A potem kolejne trzaski.
Brenna znowu zaklęła i wciąż z poziomu podłogi, klęcząc, zaczęła rzucać zaklęcia. Mur pękał, zaczynał się walić i niemal natychmiast wracał na swoje miejsce, w miarę jak nieukształtowana, dzika magia dziecka chlastała budynek, a Brenna usiłowała własnymi zaklęciami nie dopuścić do tego, aby wszystko wokół się zawaliło. Nie miała nawet czasu krzyknąć, żeby Heather stąd uciekała - zresztą, czy mogły tu zostawić chłopca? Była rozdarta w tej chwili. Wciąż rzucając czary, dźwignęła się powoli na nogi.
Z dziecięcego tymczasem gardła uciekł szloch.
Prawdopodobnie dzieciak wcale nie chciał zrobić im krzywdy. Nie panował po prostu ani nad sobą, ani nad magią. A że był jeszcze młody, to co robił z pewnością go wyczerpywało. Pochylił się do przodu, czoło oparł na kolanach, które podciągnął ku klatce piersiowej. Zatkał sobie uszy małymi dłońmi, jakby nie chciał słyszeć tych wszystkich przerażających dźwięków wokół. Nie zdawał sobie może nawet sprawy z tego, że to on demoluje budynek. Albo wiedział – i to tylko przerażało go jeszcze bardziej?
Heather znajdowała się w tej chwili najdalej metr od niego.