Z każdą kolejną sekundą, jaka mijała, ten uścisk na przedramionach Alexandra stawał się coraz lżejszy, ale Flynn nie zabrał swoich rąk. Widział w jego oczach, że znowu zrobił jakieś niewytłumaczalne dziwactwo, więc nawet nie próbował podejmować się wyjaśnienia, dlaczego w ogóle pozwolił sobie na taki odruch. Zwłaszcza, że wcale nie był człowiekiem pod tym kątem skrzywdzonym - wręcz przeciwnie, prędzej on krzywdził innych i to chyba był właśnie problem - bo kiedy to byli inni, to się wcale tak nie wahał, ale to był Alexander właśnie.
- Że... - że chciałem coś powiedzieć, ale mi głos ugrzązł w gardle, bo jesteś obok... - nic - dodał po kolejnej, długiej dawce ciszy.
Ale na drugie pytanie nie mógł nie odpowiedzieć, bo to zmieniało absolutnie wszystko. Gdyby się go bał, to drugi Bell by się nie zdecydował na podjęcie dalszych kroków. No, tylko co z tego? To nie było przecież takie proste, że jak się czegoś chciało, to się o tym mówiło, a przynajmniej nie w jego przypadku. Może gdyby nie był taki diabelnie niezręczny, wszystko mogłoby odbyć się bez słów, ale na to było już za późno o kilka załamań nerwowych, które przeżył tam na podłodze.
- To nie jest tak, Al - odezwał się wreszcie, ale nawet on wiedział, że to nie było w nawet najmniejszym stopniu wystarczające. Jeżeli się kogoś chciało, to musiał się odzywać, musiał to z siebie wydusić choćby na siłę. Byłoby tak łatwo po prostu go teraz pocałować, odwrócić jego uwagę od tego wszystkiego, co powiedział, od tych wszystkich strzępków myśli porozrzucanych tu i ówdzie. Flynn czuł jednak, że to byłby już kompletny szczyt jego tchórzostwa - nie zrobić tego to jedno, ale nawet nie spróbować, nie podjąć tego wysiłku. Jak mógł tutaj wrócić. Nie dał mu niczego w zamian za te wszystkie lata, a teraz jeszcze wzbraniał się przed tym, żeby tak po prostu dać mu siebie.
Splótł palce swojej lewej ręki z jego prawą, przysunął się bliżej. Kiedy ich ciała przylegały do siebie ściśle, ułożył swój podbródek na jego barku i ponownie zniżył głos do szeptu. To był ten sam ton, którego używał w dzieciństwie, ale nie brzmiał podobnie, z tego piskliwego głosiku pozostało niewiele.
- Nie boję się ciebie. Boję się tego, jakie to wszystko jest ostateczne. Tego, że jak się do czegoś przyznam, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym się nie przyznałem. Tego, że jak cię pocałuję, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym tego nie zrobiłem. Już nigdy tego nie cofnę i... - głośno przełknął ślinę - nawet jeżeli kiedyś nie będziesz mnie takim chciał, takim zwyczajnie popsutym, to nigdy nie wrócimy do tego co było wcześniej.
- Że... - że chciałem coś powiedzieć, ale mi głos ugrzązł w gardle, bo jesteś obok... - nic - dodał po kolejnej, długiej dawce ciszy.
Ale na drugie pytanie nie mógł nie odpowiedzieć, bo to zmieniało absolutnie wszystko. Gdyby się go bał, to drugi Bell by się nie zdecydował na podjęcie dalszych kroków. No, tylko co z tego? To nie było przecież takie proste, że jak się czegoś chciało, to się o tym mówiło, a przynajmniej nie w jego przypadku. Może gdyby nie był taki diabelnie niezręczny, wszystko mogłoby odbyć się bez słów, ale na to było już za późno o kilka załamań nerwowych, które przeżył tam na podłodze.
- To nie jest tak, Al - odezwał się wreszcie, ale nawet on wiedział, że to nie było w nawet najmniejszym stopniu wystarczające. Jeżeli się kogoś chciało, to musiał się odzywać, musiał to z siebie wydusić choćby na siłę. Byłoby tak łatwo po prostu go teraz pocałować, odwrócić jego uwagę od tego wszystkiego, co powiedział, od tych wszystkich strzępków myśli porozrzucanych tu i ówdzie. Flynn czuł jednak, że to byłby już kompletny szczyt jego tchórzostwa - nie zrobić tego to jedno, ale nawet nie spróbować, nie podjąć tego wysiłku. Jak mógł tutaj wrócić. Nie dał mu niczego w zamian za te wszystkie lata, a teraz jeszcze wzbraniał się przed tym, żeby tak po prostu dać mu siebie.
Splótł palce swojej lewej ręki z jego prawą, przysunął się bliżej. Kiedy ich ciała przylegały do siebie ściśle, ułożył swój podbródek na jego barku i ponownie zniżył głos do szeptu. To był ten sam ton, którego używał w dzieciństwie, ale nie brzmiał podobnie, z tego piskliwego głosiku pozostało niewiele.
- Nie boję się ciebie. Boję się tego, jakie to wszystko jest ostateczne. Tego, że jak się do czegoś przyznam, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym się nie przyznałem. Tego, że jak cię pocałuję, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym tego nie zrobiłem. Już nigdy tego nie cofnę i... - głośno przełknął ślinę - nawet jeżeli kiedyś nie będziesz mnie takim chciał, takim zwyczajnie popsutym, to nigdy nie wrócimy do tego co było wcześniej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.