Poruszyłem się by obserwować tę marną maskaradę mojej córki chrzestnej. Traktowała Laurenta jak dziecko, którym już nie był. O to właśnie chodziło. Za bardzo wszyscy mu nadskakiwali, głaskali po główce, a ten potem nie był zdolny do podejmowania prawdziwych, trudnych decyzji. Przede wszystkim nie był w stanie być prawdziwym, twardym mężczyzną... I teraz pytanie najważniejsze - kogoś takiego miałbym posadzić na prewettowskim tronie, kiedy mnie już dopadnie starość? Nigdy!
A jeszcze kolejny cios dostałem od Laurenta, kiedy na pytanie Florence odpowiadał, a na moje chociaż jedne, wybrane nie zamierzał, nie był w stanie czy co tam sobie wymyślił. Ciekawe, czy będę mu równie chętnie do rozmowy ze mną, kiedy zamknę go na te dwa tygodnie w wieży. Ciekawe, czy taki chętny będzie do żalenia się Florence... A nie, chwila! Na to miałem już żałosną odpowiedź, że poleci do niej z płaczem i żalem, i pretensjami na ojca, poskarżyć się, jakby Florence miała jakąkolwiek moc sprawczą.
- Obawiam się, że nie mam czasu, Florence, na perswazje z tobą. Mam przed sobą inne, bardziej palące sprawy do załatwienia - stwierdziłem niby tu znudzony i wychyliłem się nieco by ujrzeć tego małego zdrajcę, ale niestety wielki tyłek wciąż-panny Bulstrode zbyt umiejętnie mi go zasłaniał z tej perspektywy. Poddałem się niepocieszony. Nie zamierzałem wstawać ze swojego dumnego miejsca, bo jeszcze utraciłbym wyimaginowaną koronę. Albo co. - Zmykaj do swojej nory, mam ważną rozmowę do przeprowadzenia z moim synem - rozkazałem właściwie takim ot spokojnym tonem, trochę władczym, trochę znudzonym. Nie zamierzałem pokazywać tej chrześnicy, że jej obecność w jakimkolwiek stopniu wprawiała mnie w zazdrość. W niezadowolenie już tak. Była tu mile widziana tylko i wyłącznie na moje zaproszenie... Albo chociaż odrobinę zapowiedziana, a weszła tu właściwie jak do siebie.