiaj coś innego niż zwykle? – zapytała po chwili zastanowienia. – Albo… Czy kupiłeś coś nowego niedawno? – szukała jakichkolwiek opcji, bo nim zabierze się za próbę rozproszenia, chciała poznać potencjalne źródło. Bo to może ją nakieruje na to, w jaki sposób się tego pozbyć. – Albo może od kogoś coś dostałeś? Spokojnie, Laurent, spróbuj sobie przypomnieć, a ja pomyślę co z tym zrobić – rozproszenie było jedynym sensownym co jej przychodziło do głowy, ale zanim to zrobi, to chciała uzyskać nieco więcej danych, by przypadkiem nie pogorszyć sprawy.

rzeczywiście, w obliczu tego, jakoś temat jej beznadziejnego narzeczonego spadł na drugi plan. I w sumie dobrze, bo wcale nie chciała, by zajmował jej myśli. W ogóle nie chciała, by był w jej życiu, ot co.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
22.10.2023, 16:58  ✶  

Prawie zaciskał oczy, kiedy w ogóle wyciągnęła dłoń do tego... tego paskudztwa! Tego obrzydlistwa! Jeszcze trochę i zacznie tutaj mdleć, bo już mu kolana miękły i zresztą opadł na krzesło stojące przed lustrem. Wielkie szafy wbudowane w ścianę, magiczne rzecz jasna, które przesuwały tam koszule i garnitury czy inne swetry same, wystarczyło wyciągnąć różdżkę i pomyśleć, jakiego koloru potrzebujesz na dziś. Tak jakby szafa Laurenta pełna była tak wielu barw... ale to już inna sprawa. Tylko niektóre garnitury były powierzone na zewnątrz, czy pojedyncze sweterki, niektóre rzeczy leżały elegancko poskładane, niektóre zegarki leżały na miękkich poduszeczkach i czekały na to, żeby je założyć. Laurent nie wyobrażał sobie, że mógłby żyć inaczej. A jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie, że miałby tutaj wchodzić i musieć cokolwiek na siebie ubierać z tym czymś na swojej głowie. Że miałby teraz z TYM żyć i jeszcze się do tego życia przystosować. Jakoś. Ludziom umierali krewni, mieli pechowe małżeństwa, ale to nic! Wszystko to wyrzućcie! Świat się właśnie kończył nie tak młodemu już Prewettowi, któremu dawno też powinni rodzice znaleźć żonę.

- Na Morrigan, Victorio... - Głos już mu wręcz drżał, ale bogowie mu światkiem, że starał się nad sobą zapanować, zachować spokój, tak samo jak klarowność umysłu, bo to było w końcu bardzo ważne! Panika nikomu nie służyła to prawda. Zgrozo, był bardziej opanowany tej zimy, kiedy wyciągał feniksa spod gruzów i Śmierciożerca pojawił się niedaleko przed nim. - Nic szczególnego nie robiłem, wszystko jest w normie. - NIC nie jest w normie! Ale było. Nic się nie zmieniło, nie robił niczego dziwnego. Obejrzał się na toaletkę i sięgnął po różdżkę, ale zaraz ją zostawił. Już chciał myśleć nad jakąś transmutacją, ale mogło to tylko zaszkodzić, albo być nietrwałym. Więc lepiej przy tym nie grzebać, bo naprawdę mógł tylko zaszkodzić. A to ona była tutaj specjalistką od magii rozproszeń. - Kup... - Zaciął się, gorączkowo szukając coś nowego. Czegoś nowego. Coś, co wpadło mu w ręce, miał to dzisiaj i... tak! Kiedy powiedziała, że może coś dostałeś to go olśniło. - Szampon! Nie kupiłem sam, otrzymałem, ooo... - Jęknął, oglądając się teraz w kierunku łazienki, nadal rozjaśnionej, bo sądził, że Victoria również będzie chciała się umyć. Jego błąd, powinien być w końcu mądrzejszy, lepiej to sprawdzić. To brzmiało jak bardzo nieśmieszny, nieco mściwy żarcik. Ale byłoby kłamstwem, gdyby powiedział, że jego życie opierało się tylko i wyłącznie na słodkościach i romansach, które toczą się tak gładko jak ten z Victorią. Bo ludzie rzeczywiście cierpieli, kiedy się ich odrzucało. A niektórzy przy tym nie potrafili tego potraktować z godnością i potrafili się naprawdę paskudnie wyzłośliwiać. Może miał szczęście, tak naprawdę, że to tylko kaktus, a nie coś żrącego, co zniszczyłoby mu twarz już na zawsze? Albo przynajmniej na bardzo długi czas. Podniósł się, całkowicie wstydliwie teraz zaplatając się tym szlafrokiem i obejmując rękoma, chociaż to nie swojego ciała się wstydził aktualnie, a tego, co mu się przydarzyło. To, co stać się miało na tym ślubie ze złapaniem bukietu to było absolutne N I C w porównaniu do tego krindżu, jaki odczuwał teraz i kompletnego poczucia poniżenia. Wszedł do łazienki i złapał ten szampon, spoglądając na niego, na jego opakowanie, obracając ulotkę... w końcu podał to Victorii. - No oczywiście. Patrz. - Wiedział, że wyłapie - może to nie rzucało się nawet w oczy na pierwszy rzut, ale na kolejny widać było, że to żaden szampon - to narzędzie do kawałów. Na szczęście niezbyt groźne...



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#6
22.10.2023, 18:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2023, 18:19 przez Victoria Lestrange.)  

Grymas na twarzy Laurenta sprawiał wrażenie, jakby bardzo się bał i bardzo cierpiał. Rozumiała, że aparycja jest dla niego diablo ważna, był przecież zadbanym mężczyzną (ale w inny sposób niż lalusiowaty Rosier, w ogóle ich obok siebie nie stawiała), jednak nie zgadzała się, że uroda to wszystko, co miał sobą do zaoferowania. Laurent nie był do końca w typie Victorii, ale nie zmieniało to faktu, że jej się podobał, zresztą nie w ten sposób patrzyła na ludzi, czy ktoś jest w jej typie, czy nie – to mogło być ledwie pierwsze wrażenie, ewentualnie dodatkowe punkciki gdzieś tam, ale rzecz rozbijała się o to, co miało się w głowie.

– Boli cię? – zapytała po chwili, na momencik bardzo delikatnie unosząc podbródek Laurenta, by na nią spojrzał, kiedy tak sobie przycupnął, biedny taki, zmarnowany – prawdziwa tragedia się stała… Znaczy Victoria tak nie uważała, że to prawdziwa tragedia, o ile nie okaże się, że to coś niebezpiecznego, ale w duchu miała nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Kaktus jak wyrósł, tak już nie zwiększał swojej masy – ciągle był taki sam, śmieszny, wystający spomiędzy platynowych włosów Prewetta. Pogładziła jego policzek i uśmiechnęła się zachęcająco, chcąc dodać mu trochę otuchy. Nie był tutaj sam i nie zamierzała go z tym samego zostawić.

Selkie usłuchał i zaczął się zastanawiać nad rzeczami które poruszyła. No dobrze, nic nowego nie robił, nic nadzwyczajnego się nie stało. Ale dalej… Jednak okazało się, że dostał… szampon? Kto wysyła w prezencie szampon? No zgoda, ona by mogła coś takiego zrobić… ale to bardziej wysłałaby jakąś maść, eliksir… Ale wysyłanie szamponu komuś, kto tonie w pieniądzach, wydawało się bardzo dziwacznym pomysłem na prezent. Uniosła więc w zaskoczeniu brwi, a w tym czasie Laurent wstał, mocniej zawiązał szlafrok i przemaszerował do łazienki. A Victoria poszła za nim. Tak, też chciała skorzystać z łazienki, ale się do tego zbierała dłuuugooo… I może całe szczęście, bo też by skończyła z kaktusem na głowie?

Wzięła do rąk szampon i ulotkę, skupiła się na treści i pod nosem aż prychnęła. Nie ze śmiechu, nie.

– Ludzie nie mają za grosz przyzwoitości – stwierdziła z przekąsem. Nie wiedziała kto i dlaczego zrobił Laurentowi taki kawał, chociaż chciała wierzyć, że to po prostu pomyłka. Odłożyła buteleczkę na umywalkę i z westchnieniem odwróciła się do Laurenda. – Usiądź, dobrze? Spróbuję się tego pozbyć. Teraz przynajmniej wiem co to jest… To nie powinno być trudne – powiedziała i pewniej złapała swoją różdżkę.

Widok musiał być doprawdy ciekawy – on w tym szlafroczku i ona, nie zasłaniająca się nawet ręcznikiem, niczym, machająca nad nim różdżką, by pozbyć się uporczywej rośliny. Dopełnieniem tego kaktusika jeszcze powinien być różowy kwiatuszek na samym jego czubku, pasowałby do charakteru Laurenta, na szczęście żaden kwiat tam nie zakwitł.

W pierwszej chwili nic się nie stało, ale po chwili… kaktus zaczął się kurczyć, by ostatecznie… zniknąć.

– Jak się czujesz, kochanie? – powiedziała do niego miękko, bo było jej go strasznie żal. Wiedziała, że Laurent sam był delikatny jak ten kwiatuszek i nie nawykł do takich sytuacji, chociaż właściwie nic wielkiego się nie stało.


Rozpraszanko ❤
Rzut PO 1d100 - 21
Akcja nieudana

Rzut PO 1d100 - 58
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 36
Slaby sukces...
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
23.10.2023, 00:02  ✶  

Ta źle poukładana głowa sięgała w końcu do prawdziwego i bardziej nawet ogólnego strachu - że będzie się niewystarczająco dobrym. Za mało doskonałym. Dlatego zostaniesz w końcu sam - tak by to leciało. To było irracjonalne, bo w końcu było wiele osób, które temu zaprzeczały. Ich obecność w życiu Laurenta stanowiła żywy dowód na to, że blondyn prezentował sobą coś więcej. Na tyle, że naprawdę sporo osób gotowych było nawet ręczyć za jego bezpieczeństwo swoim życiem. Ilu ludzi mogło coś takiego powiedzieć o sobie? Być może sporo. A być może właśnie niewielu. Strata jednak tej powierzchowności może była zupełnie pusta z jego strony, może powinien usłyszeć, że przecież nie tylko wygląd się liczy, albo że - nie jest on najważniejszy. Bo to, że nie tylko się liczył..? Tak, to prawda. Nie tylko. Było wiele ważniejszych cech... ale Laurent był próżny. Kiedy spędziło się z nim więcej czasu to była cecha zauważalna. Odpychała go brzydota prawie tak samo jak pokonywało go okrucieństwo. Był przyzwyczajony do zadbanych ludzi (bo niekoniecznie musieli być od razu piękni), do pięknych salonów i do pewnej dozy uprzejmości, kultury osobistej. Nawet przejawy grubiaństwa i chamstwa potrafiły sprawiać, że wpadał w dyskomfort, a przynajmniej odbierał to jako uskok od jego norm i tego, czym chciałby się otaczać. On po prostu nie pokazywał tej próżności i uważał ją samą za brzydką cechę. I przede wszystkim nie dostrzegał tylko powierzchowności, bo nawiązywał bliższe relacje (i trwałe) tylko z ludźmi, którzy mieli w sobie wartość emocjonalną i mentalną.

W tym kompleksie własnej niedoskonałości i tej małej próżności to było oderwanie przynajmniej połowy jego życia, a może i nawet większej. Gdyby Victoria zaczęła się tu śmiać chyba by się rozpłakał - o to w końcu też nie było bardzo trudno. Bywali ludzie wrażliwi i bywał Laurent, który zaczynał płakać, kiedy widział chorą jaskółkę leżącą na trawie. To jest - płakał już po tym, jak ją uratował, albo... jak nie udało się jej uratować. W przypadku tego drugiego płakał następne dwa dni i za każdym razem, jak mu się o tym przypomniało. Płakał, kiedy inni doznawali krzywdy i nie płakali, kiedy działo się coś złego, kiedy był przerażony... Beksa. Był zwyczajną beksą, żeby potem wyjść na salony i prezentować sobą pewność siebie, która nie szła w parze z obrazem tak przewrażliwionego człowieka. Już zupełnie by go ogarnęła rozpacz od tego śmiechu, bo od tego, żeby tutaj jego głowa strzeliła w niego samego piorunem dzielił ich dosłownie krok. Na szczęście nie dość, że żaden piorun nie strzelił to jeszcze katastrofa została zarzegnana.

- Nie, nic mi nie jest. - Odparł trochę pośpiesznie na to pytanie, czy boli. No nie bolał. W zasadzie w ogóle tego CZEGOŚ nie czuł, na Morganę, on nie chciał nawet o tym myśleć ani się nad tym zastanawiać. Tym nie mniej - musiał. Chciał się tego pozbyć, bardzo potrzebował pomocy Victorii, była tutaj zbawieniem, w ogóle... to, że tutaj była było zbawienne samo w sobie. Gdyby stało się to przy kimś innym, albo gdyby wydarzyłoby się, jakby wyszedł... o zgrozo. Jakie to by było złe! Jakie tragiczne! W każdym razie - rzeczywiście nic nie czuł z tą paskudną rośliną. A jej prychnięcie odebrał rzeczywiście jako krytykę tego, co było na pudełku. No bo tak, sam się w zasadzie załamał. - Boże, jakbym cofnął się do szkoły. - Chociaż tam potrafili nawet bardziej okrutne żarty sobie z niego robić. Z tej jego głupiej naiwności i wiary w ludzi, bo nawet nie pomyślał, że ktoś mógł mieć na myśli czegoś złego. Powiedział to z twarzą schowaną w dłoniach i tylko pokiwał głową, przysiadając na wannie. Czekając na zbawienie Victorii. Była tutaj jego aniołem stróżem, jego wybawicielką, poskramiaczką kaktusów! Spojrzał na nią przez palce rozchylone na boki... i zdjął dłonie z twarzy, gdy zadała to pytanie. Ocenił. Wycenił. Odwrócił się w kierunku lustra trochę niepewnie. Efekt był prawie jak balonika, z którego nagle uszło powietrze.

- Och... - Odetchnął z ulgą i położył dłonie na poziomie serca, by zaraz złapać Victorię i objąć ją, przyciągając do siebie wielką wybawicielkę. - Mój ty aniele stróżu... dziękuję ci... - Ucałował jej nagą skórę. - Jakie to było upokarzające... - Wzdrygnął się aż i wzdrygnął mocno, jakby chciał z siebie strzepnąć to wspomnienie i nigdy, ale to NIGDY do niego nie wracać. Chociaż pewnie po czasie zacznie jednak bawić.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#8
23.10.2023, 08:21  ✶  

Znała ten strach, rozumiała jego podłoże i wszystko co się z nim wiąże. Być może dlatego tak dobrze się dogadywali – bo rozumieli względem siebie wiele rzeczy. Oczywiście względem drugiej osoby dużo łatwiej było zobaczyć fałsz i nieprawdziwość tego strachu, bo Victoria, choć rozumiala go, uważała że Laurentowi wcale nic nie brakuje, że to nie tak, że ludzie go zostawią, bo ma jakieś wady. Każdy je miał przecież. Ale kiedy byli razem, mogli dać sobie tę odrobinę ciepła, by poczuć, że nie jest tak źle jak sami myślą. Laurent był osobą o wielkim i wrażliwym sercu i nie było to przecież nic złego, że tak mocno odczuwał wszystko wokół.

Nie było powodu, by się śmiać. To przecież nie tak, że sam sobie zrobił śmieszny kawał, tylko naprawdę się przestraszył i Victoria to widziała. Zresztą raczej takie rzeczy jej nie bawiły, choć może z perspektywy czasu całą sytuacja będzie zabawna. Teraz nie była, a butelka szamponu powinna zostać zutylizowana. Wiedziała, że Laurent chce być piękny i dbał o siebie bardzo, a taki kaktus… wytykano by go przecież palcami, a chciał żeby mówiono o nim jak najlepiej. I naprawdę to rozumiała.

Szczęście w nieszczęściu, że to nie było dla niego bolesne, to znaczy fizycznie. Bo psychicznie było jasne, że cierpiał.

Ulga i radość, jaka się w nim wymalowała, była widoczna gołym okiem. Zaraz zresztą ją objął i przyciągnął do siebie i…

Victoria tylko się uśmiechnęła pod nosem, a jej palce zawędrowały do jego włosów, by je przeczesać delikatnie i pogłaskać – znak czułości oraz dowód, że naprawdę już niczego tam nie było. Po chwili nachyliła się do niego, by skraść całusa z jego ust.

- Chodź, pozbędziemy się tego z pamięci – wyszeptała w jego usta.

Tak, to było zaproszenie.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (2292), Victoria Lestrange (1863)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa