• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
14.10.2023, 13:04  ✶  

Jeśli skłamię to czy staniesz się moją Prawdą? Reguły istniały dlatego, że stworzono dla nich wyjątki. Światło istniało dlatego, że istniała ciemność, która je opatuli. Było w tym coś wyniszczającego, kiedy chciałeś dać się pochłonąć cieniami tylko po to, żeby chociaż przez kilka chwil błyszczeć najjaśniej. Coś? A może wszystko? Rowle tworzył komplikację. Był komplikacją. Niepoliczalny w przeciwieństwie do policzalności marzeń, o których Laurent wspominał. Moralność miała ponoć walory ozdobne - jesteś złoczyńcą, jeśli zabijesz motyla, ale bohaterem, kiedy zabijesz karalucha. Więc gdzie była prawda? W śmierci nie mogliśmy jej odnaleźć i nie odnajdywała się również w płynących słowach ani czynach. Dla jednego to, co złe, dla drugiego będzie jedynym prawym rozwiązaniem. Zabij złodzieja to ci pogratulują, zabij anioła - będą tobą gardzić. Czy tutaj naprawdę świat nie stawał na głowie definiując nam bezsensowność tego, co prawdziwe a co fałszywe? Komplikacja, och tak. moja własna, niewielka komplikacja o ciemnych włosach i równie ciemnych oczach, które otulały się welonem nikotynowego dymu. Była bardzo daleka droga do tego, żeby blondyn zaczął się zastanawiać, jak naprawdę wielką Komplikacją Esme mógł się stać. Daleki od tego, żeby wartościować jego pojęcie prawdy i kłamstwa, żeby spoglądać na to, czym był jego kodeks i jaką kreską został spisany. Niedbałą? Leniwą? Ostrą? Pisał go, kiedy był spokojny, a może kiedy odczuwał zdenerwowanie, żeby zapisać, co robić a czego nie, by walczyć z tym, co gotowało krew w jego żyłach? Choć gdybym miał wybierać powiedziałbym, że ten kodeks był dokładnie taki sam, jak Ty. Jedną linijkę zapisano słodko, by druga była ostrymi, nerwowymi rysami, w których ledwo mogłeś się odnaleźć i budziło niepokój nawet kiedy przykładałeś już głowę do poduszki, żeby zapomnieć o doświadczeniach dnia. Przypominałeś sobie o nich dopiero, gdy powieki zostały otworzone. Stop klatka dla Twojego życia i dla myśli o tym, czy to, co przeczytałeś, było naprawdę tak przerażające, czy może to tylko twoja głowa zanimowała wybrane fragmenty, odbierając aurę, wibracje, czy inne magiczne spektrum dziwactw i nienamacalnych wartości.

Nie było morderstwa w tych strzałach. Nie miały być celowane w człowieka, choć to człowiek tworzył cel. Nie miało być w nich również fałszu, choć niektóre ze strzał były fałszywe. Albo może tarcze? Nie miało być w tym krzywdy, broń Morrigan, by uroniły chociaż jedną cenną kroplę krwi z tego ciała, które przed nim siedziało. Czy strzelanie było złe, jeśli mogło skrzywdzić? Czy może złe było dopiero morderstwo? Tak jak nie było złym myśleć o kimś, że jest paskudny, ale złym było dopiero powiedzenie, że jest piękny. To był kontrast, bo Laurent nie widział błota. To była piękna polana - tarcze białe, czyste, wyraźne, czarne kręgi, jakimi były wymalowane i ta jedna, czerwona kropka na samym środku, jak ta kropla krwi. Z Esme były wyciągane kawałki, ale przecież nie ograbiał ich jak zwłok. A może jednak? Niewinność tej zabawy miała jedno zadanie - rozruszać umysł i przekonać się, czy dobrze wyczuwasz ten rytm i piosenkę, jaka grała w duszy drugiej istoty. Tutaj drżały ręce. Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Nagle zły był wiatr, jednak tarcza za daleko, za krzywo, kiepsko przygotowany łuk, cięciwa pewnie zaraz pęknie, trzeba ją poprawić, palce zaczynały boleć, dlaczego nie było dobrej osłoni na tej "broni"? Nie, nie szukał wymówek. Jeśli gubił rytm to nie szukał bezsensownie bezwartościowych zdań, że głowa go boli, że parkiet nie taki, albo buty go obcierają. Przyznawał wprost, że nie był wystarczająco dobry. Nie było w tym żalu. Skoro prawda była dobra, to uświęconym stawało się przyznanie przede wszystkim przed samym sobą, co robisz źle, co źle wypada, a potem obwieszczenie tego światu. Ten świat ewoluował, a my zmienialiśmy się wraz z nim. Tutaj zmieniał się wraz z każdym wypowiedzianym zdaniem i w zależności od tego, kto je wypowiadał.

- Ach tak? - Więc gdzie leżała ta magiczna granica, Esme Rowle? Gdzie twoja prawda była tylko twoja, a stawała się kłamstwem z drugiej strony? Był ciekaw. Powiedz mi. Mów więcej, choć mówisz tak wiele, to zmieniasz temat, przeskakujesz z jednej strony na drugą - w tym naprawdę trzeba było się pogubić. Nie istniał wzorzec, chociaż Laurent nie przestał zupełnie go szukać. Nie przestał się wsłuchiwać w te dźwięki. I jakiś wzorzec znalazł chociażby w tym, że musiała nastąpić zmiana. Próba utrzymania jednego wątku była niemożliwa. I mógł się do tego dopasować. Uznać, że warto jest puścić, że... tutaj trzeba było puścić i przestać tańczyć wedle znanych ruchów, bo tym sposobem donikąd się nie dotrze. Uśmiech nie zniknął z jego ust, a kąciki warg wręcz drgnęły mu na moment bardziej przy tym opisie prawdy. - W takim razie wypadam na koronera? - Skoro już mówili o sekcji zwłok... nigdy tak o sobie nie myślał. To było zimne, okrutne, bezduszne. A on... och, bogowie, niech stanie się wszystko, ale nie pozwólcie mej duszy upaść. Uparcie podnosił się z każdego potknięcia i uparcie uśmiechał się na nowo z taką samą wiernością w świat i ludzi, nawet jeśli ci przycisnęli go do podłogi. - Prawda jest też ponoć całkiem naga i wypada na tym stole na bardzo ekscytującą, bo ekstrawagancką, kochankę. - Nie uważał, że każdy powinien być bardziej jak prawda - wystarczająco zła tłoczyło ten świat. - Bezczelność. Okrucieństwo. Brak kompromisów. - Powtórzył w zamyśleniu za Esme. - Nie. Żaden człowiek nie powinien się zbliżać do tych cech, bo nie mają niczego wspólnego z prawdą. Są cechami ludzi. A prawda, nawet jeśli bolesna, może być również subtelna, dobra i kompromisowa. - Nie bardzo miał w zwyczaju zawiązywać takich konwersacji z ludźmi. Właściwie prawie w ogóle nie miał tego w zwyczaju. Wolał milczeć niż komuś zaprzeczać, ponieważ bał się konfliktu i jego eskalacji. Dobrze znając siebie, że wtedy nagle odpadał z rozgrywki - wszystko więc brzmiało i działo się lepiej, kiedy zostało przemilczane, nawet jeśli nie nastąpiło brudne i brzydkie kłamstwo. - Różnica między chamstwem a szczerością jest bardzo duża. Mówienie, że jest inaczej, jest smutną ignorancją. - Czy to była pożywka dla Esme? Haczyk? Chwilowo mu się to podobało, nawet jeśli jego znużenie wpływało na to, że nie miał siły się opierać i walczyć, więc się po prostu poddawał i mogło się dziać cokolwiek. Jakkolwiek. Wszystko i nic. Tym nie mniej - prawda należąca do Laurenta mijała się chyba właśnie z tą, którą miał Esme. A może nie? Może nie mijała wcale, po prostu była tym płynnie modulującym się światem?

- Człowiek jest stworzeniem przystosowanym do zmian. Mam też taką nadzieję, że ta siła pojawi się na stałe. - Odparł po prostu, choć... czy na pewno to była "nadzieja". Nie. To chyba nie była nadzieja. On w zasadzie nie wierzył nawet w to, że kiedyś spełni się pragnienie jego serca, że doczeka tego prawdziwego szczęścia, które bardzo fałszywie dla siebie samego tworzył tworząc bajki, które nie mogły wydarzyć się w rzeczywistości. Bywał... szczęśliwy. To jedno słowo nagle miało bardzo dużo stopni w pojmowaniu Laurenta, bo to w końcu nie tak, że jego życie zalane było rozpaczą i smutkiem, było od tego dalekie. Coś mi mówiło, że tego nie trzeba było mówić na głos. To chyba oczywiste, że to "szczęście" ma wiele poziomów. Na tyle wiele, że pomimo tego, że nie tkwił w błocie, jak Esme, to nie mógł powiedzieć, że był szczęśliwy. Jeśli się zatrzymywał to docierał do tego wniosku, do tej... ha. Do tej bezkompromisowej, okrutnej prawdy. - Czy to nie jest bardziej bolesne, kiedy ze szczęścia staczasz się w szarość? - Bo nawet nie otchłań. Esme nie był pusty - zdaniem Laurenta. Albo raczej - nie był tą pustką, w której wszystko by tonęło, w której niknęłoby, wciągane i bez tworzenia różnicy. Mężczyzna był na to zbyt ekspresywny. Nie miał nawet spojrzenia tych ludzi, których czerń całkowicie owinęła wokół swojego paluszka i nie zostało im już nic prócz poddanie się czeluści, która wodziła do złego i żądała złego, by poić ją jak potwora. Potwora, którym był tu człowiek. Klatka miała w końcu wiele oblicz, a najdoskonalszym więzieniem było to, w którym człowiek nie zdaje sobie sprawy, że stał się niewolnikiem. Laurent swoje kajdany czuł bardzo wyraźnie, tak jak widział klatkę, w jaką wszedł. Lub został wsadzony? Zastanawianie się nad niektórymi rzeczami wychodziło bardzo niebezpiecznie. Za łatwo było odkryć, że jesteś o wiele za daleko od tego omawianego szczęścia, za daleko w dole, bez możliwości wydostania się i nagle pytasz samego siebie: po co ja się w ogóle urodziłem..? Dlaczego tu jestem, dlaczego to robię? - Czułbyś odpowiedzialność będąc dla kogoś taką siłą..? - Czy to byłoby dla niego za dużo? Strzelił. To naprawdę wydawało się nierozsądne - ciągnięcie tej rozmowy, kiedy przeciwnik (och, przeciwnik!) był tka dobrze uzbrojony w nieprzewidywalność. Możesz wygrać w najlepszym taktykiem wojennym. Ale jak wygrać z szaleńcem? Jak zaplanować ruchy tam, gdzie nie było żadnej taktyki? Jak się temu opierać?

Ach... no i tu już pojawiała się ta słabość. Słowa tak celne, że trafiły prosto w serce Laurenta, sprawiły, że na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie pokazujące, że był gotowy na wiele, ale nie na tak słodkie słowa. Choć nawet nie były mówione w żaden słodki sposób w tym czarze spojrzeń, gestów i intonacji. Niemal poczuł dreszcz na swojej skórze malowany obietnicą tego, że klątwę naprawdę można zdjąć. Pozbyć się jej - ile by trwała? Dokładnie tyle, ile Esme mówił - dopóki by zechciał. To zdanie było samo w sobie jak odpowiedź na to, czy byłby w stanie nieść na swoich barkach coś takiego... albo i nie. To, że ktoś mówił, że może ci zaufać nie oznaczało, że będzie przy tym kładł faka na cokolwiek, co powiesz. Będziesz mówił - ale równie dobrze mógłbyś mówić do dziennika skrytego pod łóżkiem. Nadzieja... Który głupie nie porzucał jej wstępując na Nokturn? Nie wiedział, co powiedzieć, nie wiedział, co odpowiedzieć i nie był pewny, czego chcieć. Gdzie zaufanie i ostrożność walczyły z potrzebą tego, co właśnie zaprezentował mu ten człowiek. Jak soczystą, pięknie podaną pieczeń przed głodnym, który od wielu dni marzył chociaż o suchej kromce chleba czy spleśniałym kawałku sera.

- Jestem... zauroczony. - To było naprawdę bardzo specyficzne - gdy w jednej chwili ktoś ostrzega cię, o czym mówisz, a w drugiej mówi, że może być twoim remedium na fałsz. Twoją prawdą. - Na szczęście właśnie tego szukam. - Chwili odetchnięcia. Nie idealnego leku na jedną chwilę. Taki nie istniał. Jakie to było irracjonalne, że napełniło jego serce ciepłem i spokojem, że to nie było uwikłane niepokojem i wydawało się sobie nie przeczyć - te słowa Esme - chociaż przecież w całym logicznym tłumaczeniu odbiegały na dwa przeciwstawne krańce. Gdyby miał nazwać te różnice i czemu tak nie było miałby problem. To było bardziej... czuł to? Kiedy nie ma muzyki, nie możesz nazwać jej dźwięków, skali, określić dynamiki. Pozostawało ci więc wszystko odbierać na czujność. Na instynkt.

Spoglądał na Esme tak, jakby palcami już rozsuwał ten poprawiony przez niego wcześniej kołnierzyk i składał pocałunek na jego ustach, żeby spić słowa, które właśnie przed momentem wypowiedział.

- Dziękuję za troskę, na szczęście to nie jest żadna konkretna choroba. Co najwyżej skutki stresu i napięć. Nie miałem szczęścia urodzić się z dobrą kondycją. To cały sekret - tylko i aż. - nie stała za tym dramatyczna opowieść o strasznej chorobie, która go dręczyła, a z którymi często borykali się czarodzieje w tym świecie. Nie. Był po prostu... słaby zdrowotnie. Ale to znów było niezwykle miłe i sprawiało, że człowiek mógł promienieć, prawda? Każdy taki objaw dobroci, sympatii, był jak dołożony kawałek drewna do gasnącego ogniska. Nagle ogień zaczynał znów płonąć i ogrzewać. Bo Laurent czuł, że jest ogrzewany, że doświadczał ludzkiej dobroci, chociaż przecież nikt nie musiał jej okazywać. Był wdzięczny. Naprawdę bardzo wdzięczny, nawet jeśli Esme nic tak naprawdę nie zrobił.

- Gdyby ten papieros był tymi zwłokami, które ująłbym w palce nie wyglądałby tak. - Odezwał się bardzo spokojnie, ze zmienioną nutą w głowie, jakby to zacięcie Esme, jakby jego spojrzenie było jakąś nutą naturalnie podającą dalej tę zmianę. Laurent sięgnął wolnym ruchem po różdżkę z ciemniejszego drewna, ale o ciepłym kolorze, subtelnie zdobioną, by dotknąć jej krańcem papierosa. - Tylko tak. - Papieros wcale się nie zwinął, pozostał rozebrany i nagi ze swoją zawartością, ale ta nijaka, wysuszona zawartość odżyła, nabrała kolorów, stając się ogrodem, tworząc liście, kłosy traw, stokrotki, kaczeńce, chabry i pąki róż wzrastające tak, że jedna z nich urosła wręcz jak latarenka, a jej kwiat zamienił się w małe słoneczko nad tym wszystkim. Laurent obserwował ten piękny proces powolnej zmiany, bo i on tę powolną zmianę dyktował w magii transmutacji. - Ale ludzie tego zazwyczaj nie czynią, Esme. Nie obchodzi ich, co stanie się z ogrodem, do którego wejdą. Czy będziesz oddychać i żyć, kiedy już cię zostawią. Obchodzi ich tylko zerwanie kwiatów, zawłaszczenie ich dla siebie, zadeptanie tego, co im niepotrzebne. - Puknął krańcem różdżki w stół i ją odłożył. I takim sposobem papieros był znów papierosem. - I pozostaje to. - Brzydki, zniszczony papieros. Możesz go zwinąć i zapalić. Ale jest brzydki, tego zmienić się nie dało. - Nie ma niczego złego w zerwaniu paru kwiatów do wazonu - po to są, by można było je zabrać ze sobą i nacieszyć nimi oczy dłużej. Ich zapachem. Delikatnością. Na zewnątrz i tak straciłyby niedługo swój urok. Niestety. - Niestety ludzi nie zadowalało kilka kwiatków i ciągle było im za mało. Wykorzystywali. I w końcu - niszczyli.


Love hunt me down.
I can't stand to be so dead behind the eyes.
And feed me, spark me up.
A creature in my blood stream chews me up.

So I can feel something.


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#12
05.11.2023, 03:35  ✶  
So you can't hold
A star in your
Hand, though at least you can
Hold on to another plan

W samo sedno. Kodeks był pisany jednakowym charakterem pisma, ale kreślone litery nie wyglądały zawsze tak samo. Można było przysiąc, że autorem niekiedy targały emocje, gdy zaczynał być niedbały, gdy litery robiły się zbyt ostre, a nacisk na papier zbyt mocny. Czasami zaś wszystko było tak szczegółowe, jakby chciał zaznaczyć, że w tym punkcie liczy się najmniejsza drobnostka. Wydawało się, że ów kodeks był podyktowany emocjami. Że to one decydowały jak surowym przewinieniem byłoby złamanie zasad. I była to prawda. Tak, emocje. Ale nie, nie te odczuwane przez samego Esmé. Kodeks był efektem długiej pracy, wielu godzin spędzonych na rozmyślaniach, wielu rozmów tak abstrakcyjnych, jak ta tutaj. Nie był pisany pod wpływem impulsu, a przecież... można byłoby być tego pewnym. Bo dlaczego ktoś miałby pisać w ten sposób, gdy były to wychłodzone spostrzeżenia? No właśnie, Laurent. Właśnie zostałeś oszukany przez obrazek, którym Rowle próbował oszukiwać samego siebie. Zajrzałeś nieco za głęboko, ale jeszcze o tym nie wiedziałeś. Czarodziej znał emocje, wciąż je przeżywał, ale znacznie słabiej. Tak, jakby... były tylko po to, aby być. Jasne, czasami potrafił zapłonąć nieco bardziej, ale nigdy nie wychodziło to od niego samego - zawsze było to reakcją na emocje innych. Potrzebował by inni przeżywali, by sam mógł pożywić się okruszkami. Oh, ale jakże one smakowały. Tak czy inaczej, emocje nie były dla Esmé codziennością, ale codziennością był jego prosty intelekt. Mógłby oprzeć się na nim i stać się tym człowiekiem, który z lodowatym spojrzeniem mógłby oznajmić najokrutniejsze prawdy w które wierzył. A jednak nie chciał być tak nieludzki. Chciał chociaż pozorów, próby walczenia z samym sobą, tego udawania tak długo, aż zapomni, że to tylko kłamstwo. Że jego kodeks jest próbą opisania zachowań opartych na emocjach, poprzez logikę i jedynie wyobrażenie ich. Własną teorią jaka emocja powinna towarzyszyć temu zapiskowi w kodeksie i jak powinna zostać przedstawiona. Jakby emocje wcale nie były prawdziwe, a może inaczej - jakby nie były prawdziwe dla niego, ale wciąż działał według zasad, które powinny obowiązywać i jego. Jakby był niewierzącym, który stosował się do dekalogu.

Każdy w tym tańcu widział co innego. Nie, każdy doszukiwał się czego innego. Laurent zwracał uwagę na to, jak poprawny jest jego taniec, jak bardzo w rytm, jak bardzo technicznie wymachiwał rękoma, zarzucał włosami, zadzierał brodę. A Esmé wcale nie chodziło o te umiejętności. Nie chodziło mu w żadnym stopniu o odwzorowanie tego tańca, nawet jeżeli byłoby to niemalże perfekcyjne. Rowle, ponownie, szukał prawdy. Chciał widzieć ten taniec, który był najbliższy sercu Prewetta. Mógł potykać się o własne nogi, tworzyć nowe kombinacje rytmów muzycznych. Mógł być ubrany w łachmany, gdy tańczył na balu. To wszystko było wciąż mniej ważne niż to, że tańczył swój taniec.

Wzruszył lekko ramionami. Tak, może był koronerem w tej analogii. Zawód szlachetny, bo pozwalał znaleźć prawdę, pomóc rozwikłać zagadkę morderstwa, niefortunnej śmierci, samobójstwa. Nie było w tym nic obrzydliwego, a wręcz przeciwnie - coś szlachetnego. Nie każdy był na siłach, by babrać się w najciemniejszych sferach ludzkiego życia i to dla dobra innych.

- To piękny zawód. - rzucił krótko tak szczerze, jak tylko potrafił. Jasne, sama praca była trudna i niewdzięczna, ale jej cel niezwykle właściwy. Takich ludzi należało podziwiać.

Nareszcie! Jakże wytrawnym tancerzem był Laurent. Nie udawał, że słyszy muzykę. On ją czuł sobą, gdy Esmé tańczył. Bardzo ciężko było go zbić z tropu i Esmé musiał przyznać, że pierwszy raz spotkał się z kimś, kto nadążyłby za jego... myślami. I dzięki temu mógł pozwolić sobie na jeszcze większą swobodę w wyrażaniu siebie, a przecież już był uważany za nonszalanckiego. Rowle poniekąd testował limity Laurenta, aczkolwiek najbardziej zależało mu, na zgubieniu go. Od momentu, w którym zrozumiał, że ten podąża za jego krokami. Nie było w tym żadnej złośliwości, nawet doceniał, bo oznaczało to, że Prewett chciał, żeby jego rozmówca czuł się komfortowo niezależnie od tematu. Ale nie tego oczekiwał w tej interakcji. Nie szukał komfortu, a chciał poznać Ślizgona. Kolegę z lat szkoły. Jak bardzo się zmienił? Jakim był człowiekiem? Jak ukształtowało go życie? To było ciekawe. Dlatego musiał wyrażać siebie. Nie milczeć, gdy miał inne zdanie, nie przytakiwać, nie owijać w bawełnę, starając się ześlizgnąć z tematu w najbardziej neutralny sposób. I teraz właśnie nastał moment, w którym Prewett się poddał i przestał się starać. Pozwolił być sobie sobą bez wkładania w to ambicji. Po prostu sobą.

Esmé uśmiechał się, gdy Laurent tak naprawdę poniekąd nazywał go bezczelnym, okrutnym i bezkompromisowym. Nie miał mu tego za złe, bo było to jego spojrzenie - a Rowle rzeczywiście taki był. Taka była cena jego ukochanej prawdy. I w tym też nie było kompromisów - zgadzał się na warunki, jakie musiał spełniać, by żyć ze sobą szczerze. Cóż... poniekąd szczerze. Tak czy inaczej, nie przerywał Prewettowi. Jeżeli był jakiś moment, w którym jasnowłosy mógł poczuć tryumf, że tknął życie w swego rozmówcę, to był on właśnie teraz. Widoczny jak na gołej dłoni, bo Esmé był uśmiechnięty, baaaardzo zadowolony, a jego oczy wręcz iskrzyły, szeroko otwarte.

Podniósł się z krzesła całkiem gwałtownie, gdy jego światopogląd ostatecznie został skwitowany jako smutna ignorancja. Nie, nie był zły. Wręcz przeciwnie. Pochylił się nad stolikiem i... ujął w dłonie twarz Laurenta. Gładką, wręcz niezdrowo szczupłą, ale przekonującą, że właśnie tak wygląda piękno. Że to jest jego obraz - niezależnie od zdrowia i przekonań. Objął ją delikatnie, ale w taki sposób, jakby podtrzymywał jego głowę nad taflą wody. Jakby nie chciał, by ten znów się pod nią zanurzył. Patrzył mu prosto w oczy, w te szalenie niebieskie oczy, w których przysięgał, że widział swoje odbicie. Niczym w tafli jeziora.

- Witaj, Laurencie. Kopę lat. - odezwał się zadowolony i uśmiechnął przyjaźnie, przymykając przy tym oczy. Zaraz go puścił i usiadł na krześle, odpychając się nogą, przechylając do tyłu. - Lubię kiedy ludzie mówią co myślą naprawdę. - mruknął, wydawał się naprawdę rozsmakowany w swoim małym osiągnięciu. - Lubię kiedy ty, Laurent, mówisz co myślisz. Naprawdę. Bo, powiedz mi, jak wielkim truizmem jest oznajmienie, że ludzie mają odmienne zdania? - przestał się kołysać na krześle, zamarł na chwilę w bezruchu, jakby chciał mu dać czas na odpowiedź. Ale nie dał. - Każdy to wie. Zatem, jeżeli jest to wiedza powszechna, to czemu jest to powód do konfliktu? - zadając to pytanie rozłożył ręce na boki. - Nie kultura jest problemem, a arogancja. - bo czyja prawda była lepsza? To właśnie doprowadzało do spięć, a przecież... można było wierzyć w swoją prawdę i pozwolić innym żyć w swojej prawdzie. Nawet jeżeli dla nas była fałszem. Kim byliśmy, aby decydować co dla innych powinno być prawdziwe?

Nie, Esmé wcale nie był pusty, a przynajmniej nie w takim znaczeniu, jak pusta była pustka. Jego wnętrze było ogromne, ale jedynie gdzieniegdzie znajdowały się jakieś przedmioty, jakieś elementy wystroju. Każdy z nich był intrygujący, bo nie było kontekstu. Nie było stylu. Była przestrzeń, pusta przestrzeń, w której wszystko się odbijało. Laurent musiał krzyknąć, by Esmé mógł mruknąć. Bez tego... wszystko było grą i maskami. Bez tego wewnątrz panowała cisza.

- Nie. To ostry ból, który nie daje spać po nocach miesiącami, zmienia nawyki, zmienia ciebie, ale przemija. Jeżeli nie poznałeś szczęścia nigdy, to żyjesz w bólu cały czas. Nikłym, ale nie dającym o sobie zapomnieć, wyniszczającym z każdym kolejnym dniem. Z rzadka narastającym, najwyżej frustrującym coraz bardziej. Ale najgorsze jest to, że można się do niego przyzwyczaić. - westchnął. To było tak proste - co bolało bardziej? Przegrana czy nie podjęcie walki? Przegrana bolała chwilę, ale mocno. Nie podjęcie walki gryzło nas nocami, dokładało swoje kilka nut, gdy to inne smutki grały pierwsze skrzypce. Esmé wierzył, że Laurent to wie. W końcu sam przyznał, że nie zaznał takiego prawdziwego szczęścia, a nie jedynie bycia szczęśliwym. Zatem musiał cierpieć i musiał czuć ten ciężar każdego dnia. Może nie był wielki, ale wyniszczający z każdym krokiem coraz bardziej.
- Nie. - uśmiechnął się uroczo, gdy oznajmił, że nie, nie czułby odpowiedzialności. Dlaczego miałby? On oferował pomoc, a nie przysięgę, że zrobi wszystko, byleby poprawić stan. Byleby tej osobie nie stała się krzywda. - Jestem rzemieślnikiem. - powiedział, jakby chciał oznajmić, że nie jest... i tutaj można było sobie wstawić - psychologiem? Terapeutą? Lekarzem? Opiekunem? Był, tak po prostu, rzemieślnikiem. Był też, przede wszystkim, Esmé. Nikim bliskim dla Laurenta. Nikim, kto mógłby czuć się zobowiązany. Bo może i Rowle miał dobrą duszę, ale nie był męczennikiem czy wielkim altruistą. Wierzył w to, że każdy dba o siebie i wszystkie czyny niosą za sobą konsekwencje. Musiał w to wierzyć. Tak wyglądało jego życie dotychczas.

Jakże okrutne musiało być otoczenie, w jakim przyszło żyć Laurentowi. Nokturn, miejsce owiane tak złą sławą, a okazywało się, że po prostu nie było iluzją. Że nie okłamywało świata, że jest inaczej. Esmé wcale nie zaprzeczał sobie, gdy ostrzegał przed mówieniem, a później do niego zapraszał. Nie. Czarodziej dawał Prewettowi radę, że w sytuacji taka jak ta nie powinien się odsłaniać. Że powinien uważać na słowa. Nie mógł mówić ich z taką łatwością, bo gdyby rzemieślnik był nieco, naprawdę nieco inną osobą, to byłoby to bardzo ryzykowne. Szczególnie dla osoby pokroju Laurenta. Na wszystko była odpowiednia pora i dopiero później Esmé rozłożył ręce w zapraszającym geście. Dopiero później można było mu zaufać, gdy udowodnił jak wiele znaczy dla niego prawda. Jak bardzo bezkompromisowy jest z samym sobą.

A więc nie była to żadna normalna maligna, a jedynie... efekt ruletki życia, w którą rzekomo Prewett przegrał, jeżeli chodziło o zdrowie. Czarodziej jednak prychnął, rozbawiony czymś.

- Na szczęście tylko nie miałeś szczęścia, co? - nieco powtórzył za nim, skracając jego wypowiedź w taki sposób, by zrozumiał co go rozbawiło. - To tym bardziej smutne. Cierpisz z powodów, na które nie miałeś żadnego wpływu. Cierpisz na darmo. - wręcz wyszeptał ostatnie słowa, opuszczając wzrok. We wszystkim musiał być jakiś powód. Do tego dążył świat, do tego dążyli ludzie - całym swoim życiem. Szukali swojego powodu. Ponosili konsekwencje swoich decyzji - czasem było to szczęście, czasem smutek, czasem nienawiść. Na swoje zdrowie Laurent nie miał wpływu, nie było to jego decyzją, nie miał najmniejszego udziału, a jednak musiał cierpieć. Obrzydliwie oczywisty przykład, że świat nie był sprawiedliwy. Świat był losowy i okrutny.

Magia transmutacji była jedyną, z którą Esmé nie miał większych problemów. Jedyną, do której miał smykałkę i przychodziła mu z łatwością. Papieros na moment przeobraził się z robabranego, bezużytecznego śmiecia w zachwycający swym pięknem ogród. Rowle uniósł brew, nieco zaskoczony, ale wcale nie sztuczką - a wiadomością, którą chciał przekazać mu Prewett. W połowie jego wypowiedzi się skrzywił, odwrócił wzrok na bok. Słowa odbijały się echem w jego głowie. Czy będziesz oddychać? Włożył papierosa do ust. Zerwać, zawłaszczyć. Nabrał pełne płuca dymu. I zadeptać to, co niepotrzebne. Wydmuchnął dym. Nieco za długo. Jakby nie tylko wypuszczał z siebie tą szarą chmurę, a cząstkę duszy. Nieśpiesznie przeniósł spojrzenie na Laurenta. Swoje... puste, ale teraz zaskakująco zmęczone oczy. Patrzył tak na niego, nie odrywając wzroku nawet, gdy strzepywał popiół do popielniczki. Aż w końcu zmrużył oczy, by ostatecznie je zamknąć, rozluźnił ramiona, oparł dłonie o krawędź stolika i pozwolił swojej głowie opaść do tyłu. Luźno, swobodnie, jakby w jego ciele nie było siły, by nim władać. Włosy spłynęły po bokach jego twarzy. Tkwił w tej dziwnej pozie przez chwilę, aż jego klatka miarowo zaczęła podnosić się wyżej. Z każdym oddechem nabierał powietrza głębiej, aż w końcu... znów westchnął. Wciąż z zamkniętymi oczyma uśmiechnął się bardzo powoli. Jakby... jakby wcale temu uśmiechowi nie pomagał. Jakby wykonywał go tymi prawdziwymi rezerwami emocji, jakie w nim tkwiły.

- Mój drogi Laurencie, zasłużyłeś na kolejną słodką prawdę. - otworzył oczy, podnosząc głowę. - Jesteś bardzo uroczy. - i żal patrzeć, jak życie cię marnuje. Jak uroczy mógłbyś być, gdybyś natrafił w życiu na odpowiednie osoby. Nie, nawet na tą jedną odpowiednią. Tyle by wystarczyło. Tych słów nie wypowiedział. Mógłby to zrobić, bo były szczere, prawdziwe. Naprawdę uważał, że Prewett był tym aniołem, któremu ze skrzydeł wyszarpnięto pióra. A on uważał, że tym ludziom właśnie to się należy. Ta namiastka boskości. Bo pojedyncze pióro nie wznosiło ku niebu, ale tworzyło iluzję relacji z nim. Powiązania. Jakby... skradziono jego kawałek. Esmé również widział te piękne, śnieżnobiałe lotki o perlistym blasku. W końcu tańczyli, czyż nie? I to rzemieślnik prowadził. Obejmował plecy, czuł te pióra pod palcami i potrzebował tak niewiele, by wyrwać jedno z nich. Przecież cierpiał, czyż nie? Przecież był... tym poszarpanym obrazem, tym zniszczonym papierosem. Należało mu się. Nie to leżało w jego naturze. Brać. Brać? A czemu nie tworzyć? Był rzemieślnikiem, do jasnej cholery. Nie musiał nic brać, nie musiał nic kupować, kraść, zdobywać, otrzymywać. Tworzył. Potrzebował tylko materiałów, a tym były emocje. Była dobroć i ciepło, jakim został obdarzony. Ciepło, do jakiego lgnął, jakiego łaknął od dzieciństwa. Od momentu, w którym stracił matkę. - Świat na ciebie nie zasługuje.

Papieros już się kończył. Ostatni strzał nikotyny do mózgu. Ugasił kiepa i odsunął popielniczkę na bok, aby nie śmierdziało im pod nosem. Chociaż i tak wypełnił okolicę tym obrzydliwym dymem. Nie do końca zadowolony był z pozycji w rozmowie, z tego gdzie się znalazł. Już nie tańczył. Dokonał swego, zgubił Laurenta i... zamarł. W pustej sali, w zupełnej ciszy. Na moment jeszcze trzymał pozę, jakby czas się zatrzymał, jakby ktoś zrobił zdjęcie, gdy ten robił kolejny piruet. Ale nie. Pauza była wyznaczona przez Esmé. Powietrze z niego zeszło, wysoko zadarta broda, uniesiona klatka i wyprostowane plecy przestały mieć znaczenie. Opadły też jego ręce. Teraz prawda była niczym orędzie. Głośna i wyraźna, gdy wszystko inne milczało. Nie było hałasów, które zakłócały, błysków które odwracały uwagę. Rowle zaczynał być widoczny tak, jak na gołej dłoni.

- Wydaje mi się, że obaj dopięliśmy swego. - mruknął nagle, unosząc wzrok z blatu stołu. - Może teraz wyjawisz, po co naprawdę się tu spotkaliśmy? - nie tłumaczył o co mu chodziło z "dopinaniem swego". Zdawało się to oczywiste - Esmé zobaczył jak Laurent tańczy naprawdę, a Laurent tchnął iskrę życia w Esmé. I to wszystko w jednym momencie. Postanowił, kolejny raz, zmienić temat. Zejść na biznesowe sprawy, jak mniemał. Poniekąd świadomie, poniekąd nieświadomie dalej starał się zgubić Prewetta. Nie pozwolić mu połapać się w sytuacji. Prawda... była prawdą. Rzemieślnik ją znał, ale uważał, że nie jest konieczne, by inni również ją znali.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
05.11.2023, 17:34  ✶  

Zatonął w człowieku znajomo-nieznajomym. Był jednak selkie - nie mógł się przecież utopić... prawda? Wystarczyło trzymać odpowiedni rezon, pamiętać o wynurzaniu i nie zapominać, że ponad tą taflą wody znajduje się bardziej rzeczywisty i nawet bliższy świat. Był selkie... więc który świat był tak naprawdę jego? Sądził, że odnajdzie dogłębny smutek w Esme, albo bestię, która rzuci się do jego gardzieli i będzie chciała zatopić pazury w miękkiej tkance. Jeśli nawet się tam czaiła to błysnęła swoimi ślepiami tylko na początku rozmowy, by ostrzec, dać znać, że tam jest, a potem? Potem okazała się tylko (AŻ!) człowiekiem. Tak samo podatnym na obrażenia, na rany, na zagubienie. Tak samo chcącym tańczyć, tylko nie do rytmu, który nadał mu świat. Tak jakby chciał bardzo mocno zapamiętać, kim miał być, zanim świat powiedział mu, kim powinien się stać. Przyszło ci więc spojrzeć na własne ręce, gładko zginające się palce, na wyprasowane w kant spodnie, na białą koszulę bez żadnego zagięcia i błysk złota na palcu i nadgarstku w postaci biżuterii. Przypomnij sobie. Zarozumiale powiedziałbyś sobie, że rozumiesz. Zrozumiałeś już, czym był ten taniec i dlaczego nie mogłeś złapać odpowiedniej piosenki, by do niego zatańczyć. Rzeczywiście - znajomość wszystkich postaw nic tu nie dawała, a zagubienie mówiło, żeby iść dalej, próbować..! Nie. Zrozumiałeś, że ten taniec nie miał prowadzić ani być prowadzonym. Tu nie chodziło o to, żeby odpowiadać na ruchy drugiego tancerza. Chodziło o to, żeby zatańczyć swój własny. I tylko wtedy mogłeś się nie zgubić. Więc, mój drogi - wynurz się. Świat był piękny, chociaż tak głęboko smutki. Szare niebo potrafiło zajść łzami, by rozbić się na liściach drzew. Tak i na dnie potrafiło być ciemno, ponuro i roztaczał się tu muł. Zgoda. Ten taniec to była zgoda nie z Esme - to było pogodzenie się z samym sobą. Nie będzie i nigdy nie było, nie miało być, bezpieczniejszej przestrzeni niż twoja własna głowa. Nie będzie też lepszego domu niż ten, co nosisz sam na swoich plecach. Ślimak, co uparcie brnie w kierunku grządek ogrodowych wiedział o tym najlepiej. Ty wszystko niesiesz. Tu, na sobie, w sobie - i możesz powiedzieć, że to wszystko było piękne. Pokochać siebie - co za błogosławieństwo. Niestety nie było takiego czaru, który klątwę braku wiary w siebie zdjąłby z barków jasnowłosego mężczyzny. Nawet mimo tego, że tu i teraz spojrzał na siebie pod innym kątem, niż patrzył przy wszystkich innych ludziach. Pojęcie kodeksu się przy tym zacierało i stawało zapisem nut pisanym dłonią Laurenta. Ponieważ chciał to zapamiętać. Zapisać w swoim sercu tą dziwną ulgę i zdjęcie ciężaru z ramion, że nie musiał niczego udawać. Bo jeśli nie było boskich przykazań, nie mogło być też kar.

Tylko że prawda, mój Drogi - na prawdę to trzeba mieć odwagę. Prewett bał się prawdy. Wolał jej unikać i przed nią umykać, by na niego nie spojrzała. Nie chciał ostrych słów i ocen. Nie chciał, by ktoś mówił mu, że jest słaby, że nie jest dostatecznie dobry, że jest obrzydliwy i żałosny. Nie chciał słuchać tego, że syn głowy rodu powinien się zachowywać dostojniej, ani że nie powinien się oglądać za mężczyznami i nosić w sobie tego nieśmiałego marzenia, żeby ktoś w końcu chciał zamknąć go w swoich objęciach jak największy skarb. Bardzo wiele prawd, które mogły dotrzeć do jego uszu w ogóle nie powinny zostać wypowiedziane, inne już słyszał, ale nie chciał słyszeć ich po raz kolejny. Nie chciał tego wszystkiego. Tak samo jak nie chciał, żeby Esme tymi prawdami kąsał. Były jednak za to takie prawdy, które były słodkie, miłe i przyjemne. Wpadały do ucha i od razu przesiąkały do serca. Niektóre z nich wręcz rozpływały się tak romantyczną rozkoszą, że ciężko było uwierzyć, że nie stanowiły stosiku kłamstw - jak pomięty papier z rozpakowanych już prezentów. Jeśli czegoś mógł się tutaj bać, to właśnie tego, że pojawi się ta ocena. Że to jednak nie to... a jeśli nie to, to czego Esme poszukiwał? Co mógłby mu dać? Takie myśli i pytania chodziły mu w końcu na początku tej intensywnej rozmowy po głowie. Jak zadowolić człowieka przed sobą i złapać w garść jego zainteresowanie. Och, osiągnął to, tylko raczej większym przypadkiem, niż tak jak w większości mężczyzn, jakich spotykał - manipulacją. Ponieważ mężczyzn łatwo było zadowolić, łatwo było odnaleźć punkt, który sprawiał im przyjemność. I potem wystarczył tylko odpowiedni szept i dotyk... Poczuł się pociągnięty w górę na równi z Esme w najbardziej łagodny sposób, w jaki ktokolwiek i kiedykolwiek go przed sobą postawił. To czyniło ten obraz innym - i tak bardzo ludzkim, że w płucach Laurenta nawet powietrze zmieniło swój zapach. Smród tych papierosów mieszający się z jego drogimi perfumami, zapach tej knajpy, woń suszonego tytoniu. To wszystko splatało się ze sobą pełną świadomością własnego istnienia, jakie blondyn doznawał. I, niestety, nie chciał się tak czuć. Nie chciał spoglądać w oczy Esme, w których widział swoje odbicie bardzo boleśnie prawdziwe. Nie chciał czegoś tutaj znaczyć, bo przecież gdyby zaczął znaczyć coś dla siebie to jak bardzo bolałaby go świadomość wszystkich głupot, jakich się dopuścił i wszystkich czynów i ludzi, którzy wbili w niego palce? Niemal zakręciło mu się w głowie od ilości barw, które w swoich wyraźnych konturach zostały mu narysowane oczyma Esme Rowle.

Namalował mu również szok, kiedy Esme się gwałtownie uniósł a Laurent jak spłoszone zwierzę instynktownie cofnął się o milimetr na swoim siedzeniu, przestraszony, że... że co w zasadzie? Nie było jednak bólu ani nie było złości. Tylko ten poszerzający się uśmiech, który był jak rozkwitające na jego zgniłym płótnie kwiaty sprawił, że Laurent całkowicie nie wstał, żeby umknąć przed dłońmi. Te oparły się na jego twarzy z taką łagodnością, że w tej samej chwili całkowicie zamarł, otwierając szerokie duże oczęta. Przeszył go dreszcz. Brak zrozumienia podpisany był pustką myśli, na którą Esme przelewał swoje słowa. Zapisywał je na bieli płótna jego duszy - prawdziwy rzemieślnik, który dostał w dłonie pędzel i choć nie był malarzem to wiedział, jak stworzyć odpowiedni szkic do swego projektu. Projekt był już chyba przyklepany na samym początku w jego głowie. Teraz przekonał się, że był wykonalny. Obaj się o tym przekonali. Cofnął się, a Laurent bardzo powoli wrócił głową do poprzedniego ułożenia z nieznikającym zaskoczeniem. Uniósł dłoń do policzka, na którym przed momentem opierała się dłoń Esme, czując nadal ciepło tych dłoni. Chaos. Udało mu się - zgubił go. Całkowicie wytrącił go z jakiegokolwiek rytmu. Nawiązał na nowo kontakt wzrokowy z mężczyzną, jakby zorientował się dopiero po chwili, że dalsza część wypowiedzi również przeznaczona jest dla jego uszu. I rumieniec, który pojawił się na jego twarzy, tym razem nie był tylko grą zawstydzenia. Zauroczenie, och tak. Zakochał się w tych słowach. Zapytacie - w takim razie zakochał się w Esme? Nie. Zakochał się w słowach. Czymś, co tak ulotne zostało mu zaprezentowane tu i teraz jak wynagrodzenie za skupione próby odpowiadania na ruchy, które widział, nim pojął, że odpowiedzią musi być on sam. Lubię kiedy ty, Laurent, mówisz co myślisz. To może być szokujące, jak takie proste zdanie mogło być wyczekiwane przez lata. Jak bardzo chciał, jak bardzo potrzebował tego, żeby móc do kogoś mówić, kto nie będzie chciał i potrzebował tylko spełniać się samemu, kto nie będzie chciał widzieć ideału, kto nie będzie wytykał palcami za wszystkie błędy i przewinienia. Niemal zakrztusił się tym uczuciem. Zamrugał szybko parokrotnie i odetchnął głębiej przez nozdrza uświadamiając sobie, że nawet wstrzymał dech. Nie potrafił odpowiedzieć. Kiedy tylko pomyślał o rozchyleniu warg rumieniec tylko przybrał na sile. W zasadzie to przeszedł nawet do poziomu spłoszenia z myślą, że mógłby się zająknąć, jak zaczynał się jąkać przed swoim ojcem - różnica polegała na tym, że przy nim jąkał się z nerwów i psychicznego nacisku, jaki ten na nim wywierał. Tutaj zająknąłby się od wzruszenia.

- Z bólem... - Przesunął dłoń po swoim ciepłym policzku, opuszczając wzrok. To było przykre, ale co zrobić? Z bólem nie dało się wygrać - nie bólem tego typu. To znaczy - dało, ale to nie był pojedynek na równej arenie. Nie miał zasad i potrafił się bardziej partolić niż posuwać do przodu w swoich przewagach. Naliczane minusy tak właśnie tworzyły kotwicę. I już nie było jak się wynurzyć po łyk powietrza. - ... można się tylko pogodzić. Jeśli nie masz wystarczającej siły na walkę. - Laurent jej nie miał. To znaczy - miał, kiedy jeszcze był w Hogwarcie. Nadal potrafił stanąć naprzeciwko wyzwaniom, ale ile to kosztowało..? I gdyby nie brak tej energii nie skończyłby w tak żałosnym stanie - jak droga dziwka, która szukała czegoś, czego nigdy nie mogła otrzymać. Z jakiegoś powodu czuł połączenie z poszukiwaniami Esme - tych emocji. Tylko na zupełnie innej płaszczyźnie. Laurent w końcu też żebrał o uwagę, o chociaż chwilę tego, by poczuć się wyjątkowym. Oddychał tym, co było jednorazowymi miłościami. Spojrzenie Esme takie jak to sprzed chwili - ono rozwijało jego skrzydła. Przybywało tych lotek. Masochistycznie regenerowały się, żeby móc ich stracić więcej. Koniec końców wszystko i tak istniało po to, żeby się rozpłynąć w swoich podstawach. Ludzie... ich niestałość sprawiała, że Laurent się bał. Bał tego, że kolejna osoba przepłynie mu między palcami. Bo Esme pomiędzy nimi przepłynie. Kolejny dreszcz przeszedł jego ciało, kiedy zamknął powieki, wsłuchując się w brzmienie prostego zaprzeczenia i stwierdzenia, że jest rzemieślnikiem. Czy rzemieślnik może wykuć serce z kamienia? Chciałbym dostać takie.

Nie chciał też słuchać o tym, jak bardzo bezsensowne i przetracone było jego życie. Jak puste w staniu pomiędzy różnymi światami, bo nie należał do żadnego z nich. Żadne marzenie i żadna wygrana nie potrafiły zapełnić poczucia, że nigdy nie będzie i nie miało być innej prawdy. Wiedział o tym. Jego małe życie nie miało żadnego znaczenia, choć wiedział też, że znaczyło wiele dla innych. Jego kuzynka, kuzyn, siostra, ojciec, macocha - przecież go kochali. Przecież kochali...

Otworzył powoli powieki, spod których wyglądał ocean i uniósł je na Esme z łagnym jak brzask jutrzenki uśmiechem. Słone było morze. Słone były też łzy.

Oto więc czym była prawda i czym za nią zapłacili. Smutkiem.

- Ale ja chcę, żeby zasługiwał. - To było takie tęskne, takie... wołające. Prosto z głębin jego serca, z tych najbardziej struchlałych zakamarków pragnień i marzeń, z tej świadomości jak bardzo był przegrany. Doskonale wiedział - przecież to było żałosne. Musiał okrywać się realizmem, żeby nie rozdziobały go kruki i wrony. Ale nie chciał. To go wyczerpywało. Zamknął znowu powieki na parę chwil, chłonąc te przesuwające się po nim emocje. Odetchnął, składając przed sobą słonie, ujmując pięść w drugą dłoń. Jak do modlitwy. Zadrżały przez moment. A potem otworzył oczy.

- Potrzebuję obroży i budy dla jarczuka. - Powiedział całkowicie wprost, jakby żadnego z tych wszystkich tematów nigdy tutaj nie było. Sięgnął zmęczonym ruchem do kieszeni, żeby wyciągnąć z niej notatnik i wysunąć wyrwaną już stronę, by przesunąć ją w kierunku Esme. Szkic i informacje na niej przedstawiały informacje o zwierzęciu, które można pieszczotliwie nazwać "psem". Prawie dwa razy większe od zwykłych słów bydlęta były śmiertelnie niebezpiecznymi stworzeniami. - Obroży dla młodego. Potrzebuję jej do tresury. - Bo nawet młody psiak potrafił być niebezpieczny.


Isn't it lovely, all alone?
Heart made of glass, my mind of stone
Tear me to pieces, skin to bone
Hello, welcome home


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#14
16.11.2023, 03:00  ✶  
Everybody dreams alone
On their own
Privately
In unison
They fall asleep
And drop like flies
And make ends meet
And it makes me cry
It makes me cry
One day we're here
One day we die

Jakże okrutnym miejscem byłby świat, w którym każde narzędzie jest wykorzystywane przede wszystkim do krzywdzenia. Jak ciężkie sumienie miałby Esmé, gdyby każde ostrze, jakie przyszło mu trzymać, próbował wepchnąć w serce innych. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak Laurent czuje się osaczony przez otoczenie, w którym żyje. Prawda wcale nie musiała być bronią, którą należało wycelować w innych i wypalić. Prawda była narzędziem, które można wykorzystać w wieloraki sposób, a jednak Prewett widział jedynie to, co najgorsze. A może tylko do tego był przyzwyczajony. Rzemieślnik zupełnie inaczej postrzegał Prawdę. Nawet gdyby prawdą było, że Laurent jest niedostatecznie dobry - w ogólnym znaczeniu tego słowa - to dlaczego Esmé zaraz miałby mówić mu to w twarz? Dlaczego miał z Prawdy zrobić sztylet, by ugodzić nim kogoś w bok? Nawet jeżeli zrobiłby z niego sztylet, to czemu atakować? Czemu go nie schować? Sztylet, w końcu, służył do samoobrony. Wbrew jego złej reputacji. Chciałoby się napisać, że Prawdę można było wykorzystać do pomocy, ale... prawdę mówiąc, Esmé daleko było do takiego regularnego altruizmu. Z natury dobry, ale nie oznaczało to, że szczególnie się starał. I zdecydowanie nie dla każdego.

Innym tematem były iluzje prawdy. Swoiste fatamorgany, gdy jesteśmy spragnieni pozytywnych bodźców, a ich, jak okiem sięgnąć, nie ma. Każdy miewał te myśli - czy śmieją się ze mnie? Czy to było sarkastycznie? Czy ten uśmiech nie był z politowaniem? Czy nie miał na myśli, że jestem niewystarczająco dobry? Drobne pomyłki, do których popychał nas nasz własny umysł. Doszukiwał się Prawdy albo, co gorsza, nie potrafił się z nią pogodzić i szukał innej. Tak, znalezienie Prawdy, tej właściwej, było prawdziwą sztuką. Czymś, co Esmé przychodziło z łatwością, bo był arogantem. Częściej myślał, że ma rację, niż że jej nie ma. I arogancko znał swoją wartość. Nie oznaczało to, że się przeceniał, nie, nie. Wiedział, że przejawiał nikłą wartość swoją osobą, ale znacznie większą swoim rzemiosłem. Wiedział też, że większość ludzi nie znaczy nawet tyle. Jak wspaniale żyło się ze świadomością, że nigdy nie dogonisz najlepszych, ale nigdy też nie skończysz tam na dnie, z najgorszymi. Można było skupić się na tym co ważne.

Co ważne? Co jest ważne dla Esmé? Jego całe życie uważał za "nieważne". Niczego nie dokonał, a samym swoim urodzeniem zniszczył, by później jedynie tracić. Morze wymywało muszle, ale zabierało ziemię. Powoli stawał się skorupą siebie samego. Iluzją człowieka, jakim miał być, a jakim nie dane mu było zostać.

- Masz takie dobre serce. - mruknął niby komplement, ale zupełnie niezadowolonym tonem. Jakby rozczarowanym. - Jak wiele masz zamiar jeszcze wycierpieć, zanim znajdziesz w sobie ten jad, tę zaciętość, ten... gniew? - pochylił się nad stolikiem, strzelając słowami, jakby oskarżeniami. - Z bólem nie masz się godzić, Laurent. Nawet jak nie masz siły walczyć. Nawet jak leżysz na plecach i czekasz na dobicie. Nawet gdy nadzieja błaga cię, byś przestał w nią wierzyć. - w Esmé zdecydowanie drzemała jakaś bestia. Jakieś krwawiące stworzenie, które leżało w ciemnej jamie, liżąc swoje rany i błyskając oczyma w mroku, by dudniącym, drżącym warknięciem przypomnieć, że chociaż cierpi, chociaż jest osłabione, to teraz... zdesperowane i gotowe na wszystko. - Nie. Wtedy szczególnie nie wolno ci się z nim pogodzić. Chociażbyś miał pistolet przy czole, to masz pluć w twarz temu, kto go trzyma. - uśmiechnął się cwaniacko. Po co? Po co to wszystko? - To jest jedyna rzecz, do której nie mogą cię zmusić - do pogodzenia się. To następuje tylko wtedy, gdy sobie na to pozwolisz. Przegrywasz ostatni bastion. Stawiasz kropkę. - nie musiał się z nim zgadzać. Właściwie ciekawiej byłoby, gdyby miał zupełnie inne spojrzenie na ten... element życia. Ten dylemat, gdy ból przekraczał nasze możliwości, a nam powoli brakowało sił do walki. Rowle napędzał się gniewem, nienawiścią do tego, by przegrać. By pozwolić sobie znów zostać pokonanym. Nie łudził się, że wszystkie bitwy wygra, ale wiedział, że większości nie musi przegrać. Może pozostać w wiecznym impasie, w którym może nie zatryumfuje, ale z całą kurwa pewnością nie zatryumfuje również druga strona. - Świat jest pełen zła, które musimy chłonąć. Nie pozwól mu zniszczyć się od środka. Wykorzystaj je. - bo jak długo człowiek mógł być krzywdzony, zanim dalej będzie nadstawiał policzka? Jak długo wytrzyma poniżanie? Wystarczyło tę frustrację spożytkować do walki - z niesprawiedliwością świata, z własnymi myślami, z Prawdą. Gniew, którym wypełniali nas inni nie musiał być obracany przeciwko nim, a przeciwko społeczeństwu jako ogół - nie pozwalając mu się stłamsić i pokonać. Esmé westchnął na koniec, opadając na krzesło, jakby przez moment był opętany... jakimś uczuciem. I nagle to z niego zeszło. - Albo i nie. Spróbuj stać się studnią, w której inni topią swe żale, a gwarantuję, że na końcu i ciebie utopi. - bo przed bólem nie dało się uciec, nie dało się go ominąć. Każdy musiał cierpieć, lecz niektórzy szybko znajdywali remedium na swe utrapienie. Inni wręcz przeciwnie - nie potrafili albo wcale nie byli w stanie go znaleźć. Można było to wszystko tłamsić w sobie, próbować pochłonąć i nie dać światu ujrzeć tego zła, lecz prowadziło to do autodestrukcji. Tak czy inaczej, Czarodziej w całym swym wywodzie zdawał się bardzo lekko nawiązywać do rzeczywistego tematu rozmowy, z której cały jego strumień świadomości wyniknął. Znacznie więcej było tutaj alegorii, skojarzeń i zastosowania jednakowej logiki wobec dwóch różnych zjawisk. A jeszcze więcej po prostu absurdu, na jaki mógł pozwolić sobie jedynie ktoś wystarczająco nonszalancki. Czyli Esmé.

Atmosfera tego spotkania zmieniała się co chwilę. Nastrój był jak w kalejdoskopie, a jednak i Laurent, i Esmé zdawali się odnajdywać w całym labiryncie zachowań, które pasują, które nie pasują. Naturalnie przenosili się z żartu do żalu, z żalu do złości, ze złości do rozkochania. W słowach, w ideach, w marzeniach. Rowle nadawał tempa i może zgubił Prewetta w tańcu, lecz teraz bez niczyjej pomocy... potknął się. O coś, co sam wywołał. O to uczucie.

Mimowolnie skrzywił się, jakby coś go zabolało. Z trudem przełknął ślinę, na moment uciekając wzrokiem gdzieś na bok. Czuł się... okropnie, lecz nie dlatego, że był zagubiony. Sam chciał, by mówił co myśli, bo nie bał się myśli. Nie była mu straszna żadna idea. Wszystko potrafił logicznie rozkładać na części, aż znajdzie wyjaśnienie i dorobi do tego filozofię. Ale zapominał o tym, że za myślami kryły się emocje. Że to nie były wyryte w kamieniu argumenty pozostawione przez zapomnianą cywilizację. Laurent cierpiał, a jego myśli wyrażały ból. Ból tak widoczny w tym wołającym, prostym życzeniu - by świat był dobry. Lament.

Tak niewinne, czyste życzenie. Esmé, chociaż nie był najgorszym ścierwem jakie stąpało po tej ziemi, poczuł się brudny i winny. Tak mówił i wierzył w ten lepszy świat, lepsze społeczeństwo, w którym prawda góruje, a ludzie potrafią ją wykorzystywać dla dobra. To wszystko było jak postulaty spisane na kartce. Brakowało za tym uczuć, takich prawdziwych, które pochodzą z rozpaczy nad tą niesprawiedliwością. Były jedynie te, o których mówił kilka chwil temu - zaciekłość i gniew. Ranne zwierzę, a nie gołąbek pokoju. Teraz zdawał sobie sprawę jak... absurdalne to wszystko było. Jak jego postulaty były absurdalne, gdy wychodziły z jego ust. Sam nie był zdecydowanie wzorem do naśladowania i chociaż teraz, tutaj, dla Laurenta mógł być tym, czego potrzebował, tak dla innych bywał trucizną. Nie musiał mocno skrzywdzić, ale jego efekty były odczuwalne jeszcze długo.

Wpatrywał się niemo w Prewetta, zupełnie nie wiedząc co powinien teraz powiedzieć. Zupełnie jakby przybrał rolę lekarza, który musiał oznajmić dziecku, że jego matka nie żyje. Bo świat nigdy nie będzie na niego zasługiwał. Esmé nie wierzył, że tak drastyczne zmiany mogą nadejść podczas ich krótkich żyć. Tysiące lat rozwoju technologii, magii i tysiące lat tych samych okrucieństw świata, a czasami nawet dziesiątki nowych - na jakie pozwala ludzkości rozwój. Prognozy były fatalne, dlatego właśnie Rowle mówił, że nigdy nie można się pogodzić. Nawet, gdy wojna jest przegrana.

- Ja... - też? Nie, jego uczucie nie było tak szczere, tak smutne, tak prawdziwe. Tak wynikające z naprawdę dobrego serca. Jego życzenie, chociaż identyczne, wynikało z parszywych powodów. Z chęci zemsty, z gniewu, z frustracji. Nie było w tym smutku już od dawna. - Mam nadzieję, że kiedyś, chociaż na moment, zasłuży. - skreślił pierwszą myśl i zaczął zupełnie inną głosem drżącym, niezwykle niepewnym jak na człowieka, który najbardziej bezczelne i ordynarne rzeczy mówił z aroganckim zacięciem. Nie potrafił grać, nie potrafił też kłamać, ani... być tak zuchwały w tym momencie, gdy Laurent zabrzmiał tak, po prostu, smutno. W ten sposób, w jaki rzadko brzmieli ludzie. Z charakterystyką płaczu, chociaż to były słowa. Czarodziej na swój sposób był teraz rozbrojony. Podejrzewał, że właśnie do tego zmierza ta rozmowa, gdy przestał słyszeć muzykę. Nabrał głęboko powietrza, zamykając oczy i masując dłonią skronie.

Ten głos zapadnie mu w pamięć na lata.

Ale wiedział co się szykuje i przygotowany miał plan - przejście do interesów. Stary, sprawdzony sposób, który nie mógł nie działać. Był to taki wytrych na samego siebie, bo wystarczyło, że temat jego rzemiosła został poruszony, a on już poświęcał mu całą uwagę. Razem z Laurentem mieli chwilę na "ochłonięcie". Bardzo przydatna, swoją drogą.

Zagwizdał w podziwie, gdy usłyszał o Jarczuku i nieco prychnął, gdy została mu przedstawiona kartka ze szkicem zwierzęcia oraz dodatkowymi opisami. Przechylił głowę na bok, robiąc minę w stylu "naprawdę?".

- Błagam, Laurent, jestem Rowle. - powiedział nieco zniesmaczonym tonem, po czym roześmiał się wesoło, głośno i szczerze. Nie, nie bawiło go, że Prewett uważał, że ten może nie znać Jarczuka. Właściwie, to właśnie nie wiedział o nim za dużo, jedynie jakieś strzępki informacji i ogólniki. Bawiło go to, że musiał grać rolę Rowle nawet po tym wszystkim, co tutaj zostało powiedziane. Gdy obaj przez moment mieli swe serce na dłoni. On czuł się każdym, ale zdecydowanie nie Rowle. Rodzina nie pozwalała mu o tym zapomnieć.

Mimo wszystko przysunął kartkę do siebie i zaczął ją przeglądać, nie spoglądając na Laurenta. Jego skupiony wzrok szybko przesuwał się po tekście, by zaraz wrócić na szkic przerośniętego psa. Kiwał głową, potakując, gdy mowa była o młodym i tresurze. Nie odezwał się nawet, nie oderwał wzroku od rysunku, a ręką na ślepo sięgnął gdzieś do płaszcza. Badał go dłonią, aż namierzył kieszeń, z której wyciągnął ołówek. Albo pozostałość po nim, bo cały "ołówek" był już tak krótki, że Esmé z trudem trzymał go w palcach. Zaczął coś kreślić po Jarczuku, najpierw ostrożnie, niepewnie, lecz po chwili nabierał tempa, a linie były coraz grubsze i wyraźniejsze.

- Materiał nie będzie problemem. Obroża do tresury, hm? Jarczuk to silne stworzenie, agresywne, a jego ugryzienie przerażające. Ryzykowne. - mruczał pod nosem do siebie, bo zdecydowanie nie do Laurenta, który mógł mieć nawet problemy ze zrozumieniem co Czarodziej mówił. Rzemieślnik uniósł wzrok, kierując go natychmiastowo na Prewetta. Znowu mu się przyglądał, prawie jak na początku ich spotkania, ale teraz jego wzrok wyrażał coś zupełnie innego. Taką... prostą kalkulację. - Ah, racja, słabe zdrowie. Jarczuk jest młody, ale przecież urośnie. - dalej nie mówił do niego, wrócił wzrokiem do kartki i zaczął coś kreślić, coś przerabiać w swoim początkowym projekcie. W końcu skończył i zasłonił kartkę dłonią, stukając nią w blat co chwilę.
- Jeżeli chcesz, to wykonam tradycyjną obrożę - jak dla psa, ale odpowiednio wytrzymałą, dopasowaną do gatunku. Jeżeli jednak mogę zaproponować coś... - tutaj się lekko uśmiechnął i podsunął kartkę do Laurenta. Co było narysowane na szkicu Jarczuka? Nic innego, co współcześnie dałoby się nazwać szelkami dla psa, ale z kilkoma różnicami. - Utrzymanie Jarczuka na zwyczajnej obroży byłoby trudne, a tym trudniejsze, gdybyś chciał go kontrolować podczas tresury. Nawet młody Jarczuk będzie silniejszy, niż dorosły pies, a Ty... bez urazy, ale miałbyś problemy utrzymać zwykłego psa, moim zdaniem. Trzeba też wziąć pod uwagę, że trzymanie całego ciężaru i siły Jarczuka na samej obroży to testowanie limitów materiału raz za razem. Nie chodzi mi o samą skórę, ale jej zszycie, łączenie, zapięcie. Takie... coś, jak narysowałem, pozwala rozłożyć tę siłę. W ten sposób masz też dwa punkty, za które możesz zaczepić łańcuch. - kiedy mówił o rzemiośle, to był niczym zupełnie inny człowiek - znikał ten na swój sposób szalony Esmé, a pojawiał się nadzwyczaj poważny, rzeczowy, skupiony. Pochylił się nad stołem i wskazał palcem na kark Jarczuka, a później na grzbiet między dwoma przednimi łapami. - Tu i tu. W ten drugi sposób nie ciągnie go ciągle za kark, nie przydusza też, gdyby chciał się wyrywać i najlepiej rozłoży siłę na materiał. - usiadł znów na swoim krześle, zakładając nogę na nogę i wsuwając resztki ołówka do kieszeni koszuli.
- Skoro to młody Jarczuk, to pierwsze... coś, będzie z możliwością regulacji. Podwójne paski skóry, które przesuwasz w klamrach, na których skóra się zaciska. Jak Jarczuk osiągnie pełne rozmiary, to zgłosisz się do mnie jeszcze raz, a ja zrobię ten sam projekt, albo inny, jeżeli taka wola jaśnie klienta, ale w stałych wymiarach - upewniając się, że materiał sprosta nowej, dojrzałej sile zwierzęcia. - mówił bawiąc się palcami, ściskając jedną dłoń za pomocą drugiej w pięść, aż kość strzeliła i wtedy przenosił punkt nacisku na kolejny palec. - A co do budy... najlepiej stworzyć pełnowymiarową od razu. Za młodu się do niej przyzwyczai. Konstruując coś tych rozmiarów jest to już bardziej budownictwo, ale... - tutaj Esmé uśmiechnął się szeroko. - ...ale masz szczęście, Laurent, bowiem jestem człowiekiem... - rozkładał ręce, gdy to mówił, jakby przedstawiał swoją wspaniałość, ale nagle uniósł wzrok do góry, kiwając głową na boki, niczym wyliczając coś w głowie. - ...człowiekiem kilku talentów. Dam radę zbudować budę dla Jarczuka, ale widzisz, moja pracownia jest trochę na to za mała. Mogę załatwić materiały albo dać ci namiary skąd je zdobyć, a samą budę zrobiłbym już na miejscu. To ułatwi i tworzenie jej, i transp... ah, tak, teleportacja. - no tak, teleportacja w końcu istniała. Łatwo było o tym zapomnieć, gdy posiadało się prawdziwy antytalent do wszelkiego rodzaju translokacji. Jak dla Czarodzieja to mogłoby jej wcale nie być i nie zrobiłoby mu to żadnej różnicy. Złożył ręce ze sobą, pocierając nimi. - Potraktuj to wszystko jako sugestię profesjonalisty. Ostatecznie, przecież wiesz. - zaśmiał się lekko, rozplótł nogi i podniósł się, odsuwając ze zgrzytem krzesło do tyłu. Skłonił się lekko, z gracją o jaką trudno było go podejrzewać. - Mój klient, mój pan. - i znów usiadł, ale zaraz zastukał palcem w szkic magicznego stworzenia. - Groźnego masz pupilka. Środowisko magiczne nie przepada za tym, co im zagraża. - a ugryzienie Jarczuka było szczególnie niebezpieczne dla wszystkich istot magicznych. Czy Laurent chciał, aby się go bano? Czy może chciał odstraszać od siebie innych, by czuć się bezpieczniej?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
16.11.2023, 22:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2023, 12:57 przez Laurent Prewett.)  

Prawda tkwiła w nim jak jeden z tych opisywanych sztyletów, albo porównanych strzał. Tkwiła w jego miękkim ciele ostrzem i czasami kiedy robił nieodpowiedni ruch to bolała. Lecz to nic, to nic... przecież kiedy położy się spać i powstanie rano, śląc swoje podzięki za nowy dzień, uzna ten ból za błogosławieństwo. Gdyby nie on to czy mógł być pewien, że nadal żyje? Innego dnia pozwolą mu całkiem zapomnieć. Utopijne, kłamliwe szczęście nie było wtedy przecinane żadnymi z ostrzy, dopóki bajce pozwalano trwać. Podziękuje za ten ból z uśmiechem, chociaż smutkiem w sercu, bo ten ból go czegoś nauczył. Bo trzymał go w sobie i nie pozwalał ulecieć na zewnątrz nawet kiedy wszystko było ciężkie, a prawem ludzkim stawało się zrzędzenie. Każdy medyk powiedziałby jednak: Panie Prewett... zalecam usunięcie. Czego? Bólu? Nie wyciągniesz tego sztyletu bez upływ krwi. Potem, nawet jeśli szczęśliwie uda ci się zaleczyć ranę, nie nie udźwigniesz wymalowanych blizn. Utrata krwi zdawała się tutaj groźna i pozostanie w pamięci zadrą. Lecz hej - przynajmniej nie wda się zakażenie, prawda? Przynajmniej coś z tego ciała uda się uratować. Niektórzy więc chcieli usunąć to, co powodowało ból. A inni pielęgnowali, żeby Laurent uznał to za część swojego życia i przepraszał tych, którzy ten ból powodowali za to, że musieli wkładać we wciskanie tego sztyletu tyle trudu... Głupie, prawda? Każdy lekarz by powiedział: Panie Prewett... zalecam oddaleni się od problemu. Albo usunięcie. Tylko czego? Problemu, bólu czy sztyletu? Odpowiedź nasuwała się sama do mądrej głowy, że przecież ręki, która sztylet dzierży. Jak zwykle to, co brzmi głupio i co wydaje się takie proste i banalne zamieniało się w pogięty misz masz w czyimś innym świecie. Selkie słyszał to wciąż i bez przerwy, nieustannie - że przecież to była miłość. A skoro to miłość to kto myślałby o usuwaniu jej?

Iluzje prawdy to bardzo ładny oksymoron. Albo jeszcze ładniejszy synonim dla brzydkiego słowa kłamstwo. To, co było iluzją, nie mogło być prawdą, bo iluzje nie były niczym innym jak fałszywymi obrazami, dźwiękami i innymi bodźcami, które miały jeden cel - zmylić nasz umysł, a więc i nasze emocje. Niekiedy to były wielkie maszty i odpływające statki z oceanów, innym razem prosta karciana sztuczka opierająca się na oszukiwaniu oczu, by skupiły się na tym, na czym nie powinny. Jakikolwiek ze sposobów wybierzesz wyłaniamy ten sam, niewygodny szczegół, że koniec końców Rowle uprawiał sztukę jakże obrzydliwą - oszukiwanie siebie samego. Robił to świadomie? Nie istniała miłość bez małych kłótni - więc musiał czasami zdradzić swoją Prawdę, żeby upewnić się, że ta będzie o niego zazdrosna. W końcu na tym polegało jego życie - chwytaniu emocji. Tworzenie i wyciąganie ich z siebie, chłonięcie ich od innych. Jeśli pojawi się zazdrość będzie wiedział, że to coś realnego, proste odruchu, zwierzęcy terytorializm. Albo doszuka się w tym drugiego dna i wyniesie to wszystko na zupełnie nowy poziom. Komplikacja, jaką stanowił Esme Rowle fascynowała blondyna. Zachęcała do tego, żeby odkrywać to, co tylko pozornie było sprzecznością, ale jeśli poświęciło się mu swoje myśli, jeśli na tych kilka godzin zawierzysz mu serce to odkryjesz, że dwa plus dwa nadal równało się u tego szaleńca cztery. Po prostu dochodził do tego innym sposobem. Z nudy. Z szarości. Żeby opóźnić gnicie i wypaczanie się (zapadanie) własnego wnętrza. W brudzie też drzemała sztuka, tak jak w zniszczeniu. Wszystko można było pokochać, jeśli tylko dasz temu szansę. Tego brzydkiego papierosa. I tego brzydkiego od wewnątrz Esme.

Czy miał dobre serce? A czym w ogóle było dobre serce? Skłaniałby się do powiedzenia, że miał serce wrażliwe. Słabe. Ale - dobre? A jeśli on miał dobre serce - to czym było serce złe? Bo przecież jedno drugiemu odpowiadało, prawda? Musiało istnieć dobro, żeby istniało zło i na odwrót. Nie było tutaj komend odwołujących. Nie wycofasz części z tego moralnego kompasu, no bo gdzie dopłynęłyby te wielkie statki na tym oceanie? Musisz wiedzieć, jak się przesuwać w świecie - dlatego dają ci kompas. Po prostu nie każdy odpowiednio szybko uczy się z niego korzystać, a inni nawet nie odkrywają, że ktoś przy ich kompasach majstrował i całkowicie je zmienił. Tak, że pokazywały tylko złe kierunki, burze i sztormy. To nie było coś, co podlegało jego ocenie. Miło było jednak usłyszeć, że tak sądził Esme. Albo raczej - byłoby miło gdyby nie charakter, jaki przybrała ich rozmowa. Bo to nie brzmiało miło - brzmiało niemal jak wyrzut, oskarżenie, które wcale nie ubodło Laurenta. W jednym się jednak mylił - Laurent nie musiał w sobie szukać jadu. On zawsze go miał. Nie każdy jednak wymuszał na nim pokazanie tych kłów. I zazwyczaj bardzo się starał, żeby się nie pojawiały. A niektórzy bardzo zgrabnie przechodzili nad jego jedynym mechanizmem obronnym i trafiali w czuły punkt. To były te momenty, w których naprawdę powinien się bronić. Te same, w których obrona nie chciała wejść w grę.

- I co to da, Esme? - To plucie, to rwanie się, to... porzucanie nadziei, albo raczej byciem przez nadzieję porzuconym, co miało nie przekreślać dalszej walki. - Co pozwoli ocalić? Dumę? Honor? Godność? Ostatni bastion nie stoi na drodze pogodzenia się. Stoi w miejscu, w którym zniżasz się poziomem do ludzi, którzy są twoimi oprawcami. - Więc nie, nie zgadzał się z mężczyznom, z jego zdaniem, z jego spojrzeniem na to zagadnienie. Nawet jeśli rozumiał i tak naprawdę miał dużo racji i dużo zdrowego podejścia. - Nie na wszystko należy się godzić, to prawda. Nie myl mnie z zupełnym męczennikiem. - Chciał powiedzieć, że nie przed wszystkimi nadstawiał drugi policzek - i to była prawda. Ale wystarczył podejść go sposobem i się rozpadał. Niestety taka była prawda. Chłonął za dużo świata, a w świecie było za dużo zła. Dokładnie tak, jak Rowle powiedział. - Trudno. Wtedy odkryję, że rzeczywiście byłem zbyt słaby. - Ale to jeszcze nie był ten czas. Nie teraz. I nie miało się to stać przez kilka najbliższych lat. Mimo to prawda pozostawała jedna - to była autodestrukcja. Może Esme, heh, znał to z autopsji..? To była jego droga i pozostawało pewnym, że on sam nie miał wątpliwości, że podąża ścieżką właściwą. Tą, na której zostawiał swoje pióra i chciał wyciągać swoje dłonie do lśnienia Boga. Na nagim ciele dokładnie widoczna była krew.

Jego szczere życzenie wywołało negatyw w jego dawnym znajomym, a niedawnym bożku. Wykreował tego Boga w swoich modlitwach, który skłonił go do otworzenia się, ale kiedy wypowiedział do niego swoje szczere życzenie - ten odwrócił wzrok. Laurent więc swoje również opuścił. Znów na papierosa. Jakże brzydki, zdrożny musiał być, naiwny i parszywy, brudny w tej ułudzie, którą świat fałszem mógł tkać i splatać linie nici. Mogłeś się modlić i Boga tworzyć, ale nie mogłeś kontrolować, kim się ten Bóg stanie. Modlitwy przecież łatwo tez wymyślić na poczekaniu. Nie musiały być pieśniami, wyuczonymi wersetami. Ten Bożek, który prawdy oczekiwał, chyba nie chciał jej słyszeć. Nikt nie chciał. Laurent naprawdę bardzo chciał rozumieć, czemu zawsze kończyło się to tak samo i czemu przestawał być atrakcyjny wraz z chwilą, kiedy odważył się powiedzieć parę słów za dużo. Zacisnął palce pod blatem stołu. Mocno. Nadzieja umierała ostatnia. Ale chyba u Laurenta nadzieje umrze tuż przed wiarą - w ludzi.

Kiedy podniósł spojrzenie było już zmienione. Kiedy wyciągnął dłonie spod stołu nie były zaciśnięte. Puknął różdżką w papierosa i naprawił go, żeby następnie wsunąć go w wargi. Brzydki nawyk radzenia sobie z nerwami, bardzo brzydki. Szczególnie, że tak bardzo nie lubił tego smaku ani zapachu. Założył nogę na nogę, spojrzał na Esme spod wpół przymkniętych oczu, spod długich rzęs rzucających cienie na jego chudą twarz. Smakował tą arogancję, która przeszła przez słowa "jestem Rowle". Wrócił do swojej maski i sieci kłamstw.

- Rozumiem, że jako Rowle znasz wszystkie rasy psów i ich wymiary na pamięć. - Tak, to już było troszkę z jego strony uszczypliwe, kiedy zaobserwował tę reakcję, trochę dlatego, że poczuł się tak, jakby Esme jeszcze przed kilkoma chwilami uderzył go w policzek. Mógł nadstawić drugi. Ale wcale nie miał ochoty. To zabolało. Bardzo zabolało. Chociaż tak po prawdzie to może rzeczywiście mężczyzna znał się na tym - nie wiedział, dlatego to było tylko troszkę uszczypliwe. Tak jak nie wiedział, co wspólnego Rowle mieli z jarczukami. Bo akurat dobrze wiedział, że niewiele. Jarczuki były hodowane na Ukrainie i niemal nikt w Anglii ich nie hodował. Teraz nikt - poza Laurentem. - Jarczuk jeszcze nie powstał. Ale zgadza się. - Poprawił lekko. Dopiero poznawał tajniki ich hodowli. Absolutnie makabryczne zresztą, ale... ale.

Pochylił się w kierunku rysunku, skupiając na nim zmęczone, bardzo zmęczone spojrzenie na rysunku i skinął głową z uznaniem, spoglądając na ten projekt z zaskoczeniem.

- Bardzo dobrze. Gdybym mógł uniknąłbym całkowicie obroży. Ale odpowiadam za coś więcej niż swoje bezpieczeństwo. - Argument o nie przyduszaniu był dla niego tutaj koronny. Młody pies nie wiedział, jak się zachować i to normalne. Przede wszystkim ponosiła go energia, potrzebował zabawy, nie bardzo jeszcze wyczuwał granice. Laurent miał tylko nadzieje, że obejdzie się bez blizn. - Wolałbym, żeby standardowo została powiększona magicznie. Chyba, że to problem? - Tak jak wszystkie namioty, domy, magiczne walizki i wszystko inne, co było śmiesznie małe, a mieściło w sobie horrendalnie dużo. - Ze zbudowaniem na miejscu nie będzie problemu. Bezpieczniej niż transportować wszystko teleportacją. - W końcu różne dziwne rzeczy się potrafiły wtedy zdarzyć. A to był kawał zamówienia. - Będę miał. - Poprawił Esme i podniósł się ze swojego miejsca. - Jeśli będę zadowolony to będziemy w stałym kontakcie, bo będę potrzebował rzemieślnika w przyszłości. Nie śpiesz się. Spodziewam się dopiero koło maja/czerwca miotu z upatrzonej przeze mnie rasy. - Kiwnął głową na karteczkę prezentującą dobermana pinschera, a raczej jego spodziewane rozmiary po dorośnięciu jako jarczuka. Ale nazwa rasy również była wpisana. - Drogi Esme, stoisz przed być może jedynym hodowcą Jarczuków w Anglii. - Sięgnął po swój płaszcz, ale zawahał się przez moment, rzucając mężczyźnie ostatnie spojrzenie. - Na pewno nie masz ochoty sprawdzić, czy mam jeszcze kilka anielskich piór na plecach? - Uśmiechnął się do niego łapiąc płaszcz, żeby wsunąć rękawy w ramiona.

Noc była jeszcze młoda, a on naprawdę mógł powiedzieć, że znalazł to, czego potrzebował.

Katharsis.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa